Historyja prawdziwa o Janie Dubeltowym (Kraszewski, 1858)/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Historyja prawdziwa o Janie Dubeltowym
Pochodzenie Podróż do miasteczka
Wydawca S. Orgelbrand
Data wydania 1858
Druk S. Orgelbrand
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Pobierz jako: Pobierz Całe opowiadanie jako ePub Pobierz Całe opowiadanie jako PDF Pobierz Całe opowiadanie jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron

XV.

Tak to się żywo żyje w młodości! tyle myśli i wypadków przynosi nam dzień każdy, kocha się tak prędko, a! i zapomina tak łatwo. Później, zbierając łupinki po gościńcu, maluczko już mając tych skarbów, któremi nam szafowały dni piérwsze tak hojnie, — skąpi, chowamy odrobiny i zeschłe nawet staramy się odwilżyć pamiątki... Ale w dniach młodości piorunem lecą uczucia. Nie dziwujcie się, żem w rok całkiem zapomniał i odwiedzin u Bonifratrów, i Jana i kwiatków, i wrażenia jakie na mnie zrobił widok tego rozdwojonego człowieka.
W wielkiéj sali domu Müllera, trzech czy czterech nas zasiadło do obiadu u osobnego stoliczka przy oknie. Dla naszych akademickich kieszeni, zuchwalstwem było porywać się na kartę Titiusa, ale przybyły z prowincyi ex-towarzysz zapraszał, wesoło więc zabieraliśmy się po naszéj powszedniéj strawie zgodzonéj miesięcznie i pożeranéj za pańszczyznę, byle nie umrzéć z głodu — odwilżyć usta wytworniejszém jadłem. Nigdym jedzenia, jako przyjemności życia nie pojmował, miałem je tylko za niezbędną potrzebę dosyć upokarzającą i nudną, ale kilka razy trafiło mi się, po długiém wygłodzeniu, lub wstręt obudzających pokarmach, doznać prawie przyjemności u dobrego i smacznego stołu, — odzywało się zwierzę we mnie. Ten objad był z liczby owych kilku pamiętnych — karmiono nas młodych zwykle tak licho, że często mimo głodu, wstręt brał do jadła, któreśmy zastępowali niezliczoną ilością szklanek kawy z bułką. Po kilkomiesięcznéj tego rodzaju dyecie, kilka potraw dobrze zrobionych i kieliszek wina, przychodziły jak ożywiająca rosa na zwiędłą roślinę, i nowemi, niespodziewanemi obdarzyły siłami. — Wesoło mi się zrobiło ku końcowi objadu, i spojrzałem po sali z wielką ochotą kochania całego świata, — oczy moje zatrzymały się nagle na stoliczku, w pośrodku stojącym, u którego dopiero teraz spostrzegłem pięciu czy sześciu mężczyzn, niezmiernie huczno biesiadujących z kielichami szampana w ręku i szampańskim humorem na ustach. Twarz jednego z nich, który mi się zdawał częstować i gospodarzyć, dziwnie mi się jakoś przypominała jakby gdzieś widziana i znajoma, ale jéj do żadnego nazwiska, do żadnéj postaci przywiązać nie umiałem. Spojrzałem raz i drugi, nie mogąc zdać sprawy z wrażenia; podrażniony począłem poglądać pilniéj, i nie rychło dopiero przyszedł mi na pamięć pan Jan od Bonifratrów.
Tak! on to był — wyraźniem go przypomniał teraz, ale strój staranny, miejsce w jakiém go znalazłem, zmieniały do niepoznania. Oczy się nasze spotkały, zatrzymał je na mnie, ale nie zdawał się przypominać, żeśmy byli znajomi, i szybko je odwrócił. Ci panowie, których przyjmował, bawili się tak wesoło, tak ochoczo, on sam wykrzykiwał tak głośno, mówił tak śmiało, obawa, jaką dawniéj zdradzał, i wzrok, i każdy ruch jego, tak całkowicie znikła, żem poniekąd zwątpił czy mnie jakie nadzwyczajne nie ułudza podobieństwo.
