Podróż do miasteczka (zbiór)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Podróż do miasteczka
Wydawca S. Orgelbrand
Data wydania 1858
Druk S. Orgelbrand
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
PODRÓŻ DO MIASTECZKA
POWIEŚĆ
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego.
(Z DODANIEM KILKU POMNIEJSZYCH).

WARSZAWA,
Nakład i druk S. Orgelbranda Księgarza i Typografa.

1857.
Wolno drukować, pod warunkiem złożenia w Komitecie Cenzury po wydrukowaniu prawem przepisanéj liczby egzemplarzy.

w Warszawie dnia 30 Kwietnia (12 Maja) 1857 r.
p. o. Starszego Cenzora, Assessor Kollegialny,

A. Broniewski.




PODRÓŻ
DO MIASTECZKA.
(BAJKA).
Stary majster Maciéj, wyprawiał Janka, jedynaka swego z domu na naukę i robotę do miasteczka. Byłto człek doświadczony i rozumny, dobry mularz i dobra głowa, choć nic prócz rzemiosła swego nie umiał, ale świat znał i ludzi. Młody Janek był młody, — wszystko jest w tém jedném słowie; niecierpliwie słuchał przestróg ojca, miął czapkę którą w ręku trzymał, poprawiał na plecach tłomoczek, a pilno mu było w świat się puścić, który nań wesoło przez otwarte drzwi poglądał. Mularz stary prawił powoli nauki z doświadczenia wyssane: cóż kiedy szum nadziei nie dozwalał Jankowi usłyszéć i połowy przestróg starego. W uszach mu coś dzwoniło, śpiewało, dźwięczało pieśnią przyszłości.
— Słuchajno, Janek, — mówił Maciéj biorąc go za rękę, bo postrzegł roztargnienie chłopca, — na drogę nie wiele ci daję, tak jak nic — nie mamy się czém dzielić w domu, Maciek zrobił, Maciek zjadł.... nie uzbierało się grosza na starość, ale Bóg nigdy głodem nie morzył i śpię spokojnie o jutro... I ty masz ręce, masz głowę, a nie trzeba ci dużo, bylebyś doszedł do miasta, poterminował trochę, chleb znajdziesz łatwo. Idąc Janku, zważaj mi dobrze, z daleka widać ot i ztąd krzyż na wieży kościelnéj, w niego utkwij oczy, i idź, i idź, a trafisz do miasta... Nie wiele się zatrzymuj dla spoczynku, oglądów, z nikim nie wdawaj się w rozmowy i znajomości, z drogi nie zbaczaj, czas drogi, przed wieczorem jednak przy twoich nogach można bezpiecznie być u celu. Chcę żebyś od Boga począł, to ci się poszczęści; nie wstępuj nigdzie, nie zaglądaj do karczmy, nie nocuj w gospodzie, ale wprost zdążaj do klasztoru... koło klasztoru muruje się kościół, tam najprzód przy majstrze Janie popracuj dla chwały Bożéj, nie będzie to czas stracony, i nauczysz się czegoś i nie rozhultaisz i pierwociny swe złożysz w ofierze Chrystusowi. Choć ojcowie nie płacą tylko pacierzem, a robotnicy u nich wszyscy dla miłości Bożéj pracują, nakarmią przecie, przytulą, będziesz miał dach i będziesz między swojemi, bo wszyscy co dla Boga pracują, są braćmi i jedną wielką rodziną. Tak począwszy rzemiosło, daléj cię już Opatrzność poprowadzi, nie wątpię. A no nie zapominaj dwóch rzeczy, idąc patrz na krzyż, abyś się nie obłąkał i z drogi wielkiéj nie schodź, a przyszedłszy do miasta, idź wprost do klasztoru nie zatrzymując się nigdzie...

Ojciec mówił, syn słuchał, ale nogi mu drżały, tak mu się chciało samemu, wolnemu jak ptak wybiedz w świat, w głowie mu się marzyły dziwy, bo choć widział miasto zdaleka, nie był w niém nigdy, i nigdzie jeszcze nie puszczono go tak swobodnie na własny rozum i wolą.
Nie zapaśno go ojciec wyprawił, ale było kilka groszy w węzełku, coś rzeczy w tłomoczku, rzemiosło umiał, o roboty było łacno, siły i zdrowia Bóg nie poskąpił, nadziei i ufności w przyszłość pełne były kieszenie.
Stary nareszcie pocałował go w głowę, matka się rozpłakała, bracia stryjeczni, siostry cioteczne przyszli, obstąpili go i pouwieszali mu się na szyi, na wpół śmiejąc się, na wpół płacząc, a chłopak jeden co mu sięgał po ramię, chciwemi, błyszczącemi od zazdrości oczyma poglądał na szczęśliwego szepcząc: — Weź mnie z sobą. Janek upadłszy do nóg ojca, uściskawszy matkę, która go długo nie puszczała z objęcia, pocałowawszy braci, kij w rękę uchwycił, i przestąpił próg domowy z bijącém sercem.
Na świecie było jak w raju! prześlicznie, słoneczno, wesoło — do koła kraj się roztaczał górzysty, pełen wiosek, zagród, pełen drzew i zieleni, przezeń biegły mruczące rzeczułki, ciemniały szumiące gaje, a kędyś na widnokręgu w sinéj dali... ciemniała wieżyca kościelna, bielały mury miasta.
Zdawało się jakby umyślnie na powitanie wędrowca wszystko wystroiło się, odświeżyło, umaiło i oblało wonią...
Odwrócił się — rodzice płacząc stali na progu, przed nim świat się uśmiechał. Skłonił się raz jeszcze siwym głowom ojca i matki, i poszedł.
Nigdy jeszcze nie biegł tak skoro, nigdy nie było mu tak lekko, dobrze i wesoło, szeroka droga wiodła jak zajrzéć aż do miasta, nią iść ojciec i ostrożność kazała, ale miasto widać było, któżby chciał niewolniczo wlec się pyłem i kolejami starego gościńca, kiedy tyle zielonych dróżynek, cieniem, wzgórzami, gajami, brzegami strumieni, ku temu samemu zdawały się prowadzić celowi?... Chatka już mu była z oczów zniknęła, dym tylko z po za wzgórza z jéj komina ku Niebu się wznosił...
— Ojciec nadto o mnie bojaźliwy — rzekł do siebie Janek — czyż to ja do miasta nie trafię, choćbym i gościniec porzucił?? A tu pali, pył... gorąco... i nudno iść tą w sznur wyciągniętą drogą.
Zwolnił kroku, puszczając się boczną ścieżyną, bo musiał nad sobą pomyśléć i zaczynał robotę od budowania przyszłości; ale co krok odrywały go nowe obrazy. Wabił skład drzew zielonych, świeciły kryształowe wody stawów, bawiły widoki wioski, chatek białych i ludzi.
— Nie ma się czego tak śpieszyć, rzekł do siebie, stanę jeszcze bardzo w porę... iść nie tak daleko, ojciec stary... darmo się obawia, on troszeczkę gdéra i bojaźliwy...
Ścieżką spuścił się z pagórka, przeszedł kładkę na ruczaju... Nad nim właśnie na kamieniu stało dziewczę i chusty prało... Piękne dziewczę, lat piętnaście, złote kosy do stóp, sine oczy jak niezabudki i różowe usta, gdyby otwarty kwiatek, a po nich lata jak ptaszek piosenka. Na niéj koszulka jak śnieg biała i pas jak krew czerwony, ale kibić... objąłbyś ją pierścionkiem aż strach żeby się nie złamała... Podróżny ledwie ją zobaczył, przypomniał sobie zaraz, że nie zawadziłoby popytać o drogę...
— Dzieweczko malinko, rzekł spierając się na poręczy kładki i pożerając ją oczyma... a którędy to do miasta?
— Do miasta? z figlarnym śmieszkiem odpowiedziała śliczna dzieweczka... przed siebie, przed siebie, na prawo, potém w lewo, krętu w prawo, trochę wprost i traficie...
— A nie ma drogi błędnéj?
— O są! i wiele! a czemużeście nie szli gościńcem, kiedy dróg nie wiecie.
— Bo mi tędy weseléj i chłodniéj... A daleko? zapytał usiłując przedłużyć rozmowę...
— A! mówią że daleko... alem ja tam nie była... matunia to chodzą co niedziela...
— Jakto? nie byłaś w mieście?
— Nie byłam i nie ciekawam, odpowiedziała dziewczyna powoli składając poprane chusty. Ot nasza chata w pasiece... ot nasz ogródek jabłoni; ot mój strumyk z kwiatkami, ot studeńka gdzie krowy i kozy poję, ot pólko i stożek.. a na co mnie miasto?
— Jak ci na imię dzieweczko? rzekł przybliżając się chłopiec.
— Imię, a na co wam imię moje? zawołała śmiejąc się i patrząc mu w oczy, wołać mnie nie będziecie...
— Kto to wie!
— Nie znamy się! idźcie swoją drogą!
To rzekłszy dźwignęła chusty, ale czegoś jéj udźwignąć je było ciężko. Janek grzecznie się znalazł i sam je pochwycił.
— Ot ja ci je zaniosę... rzekł ochotnie...
— A matunia? szepnęła dziewczyna. Nuż ją w chacie znajdziemy.
Ale nie, dodała po namyśle... poszła z kilką na grzyby...
Było to niby pozwolenie, Janek dwa razy sobie mówić nie dał i ciężar dźwignąwszy cały, poszedł ścieżką po drodze...
Ale szli powoli... powoli i patrzeli sobie w oczy, uśmiechali się do siebie, szeptali, zdaje się nawet, że się ścisnęli za ręce... a czas ubiegał, ubiegał... Nareszcie pokazał się płotek, wrotka, chatka, podwórko... dziewczę się obejrzało i westchnęło, Janek radby był iść z nią daléj... na progu kazała mu złożyć chusty i żywo poczęła je znosić do izby... Ale jedno drugiemu podawało, a co się naśmieli, co się nażartowali!! Ostatni już węzełek zaniosła dziewczyna i Janek miał próg za nią przestąpić, gdy nagle drzwi się żywo zatrzasły, śmieszek dał się słyszéć z sieni, a chłopiec osłupiały z podziwem pozostał przed progiem... Nie wiedział co począć z sobą, gdy maleńkie okienko odsunęło się trochę, piękna główka przez nie wyjrzała i głosek figlarny zawołał.
— Późno wam będzie do miasta, bywajcie zdrowi!..
Dopiero sobie Janek drogę przypomniał, westchnął u zamkniętéj szybki, zawrócił się i poszedł ze zwieszoną głową.
A tuż i chmura niewiedziéć skąd ukazała się na niebie, zagrzmiało, zaszumiało, i deszcz lać począł jak z wiadra... Janek pędził żeby się gdzie przychować i o drodze zapomniał...
Leciał, leciał w prawo, w lewo, zakrywając się połami, nareszcie dopadł stogu siana na łące i przysiadł pod nim deszcz przeczekać... Wiatr téż prędko przeniósł burzę, deszczysko poszło daléj z piorunami, a chłopiec obmokły, trochę smutny, nie patrząc kierunku, w dalszą się puścił wędrówkę.
Ścieżka zupełnie mu z pod nóg znikła, znaleść już jéj nie umiał, przypomniał sobie, że wieżycą kościoła kierować się był powinien, ale jéj z dolin w które zszedł nie było widać.
Chciał spojrzéć na słońce, chmury je zjadły, ani się domyśléć z któréj strony świeci... na los więc przyspieszył kroku, aby daléj, aby daléj.
— A! przeklęta dziewczyna! mówił w duchu, wszystko to cierpię z jéj przyczyny, bodajbym jéj nigdy nie spotkał.
Przyszedł rozum po niewczasie.
Jakoś z dolin powoli wydrapał się na wzgórza i dostał do lasu, a tuż i słońce zza obłoków wyskoczyło i świat się znowu rozśmiał w jego promieniach.
W lesie, patrzy, stary jakiś drwal łupie kłodę nieopodal na łuczywo... niepocieszna to jakaś figura, brak mu było jednego oka, które gdzieś zgubił po drodze, koszula na nim zasmolona, siermiężka jak przetak, a z pod zawisłéj powieki, jedyna źrenica złém mu jakiemś szyderstwem patrzała... Są takie jakieś niepoczciwe czasem twarze na świecie, że w nich licho siedzi niepojęte, boisz się ich a ciągną cię... dreszcz cię przejmuje na ich widok, a przykro ci je minąć, nie zbliżywszy się do tego straszydła.
Stary drwal właśnie miał cóś takiego w djabelskiéj swéj twarzy. Jak tylko ujrzał młokosa z tłomoczkiem na plecach, z kijem w ręku, błądzącego po lesie, przestał ciupać, podniósł głowę, pokiwał nią i odezwał się spluwając:
— Hę! staruszku szanowny... a dokąd to Pan Bóg prowadzi.
— Do miasteczka!
— Ho! ho! ho! do miasteczka, toście się dosyć zbili z drogi, myślałem że z niego idziecie.
— Jakto? doprawdy? rzekł niespokojnie, zatrzymując się Janek.
— W saméj istocie, ale to nic, jeno się weźmiecie przez ten oto las i manowcem na lewo, a drużyna sama do gościńca wyprowadzi... chłodem, cieniem i bardzo przyjemną okolicą, sześć karczem jedna po drugiéj mijać będziecie.
Chłopiec zatrzymał się, drwal przystąpił do niego i jął mu się przypatrywać.
— A skądże to?
— Od tatka Macieja...
Drwal znowu głową pokręcił. — Rozumiem, pewno na zarobek do miasta...
— Na robotę, na naukę...
Drwal coraz się przybliżał i serdecznił i przymilał.
— A toś się musiał zmęczyć chłopczyku kochany... aż mi cię żal.
Ot siądź spocząć na kłodzie, do miasteczka jeszcze pora! i jak pora... ja ci krótszą pokażę drogę, wyprowadzę cię tam, zobaczysz serce moje. Chłopak téż rad, że go stary hołubi, uśmiechnął mu się po same serce, przyjął wezwanie i usiadł z nim razem na kłodzie starego dębu... Drwal się w niego uporczywie wpatrywał, jakby go chciał na wskróś przeszyć.
— Do miasteczka! hm! powtarzał — do miasteczka! to! to! i takiego młodego samego cię puścili.
— Ale bom ja stateczny, rzekł Janek z pewną dumą.
— Zapewnie, a taki to niezbyt oględnie.. ot, żebyś gdzie i na złych ludzi natrafił, mogliby jak nic krzywdę ci zrobić jaką.
— Jakążby mi krzywdę zrobili?
— Mogliby cię obedrzéć nieboraku...
Janek ruszył ramionami i rzekł śmiejąc się przysłowiem:
— Goły się rozboju nie boi...
Drwal z ukosa spojrzał na tłomoczek.
— Choć rodzice ubodzy, ależ taki jedynaka wyprawiając, musieli mu cóś dać na drogę.
— Maluczko.
— Maluczko mówisz — proszę! aż mi cię żal, a to może nie masz nic... z czém począć, to bieda!
I począł bardzo cmokać i dziwować się.
— A pokażże no mi — rzekł nagle, — co masz, może ja co na to poradzę.. Janek począł najprzód wyliczać.
— Dwie koszule nowe, no! kurtka od święta, buty pierwszy raz przyszyte... a jakie cholewy! kamizola! aj jaka kamizola! jakie z boków kieszenie i guzy! no?. Kielnia, łokieć, waga... a i książka od nabożeństwa,.. i różne drobnostki.
Gdy on to mówił, a drwal kiwał niedowierzając głową, Janek zsunął z bark tłomoczek, rozpiął go, i nuż wyciągać, chwalić się, pokazywać.
Mało tam było, ubogo, ale i na to oko drwala niepoczciwie się zaiskrzyło, począł cmokać i dziwnie się wpatrywać.
— Piękne masz rzeczy! wcale piękne masz rzeczy! — rzekł ochrzypłym głosem, jakby go w gardle paliło.
Chłopiec już chciał wdziać tłumoczek na ramiona, gdy drwal przytrzymał go uśmiechając się za rękę.
— Jakiżeś niedoświadczony, — rzekł zaczynając śmiać się coraz głośniéj, — na cóż to darmo dźwigać siedząc, to cię ramiona zabolą; włożysz gdy iść będziesz, odpocznij, zobaczysz, że ci tak lżéj będzie.
Jankowi rada dosyć przypadła do smaku, siadł odsunąwszy tłomoczek, a drwal go wciąż wypytywał.
Burza przeszła... słońce znowu świeciło i paliło, a choć w cieniu pod drzewem, dogrzewał upał letni... Drwal po spalonych wargach przesuwał suchym językiem.
— Niechce ci się pić? — spytał.
— O! i jak!
— Czekajże! napijże się na drogę, to cię orzeźwi... ot tu.. o pięć kroków jest źródełko, a przy niém pobożna dusza zawiesiła czerpak drewniany... ot, ot! tam za tym dębem... nie widzisz?
— Coś tam widzę... jakby kłodę.
— To zrąb... idź, idź! ruszaj się, bo czas w drogę.
Tłomoczka brać nie chciał Janek, spojrzał nań przecie jakoś niespokojnie.
— O! jakiś ty głupi, — rzekł śmiejąc się stary drwal, — czego się boisz? idź! idź! taż ja ci popilnuję.
Janek poszedł zawstydziwszy się złéj myśli.
Szuka krynicy, szuka, doły są, ale wody w nich nie ma, w jednym błoto; w drugim kałuża pokryta pleśnią zieloną... ani studni, ani czerpaka. Długo się kręcił, zaszedł daleko, nareście biegiem powrócił do kłody, ale drwala ani znaku.
Dopiero obejrzawszy się w około, poznał, że źle zrobił nie słuchając ojca, nie idąc traktem, wdając się w rozmowy niepotrzebne i znajomości podejrzane... Spuścił głowę, łza mu się zakręciła w oku, nietyle po kielni i wadze, co po kamizoli sinéj z żółtemi guzami... ale dzień upływał, złodziéj licho wie gdzie uciekł, Janek wskazaną drożyną szybko się puścił ku miasteczku...
Jakoś choć z sercem uciśnioném, ale z parą groszy pozostałych w kieszeniach i kromką chleba, więc nie całkiem goły, przebił się przez las, na wzgórze, patrzy... gwałt! miasto... jakby uciekło! ledwie widać, tak daleko! Ale krzyż kościoła błyszczy w zachodnim blasku na chmurze wieczornéj... Nie pytając już drogi, popędził biedaczysko, ale bez tłomoka ciężéj mu było niż z nim!
Szedł bez ścieżki i bez drożyny, gdzie oczy niosły, a coraz się ściemniało, a tu rowy, a tu płoty, a tu wzgórza, doliny, krzaki i grzęzawice co chwila wstrzymywały, a czas ubiegał, a noc się zbliżała. Zadyszany, zgryziony, przeklinając dolę swoję, i powoli na barki losu składane głupstwa, które sam porobił, Janek jakoś się dobił do gościńca i począł już bezpieczniéj przybliżać do miasta, pewien że w niém choć nocą stanie.
Teraz sama mu się droga wskazywała... pełno na niéj ludu wracającego z targowicy, pełno pieszych i wozów, a gwaru, a wesela, a bitwy, a kłótni... Szczęściem nie było czasu przysłuchiwać się i przypatrywać temu wszystkiemu.. A że w ogóle ludzi wesołych było więcéj niż trzeźwych, ich dobra myśl w serce się Janka przelała, i począł dodając fantazyi kłamać przed sobą.
— Po co mi dwie koszul było?.. a tak mi ciążył ten paskudny tłomoczek! mam jednę na plecach, to dosyć! jak się zbrucze, przepiorę ją kąpiąc się w Sobotę w strumieniu... Kamizola! no! kamizola była nie brzydka i pokaźna! oj téj to mi żal, ale to na wieś dobre nie do miasta, zarobię, to se frak sprawię stary... kielnia była zupełnie nic potem, wygięta, wyszmulana jak blaszka... waga to głupstwo... lada kamień i sznurek to i waga... kurta z ojcowskiéj była przerobioną i na jednym łokciu łatana... nie do koloru. Tylko mi książki matusinéj bardzo żal... o! żal! ale taka była stara!
Westchnął za nią, ale gwar go zadurzył i o stracie zapomniał.
Już téż choć dobrym zmrokiem, a zbliżył się do bram miasta.
W bramie stali celnicy, ale koło chłopaka nie było czego patrzéć, śmiejąc się pomacali go po kieszeniach, i coś groszaków z nich wyjęli, potem zaczęli zeń drwić, że idzie z próżnemi rękoma i niby go puścić nie chcieli, nareszcie gdy się zafrasował, odbiegli do innego, a on wszedł w ulicę..
Aż tu, jak wnijdzie w ulicę, w tém hałas, tartas, szum, huk, między przechodzących i przejeżdżających, biedny Janek głowę stracił, gębę otworzył i stanął. Chciał przed wszystkiemi czapkę zdejmować... ani sposobu tyle ich tam było... i zhardział, tylko ją na bakier posadziwszy daléj.
Ten i ów go popchnął, popchnął i on także... ale co krok to staje... gapi się. Kilku chłopaków otoczyli go i nuż zeń przedrwiwać.
Dopiero Janek opatrzył się że żartują, gdy go błotem orzucali... Wieżę kościoła widać daleko, ale na nią nie patrzy i idzie daléj coraz śmieléj.
Na rogu ulicy trafiła się szejne katarynka, a na niéj małpa w czerwonym kaftaniku... Janek w ręce plasnął... koło widzów okrążało żydka, który to cudo pokazywał, a gdy instrument zagrał kozaka, gdy małpa zeskoczywszy ze skrzynki, krygi, skoki i miny poczęła... nie było się sposobu oderwać. Reprezentacyja trwała dosyć długo, żyd grał a małpa tańcowała, ludzie się śmieli i wszystko było dobrze, aż nareszcie i żyd i małpa się zmęczyła, szejne katarynka wydała jęk przeciągły... ten i ów przewidując nieprzyjemną apostrofę poczynał się wynosić; żeby się od składki wywinąć, udając przechodzącego tylko. Kilku bliższych rzucili po groszaku. Janek jak wkuty pozostał, małpa bowiem język mu pokazała przekrzywiając głowę i to go niesłychanie bawiło... Stoi, stoi, jedną razą żydek się obejrzał pozbierawszy grosze i wprost skoczył na niego.
— Nu! a patrzał wać?
— Albo to oczów nie mam? ofuknął Janek.
— A słuchał wać?
— Albo to ja nie mam uszów? oburzył się chłopiec.
— Nu! to zapłać! to zapłać!
— Jakto zapłać! co to! zapłać!
— Nu! on tego nie rozumie!
— A tyluż tu było co nie płacili.
— Ty za nich i za siebie zapłacisz! — krzyknął żyd w złości.
Janek się obruszył, żyd go za kołnierz i począł krzyczéć coraz głośniéj.
— Gwałt! złodziéj! gwałt! złodziéj! A tym czasem nuż go okładać pięściami, małpa widząc to siadła mu na kark, gorliwie naśladując swojego nauczyciela... poczęli go grzmocić we dwoje; Janek narobił wrzasku, ale głos jego tłumiło wołanie żydowskie: złodziéj, złodziéj!
Nadbiegł po chwili ront, a widząc, że żyd wrzeszczy, że się Janek wyrywa, chwycił jegomości pod boki i nie opatrzył się chłopak, jak go do ciemnéj ciupy wsadzili.
Nie mógł w początku zrozumiéć co to się takiego stało, oglądał się, wzdychał, płakał, aż postrzegł starego wąsacza, który paląc siedział na ławie i patrzał nań z dobrodusznym uśmiechem. Wzrok tego starego, jego fajka tak Jankowi nieszczęsnemu drwala przypomniały, że mu dreszcz poszedł po skórze... Ale ośmielił się raz drugi spojrzéć, i z pod wąsów sumiastych dostrzegł dobywającego się uśmiechu... wszakże tyle już miał znajomości świata i smutnie nabytego doświadczenia, że jeszcze nie dowierzał wąsom i fajce.
Stary inwalid łagodnie nań wejrzawszy, począł rozpytywać łagodnie.
— Za co to tu ciebie przyprowadzili? Coś ty zrobił?
Janek się rozpłakał, nie chciał już nic mowić, ale wkońcu od A do Z wyspowiadał mu się z całego dnia. Inwalid począł głową kiwać i cmokać, co znowu przypominając drwala, przestraszyło młokosa... nic nie powiedział, fajkę wydmuchnął i wyszedł drzwi zatrzasnąwszy.
W kwadrans wszedł ze starym wąsaczem jakiś poważny mężczyzna w okularach... obejrzał Janka, obmacał, usta wydął, oczy zmrużył, plunął i wypchnął go, w kark mu własną dając ręką, na ulicę.
Janek jeszcze z osłupienia, w które go to dziwne z nim postępowanie wprawiło, nie wyszedł, gdy znowu się ujrzał we wrzątku i gwarze ulicznym. Chciał już wprost iść do kościoła, ale wieży jego za łzami dostrzedz nie mógł.
— Ha, pomyślał sobie, pójdę daléj to trafię. I znów posunął się powoli ku środkowi miasta. Ledwie uszedł dziesięć kroków, wielkie światło uderzyło go w oczy, budynek jakiś ogromny stał na drodze, ale oświecony jakby kawałek dnia na noc sobie schowali; dwóch jakichś ichmościów stali na koniach i drzwi pilnowali, — w podwórzu pełno było osobliwszych powozów, a co ludzi! co ludu! Janek musiał stanąć żeby się choć trochę przypatrzéć. Niepodobna się było nie zagapić, bo takiego widoku w życiu jeszcze nie spotkał. Najprzód ci ludzie których widział wchodzących, wychodzących, wsiadających i wysiadających z powozów, te panie i dzieci nawet i ci co im usługiwali, i ci co ich wieźli, były to całkiem inne stworzenia, niż te co pod imieniem ludzi nawykł był Janek widziéć na wsi. Co za suknia, pełno złota i purpury! Co za twarze, rzekłbyś malowane, tak świeżuchne, a konie jak lalki... a psy nawet, takie zgrabne i eleganty, wszyscy czupurni, wytworni, uśmiechnięci, weseli, serdeczni i dziwnie piękni. Nawet głosy z ich ust wychodzące miękkie były, słodkie, jak jedwab z ust się ciągnęły pasemkami błyszczącemi, a Janek słuchał tylko ich muzyki, bo zrozumiéć nie mógł; język to był tego świata, inny wcale od naszego. Janek znowu głowę stracił, ani sposobu pójść daléj.
— Niech no to się przesunie, to i pójdę — mówił do siebie — ale tłum jeszcze się powiększał co chwila, a tak wesoło było patrzéć na tych ludzi prześlicznych, wesołych, uśmiechniętych, grzecznych, dobrych i poczciwych. Jankowi raz się zdało, że jedna z tych pań miała łzę na oku, ale to był brylant co świecił przy jéj twarzy; zdawało mu się znów, że ujrzał gniew w brwi jakiegoś jegomości, ale to był cień od pukla włosów co marsa udawał. Zresztą wszyscy oni mieli jak się okazało, dwie podobno miny i dwa głosy — między sobą byli jak anioły, ale dla sług i tłumu przybierali inną postać, mowę i wejrzenie. Sam tego Janek doświadczył, bo z uśmiechów i twarzy wnosząc o sercach, wyciągnął rękę choć ze wstydem i chciał opowiadając swoję historyją prosić o wspomożenie jakiejś ślicznéj kobieciny w lokach blond, z oczyma jak niebo modremi... ale ta ofuknęła go groźno... Ktoś w téj chwili popchnął, trzeci poprawił i Janek na kułakach wysadzony znalazł się za owém czarodziejskiem kołem świateł i wesela, wśród ciemności i pustyni.
Jak sen przeszło widzenie, znowu iść musiał daléj.
Ktoby pomyślał że Janek widząc noc nadchodzącą, nabrał rozumu i spieszył za radą ojca do klasztoru, może i miał ochotę to uczynić, ale w tym gwarze zdurzył się i wmawiał w siebie, że kiedy tylu ludzi nie śpi, noc być jeszcze nie może, tylko się tak sobie ociemniało. Idzie więc znowu ulicą, ale wzdychając za owym światem, którego ujrzał był trochę, a z którego tak rychło go wygnano.
Idzie, idzie, idzie, idzie, co krok cuda... Tam w powietrzu pali się lampa, niewiedzieć jaką zawieszona sztuką; stanął opatrzéć jak to tam wsi, zaczepił się znowu, koń go potrącił, zabolało, ustąpił... Tam znowu ujrzał przy jasnych jakichś, białych, świecących kulach, jakby księżyce w pełni wyglądających, a nic do łojowych świéc nie podobnych... dziwny sklep jakiś, w sklepi! cuda! Janek się do drzwi zbliżył i stanął jak wryty. Liczy w głowie ile to wszystko kosztować może, choć ceny tych rzeczy nie wie, zaczyna marzyć coby sobie kupił gdyby miał pieniądze. Widząc tam jakieś cacka, pasy, wstęgi, materye, szkiełka, złote sprzęty, dziwne narzędzia, królewskie suknie... a Janek zaczyna rozumować jak to być może żeby ojciec jego i matka i on i cała wioska żyli tak długo i obchodzili się bez tego wszystkiego?? Do czego służyć mogą rzeczy, bez których połowa świata żyje i za niemi nie tęskni? Na rozwiązanie tego głębokiego zadania Jankowi brakło zasady, a szukając jéj, tak się zamyślił, że ani postrzegł jak kupczyk wylewający szklankę brudnéj wody, w twarz mu nią chlusnął i na suknie. Krzyknął i co tchu uciekał od tego djabelskiego sklepu.
Tyle go już przykrych wypadków spotkało, że począł płakać nad sobą serdecznie, siadł na kamieniu i szlocha, a ludzie idą i idą.
— Gdyby to tak u nas — pomyślał — o mój Boże! takiby się ktoś zapytał, czego ja płaczę i nakarmił i pocieszył!
Wtém głos się dał słyszéć:
— Czego dudku siedzisz na drodze i płaczesz... poszedłbyś gdzie w kąt.
W strachu, nie oglądając się, Janek chciał już uciekać, gdy go za rękę schwytano, stał przed nim z laską, wielki, gruby jak wół mężczyzna, i dłubiąc w zębach patrzał mu w oczy.
— No! gadajno! — nalegał.
Janek łzy połykał, ale po chwili gdy mu się język ustatkował, i myśli pozbierał do kupy, nuż prawić całą historyją tego dnia nieszczęsnego. Stary śmiał się w głos, brał za boki, słuchał, rozpytywał i zachodził ze śmiechu.
— A to przedziwnie, — wołał — a to wyśmienicie! nieoszacowany!
Nie mógł Janek zrozumiéć co w tém wszystkiém było przedziwnego i wyśmienitego, ale nie miał grubemu za złe jego wesołości, bo po skończonéj historyi, dobył z kieszeni złotówkę, dał mu ją i świszcząc poszedł w swoję drogę.
Piérwszy to raz coś go spotkało dobrego, piérwszy raz choć połajawszy i naśmiawszy się, ktoś się przecie nad nim użalił; Janek jako raźne chłopię, nabrał serca i dalejże poświstując sobie, wziąwszy się w boki.
Kościoła nie widać, ale o trzy kroki, stoi w progu drzwi otwartych, dziewczyna! taka bestyja śliczna, że od niéj nie oderwać oczów... wcale trochę podobna do téj co to zrana zatrzymała go przy strumieniu, gdzie! sto tysięcy razy piękniejsza, liczko gdyby alabaster, policzki jak róże kwitnące, oczy jak u cyganki czarne, a uśmiech... choć za nią w piekło! A jak ubrana! suknia czerwona, pas złoty!.. we włosach świecą się kamyki, gdyby krople rosy na kwiatku... Janek aż czapkę zdjął przed nią, popatrzał, westchnął, chciał iść daléj, ale się ona rozśmiała i wstrzymała go słowem:
— Dobry wieczór ładny chłopaku!
— Co to jest i zna mnie widzę! — rzekł sobie Janek i począł zbliżywszy się przypatrywać jéj, zdaje się jakby ją już gdzieś widział we śnie czy na jawie, ale przypomniéć nie umie, a ta mu ząbki wyszczerza, że dałbyś się zjeść niemi. — Chłopak szuka słowa na odpowiedź, a co mu przyjdzie na koniec języka, to się zawstydzi i połknie.
— Dobry wieczór — powtórzyła dziewczyna. — Czegoś ty płakał? Co to ci ten pan dawał? zapytała uśmiechając się znowu przez białe ząbki, cedząc uśmiech, jak przez sitko...
Janek wciąż chciał, a nie mógł odpowiedziéć, dziewczę piosenkę zanuciło, a główką kiwało, i nóżką tupało, chciał iść daléj, ale czuł jakby go na sznurku trzymała.
Czarownica dziewczyna! Zdaje się stoi umyślnie żeby kusić nieboraka, to nóżki koniec wysunie, to rączkę po łokieć pokaże z szerokiego rękawa, to szyjkę wyciągnie, to westchnie żeby pierś rozkołysać... Szatan nie niewiasta! Oparła się o drzwi od niechcenia, śpiewa i jaką piosenkę!

