Historya mojej sieczkarni

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Iwan Franko
Tytuł Nieco o sobie samym
Pochodzenie Obrazki galicyjskie
Wydawca Księgarnia Polska
Data wydania 1897
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Historya mojej sieczkarni.

Nie uwierzycie moi kochani, jak mi się już było sprzykrzyło rzezać sieczkę na tej prostej ręcznej skrzynce! Kiedy, bywało, nadchodzi zima, to człek więcej się boi tej głupiej sieczki, niż w lecie kośby. Bo to skoro świt, idźże zaraz na tok; mróz aż trzaska, a ty uważaj na latarnię, żeby nie było jakiego nieszczęścia, co chwila poprawiaj rzezak, gnieć i ciągnij, aż ci w stawach trzeszczy, zanim wymęczysz ten nędzny mieszek siekaninki. Ledwie, że dla koni na cały dzień starczyło, o bydlęciu nie było i mowy. Z czasem, kiedy mi chłopaki podrosły, nowa bieda. Narobi się to przez cały dzień boży, namęczy, gdzie mu tam wieczór stawać do skrzynki. Ległby i spał jeden z drugim, a nie rzezakiem machał; tak tedy, powiadam wam, biedowałem, że mi aż było obrzydło!
Aż naraz słyszę, gadają ludziska, że wyszły takie skrzynki, co to maszyną rżną sieczkę: drobniutko jak mak, a lekko i prędko. Troje ludzi taką skrzynką i pięćdziesiąt mieszków drobnej sieczki narznie! Zrazu i wierzyć nie chciałem. Ktoby tam — myślę sobie — pamiętał o biednym chłopie, że mu to ta sieczka tak gorzko daje się we znaki i dla niego aż maszynę wyspekulował. Ba, ale pytam tego i owego — rznie, mówią, aż miło! Gadają ludzie, że widzieli tam i tam taką maszynę u księdza, co ją niedawno był kupił, to znowu u tego to a tego dziedzica, mówią, że patrzyli na własne oczy i nie mogą się dosyć nachwalić. A, pomyślałem sobie, kiedy tak, to Bogu dzięki! Żebym ci miał, nie daj Boże, ostatnią chudobinę sprzedać, a muszę się ściągnąć na taką maszynową skrzynkę! Ale gdzie jej tu dostać? W naszem siole nikogo ani zapytać o to. Jegomość z gromadą bokiem patrzą na siebie za to, że ich nie chce gromada wybrać na radnego, profesora mamy takiego, co i sam nie dużo wie o bożym świecie, a więcej u nikogo nie można się poradzić. Dowiaduję się tedy na jarmarkach, — a zawsze tylko u ludzi z obcych siół, tak, żeby w naszej wiosce nikt o niczem nie wiedział. Bo to u nas, widzicie, naród już taki cudacki, że byle co, zaraz cię, człeku, obśmieją. A tu jeszcze — myślę sobie — i sam nie widziałem co to za skrzynka, jaką ma cnotę? Nuż pokaże się, że licha warta, byłożby wtedy śmiechu między ludźmi, że i w dziesięciu wodach nie obmyłbyś się nieboraku. Z kogo, jak z kogo, ale ze mnie śmialiby się szczerze. Bo musicie wiedzieć, że już oddawna przezwali mię w siole „drewnianym filozofem“, a to dlatego, że w wolnych chwilach lubię tam trochę majstrować. Dał mi ci jakoś Bóg lekką rękę do majsterstwa; co oczyma zobaczę, to rękami zrobię. Ot, naprzykład, zobaczyłem był u krupiarza w miasteczku korbowe żarna, co to niemi krupy miele; przyjrzałem się im dobrze, a potem jakem zaczął strugać w domu i spekulować, to i skleciłem wreszcie żarna i patrzajcie, jak teraz mielą! A co było śmiechu z tych żarn — Boże miłosierny! Nie można się było w siole pokazać, żeby cię zaraz nie pytali:
— A co kumie, korbowe żarna zdrowe?