Nie spuściłem go jednak z oka, i gdy czas się było rozejść, a u drugiego stolika przedłużała się rozmowa, i coraz nowe butelki szampana odkorkowywano, przyzostałem nieco od towarzyszów, chcąc lepiéj się temu niespodziewanemu przypatrzéć zjawisku. Wziąłem w rękę jakąś gazetę, i udając że ją czytam, odwrócony do okna, siedziałem na straży.
Kilka razy obejrzał się na mnie pan Jan dosyć niespokojnie, widziałem, że go przytomność moja drażnić musiała. Dobrze już byli podchmieleni, żartowali, śmieli się, szeptali, rzucali imionami kobiet, wesołość wzbudzona winem dochodziła do najwyższego stopnia, na jakim jéj przyzwoitość stanąć dozwala. Nareszcie powstali, pan Jan zapłacił kartę, schwycili za kapelusze i wyszli spiesznie. Mnie serdecznie żal było, żem go z oczów stracił, gdy z za drzwi powrócił, jakby czego zapomniał, i zdziwiony ujrzałem go tą razą wprost zmierzającego ku mnie.
— Jak się pan masz — rzekł, podając mi rękę z uśmiechem, — wszak musiałeś mnie sobie przypomniéć?
— Tak jest — rzekłem — i bardzom rad, że go widzę tak zdrowym i wesołym.
— Bo téż w istocie jestem zupełnie zdrów — podchwycił szybko — raz na zawsze opuściły mnie dziwne przywidzenia moje; śmieję się z nich dzisiaj. Byłto skutek trochę miękkiego wychowania i drażliwości zbytecznéj; dobyłem sił, by się przerobić z gruntu, i zahartowałem na nowo. Dobrze mi się tu powiodło, ani śladu tych dzieciństw dawniejszych, o których i pana proszę, byś zapomniał. Może będziesz łaskaw mnie odwiedzić, mieszkam tu w mieście...
— Nie na wsi?
— Nie, tam sobie żona moja gospodaruje... nie lubię wioski, nudna! Ja potrzebuję ludzi i wrażeń, czasem tylko dojeżdżam w Zawilejskie, żeby zobaczyć co się tam dzieje, i dać się mojemu dziecku oślinić... Mieszkam na przeciw domu Pusłowskich na piérwszem piętrze... ot, jeśli nic nie masz lepszego do zrobienia, przyjdź do mnie na herbatę, będzie kilka osób.
To mówiąc, rozśmiał się, zakręcił i pożegnał mnie szybko...
— A! to pan znasz widzę pana Jana Birucia? — zapytał mnie w téj chwili komornik W., który niepostrzeżony zbliżył się i uderzył mnie po ramieniu. — Co to? czy zacząłeś grać w karty?
— Ja? nie! Pana Jana drugi raz widzę w życiu — ale cóż to za człowiek, bardzo bym był ciekawy czegoś się o nim dowiedziéć.
Komornik pokiwał głową.
— At! co tam ciekawego można o nim powiedziéć! hulak, gracz i po wszystkiém, żonę porzucił, cudzą bałamuci! Mówią, że jakiś czas waryjował... teraz niby przytomny i zdrów, ale nie wiele na tém zyskał, ciągnie ostatkami, majątek stracił... tfu nie warto o nim gadać! Jednakże dodał staruszek, nie radzę się z nim bardzo bratać, chyba masz niepotrzebne pieniądze do przegrania... Żyje choć po pańsku i pokaźnie, ale podobno z tego tylko, co komu wyrwie... jak się jemu środków, a ludziom łatwowierności przebierze, zawsze czas w łeb sobie strzelić...
Komornik mówił to seryjo, odezwał się w nim jednak pod koniec człowiek XVIIIgo wieku, uśmiechnął się, złożył trzy palce, i całując je, cmoknął... dodawszy po cichu: — Ale co za kobiecina ta, w któréj się kocha. A! a! niech go djabli wezmą!!
Na témeśmy się rozeszli.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.