Chłopcze jabłuszko — chłopcze kochanie...
Czego łzy w oczach ci stoją?
Uśmiech to dla ust twoich ubranie.
Nie płacz... twoją... będę twoją!!!

Wyraźnie jakby do niego! Janek już tylko myśli jakby to tu się zbliżyć, i ani się spostrzegł jak dotknął jéj ręki, jak go dłoń jéj palić zaczęła, jak się przysunął do drzwi, jak przychylił ku ustom... uczuł oddech różany, atmosferę szału... utonął w czarnych oczach, słuch, przytomność, pamięć stracił i sobą być przestał, a stał się nią tylko...
Wtém stara sekutnica, baba czy djabeł, jak wypadnie z korytarzy, jak go tnie miotłą po głowie, dziewczyna krzyknęła i znikła, marzenie prysło, siniec i ból pozostał... drzwi się przed nosem jego zatrzasły... a w ostatku... co gorsza, gdzieś mu złotówki z kieszeni nie stało!
— A! pomyślał Janek — kiedy tak, znamże ja was teraz, pójdę już prosto do klasztoru do kuma Jana, bylem tylko znalazł drogę... ale gdzie droga?
W cztery strony świata, cztery idą ulice, cztery wiatry świszczą, cztery widać kościoły, cztery światy... znajdźże tu drogę kiedyś mądry... Janek się w głowę poskrobał.
— Ot tobie podróżować po nocy.
Szedł ulicą żebrak stary z lirą, zgarbiony, o kiju, broda po pas, torby po kolana, łeb łysy jak dynia, ale oko zmrużone powiedziałbyś jak u tego drwala, dreszcz przejął chłopca, przecież jak miał pana pytać, wolał swojaka ubogiego i zbliżywszy się grzecznie rzecze:
— Mój ojcze, kędy to droga do kościoła, co to go murują.
— A ot, prosto — rzekł stary i poszedł.
Janek już ruszał, wtém nadszedł ktoś młody, śpiewający coś pod nosem, dosłyszał widać pytania i odpowiedzi, bo się odezwał.
— Stary bajdurzy, zwyczajnie stary... co ma w głowie! ruszaj w lewo...
Janek się zaciął, nadszedł trzeci.
— Kpią z ciebie, idź w prawo mój kochany.
Przystąpił czwarty i rzekł:
— Czy nie widzisz, że już kościół minąłeś?
Ani sposobu trafić — Janek ręce załamał i począł by był kląć gdyby nie płakał, aż piąty przystąpił, poważny, w peruce z koziéj wełny, z laską ogromną, w okularach potrójnych a taki prosty i twardy jakby go z drzewa wyciosał, wziął Janka za rękę.
— Synku — rzekł, widzę drogi pytasz, a to niepoczciwe ludziska durzą cię i naśmiewają się z ciebie, co za serca nielitościwe, co za głowy puste! Powiedz no mnie gdzie iść chcesz, ja ci drogę rozpowiem. Najprzód czym źle dosłyszał? pytałeś do kościoła? po co do kościoła?
— Na robotę...
— Ot to znalazł zarobek! budują teatr, idź do teatru... budują Bursę, idź do Bursy... tam ci dobrze zapłacą... a u Bernardynów ledwie łyżkę strawy i krzyżyk na drogę.
— Kiedy mi tam tatko przykazali!
— Co tam tatko? albo to ty nie masz swojego rozumu.
A popatrzawszy na chłopca, który czapkę w ręku obracał, począł się śmiać z politowaniem.
— A no, no! chcesz do kościoła, — dodał prędko... bardzo dobrze, ruszajże, tak... w prawo, potém w lewo, w tył, naprzód, od siebie, za siebie, zawsze przed siebie —... i trafisz niezawodnie.
Janek zagawronił się chcąc zrozumiéć co mu mówiono, a jegomość w pluderkach znikł z oczów, znowu tedy stoi i medytuje, a w głowie mu się przewraca.
Po chwili jednakże poszedł wprost jak mu stary dziad wskazał, ale powoli się wlokąc, znużony, osowiały, niewiedząc co robić, nie myśląc co pocznie... tak się przywlókł do rynku.
Na rynku dopiero pokusy! Cały dzień nic nie miał w gębie, a tu stosami... smażone kiełbasy, kartofle gorące, bułki, jabłka, śliwki, grzanki, czego dusza zapragnie. Przez nos wlatają zapachy do żołądka, głód odzywa się do brzucha, brzucho do kieszeni przemawia, a w kieszeni jak wymiótł, ani groszaka.
Janek myśli sobie i choć patrzę... co to szkodzi i choć zawącham, toż nie grzech. Przy straganie na ławeczce siedziała opasła kobiécina, jak kufa na któréjby harbuz przykryty, czepkiem położył... robiła se pończochę i mruczała pacierze, była czerwona i opasła, jak gdyby dzień cały jadła... gdy się Janek począł zbliżać uśmiechnęła się, a ten się jéj ukłonił:
— A noć proszę do mnie rzekła, proszę, chodź ino chłopaku. Janek bliżéj przystąpił... kiełbasy, bułki, jabłka! skarby! ani oczów ani nosa od nich nie oderwać, proszą się do gęby! Uśmiecha się chłopiec, i taki się zrobił grzeczny, że drugi raz się ukłonił; a przekupka do niego:
— A no! nie ceremonjujże się jak suczka na przewozie, a chcesz czego, to bierz...
— Mogę? zapytał Janek zdziwiony.
— Po kiegożby to djabła stało? zawołała baba; ot to fryc: gdzieś ze wsi!
Janek począł mędrować, żeby się przekonać jakby to być mogło, żeby tu darmo jeść dawali i z pomocą żołądka, który argumentów dostarczał, jak jął rozumować, tak doszedł, że wielkie, otyłe kobiéty, nie mogąc już jeść same, straciwszy apetyt, siadają na rynkach dla karmienia drugich i napawania się cudzą rozkoszą choć oczyma. Żołądek się przysięgał, że tak być musiało, rozum nie poprzestał, zostawując to na potém. Dosyć więc dyskretnie wziął Janek kiełbasę i schował do żołądka, wziął bułkę i posłał ją w pogoń za nią, zgryzł parę jabłek... poczém zdjąwszy czapkę z uśmiechem, zabierał się już odchodzić, gdy baba jak była gruba, tak krzyknąwszy ogromnie na całe miasto, zerwała się jak piórko i schwyciła go za czuprynę...
— Stój łajdaku! a cóż to, płacić nie myślisz?
To słowo mrozem Janka przejęło i rozum tu się odezwał:
— A co? było mnie słuchać, nie tego głupiego żołądka.
Zapłacić! czém tu było zapłacić!
— Nie mam grosza, wyrzekł drżący... ale jejmość mnie zapraszałaś przecie?
— A jeść to umiesz! a płacić to nie chcesz! nie masz grosza, to zdychaj z głodu, a cudzego nie rusz, psi synu!
Były tam i inne piękne słowa, których Janek nie zrozumiał, ale za to kułaki mówiły do jego pojęcia jasno i dobitnie; trzy baby tłuste, jedna chuda, obracały go na wszystkie strony, tak że nie było sposobu się wywinąć, zdarły z niego świtkę i dopiero puściły w koszuli. Nieborak uciekł co tchu, paląc się ze wstydu.
— Nie! rzekł do siebie z gniewem, nigdy rozumu miéć nie będę, ojcam nie słuchał, dobrze mi tak!
W tém jakieś skrzypki zagrały i zadzwonił bębenek, ale to nic bębenek i skrzypki, patrzy Janek przez drzwi otwarte, izba ogromna, do koła flasze: żółte, czerwone, białe, tłuste i chude, jedne z szyją jak żurawia, drugie brzuchate jak wieprze; gąsiory, tylko im czubki i pasy ponakładać, podobniusieńkie do starego wójta, bańki przypominające starą Lejbowę, kieliszki, kwarty... a!! Czego tam nie było w pośrodku taniec zawzięty...
Tańcowali, ale jak! rzekłbyś że ich djabeł opętał, tak się nosili po karczmisku z końca w koniec wiatrem gnali, dziewczęta leżąc na barkach chłopców, chłopcy z niemi usta w usta, ręka w rękę... hu ha! hu ha!.
— A! daj go katu! — zawołał Janek to nie tak jak u nas w karczmie u Lejbowéj — dziewczęta inne i muzyka i taniec nie taki. Wszedł tylko na próg i spiął się na palce, ktoś go popchnął i znalazł się we środku...
W tém zbliża się do niego niczego Jegomość, w koszuli i kamizoli, w czapce na ucho, wąs do góry, nos jakby go karmazynem wyszywał, pyski mu się śmieją, a oczy błyszczą, i ni z tego ni z owego cmok w zęby Janka...
— Co u licha? czy kum, czy znajomy?
A ten go plusg z drugiéj strony.
Janek do czapki bo był grzeczny z natury...
Ten mu w rękę, tka kieliszek nalany i pachnący jak kadzidło, a świeci się w nim trunek jak kamień u pierścienia.
Przypomniał chłopak radę ojca żeby trunku unikał, ale jak tu wszedłszy wysunąć się z karczmy?
— Rybko kochanie, pij... jak mi co dobrego życzysz, jak ci miły stary Grzegorz Łada... sto lat nam żyć i pić, a żonkę i dzieci niech djabli biorą!! ha ha!
— Ale panie Grzegorzu!
— Co tam panie Grzegorzu! pij cymbale, tupnął nogą hulaka, albo nie... Janek się jeszcze zżymał i chciał wymawiać, a ten go pięścią w bok.
— Pij młokosiu, bo ci łeb rozwalę!
— Gwałt, pomyślał Janek, nie ma rady; trunek więc pochwycił i jednym toastem wychylił, Grzegorz go pocałował, poślinił i poszedł.
Szatan musiał tam coś napuścić do tego trunku, Janek od niego jakby ożył, przeciera oczy... co to takiego, świat inny, niby dzień, niby Niedziela czy święto, czegoś wesoło, aż się chce śpiewać, gdyby inne serce w piersi mu wsadził, istotnie raźno! Co se przypomni goliznę, sińce, przypadki swoje, — to powtarza.
— Pal djabli, jakoś to będzie!
Dziewczęta się śmieją i żartują, karczma nawet tańcuje, belki na pułapie jakby je febra trzęsła, flaszki skaczą na ulicy, kieliszki na stole, a ludzie, nie ma co już i mówić. Janek sobie śpiewać począł i tupać, wziął się w boki, wyzwał by teraz na pojedynek półtory kopy przekupek i pół miasta w dodatku; wąsa kręci choć go nie ma, brzęka niby pieniędzmi w kieszeni, choć ani groszaka mu nie zostało — inny człowiek!
— Ho! ho! rzekł, nie głupi tatko! że mi wódki zakazywał, a toć w kieliszku taka siedzi siła, że może bym go nie słuchał i swój miał rozum, gdybym był trunku skosztował... Tylko go w siebie wlać, wszystko jest: i rezon i siła i ochota i wesołość... a że łeb trocha boli, to dawniejsze sprawy... w tém dziewka go wzięła w tany, jak poszedł, jak wywinął, aż się gdzieś oboje oparli o drugą ścianę i mało szynku nie wywrócili... Huk! hałas! dziewczyna upadła; brat i narzeczony do Janka z pięściami...
— Co to ty tu przyszedł robić breweryje, ty hołodrygo jakiś, co ci się koszula dziurami świéci!
Janek w garść plunął i gotów do boju, a ci jak go poczęli grzmocić... ciepło się czegoś zrobiło na twarzy, kiedy się otrze, aż tu krew.. a tu go wziąwszy pod boki, wiodą do drzwi i za drzwi, i jak go pchnęli w ulicę, aż nosem zarył nieborak.
Wstał jednak, otrząsł się i chciał powrócić do szynku, żeby wybić ich wszystkich jak pszczoły, ale gdzieś licho wzięło i drzwi i dom i światło, ciemniuteńko jak w garnku i cicho jak na cmentarzu.
Odarty, potłuczony, skrwawiony, Janek nierychło oprzytomniał i przyszedł do siebie; jeszcze licho nadało, niewiedziéć skąd coś mu się takiego stało, jakby w nim jednym znalazło się dwóch ludzi — czy się kto zakradł?
Obejrzał się, obmacał, jednym jeden, a we środku wyraźnie gada mu dwóch jakby na komedyi i tak się z sobą kłócą, że rady im nie dać. I jeden Janek i drugi Janek, a tak do siebie nie podobni, jak ranek do wieczora.
— Słuchaj trutniu, mówi piérwszy, dobrze tobie tak — a byłoci ojca słuchać od początku, iść gościńcem prosto, nie zatrzymywać się, nie bałamucić, i wszedszy do miasta, uszy zatknąć i wprost do fabryki!
— Jaki ty mądry! odpowiada drugi Janek, co ja temu winien? toż los, to trafunek, to dola.
— Alboś to nie szukał guza, toś go znalazł!
— Co pleciesz? Ja przecież nie mogłem iść w skwar gościńcem...
— A dziewczyna?...
— Sama mnie zaczepiła...
— Nieprawda, tyś się przyczepił do niéj; a drwal? nie głupi ty byłeś?
— On był zły, jam nie głupi...
— A karczma? a przekupki?...
— To oni winni nie ja! w oczy skaczą!..
Drugi Janek począł się śmiać szydersko, kłótnia między niemi się wszczęła na nowo, i jakoś przecie po téj sprawie z dwóch skleił się jeden jak wprzódy.
Miasto ciche było jak wymarłe, kilka lamp gasło kołysząc się w powietrzu, na niebie gwiaździstem świéciły niewygasłe lampy Boże, a na lazurze ciemnym, z prawéj strony ujrzał Janek wieżę i krzyż niedokończonego kościoła.
Oprzytomniawszy podziękował Bogu, że mu wskazał drogę i poszedł...
Teraz myśli sobie: trafię pewnie choć zapóźno trochę... byle brama nie była zamknięta.
Idzie, idzie, z ulicy w ulicę, coraz puściéj, coraz ciszéj, a wieża przed nim rośnie, a dojść do niéj nie można, to w prawo, to w lewo, nie dobić się do niéj za murami, zwyczajnie po nocy, wzdycha i idzie znużony.
Już mu i sił braknąć zaczyna.
Nareszcie plac się wielki roztoczył przed nim, opasany murem do koła, w pośrodku stały podniesione prawie do dachu mury, a wieżyca sięgała już w obłoki i złoty krzyż na niéj zatknięty błyszczał w ciemności jakiemś światłem, które nie z ziemi, ale z niego samego bić się zdawało.
Cisza była uroczysta... przyszedł do bramy, wielkie wrota dębowe stały zaparte ze środka, ale przy nich na koziéj łapce wisiał sznurek od dzwonka...
Janek senny, znużony, zbolały, bo mu wszystkie teraz rany dojmować zaczynały, dziękując Bogu — zadzwonił.
Szeroko rozległ się głos małego dzwonka, płaczliwy, jakby wzywający ratunku; ale nierychło ktoś się zbudził za wrotami, odsunął okienko i zapytał go ze środka:
— Kto tam taki?
— To ja!
— Któż taki?
— Janek mularczak, syn majstra Macieja... tatko mnie do was przysyła, do kuma Jana, abym z nim pracował na chwałę Bożą i chleb powszedni.
— Tak późno? Maciéj mieszka w blizkiéj wiosce.
— A! późno wyszedłem z domu, a tylem cierpiał po drodze... puśćcie mnie, puśćcie dla miłości Bożéj, krew leje się ze mnie, głowa pęka, łzy płyną... puśćcie dla miłości Boga, bo umrę na progu!
Powoli furta się otwarła i staruszek z siwą brodą, z latarką, w sukni zakonnéj braciszka, wychylił czoło zdumione, spojrzał na młodego chłopca.
— O mój wielki Boże! zawołał, co ci to jest? cały we krwi, cały w błocie, o téj porze!
I ujął go w ręce silnie, a Janek ledwie na nich spoczął, przytomność i czucie utracił... omdlał na gościnnym progu...
Mnich westchnął, spojrzy nań — o dziwo! przed chwilą młody — Janek miał już włosy siwe, broda mu po pas wyrosła, sześćdziesiąt lat leżało na pooraném czole...
Starym przyszedł do pracy i modlitwy i upadł na progu!
A któż z nas nie był tym Jankiem??
Słuchajcie tatka Macieja!