Taki już, powiadam wam, dziwny naród; a tymczasem dzisiaj gromadą chodzą mleć na moich żarnach i nie mogą się dosyć nachwalić. Albo i z młynkiem tym, co to zboże przewiewa. Kleciłem go i dłubałem przez cały miesiąc. Sąsiedzi, bywało — było to w zimie — poschodzą się do chaty, gawędzą i przypatrują się, jak to ja te deszczułki składam, rozbieram, przymierzam, ucinam i przystruguję. — Zwyczajnie, człek w tem nie uczony, ale tak sobie, samouczek przez dobrej wskazówki, przez niczego — i śmieją się ze mnie, a niejeden to ci prosto w oczy powiada:
— Rzucilibyście to majstrowanie — pusta was się wzięła robota.
A ja nie gadam nic, tylko swoje robię i takim wam młynek sporządził, jak prawą rękę — a ci, co się ze mnie naśmiewali, teraz chodzą do mnie wiać zboże. Ale z tem wszystkiem zawsze ja u nich „drewniany filozof“.
Niewiele, co prawda, robię ja sobie z tego śmiechu, ale widzicie, człek nie drzewo: lada słowo niezwyczajne, lada śmiech, a dopiecze ci do żywego. I już mi, Bogiem a prawdą, ten śmiech kością w gardle stanął. Pomyślałem sobie zatem: nie, o skrzynce to już nikomu ani słówkiem nie pisnę, póki nie będę jej miał tu oto na toku i póki sam nie spróbuję, jaka w niej siła.
Ciągnęło się to jakoś parę miesięcy, póki nie uciułałem trochę grosiwa, a przez cały ten czas dowiaduję się u ludzi, ba, u żydów nawet, czy niema gdzie takiej skrzynki na sprzedaż. Aż tu razu jednego, jakoś pod jesień, słyszę ja od znajomego żyda, że gdzieś w Samborze jest jakaś żydówka, której mąż był niegdyś rządcą w pańskich dobrach. On to wydostał był skądś taką skrzynkę, niewiedzieć na co i po co. Teraz żyd umarł, a żydówka sprzedałaby skrzynkę za tanie pieniądze. Jakem to usłyszał, ucieszyłem się, jak nie wiem czem. Zaraz też w parę dni potem wziąłem wszystkie pieniądze, jakie miałem, kazałem zaprządz konie do wozu i dalejże do Sambora, ale sam. A tu tymczasem nikt, nawet moi chłopacy nie wiedzą, z jakim to ja interesem jadę do miasta.
Ledwie że przyjechałem, zaraz się też dopytałem do żydówki. Tak i tak, powiadam, kupiłbym skrzynkę, kiedy ją macie na sprzedaż.
— Och — mówi żydówka — jest, ale rozebrana, porozrzucana na strychu.
— Już ja sobie ją ułożę — mówię, a sam aż trzęsę się w obawie, nuż nie potrafię; bo to jak żyję, nie widziałem jeszcze takiego instrumentu.
— Nu, to chodźcie ze mną!
Poszliśmy, wyleźli na strych, a tam tyle wszelkiego żelaziwa, drobiazgów — kram cały, krótko mówiąc.
Zaczęła się żydówka nurzać w tem rupieciu, wyciągnęła jakąś drewnianą podstawkę na czterech nogach, potem pudło żelazne z zębatym wałkiem, potem znowu jakieś koło z korbą, dalej rzezaki krzywe, i wszystko to złożyła na kupę przedemną.
Stanąłem ci nad tem jak głupi przed płotem. Ale co — myślę sobie — źle znowu pokpić się przed żydówką; trzeba bodaj miną nadrabiać, że człek coś rozumie.
— A gdzież śruby? — zapytałem, ale tak na chybił trafił.
— Och, gdzieś się zatrzęsły — rzekła żydówka i dalejże szukać po strychu. Aż mi się lepiej zrobiło. Jak się widzi, to i śruby potrzebne! Po chwili żydówka rzeczywiście podała mi kilka śrub i klucz.
— Nu, już wszystko! — powiedziała. — Wy, panie gospodarzu, musicie się na tem dobrze rozumieć; powiedźcie sami, co to warte?
— Nie wiele warte — rzeknę, udając mądrego. — Bardzo staroświecka; ciężko będzie chodzić.
