Germinal/Część trzecia/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Germinal
Wydawca W. Podwiński
Data wyd. 1906
Druk Drukarnia A. Koziańskiego w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Germinal
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


V.

Minął tydzień, pracowano w posępnem wyczekiwaniu wybuchu konfliktu.
Następna wypłata zapowiadała się Maheuom jeszcze gorzej. Mimo zwykłej swej rozwagi Maheude wpadła w rozgoryczenie. Bo też nie wiodło się. Katarzyna raz nie wróciła na noc do domu. Rano przyszła chora i tak zmęczona, że nie mogła wcale iść do kopalni. Dziewczyna płakała i zaręczała, że winien jest wyłącznie Chaval, który ją zatrzymał i zagroził biciem gdyby uciekać chciała. Rozszalały był zazdrością i chciał nie dopuścić, by wracała do Stefana, z którym śpi w oczach całej rodziny. Tak mówił. Maheude rozwścieklona zakazała córce wdawać się z brutalem i przysięgała, że pójdzie do Montsou i da mu w twarz. Ale cóż było robić, dzień pracy i tak stracony, a gdy już Katarzyna ma go za kochanka, to lepiej nie szukać innego.
W dwa dni potem wydarzyło się coś nowego. W poniedziałek i wtorek Jeanlin zamiast iść do roboty ruszył do lasu Vandame na wycieczkę z Bebertem i Lidyą.
Namówił ich oboje, a jakich się tam dopuszczali rzeczy o tem nie wiedział nikt. Dostał porządnie rózgą od matki na dworze w oczach zdumionych i przerażonych dzieci całej kolonii.
Maheude była w rospaczy. Więc tak teraz odwdzięczają się dzieci, które od urodzenia tyle kosztują, gdy przyjdą do lat, w których coś mogłyby dopomódz rodzicom! W tym wykrzyku zawarła biedaczka wspomnienia własnego dzieciństwa, dziedzicznej nędzy, która z dzieci robi narzędzia pracy dla tych którzy im dali życie.
Gdy tego ranka mężczyźni wychodzili do roboty siadła Maheude na łóżku i krzyknęła za Jeanlinem:
— A spróbuj jeszcze raz gałganie, to ci kości kijem połamię!
W nowej sztolni Maheua praca była ciężka. Pokład zwężał się tutaj tak nagle, że hajerzy wciśnięci między ścianę skalną i powałę przy uderzaniu kilofami ranili sobie łokcie. Przytem było tam bardzo mokro i lada chwila mogła trysnąć woda, jakiegoś podziemnego zbiornika, rozsadzająca tak często skały chodników. Dnia poprzedniego, gdy Stefan wydobył z węgla silnie wbity kilof woda obryzgała go całego. Ale nic się na razie nie stało, szacht stał się jeno bardziej wilgotny i niezdrowy.
Stefan zresztą zobojętniał na niebezpieczeństwo jak wszyscy, nie myślał o niem. Ciągle przebywał w atmosferze gazu i nie czuł już ucisku jego na oczach i owej jakby pajęczyny zasłaniającej wzrok. Czasem przychodziło to któremuś z hajerów na myśl, gdy lampy paliły się niebiesko i przykładano ucho do skały, by posłyszeć jak wydobywają się ze szczeliny gazy. Ciągłem też niebezpieczeństwem zasypania groziło usuwanie się ziemi, która była przesiąkła wodą i nie mogła oprzeć się dostatecznie na bierwionach drzewa niedbale pozakładanych.
Trzy razy już dziś Maheu poprawiał stemplowanie. Było już to pół do trzeciej, Stefan leżąc na boku wyrębywał blok, ludzie poczęli wyjeżdżać, gdy nagle grzmot podziemny wstrząsnął całą kopalnią.
— A to co? — krzyknął wypuszczając kilof i nadstawiając ucha.
Zdawało mu się, że załamało się sklepienie chodnika tuż za nim. Maheu tymczasem spuścił się na dół kominem i począł wołać:
— Oberwanie ziemi! Prędzej! Prędzej!