PIEŚŃ ŻYCIA.
(FRAGMENT).
„Pieśni życia, wielka pieśni, po raz setny, niech cię rozpocznie człowiek; pieśni niewyśpiewana, nieskończona nigdy pieśni, zawsze jedną grobową kończąca się zwrotką, a zawsze nowa i ponętna...

„W krainie ducha, wszystko jest pieśnią życia, jak na ziemi, od pyłku do dębu wszystko jest żywotem. W pyłku śpi może świata zarodek, w dębie szumi myśl zielona, i w słowach życia pieśni co dźwięczą urwane, snują się myśli wielkie, niemowlęcym bełkocząc językiem.....
„Życie, życie, życie! po trzykroć wołam cię, zaklinam, wywołuję bym zrozumiał; chciałbym czarnoksięzką różczką zmusić cię byś stanęło przedemną, przyoblekło ciało, i odpowiedziało mi samo, czem ty jesteś? Ja cię rozumiem i nie pojmuję cię jeszcze, chwytam i pojąć nie mogę. Spojrzę w niebo, zda mi się, żem schwytał słowo wielkiéj zagadki, obejrzę się na ziemię i błąkam znowu. Toż to jest życie? do czego?
„Chciałbym zaśpiewać wam wielką wiekuistego życia pieśń, a usta zawiera zdumienie, cierpienie, bezsilność i boleść; boleję ale nie nad sobą. Usta mi zamyka szał ludzi, nędza ludzka i wszystkie życia sprzeczności, które ściąga myśl na sznur tego różańca, nie mogąc ich z sobą pogodzie, pobratać i skleić.
„Niech pieśń ta pyłkiem będzie... gdy zaszumiéć dębem nie może, — i pyłek w stworzeniu potrzebny i on nieśmiertelny.
„Pieśń życia! spytają zdumieni, — a żyłżeś ty, co ją chcesz wyśpiewać? O! żyłem, jeśli życiem nazwać się godzi to dziwne pasemko nadziei, łez, boleści, burzy i ciszy i pracy, pracy mozolnéj, na którą gdy się obejrzę, to mi żal, że tak drobna, że tak nieznacząca, że tak w obliczu myśli co ją zrodziła — niedołężna... O! żyłem, śniłem, cierpiałem, pragnąłem, pracowałem, a dziś, gdy się tak wiele przeżyło i prześniło, przecierpiało i przepracowało, nie potrafię powiedzieć, czy warto żyć było.
„Chcę jednak wyśpiewać pieśń nie mojego życia, która pyłkiem będzie tylko, bom i ja w świecie pyłkiem był zaledwie.
„Stańmyż, — oto kolebka — zagadka! Widzicie, na świat przychodzi dziedzic świata, człowiek, z jaką go witają radością, jakiemi mu sypią życzeniami! Jakby sami byli kiedy szczęśliwi, jakby kiedy spełniły się ich życzenia!
„Jedna tylko, matka jedna, wita męczennika łzą na oku, a łza to prorocza, co przepowiada cierpienia, co pierwszy chrzest boleści obmywa dziedzica ziemi...
„Srebrna kropelka błogosławieństwa i wieszczby spadła na rumianą skroń, a z nią wielka, tajemnicza siła; dziecię dotknięte nią drgnęło, poruszyło się, uczuło już może ból, który ją zrodził i błogosławieństwo które niesie z sobą... Łza to święta — chrzest to pierwszy.
„Ojciec się zbliżył i zapłakał także; ale łza jego, łza męzka, łza owoc myśli nie serca; poleciał duchem w świat i przyniósł zeń tę łzę, równie proroczą, ale chłodną. Tamta spłynęła na pierś dziecięcia — ta mu oblała głowę i znowu poruszyło się przeczuciem... Był to chrzest drugi, chrzest boju, jak pierwszy był chrztem miłości.
„Inni zamiast łez przynieśli słowa i posypali niemi kolebkę, jak szeleszczącemi liśćmi suchemi, które jesień zwarzyła.
„I spadły słowa, jedne jak martwe liście, a inne jak muchy z brzękiem przeleciały po nad kolebką, zaszemrały, uciekły i pochowały się zaraz... Słońce życia wywiedzie je kiedyś znowu z kryjówek, znowu przylecą i odlecą znowu, kołysze się, kołysze kolebka dzieciny.
„A razem z pieśnią piastunki, słychać już nad nią, nad dziecięcia głową, wiele krzyżujących się głosów... Posłuchaj sercem zdaleka, bo je sercem tylko schwytać można, jak do snu kołyszą, jak niemowlęciu śpiewają jego przyszłością.
„Zdala, zdala, dochodzi najprzód głos wojny.
„Z pól krwawych śmierci, przybiegają jęki bólu i boleści, i wpadły mu w ucho, aż się wstrząsnęła dziecina, i płacze i kwili... Czegóż to płaczesz dziecino? pyta matka. — Jakiś je szelest przebudził! — odpowiedziała piastunka, śpiewa i kołysze.
„Nie szelest sen mu przerwał, ale bój i mordy, bo ucho dziecka wszystko jeszcze słyszy, wszystko co się po świecie dzieje, ono jeszcze nie oderwało się od ludzkości, nie odcięte od niéj, czuje z nią ruch jéj każdy, drga wielką jéj boleścią. Późniéj będzie to człowiek; a człowiek już sam sobie światem całym, i nic nie usłyszy nad to, co zechce posłyszéć.
„Śpij dziecino! śpij gołąbku! woła piastunka, i znowu je usypia.
„A już mu w uszko wciska się pieśń inna, przylatająca zdaleka.
„Słyszy gwary, słyszy szmery, wrzawę i spory ludzi, bój to inny, bój drugi, bój słowa, straszniejszy może od walki rąk i piersi. Tam z pobojowiska dusze ulatujące poległych wojowników, anieli niosą do nieba; tu tylko ludzie na ludzi czatują, tu szatan dmucha, ostrzy im wyrazy, nabija myśli brato-bójcze, celują do siebie, rażą się, zabijają, powstają upiorami zabici, plwają w twarze rodzonym, i sądzą że z tego wrzątku prawda urośnie!! Ślepi! ślepi! wrzawę i spór szatan gotuje w kociołku, a Bóg jéj nigdy nie błogosławi; z boju braci rodzi się tylko nienawiść, jak ze zgnilizny robactwo.
„Znowu zbudziło się dziecię; — co ci to znowu dziecino?
„To blask ją obudził! — odpowiedziała piastunka.
„Zakołysali — usnęło, tuli znów oczęta — czemuż się tak wzdryga i rzuca?
„Na drugim krańcu ziemi, brat zdradził brata, krew, nie krew może; łza, nie łza nawet, słowo spłynęło ciche ze zranionego serca, i ot budzi się jeszcze dziecina.
„Spij dziecię, spij kochanie, kołyszą je do snu znowu — spij i marz gołąbku!
„Ale oczy otwarło, rozżaliło się i płacze.
„Cóż mu znowu sen przerwało?
„Ach! tam kiedyś daleko było dusz dwoje, które sobie przysięgły w niewiekuistym życiu wiekuistą miłość, i potargały pęta, które utkały nadzieją... a dziecię poczuło i zapłakało.
„Nie dziwcie się niemowlęciu, sen jego wszystko przerywa, zdrada, miłość, bój, modlitwa, — o miękkie jego serduszko kołaczą niewidome, miotają niém, i zasnąć nie dają.
„Śpiéw niani, cichy, drzemiący, nie zagłuszy pieśni wielkich świata; jeszcze sobą nie żyjące, żyje już drugiemi, i błąkając się po świecie, podsłuchuje cudzego życia, — kolebka się kołysze, kołyszmy się nad kolebką! Już nie jedna śpiewa niania, już jéj wszyscy śpiéwają — każdy ze swoją przyszedł piosenką, kto z czém mógł, — ojciec, matka, babka, siostra, braciszek i niania, i gość i kapłan.
„Cicho! cicho! posłuchajmy, kołyszmy się nad kolebką.
„Pieśń matki pierwsza, jest pieśnią przeczucia.
„Życie moje, aniołeczku — szepcze cicho — śpij dopóki cię nie zbudzi boleść, smutek, ręka Boża, ręka ludzka, spij, sza! cicho, cicho! cicho! Wszyscy my tu w około ciebie, ja i ojciec, przyjaciele i aniołek nad głowami. Złote skrzydła mu szeleszczą, rączki wyciąga do ciebie, szmerem kolebki kołysze... spij kochanie, spij!.. Sen twój drogi, sen posilny — daléj, daléj nie stanie czasu na sen taki. Sen dzieciństwa a sen męzki, jak odmienne, jakie różne, na dnie naszych snów trapionych męty wczoraj, wyziew jutra; w twoich są same nadzieje. Patrzysz przez ich złote wrota, i nie widzisz, że za niemi stoi wielka przepaść czarna! Spij kochanie, spij! O! gdyby mi widziéć dano tak losy twoje, jak widzę życzenia nasze! gdyby wzrok posiać można za wrota nadziei po kwiatek pociechy! Na cóż? Bóg jest i za niemi, na dnie téj czarnéj przepaści jak na niebiesiech zarówno... Może na dnie tajemnicy leży jakie gorzkie słowo, słowo nędzy, los sieroty! O, ja nie chcę tego widziéć.
„Spij kochanie, śpij aniołka, patrzaj jak ci tu spokojnie, w koło serca tarczą stoją, nic do ciebie nie dopuszczą, niczemu dotknąć nie dadzą. — Nie! mój Boże! gdybyż nie! Gdybyż zawsze jak w téj chwili, serca wieńcem w okół stały, nad głową skrzydła anioła, w piersi dusza tak niewinna i taki spokój kolebki!!!
„Tak śpiewa i duma matka, a ojciec...? Ojciec czoło sparł na dłoni, myślą goni dumy jakieś, z których dla swego dziecięcia splata wieniec i kuje korony. On marzy, on czuje. Tamta przeczuła, że za złotemi wrotami nadziei, stoi czarna przepaść, ten już ją widział, a jeszcze w nią wierzy, śniąc przyszłość dla swego syna.
Śpij dziecię, woła w swéj duszy, śpij, a wyrastaj mi w siłę, w siłę potężniéj dwoistą, duszy i ciała, śpij, bo sen także macierzyńską karmi piersią, i olbrzymiéj mi w kolebce ciałem, duszą idź w olbrzyma, bądź silnym tylko, bo silnym wszystko posłuszne na świecie, aż do losu, aż do szczęścia; odwadze wrota otwarte na rozcież, nic ci nikt nie da, czego nie wy wojujesz głową, ręką, wolą, siłą. Spoczywaj teraz za przyszłość, bo nie skosztujesz spoczynku, gdy cię raz trąba obudzi, gdy weźmiesz kosztur pielgrzyma, przypaszesz miecz wojownika. Życie jedną walką długą z ludźmi, z losem i ze światem, gdzie potu otrzéć z czoła nigdy nie ma czasu, chwili nie ma ani westchnąć, ni za siebie obejrzéć się mokrém okiem. Na zapracowanych dłoniach sam ja ciebie wykołyszę, i do uszu twoich wleję dwa słóweczka tajemnicze, dwa drobne słowa urocze, w których jest życia zagadka!
„Cierpliwość i odwaga!
„O! pamiętaj te dwa słowa, bo w nich wiele, bo w nich wszystko się zamyka.
„Śpij i rośnij... Widzę, widzę, jaką dla mnie będziesz chlubą, jak ja skarleję przy tobie, ażeby dodać ci wzrostu, jak będę stał, słuchać będę wielkich słów i czynów twoich.
„I w pośród pieśni popłynął z dumaniem daleko, a choć to była pieśń myśli, serce jéj biciem wtórzyło.
„Gdy ucichł, zbliżyła się do kolebki babka staruszka, siwo-włosa i zgarbiona, na któréj ustach oświęconych starością, wykwitał uśmiech niewinny młodzieńczego wesela. W jéj sercu tak już było błogo, jak błogo żeglarzowi co ujrzał w złotych blaskach wieczora, długo oczekiwaną ziemię. Schyliła się nad kołyską ze łzą i uśmiechem, drżącym głosem nucąc dziecinie.
„Aniołek to boży! aniołek! patrzajcie! jak on spokojnie usypia, jak mu się we snach śmieje; rzekłbyś, że widzi proroczo niebo, na które zasłuży. A! długo, długo jeszcze tobie bojować na świecie, nim jak ja dojdziesz do wrót, czekając tylko kolei, by wnijść po sąd i nagrodę, po przebaczenie i spoczynek; ale przeleci życie ptakiem, jak mnie, jak każdemu! Będą w niém godziny wiekuiste i lata błyskawiczne, a wszystko potém u proga, z wysoka wyda ci się jedną chwilą, chwilą marną i znikomą. Gdybyś jak dzisiaj pozostał aniołkiem na zawsze, w białéj chrztu twego sukience, niezwalanéj błotnistą, krwawą życia drogą!!
„Śpij mój aniołku, nad tobą wieszam ci błogosławieństwo, ja wkrótce w proch się rozsypię i pójdę gdzie Bóg przeznaczy, a ten dar mój ubogi, dar ten niewidoczny, pozostanie nad twą głową, anioł stróż trzymać go będzie. Chyba odpędzisz anioła, błogosławieństwo uniesie. Ale nie, dziecino moja, czysta krew w żyłach twoich płynie, niezmięszana krew szlachecka, mężnych rycerzy i niewiast pobożnych, nie ma w niéj żaru zbrodni, namiętności ogniów, ni sadzy gniewu i złości. A mnie Bóg życia przedłuży, ja sama za młodu zegnę jeszcze twe kolano i duszę nagnę pod rozkazy Boga. Śpij dziecino, gołąbeczku, śpij na rękach aniołów stróżów, cicho! cicho!
I głos zamarł, tonąc w serdecznéj modlitwie na ustach staruszki.
„Aż siostrzyczka uśmiechniona, skradła się do kolebki, schyliła nad nią, rączkami objęła, poruszyła dumną siłą, popatrzała w twarz braciszka, pocałowała w powietrzu i przyklękła i śpiewała.
„Śpij kochany mój braciszku, patrz jak wszyscy cię kochają, tulą, pieszczą, słonią, na paluszkach w koło chodzą, muszki nie puszczą do ciebie; komarowi zabrzęczéć nie dadzą. Śpijże a wyrastaj prędzéj, prędzéj, prędzéj. Zobaczysz miły braciszku, jak mi się dźwigniesz na nóżki, to cię bawić, bawić będę. Jakich kwiateczków narwę tobie, jak cię wozić, jak cię nosić, jak ci ślicznie będę śpiewać, tymczasem się nauczę wszystkich piosnek... całego, całego świata.
„A jak cię będę całować!! Rano, jeszcze trawy się kąpią oblane rosą, słonko wschodzi, oczkiem mruga, brzęczą pszczółki, ptaszki świergoczą, perełki w listkach migoczą; — my wsiadamy do wózeczka, starszy braciszek popycha, jedziem szparko i daleko, siedm mil za siódmą rzekę, za siódmą górę i morze do pałaców kryształowych, po ptasie mleko dla ciebie, po śpiewającą wodę, po jabłuszka złote... A tu o nas głowy łamią, mama płacze, ojciec łaje, my wracamy zwiedziwszy cudne światy, z jabłkami, mlekiem i wodą. Babunię odmładzamy, papie wszystkie złoto damy, ptasiem mleczkiem co szczęście daje, tak się równo podzielemy, że ja będę na ostatku, i mnie go chyba zabraknie.
„Aż nadleciał i brat starszy, kołyskę siostrze odbiera.
„Tybyś sama kołysała, bawiła się i patrzała — puszczaj, i mnie się coś przecież koło braciszka należy. Tyś siostrzyczka, ja brat jego, my mężczyzni! Tyś dzieweczka, tobie siedziéć w okienku za krosnami i poglądać, nam we dwóch latać po świecie! O! jak oba podrośniemy, polecim gdzie nas oczy, kędy serca nas poniosą! tak daleko, że aż ziemi nam nie stanie! A szerokie ziemie nasze sławiańskie, bo z najwyższéj Karpat góry, ani końca ich dopatrzéć, w rok ich orłem nie przeleciéć, nie przekochać całe życie, takie wielkie, a tak cudne jakby w bajce... Pojedziemy het! daleko, a powrócim tak wyrośli, tacy wielcy, że nas chyba pozna matka, — ojciec skłoni się zdaleka i zapyta się po cichu: — co to za piękni rycerze?
„Śpiewając brat rozmarzony, rozkołysał tak kolébką, że aż niania gdy spostrzegła, przestraszona przyleciała, żeby nie zbudził dzieciny — brat z bata klasnął i pojechał w pole; ona tuli zbudzonego i swoję nuci piosenkę.
„Śpij moje kochanie, tul oczki niebieskie, a nie marszcz mi czołka, a nie krzyw mi ustek... Patrz! sen idzie mimo domu, do ciebie wstąpi w gościnę, czy pijany, czy zdrzemany, ale ledwie nogi wlecze; chwała Bogu usiadł w progu, białą szatą się otulił, coś zanucił, główkę schylił, chce odpocząć w naszéj chacie. Cicho! snu nieodpędzajmy, gość to drogi w całém życiu. Czyją chatę on omija, biada ludziom, biada chacie, bez snu i szczęście nic-potém, i nie naje się człek dolą, schnie, wysycha, ziewa, nudzi się i umiera. I snu nie zakupić złotem, nie wymodlić go prośbami, nie przywabić go muzyką, gdzie chce swobodny on leci, czasem w lesie przenocuje, choć drzewa szumią nad głową, czasem w polu gdzieś na miedzy, czasem i do wsi zawita, a jak słoneczko zagrzeje, gdyby lodek roztopnieje. Znów wieczorem o zachodzie, czy spadł z rosą, czy go ptak przeniósł pod strzechę, czy na białym przybył koniu... witaj gościu! prosim, prosim! chodź do chaty, do dzieciny, do kołyski. Wlecze, wlecze się ulicą, czy pijany, czy zdrzemany, ledwie nogami dźwiga, szuka gospody sobie, a gdzie na drzwiach krzyż zobaczy, puka żądając noclegu... Inne drzwi stoją otworem, i stoją próżno noc całą, czary z nich starły krzyżyk, sen nie przestąpi progu...
„Co téż to ty śpiewasz nianiu, przerywa jéj kapłan stary — tak masz śpiewać dziecięciu? nie o gusłach, nie o czarach, nie o pogańskiem snu bóstwie; o betlejemskim mu żłobie, śpiewaj wcześnie o Golgocie. Nie zaszkodzi gdy choć we śnie Chrystus nawiedzi dziecinę, modlitwa ją ukołysze. Zawczasu uczcie modlitwy, rano pójcie słowem wiary. Ciężkie bo ciężkie jest życie. — Krzyż to pański, cierniów droga! Wzywajcie pomocy Bożéj, przeciw potędze szatańskiéj, w kolebce krzyżem go zbrójcie, osłaniajcie modlitwami, każdéj to rany lekarstwo, na wszelką nędzę ratunek.
„Chwilę ucichł głos kapłana, a oko jego znużone i zbladłe patrzaniem na świat i ludzi, zaszło mu łzą srebrną, jak włos posiwiały — nikt jednak nie śmiał milczenia przerwać i świętéj zadumy. A starzec usta otworzył i znowu szeptał po chwili.
„Dziwy cię w świecie czekają! Otworzysz oczy i znajdziesz na każdéj ścianie, na piersi, na ustach każdych i czole Chrystusa znamię... ale napróżno, napróżno, odwoływać się do niego! Nikt ci już w imię to święte nie poda dłoni, ni wody, ani słowa pociechy, ni serca braterskiego! Zmarł dla nich Chrystus pówtóre, ukrzyżowali go znowu, w niemym złożyli go grobie. A jeźli go wywołują, chcą Boga czynie wspólnikiem swych namiętności i szałów! W świętém ewangelii słowie dla nich kamień obrażenia, wyrwą z niéj martwą literę, ducha wycisną żywego, a zimném, próchnem chcą świecić na nocnéj swéj fałszu drodze! Pójdziesz ze świętego domu w świat szukać w Chrystusie braci, a znajdziesz tylko skalanych, upadłe dzieci szatana, które po wodzie chrztu czystéj, obmywają się w kałuży.
„Wielkie miłosierdzie Boże! któż wie, ty będziesz przykładem, ty im będziesz nawróceniem, możeś już napiętnowany, a Bóg naznaczył w kolebce czoło twoje na mieszkanie wielkiéj myśli, a usta na wieszczą pieśń nawrócenia!
„Może wśród ochrzczonych pogan, ty będziesz Janem, zwiastunem przyjścia ducha miłości, pokoju, ducha mądrości i zgody! Rośnij w mądrość, rośnij w siłę i w pokorę; a anioły niech ci szepczą u kolebki, co ty w życiu swém odśpiewasz zdumionemu braci światu!!
„Kolebko! kolebko! łoże największéj zagadki, ty kołyszesz tajemnicę, a nie ma czoła, choćby było jak lód chłodne i jak marmur twarde, któreby schylając się nad tobą nie zamarzyło, nie zadumało się, jakie tam ziarno choduje ta niema łupinka? Bohater to czy zbrodniarz — prorok czy milczący brat bydlęcia? człowiek czy niepostrzeżona cząstka tłumu? owoc który ma dojrzéć, czy kwiat przeznaczony na podcięcie wiosenne?
„Napróżno myśl ludzka sili się, szuka znaków, szczeblów przyszłości, odgaduje i wróży, drzwi stoją zaparte, a anioł z mieczem ognistym strzeże wnijścia do grodu tajemnicy.
„Kolebko! tyś pączkiem zielonym kryjącym barwy nieodgadnione, długo kwiat stulony w tobie spoczywa, aż zaświeci słońce, pękły zasłonki i na świat listki wybiegły malowane.
„Najprzód w świat wybiegło dziecię oczyma, patrzy niemi na cudne dzieło Boże, jeszcze ustek nie otwiera, chyba z bólu i ze łzami. I myśl się sama rozbudza w niém: zwolna jak siéć pajęcza czepia się przedmiotów i osnuwa je w uroczystém milczeniu. Milczy dziecię, patrzy i płacze.
„Ale wnet wybiegło w świat słówkiem! nowa to życia epoka; myśl co zbierała się w łonie, na świat strzeliła, ze światem je spaja i ogniwem łączy niewidomém z miljonami umarłych, z miljonami żyjących, z przeszłością i z przyszłością całą.
„W chwili gdy piérwsze słówko dziecię wybełkocze, ileż to radości w domu! zbiegli się wszyscy żeby je usłyszéć, każą powtarzać, zdumione onieśmieliło i milczy, jakby się samo głosu swojego ulękło, łza potoczyła się tylko. Znów kiedyś wśród ciszy, kiedy je matka sama lub niania słyszéć będzie, powtórzy to słowo piérwsze dziecina.
„I poleciało w świat słowo, pytaniem, skargą, żądaniem, westchnieniem, a drżąca warga co je wyrzekła, ozłociła się uśmiechem zwycięztwa. Poleciało na świat słowo, myśl z niém leci i wita wszystkie cuda ziemi, nurtuje przepaści, wzbija się na wyżyny, ciekawa, niecierpliwa, rwąc się ku otaczającemu. Słowo doleciało aż do Boga i myśl za sobą pociąga, zstępuje do otchłani nicości i zagadło o życie samo.
„O! w dzieciństwie myśl co chwila roztrąca się o wielkie zagadki, bije o zadania wieków, dopiéro późniéj zwalana, bezsilna zanurza się w kałach i gnuśnieje w nich spoczywając. Któż się kiedy nie zafrasował odpowiadając na dziecka pytanie! Kto nie zaniemiał w życiu przed mądrością dziecięcia? W pytaniach dzieciny więcéj jest często, niż w odpowiedziach starości. U kolebki myśl śmielsza i dusza raźniejsza, wprost do celu goni, a cel jéj widny jeszcze.
„Za oczyma, za słowem, zerwało się dziecię do czynu, już czuje, już myśli, już pragnie, już mówi, już wyciągnęło ręce, postawiło nóżki... idzie — i pada!
„Obraz sił ludzkich i życia.
„Takim jest rozum nasz, takiemi drogi nasze, idziemy, padamy, płaczem, podnosim się i idziemy znowu, aż do tajemnic mogiły, aż do niemylnéj śmierci.“



HISTORYJA PRAWDZIWA
o
JANIE DUBELTOWYM.
I.