— Nu, ja już za to tanio wam spuszczę — rzekła żydówka. — Dacie trzydzieści reńskich, to zabierzecie sobie.
— Chwała ci Panie — pomyślałem. Liczyłem, że trzeba będzie zapłacić co najmniej pięćdziesiąt, a ta mi ceni trzydzieści. No, a przecież i w targu coś spadnie. Mówię zatem do żydówki:
— Et, co tam gadacie trzydzieści reńskich! Toż dzisiaj nową za te pieniądze dostanę. Ot, dam wam piętnaście.
— Oh, bardzo mało dajecie, panie gospodarzu — stęknęła żydówka. — Dajcie dwadzieścia pięć.
Ledwie nieledwie stanęło na dwudziestu. Nie składam skrzynki, ale aż cierpnę od strachu, bo nuż — myślę sobie — nie potrafię złożyć w domu, a taką sumę człowiek zapłacił. Ale potem myślę; co będzie, to będzie, a na swojem postawić muszę.
Zebrałem to wszystko na wóz: drobne żelaziwo owinąłem płachtą, a podstawkę obłożyłem słomą, nakryłem deską; leży to rozczepierzone, akuratnie tak, jakby się człowiek rozwalił na wozie, zadarłszy w górę kolana. Uporałem się z tem i jadę. Chwała Bogu, że do wsi aż na noc przybędę; — nie będzie mię nikt widział. Jadę ja, jadę, mijam sioło za siołem, a ciągle strach mię zbiera, czy lada chwila nie spotka mię jaki znajomy i nie zapyta, co wiozę. Dziś to i wydziwić się nie mogę, co się to wówczas było ze mną stało, że mię taka bojaźń ogarnęła, jak gdybym wiózł nie swoje, ale kradzione. Tak się to u nas dzieje: zahukają człeka, wyśmieją za to, czego sami nie rozumieją, tak, że potem człowiek i radby coś zrobić, i cofa się, i boi się ludzi, jakby tam nie wiem jakie miał złe zamiary. Ale podjeżdżam już do naszego sioła. Zmierzchło się, przeczekałem jeszcze parę chwil przed karczmą za wsią, wyglądając, rychło się ściemni na dobre, a wtedy dalej przez wieś. Ale ba, na moje nieszczęście, ledwie ja do wsi, aż tu buch! — miesiąc schodzi sobie pełny, pyzaty, jakby nic nie było. Jak mię widzicie żywego, nie jestem z tych ludzi, co to zaraz o co bądź indyczą się i srożą, ale ten miesiąc pod tę właśnie porę mało mię do złości nie przyprowadził; niewiele brakowało, a byłbym mu przeklął rodzonego ojca i matkę. Bo kto go się tam mógł spodziewać! A tu tymczasem, powiadam wam, zrobiło się we wsi jak w biały dzionek; na moim wozie widno zdaleka sterczące nogi nakryte płachtą, a ilekroć wóz o kamień stuknie, tyle razy zakołysze się cały ten kram na wszystkie strony. W dodatku, jakby na złość, psy w naszej wsi — co chata, to pies — zasłyszawszy, że ktoś jedzie, gromadą wybiegły na drogę; ujadają bestye, aż ziemię gryzą z wściekłości, przeprowadzają mię z muzyką! Ale Bogu dzięki, na ulicy nie widać żywej duszy, nikt nie zapyta, co wiozę.
Lecz cóż, kiedy już licho zaweźmie się na ciebie, to i koniem go nie ominiesz. Przejeżdżam jak raz mimo kościoła, spojrzę, stoi ktoś wśród drogi i patrzy. Tfu, przepadnij maro! — pomyślałem sobie; przebrzydłe psiska zbudziły wartownika — zaraz pocznie rozpytywać. I zgadłem. Ledwieśmy się zrównali, a on do mnie:
— Czy to, wy nanaszku?[1].
Poznałem zaraz po głosie, że to głupi Wojtek, mego sąsiada synal. No, nie mieli kogo postawić na warcie i postawili głuptasia.
— A dyć-że ja — rzekne.