Wszyscy biegli w kierunku miejsca katastrofy opanowani chęcią ratowania kolegów. Cisza była grobowa, lampy jeno podskakiwały w ciemnościach. Wszyscy biegli pochyleni chodnikami, na czworakach niemal i nie ustając rzucali pytania i odpowiedzi.
— Gdzie, nie wiecie?... W sztolni?... Nie gdzieś w dole... Pewnie w galery i jezdnej.
Natrafili na pochylnię, wielu poślizgnęło się i upadło, ale nie zważali na to, że się pokaleczyli i pobiegli dalej.
Jeanlina bolała jeszcze skóra od wczorajszych plag, toteż dziś pracował, drepcił za swoim pociągiem boso i zamykał jedne drzwi wentylowe za drugimi, czasem tylko gdy w pobliżu nie było nadzorcy siadał na ostatnim wózku, czego mu zabraniano z obawy że zaśnie. Najwyższą jego przyjemnością było, że mógł zbliżać się do Beberta który powoził, gdy pociąg wszedł na skrzyżowanie szyn i musiał chwilę czekać, by wyminąć się z drugim. Przybiegał po cichu, szczypał przyjaciela do krwi, wykrzywiał mu się jak małpa. Był on też podobny bardzo do tego zwierzęcia, miał bowiem rude włosy wielkie uszy, cienki nos i małe zielone oczy. Posiadał przytem całą chytrość i instynkty uwstecznionego, aż do zwierzęcości zwyrodniałego człowieka.
Tego popołudnia drugi pociąg ciągnął młody Trompette. Gdy pociąg przeciwny począł się zbliżać, stary Bataille stał się niespokojny. Poczuł on zdała przyjaciela, do którego czuł wielki afekt od dnia w którym widział jego przybycie do kopalni. Był to rodzaj współczucia starego doświadczonego filozofa, chcącego młodemu osłodzić los i wpoić rezygnacyę i cierpliwość. Trompette nie pogodził się bowiem dotąd z koniecznością, nie chciał ciągnąć, zwieszał głowę, widocznie tęskniąc ciągle za słońcem. Ile razy się spotykali Bataille wyciągał szyję i serdecznie obwąchiwał go, parskając przytem.
— Psiakrew! — zaklął Bebert — znowu się liżą bydlęta.
Potem, gdy Trompette odszedł w przeciwną stronę z pociągiem spytał Jeanlin:
— Cóż ta szkapa ciągle dzisiaj staje?
— Daj mu spokój — odparł Bebert — staruszek ma swoje grymasy. Ile razy wstaje widzi coś złego, dziurę, lub kamień, a nie chce sobie nóg połamać. Nie wiem co widział dziś tam pode drzwiami, otworzył je, i nie chciał ruszyć dalej. Widziałeś?
— Nic, pełno tam wody, jestem do nitki przemoczony.
Pociąg ruszył, ale przy pierwszych drzwiach Bataille stanął. Otworzył je głową jak zawsze i nie chciał iść, drżąc jeno i rżąc. Wreszcie po chwili zdecydował się i przebiegł kłusem.
Jeanlin zamknął drzwi i pozostał w tyle. Pochylił się i począł chłapać się w kałuży, potem podniósł lampę i ujrzał, że barwiona powały ustąpiły pod ciągłym naporem wody kapiącej na dół kroplami. Właśnie nadszedł jeden hajer, Berlaque którego przerwano Chicot. Opuścił sztolnię i szedł do domu, gdyż żona leżała właśnie w połogu. Zatrzymał się i spojrzał na sklepienie. Jeanlin miał już pobiegnąć za pociągiem, gdy nagle rozległ się straszny trzask i gruz spadającego sklepienia przysypał ich obu.