Był zwyczaj w Wilnie, że w Wielkim Tygodniu odwiedzano tłumnie kościołek KK. Bonifratrów, w którym piękna amatorska grywała muzyka, i przy nim szpital obłąkanych, w tym dniu, w części przynajmniéj, dla ciekawych otwarty. Płocha ciekawość wiodła tam wielu, i nie pojmowałem nigdy, jak z za drzwi tych z wesołą twarzą wynijść było można. Dla mnie nawet widok śmierci nie był nigdy tak bolesnym i przykrym, jak obraz ostatecznego upadku najdroższych władz, stanowiących człowieka, unikałem go téż ile możności; i choć muzyka nie jeden raz zwabiła mnie do kościołka szczupłego, gdzie się ledwie słuchacze chciwi pomieścić mogli, z obawą i przestrachem jakimś dziecinnym zdaleka tylko spoglądałem na drzwi w pół otwarte, wiodące do nieszczęśliwych oddzielonych niemi od rodziny i świata. W ogólności zdawało mi się zawsze, że i sposób leczenia, i sposób postępowania z obłąkanemi, był zupełnie fałszywy, i raczéj dopomagał rozwinieniu choroby, niżeli ją wstrzymywał. Oddzielenie nieszczęśliwego od ukochanych miejsc i osób, wyrwanie go z łona rodziny, rzucenie na ręce obcych, zimnych i surowych ludzi, za kraty, w mury posępne, wśród twarzy obojętnych, jeśli nie groźnych, nie sąż to środki zabójcze? A są przecie ludzie bez serca, w rodzinach możnych nawet, którzy przez samolubstwo najwystępniejsze, gotowi na piérwszy wykrzyk boleści, żalu i niezrozumiałą myśl jakąś, rzucić w tę przepaść najbliższych sobie... nie mówmy o nich lepiéj... dreszcz mnie przejmuje gdy wspomnę, że świat ich szanuje i cnotliwemi nazywa: że potém modlą się w kościele i do Boga, którego w bliźnim odepchnęli, o pomoc i ratunek wzdychają.



II.

W roku 1829 poszedłem z towarzyszami memi do KK. Bonifratrów; ledwie pod chórem potrafiłem się jakoś wcisnąć w próżnię, którąśmy gwałtem wyrobili młodemi łokciami zapamiętałych dilletantów — staliśmy tam do końca muzyki, a gdy tłum wypływać począł, Eugenijusz, Edward i Romuald poczęli mnie silnie namawiać, żebyśmy zaszli do szpitala, do którego zaraz z kościołka w lewo drzwi prowadziły. Poczynałem wówczas lat ośmnaście, młodym był bardzo i na nieszczęście do zbytku draźliwy; z obawy, żeby mnie za sobą nie wciągnęli i nie zmusili patrzéć na to, co nadto silne uczyniłoby wrażenie na umyśle i tak już rozkołysanym, cofnąłem się aż ku wnijściu, protestując przeciwko temu. Zaczęto się śmiać ze mnie i nazywać tchórzem. W ośmnastym roku, obelg się takich nie znosi, kościelna cisza, którąśmy szanowali, nie dozwala się tłumaczyć, ze ściśniętém sercem poszedłem za niemi, ale postanowiłem wyrwać się od nich i uciec co prędzéj. Maleńkiego wzrostu ksiądz Jacek, przyjął nas u drzwi; byłto jeden z braciszków, poświęconych usłudze i pieczy nad obłąkanemi.
Nie można sobie wyobrazić nic pospolitszego i mniéj obiecującego nad twarz i postawę księdza Jacka, chociaż bliżéj poznany był to skromny, ale dostojny i zacny pracownik, który święcie spełnił swe ziemskie posłannictwo. Maleńki, gruby, kłódkowaty, czerwony, z rękami wielkiemi i niezgrabnemi, wydawał się jak figurka w źle wytoczonych szachach, któréj główkę tylko jako tako wyrobił artysta, a resztę ledwie okrzesawszy, porzucił. Twarz miał okrągłą, pełną, ale tak nic nie znaczącą, tak startą, jakby natura wysiliła się, by nią człowieka zamaskować; nic z oczów, nic z ust, nic z czoła nizkiego nie mówiło. Dopiéro gdy usta otworzył, gdy się ożywił, gdy dusza rozjaśniła te rysy pospolite... promieniał zeń ewangielicznych cnót prostaczek święty, jakich mało na świecie.


III.

Romuald, który nie wiem zkąd zna księdza Jacka, uśmiechnął się do niego w progu ze zwykłą sobie łagodnością i przywitał go, coś mu szepcząc na ucho, ja zawiązłem w progu, nieśmiejąc iść daléj, i oczyma bojaźliwemi rzucając w koło, jakbym się przerażającego spodziewał widoku. Tymczasem ujrzałem tylko kilku mężczyzn w szlafmycach i zwykłém szpitalném ubraniu, przechadzających się powoli, poważnie, spokojnie po izbie sklepionéj. Na żadnéj z tych twarzy nie było szału, jakiegom się obawiał, choć na każdéj silne wstrząśnienie wyryło ślad niestarty; wszyscy byli męczennikami jakiéjś istoty, jakiegoś uczucia, jakiéjś myśli lub wypadku, który pochłonął ich życie i igłę zegara na smutnéj zatrzymał godzinie. Romuald, Edward i Eugenijusz poszli daléj, ja zostałem przy drzwiach, i widać, że poczciwy Z. coś tam opiekując się mną szepnął księdzu, który z uśmiechem, jakby dla dodania mi odwagi i zrobienia znajomości, poczęstował mnie tabaką. Przyjąłem ją, ale nieprzywykły, kichnąłem straszliwie, i gdym oczy otworzył, obok kłaniającego mi się z życzeniem dobrego zdrowia Bonifratra, ujrzałem i drugą postać w złowrogiéj białéj szlafmycy.
— Pomyślności — rzekł nieznajomy, który się zaraz do mnie przywiązał, dosyć wesoło — pomyślności! panie akademiku!
— Przedstawiam panu, mego dobrego przyjaciela pana Jana — rzekł ksiądz Jacek, który uczuł się potrzebnym do dozoru w drugim końcu celi, i spiesznie odszedł w inną stronę, zostawując mnie sam na sam z owym Janem. Przyznam się, że w niemałym byłem strachu.


IV.

Ów Jan wszakże nie powinien go był obudzać — byłto człowiek czterdziesto-kilko-letni, silny dość jeszcze, i resztkę młodości mający w wejrzeniu i uśmiechu, łysy, o ile się można było z pod szlafmycy domyślać — a w oczach jego tylko prawie niedostrzeżony niepokój o jakiemś wewnętrzném podrażnieniu świadczył. — Po sposobie ułożenia sukni, szlafmycy, po cerze delikatnéj i rękach niezapracowanych, poznać w nim było można człowieka, przywykłego do starań około siebie, do pewnego porządku i wygody. W rysach wiele było szlachetności, i tego, co jakby urągając się sobie, ludzie nazywają rasą. Nie można się było omylić, byłto człowiek niegdy zapewne zamożny, dostatni i dobrze wychowany, próżno szukałem w nim zrazu śladów szalu, zdziwiło mnie tylko, że się ciągle ku drzwiom, oknu i po za siebie, jakby z nałogu jakiegoś, oglądał.
Uśmiechnął się do mnie, gdyśmy sam na sam zostali, a że tuż przy drzwiach była ława dębowa, wskazał mi ją i piérwszy usiadł na niéj, widocznie zabierając się do rozmowy. Zaczął ją bardzo po cichu.
— Kogoż mam honor?
Powiedziałem mu, rumieniąc się, moje nazwisko.
— Chciałbym — rzekł kręcąc głową — równie się panu zarekomendować, ale tu zachodzi wielka trudność, rozmaicie mnie bowiem nazywają; ja sam różnie siebie zowię, stosownie do czasu i okoliczności, ksiądz Jacek przezwał mnie nie bez przyczyny Janem Dubeltowym, a więc niech i tak będzie... Gdyby tylko ten łotr nie nadszedł i nie przeszkodził, mógłbym panu o sobie wiele ciekawych rzeczy powiedziéć.
Zdumiałem się, sądząc, że ten wybryk stosował się do księdza Jacka.
— Kto taki? o kim pan mówisz? — spytałem żywo.
— A o tym, o tym... dodał cicho — o łotrze... juściż się powinieneś domyśléć — dodał z uśmiechem, wskazując poza siebie.
— Domyśléć się nie umiem, całkiem nie wiem o kim mowa.
— A! jakże niewiesz — przerwał z wymówką, wszakże wszyscy o tém wiedzą, i niepotrzebnie tylko z tego robią przed sobą tajemnicę. Waćpan jeszcze jesteś młody, bardzo młody, ale już powinieneś był poczuć i zrozumiéć o co chodzi.
— Powtarzam panu, że to dla mnie rzecz niezrozumiała...
— Domyślasz się, że mówię o drugim mnie, o tym łajdaku, co mi struł życie nieustannie bijąc się o posiadanie tego ciała, wszakże dla nikogo to nie tajném, że każdy nosi w sobie dwóch ludzi.
Spojrzałem nań wielkiemi oczyma.
— A! to widać, że się jeszcze w waści nie odezwał ten drugi — rzekł, widząc zdziwienie moje — no! to témbardzéj ostrzedz cię muszę. Zażył tabaki, obejrzał się ostrożnie, potrząsł głową, i tak powoli rozpoczął.


V.

— Wszystkim to jawna, że w każdym człowieku jest w istocie nie jeden pojedynczy człowiek, ale dwóch rożnych ludzi... nic pewniejszego — każdy z nas jest podwójny, czujemy to w sobie, a zawsze jeden coś robi, drugi słucha i przeciwi się, jeden czynnym, drugi świadkiem i szydercą... Jakże to może być, spytał zwracając się do mnie, żebyś już nie poczuł w sobie tych dwóch ludzi, którzy całe życie walczyć w tobie będą? Nie poczęliż oni téj rozmowy nieskończonéj i nużącéj, którą nieustannie prowadzić muszą, póki jeden na wieki nie zamilknie? Nie rozpoczęliż boju? Bój to śmiertelny, albo ten łotr Kain niewinnego Abla zabije, albo Abel mieczem Bożym wypędzi Kaina, albo się zrosną jak bracia Siamczycy i wyrodzi się z nich mięszaniec jakiś, pół-djable weneckie, jak większa część ludzi, bo trzeba ci wiedziéć, że takich najwięcéj po świecie. W głupcach pospolicie i Abel słaby i Kain niesilny, troszeczkę się z sobą na początku pokłócą, potuzują pocichu, potém zawrą przymierze i mieszkają dosyć zgodnie pod jedną powłoką, maleńkie figle sobie płatając. Ale gdy silniejsza natura, gdy Abel ma skrzydła a Kain pałkę, gdy się bitwa między niemi zapali, o! o! to się tęgo tłuką i krew płynie nie żartem i guzów nie mało... a wyrzutów sobie nie szczędzą... Ot! ot! zdaje ci się, że Abel wypędził łotra Kaina, nie — powraca już do domu, niewiedziéć którędy, zwyciężcę wyrzuca i panuje z kolei i ryczy i szaleje... Straszny to dramat wewnętrzny, któremu śmierć dopiéro tamę kładzie, a kim cię zgon pochwyci, Ablem niewinnym, czy Kainem niepoczciwym, tym na wieki zostaniesz u Boga! Ani godziny spokoju, ani chwili spoczynku — cichaczem jeden drugiego podchodzi, nie jeden co się spać Ablem położył, wstał z łóżka zbroczonym Kainem... a świat się dziwi i ludzie sobie głowy darmo łamią, że ten, co wczoraj był barankiem, dziś się wilkiem sroży; — nic prostszego, nic zrozumialszego, cała rzecz, że każdy człowiek jest podwójny.



VI.

— Tak — odpowiedziałem biednemu Janowi — jeśli waćpan przez to rozumiesz dwojakie w człowieku skłonności?
— Nie! nie! nie — gorąco odparł rozprawiający, to nie jest żadna figura: żywa — i szczera prawda zasadnicza, homo duplex, bez najmniejszéj wątpliwości, w każdym siedzi biały i czarny, anioł i szatan... alboż nie słyszałeś ich rozmowy? Nieustannie jeden się drugiemu przekomarza, a gdy milczéć musi, to chichocze z kąta. Płaczesz, tamten się śmieje i woła. — A! jest czego braciszku, śmiejesz się, truje ci wesołość; kochasz, wrzuca ci odrazę i wątpliwość; tęsknisz i lecisz do niebios, sofistykuje przeciw Bogu i niebiosom... słowem, pokoju niema, a zawsze ci dwaj ichmościowie na przekór sobie robić muszą... Jak to być może, żebyś już waćpan w sobie tego nie poczuł, żeś podwójny? Szczęśliwy jesteś, jeśli jeszcze z Kainem nie miałeś do czynienia, ale skrada się, czycha, odezwie po cichu i przyjdzie: zawsze się trzeba miéć na ostrożności. Biada temu, kto się od razu urodził spokojnym mięszańcem szarym, i nie zna w sobie dwóch ludzi — ten ledwie jest człowiekiem.
Ja, mogę się pochwalić — dodał, — że całe życie od dzieciństwa walczyłem i walczę z czerniakiem, ale do téj pory go nie zmogłem, powraca! powraca! Dla tego obawiam się co chwila, by nie nadszedł, nie wskoczył na mnie przez ucho, przez oko, kat go wié którędy, bo bym zaraz inaczéj gadał i innym być począł człowiekiem. Ale zdaje mi się, że tu przez kościół wejść nie może, a kraty w oknach mocne, i taki doświadczyłem, że się księdza Jacka boi... możemy więc pogadać śmiało.
Uderzył mnie dziwnie logiczny szał tego nieszczęśliwego człowieka i prosiłem go, by mi swoją opowiedział historyją.
— Z najmilszą chęcią — odpowiedział — ale nie darmo... gdy pójdziesz którego z tych dni wiosennych nad Wiliją, przyniesiesz mi kwiatków z nad jéj brzegu, to moja rzeka rodzinna... Ja je tak lubię, tyle mi przypominają, a sam po nie pójść nie mogę, na drodzeby mnie gdzie ten łotr przydybał, a wie dobrze gdzie mnie szukać i czyha tylko!



VII.

— Urodziłem się — rzekł po namyśle, — na naszéj kochanéj Litwie, w cichéj szlacheckiéj zagrodzie.
Jeszcze ją jak dziś widzę i mam przed oczyma, choć tam cudzy ludzie gospodarzą, i wiele się odmienić musiało; — człowiek gdzie stąpi, wszystko do swojéj wiary przerabia, i nie może być inaczéj — w téj zmienności świata jest wdzięk i smutek jego, jego tęsknica i piętno znikomości, które go czyni tak uroczym, tak poruszającym, jak dziewczę konające w rozkwicie młodości. A i ślicznie tam było... toć płasko jak na dłoni, a gdzie oko pobiegło, to się o las oparło, ale bory nasze ze swym szumem, to nasz step, to morze sine, mówiące nam, o czém gdzieindziéj rozpowiadają przestrzenie zielone i głębie czarne... o nieskończoności, o Bogu! Ja przynajmniéj kocham lasy, bom się wśród ich szumu wychował... W koło niemi opasany stał dworek otoczony poletkami urodzajnemi, i wioseczka w brzozach i jodłach cała, w kamienne płoty ubrana, i olszyna stara z bocianami za ogrodem, którą podszywały niezliczone dzikich malin gęszcze, i stary sérnik z chorągiewką blaszaną, i kapliczka z krzyżykiem żelaznym, który się pochylił od wiatrów zachodnich, i słomiana strzecha moja, na któréj mchy się wygrzewały. A! cobym dał, cobym dał, żeby ją zobaczyć raz jeszcze — ale tam cudzy gospodarują ludzie... Nie! nie! nie ma nic wiecznego, gdzie się paliły ofiary Bogu, dziś czarna krew płynie na cześć szatana, świętokradztwa nieustanne... i expiacye bez końca. Świat nie może wynijść z pokuty, bo nieustannie grzeszy na nowo... nie zgrozaż to, by w miejscu, na którém stał krzyż, i było miejsce modlitwy, skleić dla pijanych gospodę lub dach dla rozpusty? A! tak mi serce krwią zachodzi, gdy pomyślę, gdy wspomnę, że może szatańskim śmiechem ryczą dziś tam, gdzie spokojna mojéj matki modlitwa podnosiła się do nieba. Ja sam pierwsze Ablowe moje przeżyłem lata, i anim się spodziewał, ani domyślał, co mnie czekało na świecie... Kain się jeszcze nie pokazał, czyhał dopiero gdzieś w mroku.
Ot dla czego nam młodość tak droga, myśmy w niéj dłużéj lub krócéj sami sobą, silni jednością, nie skłamały jeszcze usta nasze, sercu nie rozkazywał Kain i Abel na przemiany, dym jego ofiary unosi się ku niebu na wiekuistą pogodę, a żaden wietrzyk nie kłóci uroczystości ciszy.


VIII.

Gdy to mówił, jakby na przekór, drzwi ciężkie od kościoła do téj izby wiodące, od ciągu powietrza poruszyły się i z trzaskiem zamknęły; ja sam wstrząsłem się ze strachu, a na twarzy Jana ujrzałem tak gwałtowną przemianę, że zdał mi się w istocie innym człowiekiem. Nie wiem co mu się stało, oczy jakby mgłą się powlekły, usta drgać poczęły, wstał, rzucił się i usiadł, oglądając się bojaźliwie na księdza Jacka, a gdy na nowo mówić sprobował, ani głosu jego, ani ciągu myśli poznać nie mogłem.
— Wiem — rzekł, mierząc mnie z niedowierzaniem — pan tu zostałeś przysłany przez nieprzyjaciół moich, dla wyśledzenia, co się ze mną dzieje. Otóż widzisz, że jestem zupełnie zdrów i pomszczę się na nich wszystkich... Waćpan gotów jesteś wierzyć temu, co przed chwilą mówiłem! cha! cha! bałamuctwo! bałamuctwo! dzieciństwo! Człowiek w moim wieku nie rozczula się i nierozmazuje niewiedziéć czego; żartowałem tylko z waćpana! Co mi tam wspomnienia młodości... głupstwo! użyć świata, to verbum personale, zgnieść wrogów, stać się niezależnym i ludźmi jak piłkami pomiatać, oto cel. — Kto wymyślił dobroć i łagodność, ofiary i stękane poświęcenia, sam nie wiedział jak głupią dał do grania komedyją tym małpom, co go naśladują... gdzież jest na świecie prawo, nakazujące być dobrym i żyć dla drugich, nie dla siebie? Każda istota w sobie czuje ognisko świata, i wszystko sobie poświęca, dlaczegoby człowiek, bydlę trochę rozumniejsze od tych, które zjada w polędwicy i zrazach, miało być wyjątkiem.
Gdy tak mówił pośpiesznie, gorączkowo, bez oddechu, zbliżył się ku nam ksiądz Jacek, i w panu Janie, zaszła natychmiast zmiana powtórna, uspokoił się, uśmiechnął, a jakby ciężar spadł mu z piersi, tak znowu pierwszym swym głosem mówić począł.



IX.

— Ot patrz waćpan, anim się obejrzał, jak ten łotr przezedrzwi się tu wcisnął, i na chwilę mnie był opanował, alem go już przegonił i nie ma go... słyszałeś jak bluźnił? Otóż to taka nędza moja, że tyle mną owładnął, tę samą głowę i usta, których ja na dobre używam, zaraz na swoje łajdactwa obraca.
Jeszcze nie mogę przyjść do siebie, śmiały! śmiały! O czemżeśmy mówili, o młodości! tak, zdaje mi się... ten stan niewinności nie trwa długo... Kain czyha, otwiera oczy, ocknął się, i jednego wiosennego poranku wstajesz z niepokojem w duszy, bo nieprzyjaciel już ci się wkradł do wnętrza i zamierza opanować zdradą, wziąć bez bitwy, a Abla w tobie udusić pocichu. Jeśli cię jaka pobożna duszyczka, lub twój anioł stróż nie ostrzegł, żebyś dobrze w siebie wglądał, przepadniesz w pierwszém spotkaniu. Abel i Kain żyją zrazu jak bracia, w jednéj kolebce, w jednym Ewy uścisku. Abel głupiutki jeszcze, Kain udając słodziuchne stworzenie; ale gdy jeden patrzy w niebo, drugi go ściąga na ziemię. A ziemia tak piękna młodym oczom, młodemu sercu; mój Boże, i tak w niéj ugrzęznąć łatwo!
Pamiętam jak dziś, stary Bernardyn, ksiądz Józef, który często bywał u moich rodziców, pierwszy mnie ostrzegł o grożącém niebezpieczeństwie; wpiło się to w umysł młody, ale zrazu tego łajdaka próżno jakoś w sobie szukałem, tak się skrył głęboko, i gościć umiał z braciszkiem, że go ani znać było.
Tylko bywało, gdy się przyjdzie rozgniewać, kiedy trzeba użyć fałszu, gdy się namiętność rozhuka, niewidomą siłą pomaga do ladajakiéj roboty i poklaskuje spełnionéj. Drugi znowu smuci się, wstydzi i płacze... Dopieroż rozmowa między niemi.
— A! jakie z ciebie dziecko! cały świat tak robi, cnota jest tylko oszukaństwem i spekulacyją...
— Nie, do niéj wiedzie przeczucie, ku niéj steruje pragnienie, czemuż wstydem oblewa mi czoło?
— Wstyd jest przesądem i tchórzostwem...
— Czemuż ów pierwszy, a bezwstyd i zepsucie drugiém po niem? dla czego tak silnie mówi w sercu.
— Bo je niém z młodu napojono?
— Bo je z sobą od Boga przyniosło...
I gdy jeden płacze, drugi się śmieje; zrazu zwycięztwo wątpliwe, bo z kolei pierwszy, to ostatni zwycięża...
Postrzegłem się nierychło, że mnie Kain krępować poczynał.
— Czekajno, braciszku, zawołałem, nic jeszcze z tego nie będzie; począłem walkę na zabój i nie poddałem się łotrowi. Zobaczywszy, żem się silnie wziął do niego, cofnął się na jakiś czas, i tak mnie tém uspokoił, żem był pewien, iż go nie ujrzę więcéj.
Była to chwila, w któréj Antosię moję kochać poczynałem... Tamtemu miłość taka znać nie w smak była, jemu i Antosia, i Jadwisia, i Julka, wszystko równie było dobre, co miało dwoje czarnych lub niebieskich oczów, i pierś nabraną tęsknotą i pragnieniem. Ilem razy szedł do Antosi, a trzeba było iść przez wioskę, i mimo dworków sąsiedzkich, podkradnie się bywało i sprowadza mnie z drogi, a to do Julki, a to do Justysi, a to do Rózi, i choć serce do tamtéj bije, znajdzie coś we mnie, co do nich pociąga... Trzeba go było widziéć jaki to był zuch do dziewcząt, jaki dowcipniś, jaki śmiałek, jak mu nigdy słów i odwagi nie zabrakło, ani dwuznaczników i łgarstwa, ani sposobów ujęcia... Zobaczywszy że to się na złe zanosi, i że w brudach utonąć przyjdzie, kupując to groszem, to fałszem, co się sprzedawać nie powinno, dałem mu jakoś w kark i poszedł jak zmyty, a ja przy Antosi zostałem.
Jakoś nam się tak szczęśliwie składało, że ledwieśmy się pokochali, nic do wesela nie stało na przeszkodzie, rodzice go sobie życzyli, myśmy do niego wzdychali, wszystkie warunki odpowiadały żądaniom, i ksiądz pobłogosławił marzeniu przyszłości...