— A skądto jedziecie tak późno, żeście wszystkie psy pobudzili?
— Wielka szkoda — mówię — bo psy i ciebie biednego, jak widzę, zbudziły.
— Ba, toż pewnie! A mnie akuratnie śnić się zaczęło, że złodzieje kościół okradają; zerwę się tedy, aż to wy! I skądże jedziecie?
Co tu z głuptalem gadać? Alboż on będzie wiedział, jak i co? — Z Grajgóry — mówię mu.
— A co to takiego wieziecie?
— E, nie pytaj — mówię niby przelękniony, a tu już zły jestem, że Wojtek stoi jak słup i pyta jak najęty.
— Powiedzcie, nanaszku, powiedzcie, ja dalibóg nikomu nie pisnę słówkiem.
— A nie powiesz?
— Niech mię Bóg skarze, jeśli gębę otworzę.
— No — mówię szeptem, obzierając się w około — zabiłem żyda z pieniądzmi, a teraz wiozę do chaty, i zakopię pod węgłem.
— Jej! — krzyknie przestraszony Wojtek — a toż na co?
— Na szczęście, głupi Wojtku, żeby w chacie nie brakło nigdy grosza.
To powiedziawszy, ruszyłem dalej, a tu już miarkuję, że mój Wojtek aż trzęsie się z ciekawości. No — myślę sobie — zakpiłem ci z niego! Ale spojrzę z tyłu, a Wojtek śmiga chyłkiem pod płoty tuż tuż za mną. Biegnie, to niechaj sobie biegnie. A tu już i do chaty mi niedaleko — zajechałem, otworzyłem wrota od wygonu, potem otwarłem stodołę, zajechałem na tok, wyprzągłem szkapiska, a wóz zostawiam na toku. Obejrzałem się, a mój Wojtek przykucnął pod wrotami i wytrzeszczył ślepie, ciekawy, co dalej pocznę. Udaję, że go nie widzę. Zawiodłem konie do stajni, upiąłem, narzuciłem paszy, a sam poszedłem do chaty.
Powieczerzałem i ległem spać, jakby nic nie było. Nazajutrz skoro świt, ja do stodoły, zabieram się do skrzynki. Wziąłem chłopaka do pomocy. Przykładamy we dwóch, co do czego pasuje, próbujemy, ot i Bogu dzięki, wszystko nam poszło jak po maśle. Nie minęło i pół godziny, kiedyśmy skrzynkę, jak wypada, złożyli, wypróbowali: rznie, aż się dusza raduje! Jakgdybym się na świat na nowo narodził! Chyba nie darmo wyrzuciłem pieniądze! A chłopak aż w ręce klaszcze i skacze koło maszyny, nie może się dosyć nacieszyć. Narznęliśmy, jak z bicza trzasnął, spory snop słomy, wóz zatoczyli na podwórko, a sami do chaty. Dobra nasza!
Ledwieśmy zasiedli, żeby pośniadać, aż tu burek zaszczekał. Wyzieram przez okno — fiu, fiu, fiu! I wójt, i przysiężny, i pisarz, i z pięć chłopa z palicami, jak to mówią: „dziad, baba i cała gromada“. I to, powiadam wam, nie wchodzą do chaty, ale stanąwszy przy jednym z węgłów domu, grzebią, szturchają, oglądają.... Jakie tam cudo — myślę sobie — co się tym ludziom stało? Chcę wyjść z izby, zapytać, ale ba, z poza drzwi słyszę głos dziesiętnika: „Nie wolno! Siedźcie w chacie!“ Kie licho? Wróciłem do izby. Obeszli tak chatę na wszystkie cztery rogi, ochlapali się po kolana, poszli dalej pod szopę, dokoła spichrza, dokoła stodoły, w kółko, w kółko... Ja tu tymczasem w głowę zachodzę: co za odmiana? Czy pogłupieli ludziska, czy może napad jaki? Ale otóż i oni, wchodzą do chaty.
— Dziesiętnicy! — mówi wójt, nie przywitawszy się nawet, nie kiwnąwszy głową — stańcie koło niego! Jakby uciekł, wy za niego odpowiadać będziecie!