Nastała głęboka cisza. Tumany pyłu wyrzucone ze szczelin popłynęły galeryą by rozlać się po wszystkich chodnikach, a wśród tego pyłu z najdalszych sztolni biegli na pół oślepieni robotnicy na miejsce wypadku. W ciemnościach ogromnego kretowiska jak punkciki czerwone tańczyły ich lampy nie oświecając niczego. Przybiegłszy na miejsce poczęli wołać tych co byli po przeciwnej stronie, zasypanej galeryi i przybiegli później z głębszego chodnika. Stwierdzono, że na przestrzeni dwunastu metrów oberwało się sklepienie. Szkoda była nieznaczna, ale wszystkim biły przyspieszonem tętnem serca, gdyż z pod gruzu dolatywało śmiertelne charczenie człowieka.
Bebert opuścił swój pociąg, nadbiegł i zawołał.
— Jeanlin jest pod gruzem, Jeanlin!
W tej chwili zjawił się Maheu ze Stefanem i Zacharyaszem. W rospaczy klął jeno.
— Psiakrew! Psiakrew! Psiakrew!
Katarzyna, Mouquette i Lidya, przybiegły także i zaczęły płakać i głośno krzyczeć ze strachu, co zwiększało jeszcze zamieszanie. Starano się je uspokoić, ale za każdem razem gdy posłyszały charczenie konającego wybuchły na nowo.
Richehomme nadbiegł zrospaczony, że właśnie nikogo nie było w kopalni, ani Dansaerta, ani Negrela. Przyłożył ucho do gruzu i oświadczył, że jest to głos dorosłego mężczyzny, a nie dziecka. Maheu wołał Jeanlina bezustanku, ale nie było odpowiedzi. Pewnie chłopak zginął.
Ciągle rozlegało się miarowo charczenie. Wołano na umierającego, by podał swe nazwisko. Odpowiadało ciągle charczenie.
— Dalej, dalej! — wołał Richehomme sposobiąc wszystko do ratunku. — Na gadanie będzie czas potem.
Z dwu stron górnicy uzbrojeni w pikle i łopaty rzucili się na gruzy. Chaval bez słowa pracował obok Maheua, Stefana i Zacharyasza, usuwał wraz z innymi ziemię. Nadszedł czas wyjazdu, ale mimo, że zgłodniali nikt nie biegł na obiad, i nie opuścił towarzyszów. Przyszło tylko wszystkim na myśl, że w domu niepokoić się będą widząc, że nikt nie wraca. Postanowiono tedy wyprawić dziewczęta. Ale ani Katarzyna, ani Mouquette ani Lidya nie chciały iść, więc poselstwa podjął się Levaque. Miał powiedzieć, że naprawiają nieznaczne uszkodzenie. Około czwartej wykonano pracę całego dnia i połowę gruzu usunięto. Ale jak nazłość poczęły spadać nowe bryły. Maheu pracował z wściekłością odpychając dziko tych, którzy chcieli go zluzować na chwilę.
— Ostrożnie, — zawołał nareszcie Richehomme. — Dochodzimy do nich! Ostrożnie, by nie skaleczyć!
Charczenie stało się wyraźniejsze i wedle niego kierowali się pracujący. Teraz odzywało się jakby z pod samych łopat i pikli. Nagle ustało.
Robotnicy spojrzeli po sobie i zadrżeli. Powiało tchnienie śmierci, po czarnem państwie węgla. Pracowano jednak dalej, choć wszyscy oblani byli potem. Wreszcie ukazała się noga. Teraz usuwano gruz i ziemię rękami i odkopano powoli całe ciało. Głowa nie była uszkodzona, przysunięto do niej lampy i przezwisko: Chicot, przebiegło z ust do ust. Ciało było jeszcze ciepłe, kawałek skały strzaskał nieszczęśnikowi stos kręgowy.
— Owińcie go w płachtę i połóżcie na wózku! — rozkazał dozorca — Teraz szukajmy chłopca.
Maheu uderzył jeszcze parę razy razy piklą i zaraz zrobił się otwór przez którą ujrzano drugą partyę robotników zajętych usuwaniem ziemi. Poczęli wołać, że właśnie znaleźli Jeanlina omdlałego z połamanemi nogami, ale żywego. Ojciec wziął syna na ręce i z zaciśniętymi zębami bez słowa, wyrzucając jeno od czasu do czasu klątwę poniósł go, a Katarzyna i inne kobiety poczęły na nowo lamentować.