X.

Ksiądz Jacek rozmawiając z Romualdem trochę się był od nas odsunął, ława na któréj siedzieliśmy stuknęła, mój rozmówca się poruszył, i znowu twarz jego dziwnie zmieniła, i począł się śmiać szydersko.
— Czasem to na mnie napadają te śmieszne jakieś czułostki i łzawe usposobienia — rzekł żywo — ale to z choroby! Trzeba panu wiedziéć, żem się ożenił najgłupiéj w świecie. Antosia była dobra dziewczynka, ale to proste, ubogie, bez wychowania, a taka w serduszku kobiecina... Kochała pewnie ze dwóch przedemną, a z dziesięciu się jéj po mnie podoba. Historyja mojego ożenienia, jest historyją nieszczęść moich, zawiązałem niém sobie świat, zakopałem się w dziurze zapadłéj, a ta kobieta zrozumiéć mnie, ani ocenić nie mogła. Byłem człowiekiem wyższych usposobień i gwałtownych namiętności, ani jednemu, ani drugim pokarmu nie mogło nastarczyć życie, do zabicia jednostajne, ciężkie; miłość którą prędko przesyca uśmiech stereotypowany, żale codziennie téż same, ziewanie co chwila szersze. Musiałem zaniedbać Antosię... Któż temu winien? zanadto gorące i szerokie Bóg mi dał serce, jedna miłość powszednia wystarczyć mu nie mogła! Cóż zresztą znaczą łzy jednéj kobiety? Miała dziecię, które ją pocieszać było powinno, i przyjaciół, i wzdychającego do niéj platonicznego... ba! kto tam wié czy platonicznego kochanka!! Rzuciłem się w świat większy: domowéj rzeki mało dla piersi, musiałem na morze wypłynąć. Wszakże jéj nic nie brakło? nie wygnałem z domu, nie zapomniałem o jéj potrzebach.
Byłbym wielką zapewne i znaczącą rolę odegrał na świecie, gdyby nie dziwna, chwilowa miękkość, któréj sobie darować nie mogę, a obronić jéj nie umiem. Zbyt zniewieściałe odebrałem wychowanie, tysiące mętów z tego ulepku osiadły na dnie serca, i oczyścić z nich go nie potrafię. Na najwięcéj obiecującéj drodze powstrzymywała mnie i wstrzymuje jakaś skłonność dziwna, chorobliwa... jakaś drażliwość sumienia, która w stanowczéj chwili odbiera odwagę i czyni mnie istotą łzawą, bezsilną, rozstrojoną... Sumienie, opinija, niedorzeczności tego rodzaju, zawadzały mojemu szczęściu, które przecie pierwszym być powinno celem człowieka... innego... to darmo! nie widzę... Bałamucą nas niém, ale to dobre dla ciemięgów, nie dla nas, co się nad te przesądy wznieść umiemy.


XI.

— Co waćpan prawisz? co waćpan prawisz nic do rzeczy? — zawołał w téj chwili ksiądz Jacek, który zbliżywszy się podsłuchał ostatnie słowa Jana; głos bonifratra czarodziejsko podziałał na biednego; znowu nastąpiła przemiana, i wyjaśnionym wzrokiem spojrzawszy na braciszka, spokoił go szepcząc po cichu:
— Nic, nic, nie bójcie się, gadamy sobie z akademikiem... ot tak! o różnych rzeczach...
— Ależ waćpan bałamucił? — rzekł ksiądz Jacek.
— Tak trochę, ale to już przeszło — odpowiedział Jan — znowu się był do mie przyczepił ten utrapieniec... wypędziłem go... nie przeszkadzajcie nam... ten młody chłopiec umie słuchać...
Ksiądz Jacek ruszył ramionami i odszedł.
— Otóż to waćpan masz próbkę tego, co się ze mną dzieje — zawołał Jan po chwili — pokoju mi nie daje, to jeszcze dobrze kiedy się da wyforować, ale często bywa, że siądzie obok poczciwego Jana, ten niegodziwiec, i ząb za ząb się z nim ujada, to mnie tak zmęczy, że na siłach upadam... O czémże mówiliśmy! o biednéj Antosi podobno! Ożeniłem się, ożeniłem i kochałem ją szczerze, i bylibyśmy szczęśliwi, gdyby nie intryga tego łotra. Anim się postrzegł, jak mi wszystko psuć zaczął: wynalazł zaraz, że ona mnie nie rozumie, gdy przeciwnie, jam tego anioła był niegodny i serca jego pojąć nie umiałem; domyślił się kochanków, gdzie może byli przyjaciele, gdzie szukano tylko pociechy i współczucia; zatruł mi pożycie wątpliwością, i obojętnością, żądzą jakąś namiętności gwałtownych, nienasyconych... Broniłem się mu ze łzami; biedna Antosia pojąć nie mogła po wieczornym uścisku rannego gniewu i szyderstwa, tych przemian czułości i niewiary, które wybuchały z kolei. Nakoniec rzadszemi coraz stały się przywiązania dowody, jam płakał, on odciągał, porzuciłem dom.. wybiegłem w świat.
A i któż opisze, com doznał w chwilach oprzytomnienia, plącząc po straconém szczęściu, po cichym dworku i osierociałéj Antosi... Nieraz przy pięknéj Adeli, nowéj mojéj kochance, dla któréj traciłem com miał tylko, rzucał mnie Kain i odskakiwałem od niéj ze wstrętem, uciekałem z obrzydzeniem; to znowu gdy mnie ten zły duch opętał, leżałem u nóg jéj, usiłując przebłagać... Wszystkie namiętności, ktoremi brzydziła się druga moja połowa, rozbudził we mnie nieprzyjaciel: pragnienie zysku, dumę nienasyconą, upodobanie w fałszu i oszukaństwie. Ledwie na chwilę odzyskiwałem przytomność i wpadałem znowu w ten stan, którego całą podłość czułem, widziałem i cierpiałem za nią.


XII.

Byłbym może pod tą władzą zaborcy pozostał na wieki, gdyby serdeczny żal przeszłości, nie wyrobił we mnie sił rozpaczliwych, niemi wygnałem z siebie Kaina i uciekłem od tych miejsc, które widziały poniżenie i grzechy moje. Ale duch złego nie odszedł odemnie daleko, ucichł tylko przybity, ścigając mnie zawsze, i wśród ciszy pokutniczéj, prześladując szyderstwem, starając się ułudzić swoją sofistyczną dialektyką...
Nocą i dniem słyszałem w sobie te dwa głosy, z dwóch przeciwnych krańców, wiodąc niewyczerpaną dysputę z gwałtownością, od któréj pękała czaszka i rozbijało się serce. Cokolwiek czyniłem, gdziem stąpił, szedł za mną prześladowca i nicował każdą myśl, każdy ruch poczciwy, wykazując go głupim i niedołężnym. Jak syn marnotrawny powróciłem do domu i jak on przyjęty zostałem przebaczeniem, łzami, miłością. Ale to ciche szczęście, które mi wprzódy wystarczało, dziś było bez smaku, zatrute goryczą przeszłości, a Kain umiał je oplwać i obrzydzić. Ledwiem stąpił na próg domowy, znalazł we wszystkiém co dla mnie było najświętszém, powody urągowiska i broń przeciwko poprawie; trzymałem się jednak na stanowisku...
— Ale to wszystko bałamuctwo — przerwał nagle prostując się pan Jan — miewam także chwile fałszywego na świat poglądu i słabości... Proszę pana nie śmiéj się ze mnie... mówiłem to na próbę... Młody jesteś, dodał uśmiechając się, przyjm dobrą i ważną radę odemnie, strzeż się pracy w życiu, jest to żywioł niszczący: nie bądź dobrym, bo to do niczego nie prowadzi; zrozumiéj tylko egoizm i praktykuj go, a będziesz mógł wyrobić sobie, jeśli nie szczęście, bo tém los i traf rządzi, to przynajmniéj byt znośny.
Ziewnął. — Tak mnie ta poczciwa żona moja znudziła, żem się aż do klasztoru dla spoczynku wsunął... używam tu dyety moralnéj, wytchnę, nabiorę sił i wrócę używać póki jeszcze można.


XIII.

Gdy to mówił, Romuald z księdzem Jackiem podeszli ku nam, obejrzał się i zamilkł pan Jan, a po chwili wstał i odszedł chmurny w głąb’ sali.
— Co to za osobliwszy fenomen? — spytałem bonifratra, który znów częstował mnie tabaką...
— Bardzo biedny człowiek — odparł z litością dozorca — szczerze mi go żal... a niewiele mam nadziei, żeby wyzdrowiał.
— Któżto taki?
— Obywatel z Zawilejskiego, w głowie mu się z jakichś głupich pomięszało miłostek, chciał się rozwodzić, to znowu powracał i przepraszał żonę, wchodził kilka razy do służby i nagle ją porzucał, nie było nigdy ciągu i logiki w jego życiu... a chwilami napadały go nawet niebezpieczne szały gniewu... teraz jest lepiéj nieco. — Kto wié? Bóg łaskaw, jednak wątpię wielce, żeby się nam udało całkowite mu zdrowie przywrócić.
— Ale on całkiem przytomny, — przerwałem, — jedyném zdaje mi się w nim obłąkaniem, to rozdwojenie dziwaczne, na które choruje.
— Lekarz, który tu do niego przychodzi, robi nam nadzieję, że potrafi dwojaka w nim tego zniszczyć, — rzekł ksiądz Jacek; — daj to Boże! ja się nie śmiem spodziewać.
Chciałem się był więcéj rozpytać, ale w téj chwili towarzysze moi wychodzili, Romuald mnie pociągnął, i choć obłąkany dosyć mnie zajmował, rad byłem, że się wymknąłem na ulicę z tego smutnego więzienia.


XIV.

Zupełniem był potém o Janie zapomniał, i przyznam się, żem nawet obiecanych mu kwiatów nie przyniósł. Kilka upłynęło miesięcy, gdy raz chodząc po Zakrecie i zrywając wiązankę letnich już kwiatków, przypomniałem sobie moję bytność u Bonifratrów, i przyrzeczenie dane Janowi... przykro mi się zrobiło, żem słowa nieszczęśliwemu nie dotrzymał, wyrzucałem to sobie żywo, i narwawszy natychmiast, co tylko znaleźć mogłem, pobiegłem już nadwieczór do Bonifratrów. Nie rychło na żądanie moje wywołany wyszedł ksiądz Jacek z twarzą spokojną, przywitaliśmy się jak starzy znajomi.
— A śliczne kwiatki — zawołał, nie pytając dla kogo je przyniosłem bonifrater, i bierze je w ręce z uczuciem, wywołaném zapewne jakiémś wspomnieniem dalekiém i oddawna zagasłém — a gdzie to je pan rwałeś?
— W Zakrecie.
— Proszę! i dla kogoż to ten bukiet?
— Przypominasz sobie może jegomość dobrodziéj, moję bytność w Wielkim tygodniu... ten biedny, którego tu poznałem, prosił mnie, żebym mu kwiatów przyniósł... niezmiernie sobie wyrzucam, że tego nie zrobiłem wprzódy, żem sobie dopiéro dziś przypadkiem przypomniał, ale lepiéj późno niż nigdy.
— Ślicznie powiedziano — odparł ksiądz Jacek — tak, zapewne, we wszystkiém, choć późno, byle dojść do celu, to grunt! Ale...
— Nie mógłbym zobaczyć pana Jana? — spytałem.
— A kiedy go tu już nie ma? — odparł powolnie bonifrater.
— A gdzież? — zawołałem z przestrachem — co się z nim stało?
— Wyzdrowiał... i na świat powrócił.
— Jakto? zupełnie?
— Całkiem, całkiem!
Ale mówiąc to ksiądz Jacek, zamiast rozpromienionéj, twarz miał smutną i niemal łzawe oczy. Zdawał się niecieszyć, a ubolewać. Zrozumiéć tego nie mogłem, chciałem był czegoś się więcéj dowiedzieć, i już miałem na ustach zapytanie, gdy ktoś nadbiegł, żądając pomocy księdza Jacka do jakiegoś furiata, którego on tylko umiał powstrzymać i uśmierzyć... Oddałem mu niepotrzebne już kwiaty, i dosyć zdziwiony, zasmucony jakoś, odszedłem do domu.


XV.

Tak to się żywo żyje w młodości! tyle myśli i wypadków przynosi nam dzień każdy, kocha się tak prędko, a! i zapomina tak łatwo. Później, zbierając łupinki po gościńcu, maluczko już mając tych skarbów, któremi nam szafowały dni piérwsze tak hojnie, — skąpi, chowamy odrobiny i zeschłe nawet staramy się odwilżyć pamiątki... Ale w dniach młodości piorunem lecą uczucia. Nie dziwujcie się, żem w rok całkiem zapomniał i odwiedzin u Bonifratrów, i Jana i kwiatków, i wrażenia jakie na mnie zrobił widok tego rozdwojonego człowieka.
W wielkiéj sali domu Müllera, trzech czy czterech nas zasiadło do obiadu u osobnego stoliczka przy oknie. Dla naszych akademickich kieszeni, zuchwalstwem było porywać się na kartę Titiusa, ale przybyły z prowincyi ex-towarzysz zapraszał, wesoło więc zabieraliśmy się po naszéj powszedniéj strawie zgodzonéj miesięcznie i pożeranéj za pańszczyznę, byle nie umrzéć z głodu — odwilżyć usta wytworniejszém jadłem. Nigdym jedzenia, jako przyjemności życia nie pojmował, miałem je tylko za niezbędną potrzebę dosyć upokarzającą i nudną, ale kilka razy trafiło mi się, po długiém wygłodzeniu, lub wstręt obudzających pokarmach, doznać prawie przyjemności u dobrego i smacznego stołu, — odzywało się zwierzę we mnie. Ten objad był z liczby owych kilku pamiętnych — karmiono nas młodych zwykle tak licho, że często mimo głodu, wstręt brał do jadła, któreśmy zastępowali niezliczoną ilością szklanek kawy z bułką. Po kilkomiesięcznéj tego rodzaju dyecie, kilka potraw dobrze zrobionych i kieliszek wina, przychodziły jak ożywiająca rosa na zwiędłą roślinę, i nowemi, niespodziewanemi obdarzyły siłami. — Wesoło mi się zrobiło ku końcowi objadu, i spojrzałem po sali z wielką ochotą kochania całego świata, — oczy moje zatrzymały się nagle na stoliczku, w pośrodku stojącym, u którego dopiero teraz spostrzegłem pięciu czy sześciu mężczyzn, niezmiernie huczno biesiadujących z kielichami szampana w ręku i szampańskim humorem na ustach. Twarz jednego z nich, który mi się zdawał częstować i gospodarzyć, dziwnie mi się jakoś przypominała jakby gdzieś widziana i znajoma, ale jéj do żadnego nazwiska, do żadnéj postaci przywiązać nie umiałem. Spojrzałem raz i drugi, nie mogąc zdać sprawy z wrażenia; podrażniony począłem poglądać pilniéj, i nie rychło dopiero przyszedł mi na pamięć pan Jan od Bonifratrów.
Tak! on to był — wyraźniem go przypomniał teraz, ale strój staranny, miejsce w jakiém go znalazłem, zmieniały do niepoznania. Oczy się nasze spotkały, zatrzymał je na mnie, ale nie zdawał się przypominać, żeśmy byli znajomi, i szybko je odwrócił. Ci panowie, których przyjmował, bawili się tak wesoło, tak ochoczo, on sam wykrzykiwał tak głośno, mówił tak śmiało, obawa, jaką dawniéj zdradzał, i wzrok, i każdy ruch jego, tak całkowicie znikła, żem poniekąd zwątpił czy mnie jakie nadzwyczajne nie ułudza podobieństwo.
Nie spuściłem go jednak z oka, i gdy czas się było rozejść, a u drugiego stolika przedłużała się rozmowa, i coraz nowe butelki szampana odkorkowywano, przyzostałem nieco od towarzyszów, chcąc lepiéj się temu niespodziewanemu przypatrzéć zjawisku. Wziąłem w rękę jakąś gazetę, i udając że ją czytam, odwrócony do okna, siedziałem na straży.
Kilka razy obejrzał się na mnie pan Jan dosyć niespokojnie, widziałem, że go przytomność moja drażnić musiała. Dobrze już byli podchmieleni, żartowali, śmieli się, szeptali, rzucali imionami kobiet, wesołość wzbudzona winem dochodziła do najwyższego stopnia, na jakim jéj przyzwoitość stanąć dozwala. Nareszcie powstali, pan Jan zapłacił kartę, schwycili za kapelusze i wyszli spiesznie. Mnie serdecznie żal było, żem go z oczów stracił, gdy z za drzwi powrócił, jakby czego zapomniał, i zdziwiony ujrzałem go tą razą wprost zmierzającego ku mnie.
— Jak się pan masz — rzekł, podając mi rękę z uśmiechem, — wszak musiałeś mnie sobie przypomniéć?
— Tak jest — rzekłem — i bardzom rad, że go widzę tak zdrowym i wesołym.
— Bo téż w istocie jestem zupełnie zdrów — podchwycił szybko — raz na zawsze opuściły mnie dziwne przywidzenia moje; śmieję się z nich dzisiaj. Byłto skutek trochę miękkiego wychowania i drażliwości zbytecznéj; dobyłem sił, by się przerobić z gruntu, i zahartowałem na nowo. Dobrze mi się tu powiodło, ani śladu tych dzieciństw dawniejszych, o których i pana proszę, byś zapomniał. Może będziesz łaskaw mnie odwiedzić, mieszkam tu w mieście...
— Nie na wsi?
— Nie, tam sobie żona moja gospodaruje... nie lubię wioski, nudna! Ja potrzebuję ludzi i wrażeń, czasem tylko dojeżdżam w Zawilejskie, żeby zobaczyć co się tam dzieje, i dać się mojemu dziecku oślinić... Mieszkam na przeciw domu Pusłowskich na piérwszem piętrze... ot, jeśli nic nie masz lepszego do zrobienia, przyjdź do mnie na herbatę, będzie kilka osób.
To mówiąc, rozśmiał się, zakręcił i pożegnał mnie szybko...
— A! to pan znasz widzę pana Jana Birucia? — zapytał mnie w téj chwili komornik W., który niepostrzeżony zbliżył się i uderzył mnie po ramieniu. — Co to? czy zacząłeś grać w karty?
— Ja? nie! Pana Jana drugi raz widzę w życiu — ale cóż to za człowiek, bardzo bym był ciekawy czegoś się o nim dowiedziéć.
Komornik pokiwał głową.
— At! co tam ciekawego można o nim powiedziéć! hulak, gracz i po wszystkiém, żonę porzucił, cudzą bałamuci! Mówią, że jakiś czas waryjował... teraz niby przytomny i zdrów, ale nie wiele na tém zyskał, ciągnie ostatkami, majątek stracił... tfu nie warto o nim gadać! Jednakże dodał staruszek, nie radzę się z nim bardzo bratać, chyba masz niepotrzebne pieniądze do przegrania... Żyje choć po pańsku i pokaźnie, ale podobno z tego tylko, co komu wyrwie... jak się jemu środków, a ludziom łatwowierności przebierze, zawsze czas w łeb sobie strzelić...
Komornik mówił to seryjo, odezwał się w nim jednak pod koniec człowiek XVIIIgo wieku, uśmiechnął się, złożył trzy palce, i całując je, cmoknął... dodawszy po cichu: — Ale co za kobiecina ta, w któréj się kocha. A! a! niech go djabli wezmą!!
Na témeśmy się rozeszli.


XVI.

