Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A kiedy go tu już nie ma? — odparł powolnie bonifrater.
— A gdzież? — zawołałem z przestrachem — co się z nim stało?
— Wyzdrowiał... i na świat powrócił.
— Jakto? zupełnie?
— Całkiem, całkiem!
Ale mówiąc to ksiądz Jacek, zamiast rozpromienionéj, twarz miał smutną i niemal łzawe oczy. Zdawał się niecieszyć, a ubolewać. Zrozumiéć tego nie mogłem, chciałem był czegoś się więcéj dowiedzieć, i już miałem na ustach zapytanie, gdy ktoś nadbiegł, żądając pomocy księdza Jacka do jakiegoś furiata, którego on tylko umiał powstrzymać i uśmierzyć... Oddałem mu niepotrzebne już kwiaty, i dosyć zdziwiony, zasmucony jakoś, odszedłem do domu.


XV.

Tak to się żywo żyje w młodości! tyle myśli i wypadków przynosi nam dzień każdy, kocha się tak prędko, a! i zapomina tak łatwo. Później, zbierając łupinki po gościńcu, maluczko już ma-