Przyprowadzono dwa wózki do których Bebert zaprzągł Batailla. W pierwszym leżały zwłoki Chicota złożone tam przez Stefana, w drugi wsiadł Maheu z omdlałym Jeanlinem owiniętym w płótno zdarte z któregoś wentylatora. Orszak posuwał się zwolna, a lampy postawione na wózkach połyskiwały czerwono. Z tyłu szło około pięćdziesięciu górników. Uczuli teraz znużenie i ociężałym krokiem wlekli się poślizgując w błocie, powoli, smutnie jak opanowana zarazą trzoda bydła. By dojść do szachtu zjazdowego potrzebowano pół godziny czasu, korowód żałobny wlókł się długo mijając połyskujące w półmroku odgałęzienia szyn, czarne otwory galeryj i chodników bocznych i zdawało się, że nigdy nie zajdzie na miejsce.
Richehomme poszedł przodem, by zarządzić co potrzeba i zarezerwować jednę klatkę windy. Pierron wsunął zaraz oba wózki do windy. W jednym siedział Maheu z ciężko rannym synem, w drugim Stefan trzymając w objęciach ciało, które inaczej nie byłoby się zmieściło. Inne klatki pomieściły górników i rozpoczął się wyjazd. Trwał dwie minuty. Woda strumieniami lała się na dach, a robotnicy spoglądali w górę pragnąc jak najprędzej wydostać się na ziemię.
Szczęściem chłopiec wysłany przodem po doktora Vaderhaghena znalazł go i przyprowadził do poczekalni dozorców gdzie złożono zwłoki i rannego, na materacach rozłożonych na ziemi. W izbie pozostali jeno Maheu i Stefan, na dworze zgromadził się tłum przesuwaczek, hajerów chłopców. Szeptano ze sobą żywo.
Lekarz spojrzał na Chicota i rzekł cicho:
— Z tym już koniec! Można umyć ciało.
Dwaj stróże rozebrali ciało czarne od węgla, okryte jeszcze lepkim potem pracy i poczęli je smarować wielkiemi gąbkami.
Lekarz uklęknął teraz przy Jeanlinie.
— Głowa cała — mówił — klatka piersiowa też. Ha, nogi coś szwankują.
Sam rozebrał chłopca, zdjął mu czapkę górniczą kaftan, spodnie i koszulę ze zręcznością dozorczyni. Ukazało się teraz nędzne ciało, nikłe jakby ciało owada powalane żółtą gliną upstrzone tu owdzie czarnemi plamami krwi. Nie można było niczego znaleść, trzeba go było również umyć. Po myciu wydał się jeszcze nędzniej, ciało było białe, przeźroczyste, tak, że przez skórę widać było niemal wszystkie kości. Smutny przedstawiał widok ten potomek zregenerowanej rasy, szkielet napół zgnieciony. Po oczyszczeniu skóry wyszło na jaw, że ma złamane obie nogi. Przyszedł teraz do przytomności i począł jęczeć. U stóp jego, ojciec łamał ręce, a grube łzy spływały mu po policzkach.
— Więc tyś jest ojcem? — spytał lekarz spoglądając nań. — Nie płacz, widzisz przecież że żyje! Pomóż mi raczej.
Skonstantował dwa proste złamania. Prawa noga niepokoiła go więcej i wyraził mniemanie, iż ją pewnie trzeba będzie amputować.
W tej chwili przyszli Negrel i Dansaert. Negrel wysłuchał raportu dozorcy z kwaśną miną, a potem wybuchnął:
— Zawsze to przeklęte stemplowanie! Czyż tysiąc razy nie ostrzegałem, że może przyjść do ofiar w ludziach. A te osły mówią zaraz o strejku, gdy się ich nagania, by lepiej stemplowali. Najpiękniejsze w tem wszystkiem to, że Kompania musi teraz płacić za potłuczone garnki. Ucieszy się pan Hennebeau. niema co mówić!