Nie miałem najmniejszéj ochoty stawić się na zaproszenie pana Jana, zwłaszcza, że oprócz komornika W., kilka osób jakoś mi o nim tu i owdzie nie ciekawe rzeczy przebąkiwały. Dom jego uchodził u jednych za ognisko wesołéj hulanki, u drugich za jaskinię łotrów; dziwy prawiono o wieczorynkach, na które tam młodzież ściągano. Zresztą byłem pewny, że ubogie, jak ja młodę chłopię, ani przyjemności gospodarzowi, ani towarzystwu wesołego nie przyniosę żywiołu, ani się do ich tonu nastroić potrafię.
Przeszedł ten dzień, i wiele innych, spotykałem pana Jana na ulicy, dosyć ładnym jeżdżącego powozikiem, to z damami jakiemiś za miastem na Pohulance, lub w Tivoli, kłanialiśmy się sobie zdaleka, alem go unikał. Dziś już nie zajmował mnie tyle, bo przestał być dla mnie fenomenem moralnym, a stał się jedną z najpospolitszych postaci, jakich po miastach wszędzie pełno. Jużem go miał za całkowicie zatraconego, gdy niespodziane spotkanie dowiodło mi, że Abel, jak go nazywał, żył w nim jeszcze, choć Kain panował.
Któż nie zna tęsknot młodości, tych gwałtownych porywów ku niebu, któremi dusza z nas wyrywa się znużona w niebieską krainę ku Bogu. Jakkolwiek słodkiemi są szały i marzenia dwudziestoletnie, i tych nie wystarcza człowiekowi — cała teraźniejszość i cała przyszłość nie napoją go nigdy, musi w przestankach uciekać się do modlitwy, i łzami, których źródło jak Nilu początek, zakryte na wieki, opłakiwać wygnanie swoje. Nie byłem wówczas do zbytku pobożnym, alem chwilami czuł popęd, potrzebę kościoła, Boga i religijnego rozczulenia. Przytulałem się naówczas do ołtarza jak w macierzyńskie objęcie ucieka dziecię zmęczone długą zabawą, lub zranione w igraszkach z rówiennikami. Z takiém uczuciem tęsknicy wszedłem raz po nieszporze do katedralnego kościoła; pustką stał ten gmach piękny, i pustka ta była mi miłą, bo mi się zdało, że sam na sam byłem z Bogiem.
Szukałem ołtarza, wizerunku wzroku któryby przemówił do mnie słowy, jakiemi Pan przemawia do sługi swego w naśladowaniu Chrystusa Pana. Nowe obrazy, piękne ale świéże i nieuświęcone wiekiem przybory kościelne, milczały dla mnie, nigdziem nie mógł znaleźć znanéj mi twarzy ciemnéj Częstochowskiéj Bogarodzicy, nigdzie starego krzyża święcącego mnóstwem wotów, znamion wielu cierpień, i modlitw wielu wysłuchanych w tém miejscu... wszystko wydawało mi się nowe, i ręka rzemieślnika lub artysty wszędzie jeszcze nadto była widoczną, a zbyt mało natchnioną. Pełno smaku, nigdziem nie znalazł religijnego namaszczenia. Ośmnasty wiek wiał ze ścian kościelnych, które przerobił.
Błądziłem niezaspokojony, gdy przed kratą kaplicy ś. Kazimierza, ujrzałem w mroku postać jakąś stuloną, zgiętą, złamaną, na wpół na ziemi leżącą. Słychać było wśród téj ciszy uroczystéj, silne uderzenia głową o posadzkę kościelną, bicie dłoni w piersi, i westchnienie i łkanie.
Ja także zatrzymałem się, spoglądając przez wrota na trumienkę Jagiellończyka, męczennika czystości, co duszę niepokalaną chciał zanieść do niebios, i wolał umrzéć niż zniżyć się do objęć namiętności i świata. Miałem go w oczach tego świętego młodzieńca, poetę co zmarł, zostawując po sobie woń lilii uwiędłéj i hymn do Matki Boga! Rozpamiętywanie żywota jego przejęło mnie i wzruszyło, młodością acz zwiędłą i zbrukaną podniosłem się do téj jego młodości świętéj i czystéj, która mu pozostała na wieki... na męczeńskim płaszczu jego z purpury, widziałem droższą szatę białą niewinności, u nóg leżała ziemska korona, na barkach wytryskały skrzydła anielskie...
W tém, gdy się tak modlę rozpamiętywaniem, podniósł się z przed kraty ów bolejący pokutnik, powstał bezsilny, chwytając się żelaznego zamknięcia, podskoczyłem podtrzymać go, i zdziwiony poznałem w nim Jana Birucia.
Spojrzeliśmy na siebie, — ze łzą w oku schwycił mnie za rękę... Inny to znowu był człowiek... smutek upadku, wstyd grzechu, skrucha i boleść malowały się na jego twarzy pięknéj teraz i rozpromienionéj. Wyciągnął mnie z kościoła za sobą, i długo milcząc, poprowadził ku Wilii. Szliśmy tak ku Antokolowi, ja przeczuwałem wypadek jakiś w jego życiu, wstrząśnienie, smutek, stratę, która go do ołtarza przywiodła.
— Nieprawdaż, — rzekł uroczyście zatrzymując się nad rzeką — nieprawdaż, że niepojętym jest człowiek, niezbadaném życie? Nic nie zaspakaja, wszystko rozjątrza, są chwile, w których pragniemy śmierci, podnosim się, ulatujemy, by spaść niżéj jeszcze niż wprzódy, i śmiechem zaprzeczyć łzom naszym, a niedowiarstwem modlitwie? Dla czego tak nas bezsilnemi czyni namiętność, — czemuśmy tak słabi w obec ciała?
— Niewymownie się cieszę — odpowiedziałem z uczuciem — że taką w panu widzę zmianę i nowy zwrot do tych poważnych myśli.
— Zdawało ci się, że utonę w dziecinnych rozrywkach — przerwał z uśmiechem litości — ja sam myślałem chwilę, że niemi, jeśli nie nakarmić się, to upoić potrafię i głód szałem odpędzić! Niestety! nie udało mi się... Obraz życia spokojnego i poczciwego, jakie miałem, którem utracił, stoi mi przed oczyma, serce Antosi ma jeszcze litość dla mnie, ale ani szacunku, ani przywiązania miéć nie może... dziecię moje nie zna mnie i boi się ojca, któryby je zgorszył uściskiem, splamił dotykając ustami... Ludzie nie rozumieją i gardzą obłąkanym, kropli litości nigdzie znaleźć nie mogę. A! bardzo! bardzo jestem nieszczęśliwy... i nie widzę ratunku! Drugi raz nie odrobić życia, rozpocząć go na nowo niepodobna — zmazać z pamięci przeszłość jaka siła potrafi? Nic! nic! pokuta nawet nie zaciera jéj, ale odradza, a usta co się raz napiły mętów i kwasu ziemi, przyrastają nałogiem do naczynia, czystszy im napój nie starczy!
Szliśmy tak po nad drogą, gdy wtém z za nas głos srebrzysty, kobiecy, zawołał na Jana po francuzku... widziałem jak zadrżał, zawahał się pół chwilki, ćwierć mgnienia oka, zbladł i stanął wryty, oglądając się z przestrachem.
W maleńkim karyklu zaprzężonym parą koni rosłych i urodziwych, jechała kobieta tak piękna jak pokusa szatańska; jaśniejąca jak piekło, niezwyciężona jak namiętność, urocza jak obietnica młodości. Nie było to dziewczę w wieńcu i krasie świeżości i rozkwitu, ale kobieta w pełni sił, czująca potęgę swoję i umiejąca jéj używać. Czarne jéj oczy tkwiły w Janie, usta uśmiechały się do niego, rączką malutką wołała, grożąc na buntownika. Jan ledwie miał czas skinąć na mnie pożegnaniem, jak burza przeskoczył przez baryjery bulwarowe, przebił się przez krzaki, i nieoglądając się więcéj, pociągnięty do powozu, zniknął mi w Lemanach pyłu.


XVII.

W lat kilka potém, będąc ostatni raz w Wilnie, gdym się przechadzał po ulicach, szukając zmian jakim miasto uległo, i nową jego śledząc fizyjognomiją, spotkałem od Bonifratrów wychodzący kondukt pogrzebowy, ubogi dosyć i nieliczny. Za trumną szła blada i wynędzniała kobieta w żałobie, prowadząc dziecię za rękę.
Miałem już minąć po krótkiéj modlitwie, i pogrzeb i klasztorek, gdym ujrzał księdza Jacka, który wzrokiem zwilżonym zdawał się żegnać odchodzący wóz czarny. Zbliżyłem się, poznał mnie stary.
— Szczególna rzecz — zawołał po cichu, — a toż waćpan znowu trafił na pogrzeb tego nieszczęśliwego Jana?
— Znowu tu wrócił? — podchwyciłem zdziwiony — jakże się to stało? byćże to może? zdawał się zdrów zupełnie!
— Stało się to najprościéj w świecie — odparł braciszek — wyżył się, wyczerpał, zdradzili go świat i ludzie... mundus immudus, szarpały zgryzoty, opuściły siły, nie miał ich już ani na grzech, ani na pokutę, i w wielkim jęku boleści, ale pojednany z Bogiem opuścił ziemię... nieszczęśliwy zapaśnik... modlmy się za niego, dzieje téj duszy są nie jéj tylko historyją... wszyscyśmy tacy po troszę! — dodał ze łzą w oku bonifrater, machinalnie sięgając po tabakierkę... — Wieczne mu odpocznienie.
I zniknął za furtą klasztorną, która się za nim z dziwnym hukiem zatrzasła.






WSPOMNIENIE
o
FRANCISZCE KRASIŃSKIÉJ.
Winniśmy uczynności Hr. Włodzimierza Platera ciekawą wiązkę starych papierów, z których sądzimy nie od rzeczy będzie wyciągnąć dla wiadomości powszechnéj niektóre szczegóły, tyczące się życia jednéj z najbardziéj zajmujących niewiast polskich XVIII wieku: Franciszki Krasińskiéj. Przyznamy się otwarcie, że nam wiele braknie, by tę wiadomość uczynić pełną i całkowitą; ale dla czegóż nie mamy skorzystać i z drobnych okruchów, jakie nam traf szczęśliwy dał w ręce? Wolimy zaprawdę źle użyty materyjał lub zbytek materyjałów, niżeli brak ich zupełny, a to co maluje epokę, zawsze pożądane choćby było maluczkiém i w obliczu poważniejszéj historyi małoznaczącém. Dla tegośmy to dawniéj zbutwiałe listy Nestora-Kazimierza Sapiehy zebrali i wydali, choć czuliśmy jak wiele im brakło, by mogły stanowić całość; toż samo uczyniliśmy z urywkiem pamiętnika a raczéj raptularza Jenerała Lipskiego, toż samo robim dziś na mniejszą jeszcze skalę, z trochą papierów tyczących się Franciszki Krasińskiéj.

Ostatnim co o niéj dał wiadomość ciekawą, był P. Kazim. Wład. Wojcicki, który jéj w życiorysach swoich parę kart poświęcił (T. I, 477—480). Ale tu pomimo bardzo zajmującego wyciągu z rękopismu, świadczącego o przywiązaniu pięknéj Starościanki Nowomiejskiéj, do Starościca Wareckiego Kazimierza Puławskiego, mimo ogólnego rysu jéj żywota, szczegółów o samém jéj zaślubieniu przez Królewicza i smutnéj doli, jaka wkrótce stała się udziałem niewdzięcznie opuszczonéj żony, mało bardzo znajdujemy; data zaś ślubu fałszywie jest podaną.
Z papierów naszych, wielkie jak się nam zdaje światło rzucających na ten wypadek, przekonywamy się jak Karol Książę Kurlandzki albo mało miał przywiązania, lub lekceważył sobie tę, któréj przysięgał w obec Boga; wskazują one, że małżeństwo ledwie zawarte, już się chwiało, a dwór Saski w rok po ślubie już się targować poczynał o rozwód... Przebieżym z kolei dokumenta, które mamy w ręku i wskażemy treścią ich i wyciągami, jaka była opinija współczesnych o całéj téj sprawie.
Franciszka Krasińska, córką była Stanisława Krasińskiego Starosty Nowomiejskiego, z Anieli Humieckiéj urodzoną; Królewicz Karol poznał ją w domu Księżnéj Lubomirskiéj, Wojewodzinéj Lubelskiéj, ciotki rodzonéj, która zrazu niemiłém okiem patrzała na zawiązującą się miłość, a lękała się odpowiedzialności z tych stosunków spaść na nią mogącéj, przed dworem i familiją własną, odesłała pannę Franciszkę do Maleszowa, do brata. Królewicz w téj chwili jakoś zakochany szczerze, nie sądząc żeby mu się kto opierać mógł gdy nań spojrzéć raczył, listem się u Księżnéj Lubomirskiéj upomniał o pannę Franciszkę i zapytywał ją, gdzie nadal bawić będzie. Ten list Księcia Karola, Wojewodzina Lubelska pokazywała Brühlowi. Rozpoczęło się to w roku 1759, a przeciągnęło w 1760 do Marca, z coraz większą ze strony Królewicza miłością i zapałem. Na karnawał 1760 roku, Wojewodzina Lubelska, przewidując intrygi miłosne i nie chcąc w nich brać udziału, nie pojechała umyślnie do Warszawy i przebyła go w Krasiczynie u Pani Krakowskiéj; zdaje się, że samo małżeństwo już bez jéj wiedzy i wpływu zostało zawartém. Królewicz w Lutym 1760 r. wyrobił sobie u Ludwika de Riaucour Biskupa Ptolemaidy, Oficyjała Generalnego Brzeskiego i Podlaskiego, indult, dany w Janowie d. 23 Lutego, na imie Michała Neymann Kanonika Brzeskiego, Prałata Węgrowskiego, Przełożonego kanoników Regularnych, na danie ślubu czasu postu, według zwykłéj formy. Indult ten wszakże nie wiem jak posłużył, gdyż ślub miał dawać Ksiądz Józef Kanty Dymuchowski, Poddziekani Lissowski, a ten dla starości i niemocy władzę swoję zlał na ojca Antoniego Lipiewicza, Bernardyna, Gwardyjana w Piotrkowie, dokumentem dnia 6 Marca 1760 roku.
Tejże daty jest poprzedzający małżeństwo dyplom Księcia Karola, którego dwie mamy kopije przed sobą; w roku 1762 dopiero do akt Nowego Korczyna wniesiony: (in Nova Civitate Corcinensi, Feria Sexta post Dominicam Cantate 1762. Anno per oblatam porecti. Ad officium ect. Personaliter veniens Mgcus Simon Grodzki Venator Smolenscensis obtulit etc.) brzmi jak następuje: „My, Karol z Bożéj Łaski Królewicz Polski, Książe Saski a udzielny Rządca y Pan Xięstwa Kurlandzkiego y Semigalskiego: Jako każdemu człowiekowi wzgląd miéć przynależy na przyzwoity stan y kondycyą swoję zmierzać, oraz do zupełnego samego siebie uszczęśliwienia, tak wziąwszy na pomoc tego, który rządzi myślą, sercem y rozumem ludzkim, ustanowiłem u siebie determinować dalsze życie moje w społeczności z J. W. JM. Panną z Korwinów Hrabianką Franciszką Krasińską, Starościanką Nowomiejską, którą za prawdziwą obieram sobie żonę y małżonkę, podług obyczajów Kościoła Ś. Katolickiego Rzymskiego, za Indultem de data 23 Februarii 1760, otrzymanym. I tak te Diploma moje, które w ręce przyszłéy mojéj oddaję małżonki, ściąga się do kontraktu między nami ślubnego, osobliwie opisanego. Ta tedy moja z przychylności serca y przywiązania ku téjże JW. JMc Pannie Hrabiance z Korwinów Franciszce Krasińskiéj, Starościance Nowomiejskiéj skłonność wszystkim niech będzie znana i wiadoma, że urodzony będąc z dziada, ojca w tak pięknym szlachetnym królestwie, tak się pokrewnić pragnę abym miał estymacyą, że piękny i zacny kocham naród Polaków i w tych obowiązkach chcę zostawać, abym sobie przymnożył jako najwięcéj serc obywatelów i to Regii Sanguinis potwierdzam diplomate, własną przy stwierdzeniu pieczęci, podpisując się ręką.
w Warszawie d. 6 Marca 1760.

Karol“ (L. S.)