Zgłupiałem, wytrzeszczyłem oczy, a tu dziesiętnicy, jak apostołowie jacy, asystują koło mnie.
— Panie wójcie — rzeknę — co to wszystko ma znaczyć?
— Hm, hm — chrząknął znowu wójt — a powiedzcie no nam nasamprzód, jak się to nazywacie?
— Ja? Chyba nie wiecie? Czy to ja jaki cudzy człowiek, czy co?
— Zaraz mi tu odpowiadać? Kto tu we wsi starszy, ja, czy wy?
— Ja tu w swojej chacie najstarszy! — krzyknąłem rozgniewany. — Cóż to, rozbój chyba? Nikomum nic złego nie zrobił, a tu ni z tego, ni z owego nachodzą mię w własnej chacie! Panie wójcie, ja na was skargę podam.
— Cha, cha, cha! — śmiał się wójt — a patrzajcie go, jak się stawia! Niewiniątko! No, no, daj Boże! Zaraz zobaczym. A powiedzno mi, niewinny człowieku, gdzieś to tego zabitego żyda podział, coś go to wczoraj wiózł nocą?
Teraz dopiero stanęło mi jasno. Jak nie buchnę śmiechem serdecznym, to powiadam wam, gałgan moje imię, jeślibym się kiedy tak śmiał od urodzenia. Ledwiem się nie położył od śmiechu.
Wójt stanął jak cielę przed bramą malowaną.
Ale rychło opamiętał się i znowu do mnie:
— Kumie, ja ci jak dobry mówię, nie śmiej się, przyznaj się do wszystkiego, a już ja się tam wstawię za tobą przed wysokim sądem, żeby cię nie powiesili, żeby ci życie darowali. Nie zapieraj się, kiedy nie chcesz dyndać na szubienicy.
Na te słowa wójta ja znowu w śmiech, aż się rękami za brzuch biorę. Wójt aż się pienił ze złości.
— Związać go — krzyknął na dziesiętników.
— Ależ panie wójcie! — rzeknę opamiętawszy się — poczekajcie jeno, ja się wam przyznam do wszystkiego, nawet i łaski waszej prosić nie będę w sądzie. Kiedy już wisieć, to chyba lepiej za obie nogi.
— Przyznajesz się?
— To się rozumie.
— No, a gdzież ten zabity żyd? Jeszcześ go nie zakopał pod węgłem?
— Ale nie, nie!
— Więc gdzież jest?
— Leży jak byk w stodole.
— Chodźże i pokaż nam.
Wziąłem klucz, idziemy. Spojrzę, aż pod stodołą warta. No, chwała Bogu. I Wojtek tutaj, tem lepiej. A narodu na oborze, jak na odpuście.
Gruchnęło po wsi, że „drewniany filozof“ zabił żyda, żeby go zakopać pod węgłem. Idę jak z procesyą i uśmiecham się, a tu wszyscy: szu, szu, szu! jakby chcieli mówić: patrzajcie go, wieszać go będą, a on sobie pokpiwa z całego świata! Taki to już „drewniany filozof“.
Podchodzę do bramy, a dziesiętnicy ciągle koło mnie. — Otworzyłem...
— No, proszę, panie wójcie, ot tutaj żyd zabity!
Wójt spojrzał i oczy wywalił.
— A — a — a! cóż to?
— To samo, com wczoraj wiózł nocą. Skrzynka do rzezania sieczki!
Na to wszyscy jak nie zaczną się śmiać, to pewnie gdzieś aż w niebie słychać było. I dziesiętnicy, i przysiężny, i polowy, wszyscy, mówię wam, pękają od śmiechu. Nawet wójt nie mógł się wstrzymać i zaczął mię przepraszać za całą okazyę i za to, że dał wiarę głupiemu Wojtkowi. Pełno było śmiechu w całem siole. A skrzynkę moją tego dnia jeszcze jak zaczęli próbować, to urznęli mi z pięć sporych okłotów słomy. Ot, w taki to sposób i do skrzynki przyszedłem i zakpiłem sobie z całej gromady!





Przypisy

  1. Nanaszko — chrzestny ojciec


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Iwan Franko.