— Jak się ten nazywa? — spytał Dansaerta stojącego w milczeniu obok zwłok, które zawijano teraz w prześcieradło.
— Chicot, jeden z najlepszych robotników. Ma troje dzieci biedaczysko!
Lekarz kazał, by Jeanlina natychmiast przeniesiono do domu. Już po szóstej, ściemnia się, więc dobrzeby było zawieść też i ciało. Inżynier kazał zaprządz do wozu ciężarowego i przyniesiono lektykę. Na niej położono chłopca, a materac z ciałem wsunięto na wóz.
Przed bramą stały jeszcze dziewczęta i rozmawiały z górnikam i, którzy chcieli widzieć co się stanie dalej. Gdy otwarto drzwi pokoju dozorców nastała cisza. Potem utworzył się pochód. Przodem jechał wóz, za nim niesiono lektykę, a z tyłu postępowali ludzie. Minięto podwórze kopalni i wydostano się na drogę wiodącą pod górę do kolonii. Pierwsze przymrozki październikowe ogołociły równię z zieloności, a noc zastępowała powoli niby spuszczający się z wysoka całun pogrzebny.
Stefan szeptem polecił Katarzynie, by pobiegła przodem i przygotowała Maheudę. Maheu złamany stąpający za lektyką usłyszał, skinął głową i dziewczyna pobiegła. Zbliżano się do wsi i mieszkańcy kolonii spostrzegli wóz, dobrze sobie znany wóz. Kobiety wypadły przerażone, kilka poczęło biedź ku niemu. W jednej chwili zebrało się ich trzydzieści, pięćdziesiąt, a wszystkie równie przerażone. Więc były ofiary. Któż to? Ach pewnie więcej jest trupów, a wóz zwiezie je po jednemu!
Katarzyna zastała matkę przeczuwającą nieszczęście — Od progu zawołała do niej:
— Ojciec zabity?
Daremnie dziewczyna protestowała, mówiła o Jeanlinie. Nie słuchając Maheude wybiegła i ujrzawszy, że wóz skręca koło kościoła zachwiała się na nogach i pobladła straszliwie. U drzwi mieszkań stały kobiety z wyciągniętemi szyjami i drżąc czekały przed czyjemi drzwiami wóz się zatrzyma.
Ale wóz pojechał dalej, a za nim ujrzała Maheude kroczącego przy lektyce męża. Ale gdy postawiono lektykę u jej drzwi i ujrzała Jeanlina żywego, z połamanemi nogami, strach jej zmienił się w gniew i bez łez, ogarnięta wściekłością poczęła wołać:
— Tak więc szanowna Kompania postępuje z nami? Dzieci nasze czyni kalekami; Obie nogi! Mój Boże! I cóż ja nieszczęśliwa pocznę z nim teraz?
— Milczno moja droga! — powiedział doktor Vanderhaghen, który przyszedł także, by założyć opatrunek. — Czyż wolałabyś, by ci przywieziono zwłoki?
Alzira i dzieci szlochały, a Maheude szalała coraz bardziej. Złorzecząc swemu losowi podawała lekarzowi różne rzeczy potrzebne, zawodziła i pytała skąd teraz weźmie pieniędzy, by wyżywić chorego. Nic, że dziadek nieużyteczny, musiał jeszcze ten chłopak postradać nogi. Nie mogła się uspokoić, a krzyk jej mięszał się z lamentem dochodzącym z pobliskiego domu gdzie żona i dzieci Chicota opłakiwali śmierć ojca.
Noc była ciemna, gdy wreszcie śmiertelnie znużeni górnicy siedli do zupy, a zjadłszy udali się na spoczynek. Teraz ciszę przerywał jeno płacz rzewny dwu rodzin unieszczęśliwionych.
Minęły trzy tygodnie. Zdołano uniknąć amputacyi i Jeanlin nie utracił nogi, ale miał pozostać kulawym do śmierci. Kompania po zbadaniu wypadku raczyła wypłacić Maheuom wsparcie w kwocie pięćdziesięciu franków i obiecała ponadto wyszukać dla chłopca robotę poza kopalnią, gdy przyjdzie do siebie. Ale mimo to nędza u Maheuów nie zmniejszyła się, gdyż sam Maheu po wypadku zasłabł ciężko i długo miał gorączkę.