Dokument ten widocznie na żądanie familii na prędce napisany, po polsku, zredagowany nie wyśmienicie, a zakończony w sposób osobliwszy, pozostał tajemnym do 1762 r. Znać przewidując trudności od Króla i dworu, chciano go miéć jako rodzaj zapewnienia i dowodu ważności ślubu.
W wigiliją tego obrzędu, spisaną także została intercyza, zarówno do 1762 roku pozostała w ukryciu i pod tąż samą datą do akt miasta Nowego Korczyna wniesiona, z niéj widać, że Stanisław Krasiński żadnych dla córki darów nie chciał i obyczajem szlacheckim, tyle od męża dla żony wymagał tylko, ile sam dawał; ciekawy ten dokument całkowicie tu przepisujemy:
— „Między Najjaśniejszym Królewiczem Polskim, Karolem X. Saskim, udzielnym Rządcą y Panem Xtwa Kurlandzkiego y Semigalskiego, z jednéj, a JW. JP. Hrabią z Korwinów Stanisławem Krasińskim, Starostą Nowomiejskim z drugiéj strony, takowe zapisuje się ustanowienie: Iż JW. JP. Hrabia z Korwinów Krasiński, Starosta Nowomiejski, z przeznaczenia Najwyższego Stwórcy, a z największego dla krwi i imienia swego wejrzenia, przez dobrowolne Najjaśniejszego Królewica Karola X. JM. Kurlandz. serce ku córce swojéj, JW. JMP. Franciszce Krasińskiéj, gdy upatruje postanowienie; zważywszy oraz ad mentem legis obyczaje królestwa swego, i z sprawiedliwego względu pomiarkowawszy statum substancii swojéj, tak własnéj jako i żoninéj, naznacza posagu po tejże JW. JMP. Franciszce Krasińskiéj, najukochańszéj córe swojéj, ex massa totius substantiae summę sto tysięcy talarów curant. Najjaśniejszy zaś Królewicz Karol X. JM. Kurlandzki juxta usum et praxim Królestwa Polskiego, téjże JM. Pannie z Korwinów Hr. Franciszce Krasińskiéj, Starościance Nowomiejskiéj, zapisuje 100,000 curant talarów, prostym długiem, darem darując, i bezpieczeństwo téj summy teraz na swych klejnotach ostrzegając. Dobra zaś totius dominii sui, gdy przyjdą do dzierżenia samego Najjaśn. Królewicza Karola, X. JM. Kurlandzkiego, tedy meliorationem zapisu na onychże ostrzega téjże JW. JMP. Hr. z Korwinów Franciszce Krasińskiéj, Starościance Nowomiejskiéj. Oprawa zaś dla przyszłéj X. JM. JMości Kurlandzkiéj a najukochańszéj małżonki swojéj, że dla sekretnego maryażu, tenże Najjaśniejszy Królewicz Karol a X. JMć Kurlandzki wyznaczyć nie może, zostawuje się to liberalitati Najjaśn. Królewicza Karola X. JM. Kurlandzkiego, a przyszłego kochającego małżonka. Ta zaś tranzakcya, jako valor największéj mocy być powinna, tak lubo strony obydwie się teraz między sobą podpisują, jednakże Najjaśn. Królewicz Karol X. JM. Kurlandzki pro firmiori tutamine swemu plenipotentowi to ustanowienie roborować zaleca, własną między sobą podpisując się ręką, przy przyciśnieniu pieczęci swych. Działo się w Warszawie 20 Marca 1760 r. Karol (L. S.) Ejusdem Serenissimi Principis Regii.“
Formy wszystkie, o ile dozwalała tajemniczość małżeństwa, ściśle więc były zachowane, środki ostrożności przedsięwzięte, legalność zabezpieczona i 21 Marca dopiéro (nie w Listopadzie) ślub odbył się sekretnie w pałacu Krasińskich. Dawał go, jak widzimy z metryki, któréj kopiją mamy przed sobą, Ojciec Antoni Lipiewicz, Gwardyjan Bernardynów Piotrkowskich, jako delegowany i umocowany od proboszcza, X. J. Dymochowskiego. Świadkami byli: ojciec Stanisław Krasiński, Nowomiejski i Przasnyski Starosta, Książę Antoni Lubomirski, Wojewoda Lubelski, Pan Felicyan Kwaśniewski, Starosta Nowosielecki, Pułkownik Chorągwi Pancernéj, i Pan Stanisław Jaszewski, Kapitan Regimentu Królowéj.
Krótko potrwała i radość familii z tak świetnego związku i szczęście zaślubionéj Królewiczowi panny Franciszki, która poświęciła podobno skłonność serca młodego blaskowéj książęcéj korony.
Wkrótce po ślubie, jakkolwiek sekretnym, ale nie mogącym się utaić, dowiedział się o nim Brühl i Król ojciec, a dwór Saski ani chciał słyszéć, żeby uznać żoną Ks. Karola, Franciszkę Krasińską. Obawiano się z drugiéj strony szlachtę i panów polskich narazić sobie i zaczęły się te potajemne knowania, intrygi, projekta, ofiary, które stałość nieszczęśliwéj kobiéty jak obelgę odpierała.
Z listów współczesnych wyczerpiemy tu niektóre materyjały, wskazujące jak się na sprawę tę zapatrywano; niemal wszystkie adresowane są przez Biskupa Krakowskiego do Marszałka Nadwornego Koronnego. Chociaż nie całe o sprawie Krasińskiéj, i wiele innych zawierają wiadomostek, mieścim je tu jak są, bo znajdujemy w nich szczegóły zajmujące.
„Z Kielc, 29 Xbris. 1761.
— Przeszłą pocztą gośćmi zakłóconym będąc, podpisane listy dałem do pieczętowania, i ceremonijalny respons JW. WPanu poszedł, a ten com ja pisał, mając zwyczaj dla sekretu sam zawsze pieczętować, został i dopiéro nazajutrz postrzegłem; przyłączam go więc do tego.
Za deklarowaną kanoniję Krakowską dla synowca mego jak najuniżeniéj dziękuję. Przyznaję sam że młody i jeszczebym go był przetrzymał, a innego rekomendował, tylko że mi idzie o fundusz; pod Krakowem wioska z ogrodem ładnym zaraz pod moim Promnikiem. JX. Kułagowski opowie. A do tego chodzi już na Filozofiją, a X. Archidyakon Lubiński chodzi do Grammatyki, a miał kanoniję Krakowską, i innych było kilku po lat 15 mających. Pocieszyłeś mnie JW. WPan wcale, że o innéj nie myślą redukcyi.
Między innemi gośćmi na święta, mam także przytomnych Kochanowskich, Kasztelanów Czechowskich, bardzo mi się oświadczających, i Potkańskiego, Chorążego Stężyckiego, który oświadczył się że do Podkomorstwa Sand. ma deklarowaną protekcyę JW. WPana, i teścia jego. Ja téż, wiedząc dawniéj powierzone mi myśli JW. Pana, układałem tu rzeczy z kasztelanami i innymi urzędnikami, których tu mam wielu, favore ejus, tylko jeszcze zasuspendowałem rzecz do widzenia się z Krajczym Koronnym, który miał tu być na święta, ale znać go coś zaszło, ale w tych dniach będzie pewnie, a to względem uspokojenia Łąckiego.
Starosta Nowomiejski przysłał do mnie z listem, winszując świąt i exkuzując się słabem zdrowiem że sam nie zjeżdża. Ale teraz trochę zdrowszy. Do Kasztelanowéj zaś Sandomirskiéj przez umyślnego Starościanka ustnie się nadgłosiła, bardzo prosząc, aby ze mnie wyrozumiała, i żebym ja dał jéj rezolucyę, któréj słuchać będzie, jak się ma tytułować, czyli Starościanką czy Xżną Kurlandzką. Uważ JW. Pan, jeżeli to nie jest nasadzenie de Mr le Duc, aby to od mojéj dependowało decyzyi. Tenże umyślny powiadał, że w tym czasie był Dzierzbicki Chambellan z listami, jeden od Xcia Kurlandzkiego z upewnieniem, że ojciec najpierwsze województwo i starostwo miéć będzie, i z przyrzeczeniem, iż dozgonnie nie odstąpi, że jest stateczny i że Króla ułagodzi. Bo oni są tych u siebie myśli i od Xcia upewnieni, że Król wié, tylko na to nie chce pozwolić.
Odemnie tedy rezolucya taka dana, iż jako ślyde w kolorach sądzić nie może, tak i ja, nie wiedząc wszystkich okoliczności, od JMościów chociaż Pasterz nie mający żadnéj konfidencyi i informacyi, dla tego decydować nie mogę. Ale Jéjmość najlepiéj wié czém jest i jak się ma tytułować. I to jeszcze dołożył, że nie mają do mnie komfidencyi, z racyi, że Król chce rozwodu, a ja dla Króla jedno z nim myślę.
Interim gdyby téż tu do mnie przyjechali i prosili jako pasterza o rezolucyę, jak się ma tytułować, proszę abyś JW. Pan pomówił z teściem swoim i dał mi informacyą, jaką mam dać.
Drugi list mieli od Graffa Brühll’a, upewniający o Województwie i Starostwie najpierwszém, o posagu znacznym dla Damy i o Kawalerze Panu i bogatym (oni rozumieją, że to Podskarbi Wielki Koronny) ale żeby pozwolili na rozwód. JW. Pan najlepiéj będzież wiedział od Teścia swego, jeżeli pisał. Jutro odjeżdżają stąd Kasztelaństwo Sandomirscy i przez przyjaźń, którą mają, będą u nich. Dałem kommis aby te listy czytali i mnie o wszystkiém uwiadomili. Przeto na przyszłą pocztę będziesz JWPan miał kontynuacyą téj historyi, a teraz zostawam jak zawsze prawdziwym sługą. K. X. 13. Kr.“
Znać z tego listu już jak rzeczy stały w półtora roku niespełna po małżeństwie; a Biskup Krakowski widocznie ujęty dla dworu, nic bez rozkazu nie robiąc, gotował się tak postąpić w sprawie jak mu podyktują, czekał tylko rozkazu Brühll’a.
Daléj w papierach naszych znajdujemy: Excerpt z listu wiadoméj Damy do Xcia Biskupa Krakowskiego de 3 Jan. 1762, który może przetłómaczony po francuzku komunikować pierwszemu ministrowi.
List ten tak brzmi: „JMć Panna Starościanka Nowomiejska zwierzyła mi się z wszelkiemi okolicznościami w interesie swoim, i gdym jéj mówiła czemu JM. P. Starosta taił dotąd przed Xięciem, JM. Biskupem, odpowiedziała: że Xiążę Kurlandzki zakazał mu aby nie powiadał, dodając że Xiążę Biskup Krakowski jest mój nieprzyjaciel, w czém X. Kurlandzkiego Graf Brühl przestrzegł, a Xiąże Kurlandzki przed Starościanką powiedział. To także Starościanka powiedziała, że P. Radzimiński, który był Paziem u X. Kurlandzkiego, był szpiegiem u W. X. Mci, i cokolwiek usłyszał donosił Xciu Kurlandzkiemu i Grafowi Brühlowi. Teraz zaś P. Dzierzbicki był z listem od Xcia Kurlandzkiego, w którym utwierdza pannę Starościankę, iż statecznie przywiązany, lecz obliguje o sekret. Dokłada także w liście swoim, żeby nie miała w podziwieniu, iż musiał donieść do Rzymu okoliczność i ceremoniją ślubu swego, ponieważ mu Theologowie skrupuł czynią, jednakże pisze żeby nie wierzyła tym opacznym relacyom, jakoby się miał dla niéj odmienić i pretendował rozwodu.
Ten zaś P. Wierzbicki miał przy tém zalecenie od Grafa Brühla, aby te uczynił propozycye, że ofiaruje imieniem królewskiém JW. Panu Staroście Województwo i Order, JM. Pannie Starościance summę ośmkroć stotysięcy assekurowaną przez dyploma od Xcia Kurlandzkiego, ażeby pozwoliła na rozwód i żeby zaraz szła za mąż, i za kogo by poszła, to i temu deklarują honory i Starostwa, i zaraz tego samego P. Dzierzbickiego podając kawalera. Gdy tedy JMP. Starościanka zważyła przeciwność listu i takowych propozycyi, powiedziała że to wszystko doniesie Xciu Kurlandzkiemu, tak Pan Dzierzbicki podał sam kopiją do listu, aby się skarżyła na niego, że takie przywiózł propozycye, i napisała ten list.
JMP. Starościanka chce być i z ojcem upaść do nóg WX. Mości, oddając się jego protekcyi, i prosząc, abyś to WX. Mość doniósł Królowi, i proponował, żeby Król wyrobił Xięstwa tytuł od Cesarza JMPanu Staroście, a przez to ją uczynił godniejszą być żoną Xięcia Kurlandzkiego.
W niespełna tedy dwa lata, już nie bez wiedzy i zezwolenia Xięcia, traktowano o rozwód a choć Xiąże przed tą, którą nazywał żoną, grał rolę wiernego a uciśnionego małżonka, widać że sobie już życzył jéj pozbyć. Nie inny cel miało poselstwo P. Dzierzbickiego, który dyktując na siebie list ze skargą, dyktował sobie świadectwo wiernego spełnienia posłannictwa, które mu było powierzone.
Biskup Krakowski, przesyłając powyższy wyjątek z listu, dodaje Marszałkowi Nadwornemu: — „Wojewodowie Lubelscy o Starościankę Nowomiejską jak się mocno byli pokłócili i w kłótni się rozjechali, tak się znowu zjechali i bez żadnéj wymówki pogodzili się, ale jak miarkuję to tylko ad oculum, wewnętrzne zaś źle są z sobą.
Komunikowała mi Xżna korespondencyę z sobą Xcia Kurlandzkiego i respons swój; kazałem to przepisać prędko i też komunikuję (tego nie mamy), ale proszę o sekret, bo Xiężna nie wié żem przepisał. Możesz WPan komunikować Grafowi Brühlowi, ale także pod sekretem. — Interim Xna Wojewodzina persistit i zaklina się, że persistit, że nie weźmie nigdy do siebie Starościanki.“
Biskup Krakowski w całéj sprawie okazuje się aż do zbytku oddanym dworowi i świeckim raczéj urzędnikiem, przywiązanym do familii Saskiéj, niżeli pasterzem i opiekunem owiec swoich, donosi co gdzie zasłyszał, radzi się Brühla, nie śmie kroku zrobić bez zezwolenia Marszałka Nadwornego. — Wkrótce potém pisze z Borzęcina de 16 Januar 1762, do Marszałka.
„Już w aktualnéj podróży do Sandomierza, mam honor odebrać łaskawą JW. Pana Dobr. odezwę die 13 czer. z życzeniem pomyślnéj expedycyi téj mojéj kampanii. Za które jak najuniżeniéj dziękując upewniam, że i na tamtém miejscu cum clero mihi commisio nie omieszkam ferre vota alitisimmo pro incolumitate et prosperitatibus pana mego kochanego.
Cieszysz mnie JW. Pan Dobr. mocno wiadomością o melioracyi zdrowia Imperatorowéj, i bodaj zełgał jeden mój korespondent, który mi pisze, że chociaż w Warszawie głoszą, że się ma lepiéj, jednak z niebezpieczeństwa nie wyszła.
Także jeden korrespondent pisze mi, że JW. Pana z Kanclerzem Kor. chcąc godzić, ale mi zaraz niepewność téj wiadomości sprawuje, gdyż wyraża, iż przez Wdę Inowrocławskiego, i tylko czekają na przybycie Xięcia Wojewody Ruskiego, to zaczną tę negocyacyę. Wczoraj był u mnie jeden od Starosty Nowomiejskiego jadący, i powiadał, że tak on, jako i wszyscy goście i domowi, Starościankę zowią Xiężną Kurlandzką, tylko ojciec ani tak ani inaczéj, tylko Franusią. Z tém się także oświadczył Starosta, że jak już wszyscy tak ją tytułować będą, tak ją osadzi w którym klasztorze i sześciu lokajów pod liberyą X. Kurlandzkiego trzymać będzie i dwóch paziów. Pokazywał także temuż Starosta kalendarzyk jakiś niemiecki drukowany, w którym między innemi Monarchami i Xiążętami, jest położony Xiąże Kurlandzki, i Xiężna z Krasińskich, i że mu już dwóch synów urodziła, jednemu dano imie Karol, drugiemu Franciszek.
Koadjutoryą probostwa Sandomirskiego protekcyi skutecznéj przypominam. Sam siebie statecznéj polecam łasce, zostając na każdém miejscu tenerrim o affectu et cultu. K. X. B. Kr.“
W marcu tegoż roku właśnie gdy lat dwa upływały od zaślubienia, Starościanka Nowomiejska czując jak ważném było stanowisko Biskupa Krakowskiego, jeśliby ślub jéj zachwiano i ważność jego ocenianą być miała, odezwała się wreszcie sama, z ojcem swoim do niego: ale zapóźno. Biskup był trochę obrażony, że go się nie radzono, przytém sprzyjał dworowi i spełniał wolę Brühla; odpisał więc tak żeby się niczém nie skompromitować, a tytułu Xiężnéj odmówił.
Oto jest list Księżnéj z Maleszowa, dnia 13 marca 1762 roku.
„Mocno ubolewam, że nie mogę osobiście upaść do nóg JO. W. X. Mości Dobrodzieja w Jego domu; słabość ojca mego ukrzywdziła mnie w tém szczęściu, który zwlókłszy się z łóżka w intencyi oddać powinność swoją W. X. M. Dobr. w wigiliję wyjazdu swego wpadł w recydywę i dotąd tąż słabością jest przyciśniony. Przyjmij W. X. M. Dobr. łaskawie w tych kilku literach oświadczenie prawdziwéj submisyi mojéj i wyznanie sekretu, który dotąd w skrytości trzymałam; nie z inszych to pochodziło racyj, tylko mając mocny rozkaz od Naj. Królewicza aby był tajony, nie chcąc się sprzeciwić woli Jego, zachowywałam w tym punkcie wielkie milczenie, ale widząc się być oprymowaną i zaczepianą od Dworu, uciekam się do łaski i protekcyi W. X. Mości Dobr.; chciéj jako pasterz mój wejrzéć w sprawiedliwość sprawy mojéj, która to pod sąd jego najwięcéj należy. Ja z tém się przed W. X. Mością oświadczam, że jako znam się być sprawiedliwie według kondycyi kościoła Świętego Rzymsko-Katolickiego zaślubioną żoną Najjaś. Królewicza, tak protestuję się przed W. X. M. Dobr. jako pasterzem moim, że mając zbawienie duszy i honor mój przed oczyma, na żadne pochlebne, które mi podają ode Dworu, kondycye zezwolić nie chcę i raz przysiężonéj wiary Najjaś. Królewiczowi dotrzymać do śmierci pragnę. Że zaś słyszę, że mnie mają pociągnąć do rozwodu, lubo żadnych dotąd terminów nie mam, szukam pasterskiéj W. X. M. Dobr. w tém protekcyi, abyś był sprawiedliwy mojéj sprawy obrońca, o to zaś suplikuję W. X. M. Dobr. żebyś téj mojéj podufałéj do siebie prośby oświadczyć Najjaś. Królowiczowi nie chciał, bo bym przez to mogła się jemu narazić. Te moje złożywszy do łaskawego W. W. X. M. D. serca prośby, z powinnym wyznaję się być respektem i obserwą.“
Do tego listu swój przyłączył Starosta Nowomiejski w tych słowach: — „Z woli Boga słabością zdrowia dotknięty tém więcéj boleję, że nie mogę miéć tego szczęścia upaść do nóg W. X. M. Dobr. i teraz słysząc o wyjeździe, listowne chęci mojéj czynię oświadczenie.
Intencyą moją było dać z siebie W. X. M. exkuzę, żem wiadomego córki mojéj ślubu sam nie chciał wyjawić W. X. M. co teraz czynię, żem nie mógł się narazić Xciu J. M. o sekret obligującemu, od którego i teraz będąc przez listy obligowany, dotąd tego co wszystkim wiadomo głosić nie mogę. Rozumiem że W. X. M. wiesz o kondycyach nam podanych, abyśmy na tajemny rozwód pozwolili, co ani sumienie, ani honor czynić nie dopuszcza. Córka moja dla mojéj słabości umartwiona, że sama nie może powinnéj oddać W. X. M. Dobr. submissyi, co sama listownie oświadcza, którą ja Pasterskiéj W. X. M. Dobr. rekomenduję protekcyi, z głębokim wyznając się być respektem i obserwą.“ etc.
Jak oba te listy nie tyle w nadziei pomocy od Księcia Biskupa, któréj się niespodziewano wcale, jak raczéj w rodzaju notyfikacyi ślubu pisane były, tak téż Pasterz na nie z ostrożnością odpowiedział, niczém się nie wiążąc, nawet adresem listu do Starościanki, któréj zapisał: a Mademoiselle la Contesse de Krasińska Starościanka Nowomiejska. — W liście także poczyna od Mademoiselle! „Jako srodze żałuję słabości zdrowia JW. Pana Starosty, godnego ojca W. Panny, tak równie iż nie miałem satysfakcyi powitania ich w domu moim.
„W okoliczności którą mi WW. Panna wyrażasz (lubo w takowych jako Pasterz najpierwszym jestem Sędzią) żadnéj rady dać nie mogę, niebyłbym albowiem sprawiedliwym sędzią, żebym na illacyą jednéj tylko strony sądził. Potrzeba więc wysłuchać i drugiéj strony, a W. Panna obligujesz przed nią o sekret. O propozycyach które WM. Panna masz ode Dworu, nie mam żadnéj ode Dworu komunikacyi; WM. Panna téż mnie o nich nie uwiadamiasz, toć i w tém jako niewiedzący rzeczy nie umiem otworzyć zdania mego. Co zaś o szczerém mojém do imienia WM. Panny tak przez należytość jako i dawną znajomość przywiązaniu upewniwszy, zostawam z onymże na zawsze“ i t. d.
Jeszcze krócéj, odwołując się do listu powyższego, odpisał Ks. Biskup Staroście Nowomiejskiemu i zbył ogólnikami, grzecznością, niczém nie tając swego usposobienia wcale, nie wiele téż zapewne na pomoc jego rachować musiano.
O téj korespondencyi przesyłając kopiję jéj P. Marszałkowi Nadwor. tak się wyraża Biskup Krakowski:
— „Z Wawrzęczyc 20 marca 1762. — Unikając na potém złych dróg, wyjechałem z Kielc, ale nie mogę się pochwalić, abym miał dobre, owszem dla wielkich śniegów arcy-złe, przez co mam wielką szkodę w koniach i w rzeczach, bo ustawicznie wywracali.
Wyjechawszy z Kielc, na pierwszym popasie spotkała mię korrespondencya, którą per copias przyłączam. Możesz ją JWP. Dr. Komecie kommunikować, ale zaraz obligować o sekret przed tamtą osobą, gdyż kiedy mię obligują o sekret, toć go dotrzymać należy, tylko że przed WJP. nie mam sekretu (!!) w żadnéj rzeczy, dla tego i téj korrespondencyi powierzam. Komecie zaś, czyli pokazać czyli nie, jak się WP. Do. zdawać będzie tak uczynisz. Proszę mi candide wyrazić, jeśli się podobają moje responsa, gdyż par politique nie należało mi się wdawać w rzecz. A zaś jako pasterz, który dla wszystkich, osobliwie w takich materyach, powinien miéć ucho, nie mogłem inaczéj odpisać.
Ostatni list JWWP. D. de 13 cur. miałem honor odebrać w drodze, którym że mię uwiadomić raczyłeś o podpisanych za moją instancyą Chorąstwie Zatorskiém dla Czarnego i patentów kamerjunkrowskich dla Komorowskiego i Hrabi Tarnowskiego, jak najuniżeńsze wyrażam podziękowanie.
Wracam się do pierwszéj materyi. Piszą mi z Warszawy, iż sprawa de nullitate matrimonii Xcia Kurlandzkiego ma być zaczęta w Konsystorzu Warszawskim. Bardzobym rad, żeby się bezemnie obeszło i skończyło, ale cokolwiek w téj mierze w Warszawie robić będą, to nullitatis, i Rzym to skassuje i odeszle zawsze tam, gdzie należy, ad primam instantiam, to jest do mnie. Co ja, choćby to robili, to się nie sprzeciwię, upewniam, et non agerem de laesione Juris dictionis meae. Na owe moje z Kielc pisanie, Kometa upewniał JWWP Dobr., że żadnych kondycyi nie podawano Starościance, a jednak teraz wydaje się, iż podawano. Na każdém miejscu zostawam dozgonnie prawdziwym sługą, K. X. B. Kr.“
W takich myślach trwał JMX. Biskup do kwietnia, nie bardzo jeszcze będąc pewien, w którą się pochylić stronę, gdy ostatnich dni tego miesiąca, Książęta Karol i Albert przybyli do Krakowa; oto ciekawe dwa listy, wskazujące, że JMX. Biskup, porozumiawszy wolę Królewicza, skłonił się wreszcie pójść za nią...
„Z Krakowa, dnia 1 maja 1762 r. Zatrudniony będąc (ale z niezmierném mojém ukontentowaniem tak dystyngwowanemi i kochanemi gośćmi), nie mam czasu wiele pisać, tylko krótko donoszę, iż Najjaśn. Xciu JM. Kurlandzkiemu tak się tu podobało u mnie, że mu się nie chciało wyjechać, tak dalece, iż stanąwszy we środę rano, dopiéro wczoraj po ranném śniadaniu o dziesiątéj wyjechał, i powiedział mi, że gdyby nie miał tak wielkiéj drogi, chcąc powrócić do Warszawy na Fest Królewski, i żeby nie dla ustępowania bratu koni po nim jadącemu, toby jeszcze sam z siebie dłużéj bawił. Dwór téż jego cały nie może się żalić aby miał niewygodę. Przez dwa dni obiady i wieczerze z balem były dla wszystkich generalnie znajdujących się w Krakowie. Przed wyjazdem zaprosił mię na konferencyę, która z godzinę trwała, i wymówiliśmy sobie wszystko, cośmy do siebie mieli, et presentement nous sommes des meilleurs amis. Il m’a méme comfié le secret en question, o czém na przyszłą pocztę opiszę, bo teraz wcale nie mam czasu. Najjaś. Królewicz Albert dziś stanął po 10téj zrana; straszono mnie, że śpiesznie jedzie i tu nie zabawi, ale jeżeli nie dłużéj to przynajmniéj przez dziś i jutro zostanie, spodziewam się. Staram się téż usilnie de leurs rendre le sejour agréable. Jako widzę, Pan Bóg nawiedza teraz często JW. WPana krzyżykami, nad tém równie compatior, po których umartwieniach życzę millena solatio. Chorąży Koronny, przytomny téj expedycyi, jak najuniżeniéj kłania, ja zaś wyznawam się być tenerrimo affectu et cultu na zawsze. K. X. B. Kr.
JMPan Gordon, Superintendent, miał rozkaz od JW. Podskarbiego do wzięcia w possessyę przez dworzanina z listem podawczym Łętkowic na JW. WPana D. Nie mając na dorędziu dworzanina, prosił mię dziś abym mu dał, i zaraz téjże godziny posłałem człeka sposobnego. Owszem, jeśliby tu potrzeba JWPanu do dóbr i do wysiadania possessyi szlachty, i dragonii, i piechoty, czekam tylko poufałego rozkazu; dam zaraz, czegobym dla nikogo nie uczynił.“
Drugi list lepiéj objaśnia konferencyę z Księciem Kurlandzkim.
„Z Krakowa, 4 Maja 1762 r. Jako przeszłą pocztą doniosłem JWPanu D. o przybyciu Najja. Królewicza Alberta, tak teraz donoszę, iż wczoraj bardzo rano, bo wpół do trzeciéj, bez spania, prosto z balu wyjechał. Pokazał się być bardzo kontent i wesół; bale były extremement animes; pierwszy raz w życiu widziałem, aby mazura avec la chaine tańcowano w szesnaście par. Ale téż mam tu salę bardzo obszerną, iż im wcale nie było ciasno.
Obiecałem donieść JW. Panu D. niektóre okoliczności konferencyi mojéj z Xięciem Kurlandzkim, co wypełniam w krótkości słów. Wymówiliśmy sobie cośmy mieli do siebie, a co pochodziło z plotek Wojewody Lubelskiego, bo mi go wydał. Co zaś o swojém postanowieniu, to mi powiedział, iż Graff Brühl i X. Rauch powiadają mu, że ten ślub nie wart, więc radby wiedział czyli on jest ważny albo nie. Jeśli ważny, to cóż z tém czynić, trzeba cierpiéć (!) (a ztąd wnosić trzeba że on podobno niebardzo życzy sobie rozwodu, i że o tém ze mną mówił, iż mu pewnie tam kazano) jeśli zaś nieważny, żeby wiedział że jest wolny. Do którego poznania gdy potrzebny skrypt alias Konsens Parochi z mojéj Diecezyi, co go był dał Bernardynowi dającemu ślub, a rozumiejąc że jest u mnie, prosił mnie o niego. Odpowiedziałem, że tylko kopiję tego skryptu mam, a oryginał jest u Starosty Nowomiejskiego, którego mogą dostać czyli dobrym sposobem rekwirując od Starosty, czyli pozwawszy go o komportacyą. Ale jak to czynić, chciałem być informowanym w jakich terminach jest ten interes. Odpowiedział mi że nic nie wié, tylko Graf Brühl, który to wszystko wziął na siebie i dopiero z Bilska miał pisać do niego, aby mi to wszystko opisał, i w téj materyi ze mną się znosił. Opowiedziałem mu w generalnych terminach, iż co tylko prawo i sprawiedliwość pozwoli, czynić wszystko będę. Inne rzeczy potém opowiem.
