Historyja prawdziwa o Janie Dubeltowym (Kraszewski, 1858)/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Historyja prawdziwa o Janie Dubeltowym
Pochodzenie Podróż do miasteczka
Wydawca S. Orgelbrand
Data wydania 1858
Druk S. Orgelbrand
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Pobierz jako: Pobierz Całe opowiadanie jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Całe opowiadanie jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Całe opowiadanie jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

XIV.

Zupełniem był potém o Janie zapomniał, i przyznam się, żem nawet obiecanych mu kwiatów nie przyniósł. Kilka upłynęło miesięcy, gdy raz chodząc po Zakrecie i zrywając wiązankę letnich już kwiatków, przypomniałem sobie moję bytność u Bonifratrów, i przyrzeczenie dane Janowi... przykro mi się zrobiło, żem słowa nieszczęśliwemu nie dotrzymał, wyrzucałem to sobie żywo, i narwawszy natychmiast, co tylko znaleźć mogłem, pobiegłem już nadwieczór do Bonifratrów. Nie rychło na żądanie moje wywołany wyszedł ksiądz Jacek z twarzą spokojną, przywitaliśmy się jak starzy znajomi.
— A śliczne kwiatki — zawołał, nie pytając dla kogo je przyniosłem bonifrater, i bierze je w ręce z uczuciem, wywołaném zapewne jakiémś wspomnieniem dalekiém i oddawna zagasłém — a gdzie to je pan rwałeś?
— W Zakrecie.
— Proszę! i dla kogoż to ten bukiet?
— Przypominasz sobie może jegomość dobrodziéj, moję bytność w Wielkim tygodniu... ten biedny, którego tu poznałem, prosił mnie, żebym mu kwiatów przyniósł... niezmiernie sobie wyrzucam, że tego nie zrobiłem wprzódy, żem sobie dopiéro dziś przypadkiem przypomniał, ale lepiéj późno niż nigdy.
— Ślicznie powiedziano — odparł ksiądz Jacek — tak, zapewne, we wszystkiém, choć późno, byle dojść do celu, to grunt! Ale...
— Nie mógłbym zobaczyć pana Jana? — spytałem.
— A kiedy go tu już nie ma? — odparł powolnie bonifrater.
— A gdzież? — zawołałem z przestrachem — co się z nim stało?
— Wyzdrowiał... i na świat powrócił.
— Jakto? zupełnie?
— Całkiem, całkiem!
Ale mówiąc to ksiądz Jacek, zamiast rozpromienionéj, twarz miał smutną i niemal łzawe oczy. Zdawał się niecieszyć, a ubolewać. Zrozumiéć tego nie mogłem, chciałem był czegoś się więcéj dowiedzieć, i już miałem na ustach zapytanie, gdy ktoś nadbiegł, żądając pomocy księdza Jacka do jakiegoś furiata, którego on tylko umiał powstrzymać i uśmierzyć... Oddałem mu niepotrzebne już kwiaty, i dosyć zdziwiony, zasmucony jakoś, odszedłem do domu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.