Od czwartku pracował znowu w kopalni, a dziś właśnie była niedziela. Wieczorem debatowano nad tem, co się stanie pierwszego grudnia. Spierano się trochę o to, czy Kompania wykona swą pogróżkę i od tego terminu obniży płace. Siedziano do dziesiątej i czekano na Katarzynę, ale nie przyszła. Wściekły ze złości, bez słowa Maheu zasunął rygiel u drzwi wchodowych, a Stefan długo nie mógł zasnąć myśląc o tem pustem łóżku obok siebie, w którem Alzira zajmowała tak mało miejsca.
Dnia następnego Katarzyna nie wróciła i dopiero popołudniu, po robocie dowiedzieli się Maheuowie, że Chaval zatrzyma ją u siebie. Robił jej obrzydliwe sceny zazdrości, tak, że w końcu zdecydowała się z nim zamieszkać. By uniknąć wymówek, Chaval porzucił nagle Voreux, przeniósł się do Jean Bart, do kopalni pana Deneulin, a Katarzyna poszła z nim jako przesuwaczka. Stadło osiadło w Montsou u Piquetta, gdzie mieszkał oddawna Chaval.
Maheu odgrażał się zrazu, że nabije Chavala, a Katarzynę przyprowadzi za kark do domu, ale wnet wzruszył ramionami i oświadczył, że nie przydałoby się to na nic. Zawsze tak się dzieje, a nie można wstrzymać dziewczyny, gdy raz postanowiła odejść. Lepiej dużo spokojnie wyczekiwać małżeństwa. Ale Maheude była rozżalona.
Czyż broniłam jej zadawać się z Chavalem? — mówiła zwracając się do Stefana, który słuchał pobladły. — Nie broniłam. Osądź pan sam... wszak jesteś człowiek mądry... Zostawiliśmy jej zupełną swobodę. Mój Boże, wszystkie dziewczęta muszą przejść, przez to. To trudno... ja sama byłam przy nadziei gdyśmy brali ślub z moim starym. Ale nie uciekałam z domu rodzicielskiego, nie okradłam ich z zarobku swego, nie oddałam go już jako dziecko mężczyźnie, który go nie potrzebuje wcale. To łajdactwo, mówię panu! Dojdzie do tego, że człowiek będzie się strzegł posiadania dzieci... jak ognia!
Stefan kiwał tylko głową, a kobieta ciągnęła dalej:
— Pozwalałam jej na wszystko. Ach, co za gałgan z tej dziewczyny! Nie mogła to zaczekać do ślubu, a tymczasem pomódz nam trochę wygrzebać się z nędzy. Źle się stało! Nie trzeba było pozwolić, bo takie stworzenie chwyta zaraz za całą rękę gdy się mu poda palec.
Alzira potakiwała głową, malcy płakali z cicha, a Maheude wyliczała klęski jakie na nich spadły w krótkim przeciągu czasu. Najpierw, ożenił się Zacharyasz, potem zasłabł na nogi dziadek i dotąd siedzi jak kloc na stołku, dalej Jeanlin, który jeszcze z dziesięć dni nie wyjdzie z domu, a choćby i wyszedł to nie wielka zeń pociecha... na koniec jeszcze ten cios, ta ucieczka Katarzyny. Cała rodzina się rozlatuje. Sam ojciec jeno pracuje w kopalni, ale jakże wyżyć ma siedm osób nie licząc już Stelki z trzech franków ojca. Czyż nie lepiej by było, by od — razu skoczyli wszyscy do kanału?
— I na cóż się zda, że się martwić będziesz? — spytał głucho Maheu — Może jeszcze jakoś sobie poradzimy.
Stefan patrzył w ziemię, teraz podniósł głowę i szepnął jakby do zjawy złotej przyszłości majaczejącej kędyś w dali:
— O czas już, czas!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: Franciszek Mirandola.