Wedle woli JW. P. Dobr., dzisiejszą pocztą mi wyrażonéj, jutro zaczną dzwonić pro anima Evae JW. Kanclerzowéj Koronnéj po wszystkich kościołach po trzy dni. A Grafowa Brühlowa, aby była zdrowa całém sercem życzę, zostając na zawsze prawdziwym sługą. X. B. Kr.“
Skutkiem tego widzenia się z Królewiczem, był list który Biskup Krakowski d. 11 wysłał do Starosty Nowomiejskiego, następujący:
— „W podróży mojéj z Kielc do Wawrzęczyc na popasie w Morawicy, miałem list od JW. P. de 13 Martij, którym żądałeś mojéj pasterskiéj pomocy dla godnéj swéj córki, w postanowieniu onéjże.
Teraz w Warszawie agituje się sekretna inwestygacya, jeżeli ten ślub był ważny lub nie; zkąd jestem rekwirowany jako pasterz, ażebym przysłał oryginalny Konsens S. P. X. Dymuchowskiego Plebana Lissowskiego, dany O. Lipiewiczowi, Gwardyjanowi Piotrkowickiemu Bernardynowi d. 6 martij 1760 a. ad benedicendum hocce matrimonium, którego konsensu gdy tylko mam kopiję, oryginał zaś znajduje się u WW. P. Dobr. przeto unikając publicitatem w tak delikatnéj materyi, wstrzymuje krok w przypozwaniu WW. Pana do sądów moich pro comportatione tegoż oryginalnego Konsensu, lecz breviori et aequanimiori procendo via, praesentibus upraszam i obliguję WW. Pana, abyś mi przez tegoż umyślnego przysłać onże raczył. Jeżelibyś zaś WM. Pan (o czém wątpię) nie ufał, to możesz przysłać przez affidowanego swego człeka, któryby mi tylko pokazał, a potém WM. Panu nazad odwiózł. Spodziewam się jednak, iż znając mój charakter, powierzysz mi WM. Pan. A że w sobotę po południu wyjeżdżam ztąd do Lipowca, a ztamtąd do Siewierza, w któréj podróży bawić będę niedziel dwie, przeto upraszam abyś WM. Pan tego umyślnego we czwartek expedyować raczył, aby tu w piątek stanął.
Jako zaś za wolą Bożą i nieograniczoną łaską Najjaśń. Króla P. M. M. objąłem rządy téj Diecezyi et non veni solvere legem sed adimplere, tak możesz WM. Pan być upewnionym, iż jeżeli ta sprawa przyjdzie do sądu mego, nie inaczéj decydować będę, tylko według prawa i sprawiedliwości. Jestem z szczerém przywiązaniem i szacunkiem, etc.“
Wyprawiając list ten, Biskup Krakowski napisał zaraz i do Marszałka Nadwornego w tych słowach:
„Z Krakowa d. 11 Maij 1762. W niebezpieczeństwie zdrowia JW. Graffowéj Brühlowéj cieszy mnie przedłużenie, et son temperament azaliż z łaski Boga, na konsolacyą JW. Państwa i dobrych ich przyjaciół i sług przyjdzie do pierwszego zdrowia.
W ostatnim liście swoim de 8 cur. obligujesz mnie JW. Pan Dobr. imieniem Teścia swego, abym Konsens parochi do dnia ślubu en question, przysłał in originali. Pamiętno JW. Panu Dobr. być musi, iż jako przed nim nie ma żadnego sekretu, tak informacyi którą miałem o tym ślubie komunikowałem mu zaraz bez rezerwy, i żem mu pokazał kopiję konsensu a parocho, z dołożeniem iż propter securitatem matrimonii, ojciec przy sobie zostawił oryginał. Więc u mnie nie masz, tylko kopija któréj legalizować attestacyą moją nie mogę, bo mi de vera scientia non constat, jeżeli concordat cum originali. Ale placendo WM. Państwu, posłałem zaraz dzisiaj umyślnego do J. Pana Starosty Nowomiejskiego nocą i pisałem do niego, aby mi przysłał oryginał; przyszłą pocztą miéć będziesz JW. Pan zupełną informacyę. Zjazd tu coraz większy do Wojewodzinéj Kaliskiéj; przybył i Wojewoda Malborski z żoną, ale wczoraj wyjechali wszyscy dla pilnéj kondescencii do Wielkiéj Polski. Wojewoda Bełski stanął tu, którego zawczoraj nawiedzałem, bardzo rzeźwy i cery arcydobréj, tak jak go dawno niewidziałem, ale Pan Morelli constanter mówi, iż nie wyszedł z niebezpieczeństwa i puchlina jest jak była. Nie tylko moja tu bytność ściąga ludzi, ale bardziéj P. Morellego, który już rachuje przeszło 56 pacyjentów, a na kuracyę majową codzień wielu przybywa, dosyć że w tak wielkiém mieście już stancyi do najęcia dostać nie można. Ja téż jutro mam zacząć kuracyę i wyjechać 16 praesentis jak przeszłą wyraziłem pocztą, w każdém miejscu zostając nieodmiennym sługą. K. X. B. Kr.“
Starosta Nowomiejski nie mógł i nie powinien był dać oryginału Konsensu Ks. Dymowskiego w ręce Biskupa, który by był ten ważny dokument przesłał in originali Brühlowi przez Nadwornego Marszałka, odpisał więc wymawiając się dość zręcznie i niechcąc okazać nieufności.
D. 20 Maii 1762.
Naprzód przepraszam W. X. Mość, że chorobą o łóżko przyciśniony, cudzéj mi przychodzi zażywać ręki na oświadczenie powinnéj submissyi i dania z siebie exkuzy w zachodzącéj rekwizycyi. Kiedy miałem honor szukać protekcyi W. X. Mości, to w téj saméj sprawie, że potajemny dwór ofiarował rozwód, i validitatis wypróbowanie z wszelkiemi łask pańskich deklaracyami, ale widziawszy, żeby honor i sumienie mogły na tém szwankować, tych nie akceptowałem propozycyi. Co i samemu Xciu JM. Kurlandzkiemu teraz na wyjezdném za granicę oświadczyłem, którego oświadczenia odmienić nie mogę. Do tego te dokumenta oddałem do depozytu i tylko kilka kopij przy sobie zostawiłem, które fideliter są przepisane. Z tych, jeżeli się pokaże ważność ślubu, zapozwany czekać będę pasterskiego wyroku. Te mego prawa, a bardziéj córki mojéj obrony, niech mnie nie tłómaczą przeciwnie w łaskawém sercu W. X. Mości, którego się protekcyi oddając, jestem z głębokiém uszanowaniem etc.“
List następujący Ks. Biskupa, acz nie cały się odnosi do téj sprawy, ale cały go maluje; umieszczamy więc nic nie wyrzucając:
Z Krakowa, 15 Maii 1762. Par pure précaution od czterech dni krew puściłem i wczoraj lekarstwo brałem, co mi sprawiło wczoraj alteracyą i ciężki ból głowy; dziś zaś bólu głowy nie mam tylko alteracyą i mało co do kogo piszę tą pocztą; do JW. P. Dobr. jednak non intermitto.
Przyczyniła mi jednak alteracyi znacznéj wiadomość o śmierci JW. Graffowéj Brühlowéj; nie szerzę się nad tą z wielu okoliczności stratą znaczną, życząc aliunde JW. Państwu Dobr. z hojnych rąk Boskich konsolacyi. Duszę ś. p. Pani piis suffragiis w dyecezyi mojéj nie omieszkam polecić, a tu w Krakowie po wszystkich kościołach jutro dzwonić zaczną.
Miałem list od JW. pierwszego Ministra, ręką JX. Kułagowskiego pisany, donoszący mi o téj śmierci; odpisuję mu tą pocztą. Ale mi w wielkiém podziwieniu, jak miał list mój do JW. pierwszego Ministra na poczcie zginąć. To pewna, iż według zwyczaju cudzoziemskiego, nie zdało mi się inkomodować go listem winszującym świąt Wielkanocnych, ale jak odebrałem od niego list, tak zaraz swoją ręką odpisałem, co upewniam en honneur. Ale to musi być tak, iż że tylko był komplement, dla tego albo sekretarz tylko przeczytał ten list i nie raportował, albo téż sam JW. Graff, przejrzawszy że komplement, odrzucił i zapomniał. Więc jeśli się zdawać będzie, supplikuję, abyś data ocasione raczył odpowiedziéć żem odpisał. Nie jestem ja leniwy do odpisywania każdemu, a cóż dopiéro temu Panu. Teraz co odpisuję przyłączam kopiję.
Rekwizycyi JW. P. D., przeszłą pocztą wyrażonéj avec empressement zadosyć czyniąc, posłałem umyślnego rozsadzonemi końmi do Starosty Nowomiejskiego i trzeciego dnia odebrałem respons. Jak tedy listu mego, tak i responsu przyłączam kopiję. Nie wiem czyli JW. Pan będziesz aprobował mój list, ale musiałem go postraszyć pozwem i na końcu pogłaskać oświadczeniem administrowania sprawiedliwości w generalnych terminach, aby mi tém prędzéj i łatwiéj przysłał ten oryginalny konsens do dania ślubu.
Nie mogę zatém przez rzetelność dać extrakt legalizowany odemnie tego konsensu oryginalnego, kiedym go nie miał, nie czytał i nie widział, ale to na jedno wynijdzie. Ponieważ Starosta przysłał mi tego konsensu kopiję i upewnia listem swoim, że jest zgadzająca się cum originali, więc tęż samą kopiję od niego mi przysłaną, z wyrażeniem, iż mnie listem swym de hac data upewnia, że się zgadza cum originali, mogę legalizować. Czekać zatém będę dyspozycyi JW. WPana; jeżeli téj kopii legalizowanie będzie potrzebne, tobym je zaraz przesłał i nie do JW. P. D., ale do JW. pierwszego Ministra directe, według insynuacyi, którą odbieram przez JM. X. Kułagowskiego.
Bardzo dobra myśl JW. Pana D. pogodzić się z sukcessorami Leszczyńskich i Szembeków. Obwieszczę mego brata, iż daléj Czarnicy trzymać nie będzie. Krajczy Koronny zdrów oprócz czasem swoich affekcyj, dla których poradzenia się na kuracyę majową ma tu dziś być incognito bardzo i z nikim się nie widziéć, tylko z doktorem żydem w którego dufa. Wojewoda Bełski zawsze w jednym stanie, jak przeszłą pocztą doniosłem, wyjeżdża na promenadę. Pułkownik Remer dziś albo jutro dokona życia. Mr. Morelli przeszło 50 ma pacyentów, oprócz zakonników i innych ludzi ordynaryjnych, którzy po radę do niego przychodzą, et tous les matins à son lever dans l’antichambre kilkudziesiąt ludzi znajduje. Il est regarde ici comme un oracle. Jutro wyjeżdżam do Lipowca, a potém do Siewierza i tylko raz na tydzień będę mógł pisywać. Na każdém miejscu wyznając się prawdziwym sługą. K. X. B. Kr.“
„Po napisaniu tego listu odbieram wiadomość, iż Krajczy Koronny dużo zachorował, i dla tego nie przyjedzie tu do swego doktora.“
Tymczasem, między 15 a 23 maja, właśnie w chwili inwestygacyi o ważność ślubu, Starosta Nowomiejski, który już oddawna był chory, umarł, i Franciszka Krasińska została zupełną siérotą; pozostała jéj jedna Xżna Lubomirska, Wojewodzina Lubelska, z prawa i serca opiekunka; tak ona, jak sama Krasińska, udały się, nie rachując na Biskupa Krakowskiego, do Prymasa.
Xiężna Kurlandzka napisała do niego list 23 Maii 1762, który w zwitku naszym następujący ma tytuł: Kopija listu W. JMP. Franciszki Krasińskiéj, Starościanki Nowomiejskiéj starszéj (ut asseritur in contextu), zaślubionéj JO. Xciu Kurlandzkiemu, do JO. Xięcia JMci Prymasa, z Maleszowéj d. 23 Maii 1762 pisanego.
„Będąc informowana od wielu osób o dobrotliwych sentymentach JO. W. X. Mci D. dla mnie ośmielam się fatygować go listem moim, wypraszając się w łaskę Jego. Spodziewam się, że W. X. M. Dobr. będziesz zdjęty kompassyą nad osierociałym stanem moim przez śmierć ojca mego, który tak zawikłany interes zaślubienia mego z Najjaśń. Królewiczem JM. X. Kurlandzkim zostawił, co rozumiem że jest dobrze wiadomo JO. W. X. M. D. doskonalsze zaś objaśnienie znajdziesz JO. W. X. M. D. w liście mojéj ciotki i kopije dokumentów do tego należących. Ja nie chcąc dłużéj fatygować listem JO. W. X. M. oddaję mnie i całość honoru mojego łasce Jego, abyś powagą swoją chciał zaszczycić, jako tę, która do zgonu życia będzie z powinnym respektem i t. d.“
List ciotki K. Lubomirskiéj, pełen zajmujących szczegółów, w całości tu umieszczamy. Zdaje się to być ten sam, o którym wspomina Księżna, chociaż daty nie ma żadnéj kopija nasza.
— „Przyjmij W. X. Mość D. łaskawie tę moją odezwę z doniesieniem o śmierci brata mego. Znam tyle nieskończonéj Jego dobroci, że pozwolisz kompassyi sercu nad sytuacyą osobliwie w któréj córka starsza brata mego zostaje, i nie odmówisz wsparcia łaskawego w tém tylko, co z delikatnością największą zgadzać się może. Pozwolisz mi W. X. M. że w krótkich słowach uczynię mu relacyą, teraz dopiero sama uwiadomiona o zawartym ślubie X. JM. Kurlandzkiego z córką starszą brata mego, mam honor przyłączyć kopije dokumentów służące do wsparcia tego. Niemała to przyczyna była mego umartwienia, od pierwszych początków sprzyjania Xięcia JM Kurlandzkiego téj osobie, która w mojéj na ten czas zostawała opiece; perswadowałam sobie raz powszechną grzecznością tłumacząc, więcéj zaś z nieskończoném zmartwieniem jakich złych obawiając się konsekwencyj. Miałam tyle łaskawych przyjacioł, których teraz wzywam świadectwa, z jaką troskliwością w téj okoliczności postępowałam sobie. JW. JMPan Marszałek Nadworny Koronny nie będzie mógł tego zapomniéć, że z nim wiele razy mówiąc donosiłam tyle, ile mnie saméj wiadomém było. Zarzucić mi to kto może, że w początkach znali we mnie te atencye, które rozumiałam być powinna. Byłam tak nieszczęśliwa, że na ten czas rzetelne i proste myśli akomodowania się familii Królewskiéj z przyzwoitym respektem, od niektórych były źle explikowane, w czém sam Pan Bóg moim świadkiem. Samemu X. JM. Kurlandzkiemu wiadome były moje sentymenta, często z jego nieukontentowaniem. Inszego nie znajdując sposobu, starałam się odesłać w dom brata mego córkę Jego, w téj perswazyi, że oddalenie (jak być zwykło) w zapomnieniu zostawi ulubioną osobę. Będę ja miała honor sposobnego czasu prezentować W. X. M. D. list, który X. Kurlandzki pisał do mnie, abym nazad powróciła do domu mego córkę brata mego. Znajdę jeszcze kopiję responsu z należytym respektem i nieco podziwieniem, żeby tak prywatna rzecz miała interessować Najjaśn. Królewicza JMci, gdzie bratanka moja mieszkać będzie. — Kommunikowałam te listy JW. JMP. Marszałkowi Nadwornemu Kor. prosiłam aby JMP. Graffowi Brühlowi były pokazane; życzyłam sobie aby moje sentymenta były im wiadome. Na karnawał 1760 r. nie chciałam przyjechać do Warszawy unikając tych intryg, znajdując się wtenczas u JMP. Krakowskiéj w Krasiczynie. Pisałam do JWP. Marszałka Nadw. Kor. donosząc mu podobieństwo zamysłów X. JM. Kurlandzkiego, w téj zawsze nadziei, że wielcy i doskonali ludzie znajdą sposób odwrócenia, co być niepowinno. Co z mojéj osoby zdawało mi się, żem czyniła moją powinność. Teraz czas wkłada na mnie święty obowiązek, obowiązek nowy, gdy rzecz znajduję już nie w notacyach powątpiewania godnych, ale w rzeczy saméj i dokumentach, że córka brata mego jest ślubną żoną X. JM. Kurlandzkiego. Zważ WXM. D. z kompasyą tą nieszczęśliwą sytuacyę.
Propozycye ode Dworu do sekretnego rozwodu, nad to przykrzejsze jeszcze kondycye, aby panną na zawsze zwaną była. — Jeżeli rozwód potrzebny, to ta osoba z którą się rozwodzą, pierwéj jest żoną, i ta lubo nie była w królewskiéj urodzona kondycyi, jednak kiedy ją własna wola do tego obrała, nie jest z jéj strony wina. Król JMP. Pan pobożny, łaskawy, sprawiedliwy, gdyby był uwiadomiony, pewnieby zalecił z zaślubioną taki trzymać proceder, jaki z wielką delikatnością zgadza się. Supplikuję W. X. M. D., abyś dobrotliwie przyjąć raczył te moje szczerości i rzetelności pełne doniesienie, oraz był skonwinkowany, iż chowaj Boże, żebym z saméj tylko pychy te dowody prokurowała. Lecz przy sprawiedliwości, któż jest, któryby chciał fabryfikować honor niewinnéj osoby, która dobrą wiarą, według porządku kościoła, w téj się znajduje sytuacyi. Niech to przestanie być sekretem, lecz jawnie i otwarcie ten interes będzie traktowany; upewniam o wszelkiéj powolności, która z naszéj strony monarchom jest powinna. — Nic mi więcéj nie zostaje, tylko polecić siebie z całém imieniem mojém łasce W. X. M. D. z głębokim zostając respektem i t. d.“
Ze śmiercią Starosty Nowomiejskiego i objęciem opieki przez Wojewodzinę Lubelską, zmienia się zupełnie postać rzeczy; niepotrzebnéj tajemnicy nie czynią, Starościanka dla familii i świata zostaje jawnie Księżną Kurlandzką, Dwór niejako wyzwany do boju, w przykrém jest położeniu, gdyż czuje, że oburzyłby na siebie całą szlachtę, gdyby działał przeciw ślubowi, a traktować nie może, bo traktowania nie przyjmuje familija; wlecze się więc ta sprawa, puszczona trochę na łaskę losu.
Dnia 28 Maja pisze X. Biskup Krakowski do Marszałka Nadwornego:
„Żądaną odemnie kopiję konsensu, na wiadomy ślub legalizowaną, według woli JW. P. Do. przyłączam w liście JW. Teścia Jego.
Dochodzi mnie tu wiadomość, iż ś. p. Starosta Nowomiejski miał podać do Grodu Nowomiejskiego per oblatam intercyzę córki swojéj, w Grodzie Warszawskim roborowaną. Zaczém posyłam umyślnego do Grodu Nowomiejskiego, i jeżeli jest, aby mi ją per extractum przysłano. Jeżeli przyślą, czyli JW. Panu posłać kopiję, czekam rezolucyi, gdyż może iż ją masz już. Wracam do kopii legalizowanéj, iż ją daje sub antidata, aby jeszcze za życia Starosty Nowomiejskiego etc....“ Dalszy ciąg tego listu, obojętny dla nas, donosi o przejeździe Arandy, posła hiszpańskiego, przez Kraków, o wjeździe do Siewierza uroczystym d. 24 (zkąd i pismo datowane) i mówi niżéj: — „Napisawszy to, odbieram umyślnego z listami od Xżnéj Wojewodzinéj Lubelskiéj i od Starościanki Nowomiejskiéj, z różnemi kopijami, któréj całéj korespondencyi per copias komunikuję JW. P. D. quam fidelissime. In scorsivo folio wyrażam wszystkie moje finalne reflexije. Proszę, abym albo przez najpierwszą pocztę, albo, jeżeli czas nie wystarczy na nią, przez sztafetę ułanów, miał rezolucyę, albowiem na te listy nie odpisałam i nie odpiszę, póki od JW. Pana nie odbiorę responsu, a jednak nie należałoby mi długo z responsem wstrzymywać Xiężnę Wojewodzinę.“
Daléj znów obce rzeczy, jako o wakansie na Kasztelaniję Kijowską, z powodu któréj widać, że rozporządzono jak chciano wakansami między Marszałkiem a Biskupem. Kandydatami byli: Czarnecki, Kasztelan Bracławski, który się Biskupowi nie zdawał, i Stolnik Podolski, za którym się oświadczał, chociaż, jak powiadał, straszny był skąpiec.
Smutno jest czytać te listy tak Dworowi oddanego Biskupa, który dla akomodowania się Brühlowi, wszystko aż do obowiązków swych zapominał, i kroku, wedle przekonania, stąpić nie śmiał bez pozwolenia Marszałka Nadwornego lub jego teścia.
Następne pismo z 1 Junii, choć znów niewiele zawiera, dla obrazu człowieka całe tu włączamy.
„Z Promnika pod Krakowem 1 Junii 1762.
Com tylko tu stanął, nadgłaszam się zaraz JW. WP. D. z zwykłą na każdém miejscu submissyą. Nad śmiercią Hetmana srodze ubolewam; Król stracił wiernego i przywiązanego sobie sługę, a my dobrego przyjaciela. Wakanse po nim znaczne (!!!). Radziłbym, aby te do przyszłego sejmu zatrzymane były in suspensa, nawet i Kasztelanija Kijowska i inne, jeżeli się zdarzą. Gdyż jako nam dojście sejmu ze wszech miar jest potrzebne, tak i to mogłoby in parte pomódz. Po Xciu Hetmanie piszą mi, że dwa Starostwa mają wakować, Parczewskie w Lubelskiém i Kamienieckie w Brzesko-Lit. Parczewskie jedni mi piszą, że dla JW. Pan D. ma być destynowane, drudzy, że dla Podskarbiego N. K., aby odstąpił kontraktu sobie danego na cła królewskie. A Kamienieckie Wielohorskiemu. O Kamienieckie non ambio, ale o Parczewskie, jeśliby nie miało cedere, JW. Panu, bo nad wszystkich jesteś najzasłużeńszy (!) i nieprzyjaciel nie może przeciw temu nic mówić, supplikuję dla brata mego, Wojewody Łęczyckiego. Wszakże z najpierwszych Starostw mam dla niego deklaracyę od Najjaśn. Pana, JW. P. D. i Teścia Jego, do którego także piszę o to dzisiejszą pocztą.
Łowiectwo N. L. po Sułkowskim deklarowane, czyli już oddane dla Graffa Brühla Karola. Jeżeli nie oddane, życzyłbym, aby poczekał na koronny urząd, żeby nie dać satysfakcyi Xięciu Kanclerzowi Lit., który nie będzie chciał pieczętować tanquam non possessionato, tudzież może o to napełniać instrukcye na przyszły sejm.
JW. Podskarbiemu W. K. winszuję kontrahencyi na żuppy solne; przy lepszém gospodarstwie jak dotąd było, il pourra s’enrichir.
Wojewodzina Inflandzka, wdowa, coraz to niebezpiecznéj słabsza, a jako moja dobra przyjaciółka, bardzo pragnęła widziéć mnie i odebrać odemnie absolutionem generalem, tak umyślnie do niéj dziś jeździłem.
Chorąży Koronny dosyć zdrów; jak prędko tu stanąłem, tak zaraz przyjechał do mnie na obiad, a Wojewoda Sandomierski po obiedzie. Chorąży Kor. kłania jak najuniżeniéj, prosił mnie o to. Jutro przeprowadza się tu do mnie z Krakowa, i już jest wcale do mnie przywiązany.
W okoliczności sprawy rozwodowéj, com przeszłą pocztą pisał, czekam rezolucyi; Kanclerz Koronny słyszę komunikował koresspondencyi swojéj co miał w téj materyi Teściowi JW. Pana. Do Maleszowéj zaś odpisał, i dał tytuł Xiężnéj Kurlandzkiéj.
Ja czekam rezolucyi quid me vultis facere? (!) A teraz siebie i brata mego, Wojewodę Łęczyckiego, statecznéj oddaje łasce, jako... etc.“
Widać, że Wojewodzina Lubelska listem i kopijami dokumentów obesłała wszystkich dygnitarzy, i krok ten stanowczy w wielkiéj stawił niepewności adherentów Dworu; Kanclerz Koronny dał tytuł, inni, jak X. Biskup i listu obawiali się sami proprio motu, obawiali się napisać, nie chcąc skompromitować, zwłaszcza w czasie tak smacznych wakansów po Hetmanie!
Czytajmy daléj, choć niemiło to czytać.
— „Z Promnika, 8 Junii 1762.
Odbieram dzisiejszą pocztą obszerny list JW. WPana Dobr., a w nim rezolucyę w okoliczności rozwodu. W téj postąpię sobie tak, jak mi JW. P. praescribis. Expediens bardzo dobrze czekać powrotu Naj. X. Kurlandzkiego. Ja w żadnych moich korrespondencyach z Xiężną Wojewodziną Lubelską w tę materyę się nie wdaję i wdawać nie będę. Jeżeli jednak będę miał z nią une entrevue, natenczas będę wszystko reprezentował i perswadował ut abstineant od używania tytułu Xżnéj Kurlandzkiéj. Ale wątpię, abym ją od tego odwiódł, kiedy już niektóre tranzakcye ad acta publica podała, jakom przeszłą pocztą JW. P. komunikował. Ślub mają za ślub; nietylko rozwodu, ale nawet pozwu do niego nie mają. Wszyscy ją tytułują Xżną Kurlandzką; nawet i Kanclerz Koronny w responsie swoim dał jéj tenże tytuł.
O mieszkanie do klasztoru po pierwszéj rekwizycyi, nie miałem dotąd innéj. Na pierwszą oświadczyłem się iż dam, teraz rekwirowany jeżeli będę, nietylko że dam, ale i perswadować będę. Przymuszać zaś koniecznie, aby do klasztoru poszła, nie mogę. Co się w téj mierze stanie, donieść punktualnie nieomieszkam.“ — Tyle o naszéj sprawie, reszta o innych mnogich konszachtach, z powodu wakansów, tytułów i t. p.
List jeszcze jeden Księdza Prymasa Łubieńskiego z Łowicza d. 8 Czerwca 1762, zakończa ten szereg dokumentów; wyciągiem z niego zamkniemy opowiadanie nasze. Pisany był do Marszałka Nadwornego Kor. „Nie mam zwyczaju taić, co tylko może obchodzić JW. WP. Przeto komunikuję mu kopiję listu, który pisze do mnie X. JMość Lubomirska, Wojewodzina Lubelska. Odpisałem nań rzetelnie, że w podobne interessa mieszać się nie mogę, ile że ta rzecz zdaje się być tajemnicą u Tronu. Drugą kopiję także przyłączam, ale na ten list nie zdało mi się odpisać z wielu przyczyn,“ i t. d.
Tak tedy uciśnionym nikt ręki pomocnéj wyciągnąć nie chciał; obawiali się narazić wszyscy; szczęściem, Dwór nie miał także odwagi zmuszać do rozwodu. Bawiła jakiś czas Krasińska u Barbary Swidzińskiéj, siostry swojéj, potém przebywała w klasztorach Sakramentek w Warszawie, u Franciszkanek w Krakowie, w Częstochowie i Opolu. Królewicz, który ani ją całkiem opuścić, ani jak przystało, za żonę przyjąć nie chciał, zwracał się ku niéj niekiedy. Tymczasem zmarł Król August IIIci w 1763 r. Królewicz zamieszkał w Dreźnie i o Krasińskiéj jakby zapomniał. Lubomirski musiał przez Cesarzowę Maryą Teressę, jak pisze p. Wojcicki, kołatać do Ks. Kurlandzkiego, który wezwał żonę do Drezna. Tu Elektor i familija jego nie dozwoliły by tytułu używała i incognito całego życia zastrzegli. W takim to stanie wątpliwym mieszkała królewiczowa w Eisterwert, Dreźnie lub Landskronie. W kilkanaście lat dopiéro po zamążpójściu powiła mężowi córkę, która poszła późniéj za Ks. Karola de Savoie-Carignan.
Po resztę szczegółów jéj życia odsyłamy czytelnika do Życiorysów p. Wojcickiego. Zmarła d. 30 Kwietnia 1796 r., w Dreźnie; Sejm 1776 r. uznał ją żoną Królewicza i upewnił jéj dożywocie.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.