Ewa (Wassermann)/Karen Engelschall/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
20.

Zatopieni w rozmowie kroczyli coraz to głębiej w dzielnicę portową.
— Wracajmy! Tutaj całkiem niewyraźnie! — rzekł Crammon — Przeklęte zakamarki.
Jęli się rozglądać. O parę kroków ujrzeli jakiegoś 'człowieka, leżącego na brzuchu. Wił się, krzyczał i groził pięściami w kierunku oświetlonych, przysłonionych czerwoną firanką drzwi nocnej spelunki. Leżał o kilka schodów poniż ulicy.
Nagle otwarto drzwi i drugi człowiek wyleciał na bruk, a w ślad za nim pudełko, parasol i twardy kapelusz. Wyrzucony siadł obok pierwszego i wytrzeszczał nieprzytomne oczy.
Obaj spojrzeli w głąb szynkowni w chwili, gdy drzwi otwarto. W atmosferze dymu i półmroku dusiło się tam kilkadziesiąt podejrzanych osobników i dolatało monotonne zawodzenie kobiece.
Drzwi zatrzaśnięto z powrotem.
— Muszę zobaczyć, co się tam dzieje! — powiedział Krystjan i zszedł po schodach. Crammon wydał okrzyk przestrachu, ale po chwili wahania wszedł także.
Buchnęła ku nim fala śmierdzącej wódki.
Przy stołach i na podłodze kulili się mężczyźni i kobiety. W każdym kącie spał ktoś. Twarze obecnych miały barwę ziemistą, a oczy zwrócone teraz na przybyłych połyskały szklisto. Wszędzie pełno było brudnych szklanek i flaszek, a przy szynkwasie stało dwu zamaszystych drabów.
Kobieta, której jęki docierały aż na ulicę siedziała pod ścianą na ławie. Twarz jej spływała krwią. Przed nią stał ten sam olbrzym z krzaczastemi i zrosłemi brwiami, którego Krystjan widział na pogrzebie prostytutki. Stał rozkraczony, nie mogąc się inaczej utrzymać na nogach. Kobieta wydawała ciągle nieznośne, zwierzęce jęki.
— Dam ja ci bobu! — wrzeszczał olbrzym chrypliwie w berlińskim żargonie. — Dalejże, wynoś się i przynieś hopy, rozumiesz?
W głębi, w progu drzwi wiodących do drugiej ubikacji, stał oparty mężczyzna z cygarem w żółtych zębach, w kraciastej kamizelce, zdobnej mnóstwem wisiorków. Patrzył na zajście z całym spokojem. Był to właściciel lokalu.
Ujrzawszy przybyłych podniósł brwi i mając ich za wywiadowców, podszedł spiesznie. Potem doznał zdziwienia spostrzegłszy omyłkę.
— Chodźcież panowie do mego biura! — powiedział stanowczo — Chodźcie! Mam coś dobrego.
Ująwszy za rękaw Krystjana pociągnął go za sobą. Na jego widok podniosła się z ziemi kobieta w żółtej chustce na głowie i wyciągnęła rękę prosząc o zapomogę. Cofnął się, jak przed robakiem.
Stary jakiś człowiek chciał obronić jęczącą pod razami olbrzyma. Ale dostał pięścią pod brodę i zatoczył się. Zaczęło szemrać, ale nikt jednak nie ważył się przystąpić do draba, któremu ktoś nadał przezwisko Karol-Młot.
— On chce, by mu dała pinkę! — objaśnił gospodarz — Chce by poszła nocą jeszcze na ulicę i zarobiła trochę floty. Cóż na to poradzić?
Chwycił drugą ręką Crammona i wciągnął obu do ciemnawej sieni.
— Panowie, sądzę, chcą z ciekawości obejrzeć lokal? — sondował z niepokojem. Potem otwarł jakieś drzwi i wprowadził ich do pokoju, w sposób zgoła niesmaczny, zastawionego pluszowemi meblami. Były tam sofy, fotele, obrazy w złoconych ramach, na ścianach wisiały miecze, obok pęku powichrzonych piór, poniż zaś fjoletowa czapka studencka. Pomiędzy dwoma oknami stało biurko, założone księgami, a przy niem pisał człowiek chudy, o żółtej twarzy, wyglądający na widmo. Na widok gospodarza pochylił się gorliwiej jeszcze nad robotą.
— Muszę panów wziąć w przechowanie, mogłoby się bowiem zdarzyć nieszczęście! — rzekł gospodarz — Gdy się ta kanał ja uspokoi, będziecie panowie mogli obejrzeć to moje muzeum osobliwości. Zapewne w przejeździe, nieprawdaż?
Sięgnął na półkę i wziął flaszkę.
— Koniaczek z roku 93! — zaskrzypiał — Szlachetna marka. Proszę spróbować. Dostarczam flaszkami i tuzinami. Kapitalna rzecz, słowo honoru!
Crammon spojrzał na spokojnego zupełnie Krystjana. Potem skosztował koniaku. Była to w każdym razie niejaka pociecha.
W tej chwili hałas piekielny rozebrzmial w szynkowni.
— Biją się! — szepnął gospodarz i znikł.
Hałas wzrastał, ale po chwili nastała cisza.
Siedzący przy biurku, rzekł niespodzianie, nie podnosząc głowy z nad księgi:
— Tak bywa co noc. Nie sposób wytrzymać. A tu, oto mam zapisane, co się zarabia. Setki tysięcy. Człowiek ten, to miljoner. Zgarnia pieniądze bez litości. Nie, nie podobna patrzeć na to.
Mówił łonem obłąkańca.
— Czyż się pozwolimy tu uwięzić? — spytał oburzony Crammon. — To bezczelność!
Krystjan otwarł drzwi, a Crammon dobył z tylnej kieszeni spodni browning, który zawsze nosił przy sobie. Stanęli w głębi szynkowni. Karol-Młot znikł, wyrzucony wspólnemi siłami. Kobieta, od której chciał wymusić pieniądze obmywała sobie twarz mokrą szmatą.
— Cicho, cicho Karen! — pocieszał ją starzec, który dostał przed chwilą pięścią od olbrzyma. — Jakoś to będzie.
Nie słuchała go, spoglądała dziko i podstępnie.
Miała żółte włosy, zmotane teraz i spiętrzone, niby hełm. Były powalane krwią, rozmazaną z oczu i czoła.
— Idź teraz do domu! — rozkazał jej gospodarz. — Obmyj sobie przednie płetwy i podziękuj za wszystko Bogu. Nie marudź, powiadam, bo twój narzeczony może wrócić i oberwiesz znowu.
Nie ruszała się z miejsca.
— Idźno, idź Karen, — doradzała jej jakaś kobieta. — Usłuchaj! Pocóż ma cię prać?
Siedziała bez ruchu, oddychając ciężko i patrząc na Krystjana.
— Proszę iść z nami! — ozwał się Krystjan niespodzianie, a od strony szynkowni rozebrzmiał śmiech.
Crammon położył mu, desperackim gestem dłoń na ramieniu.
— Proszę iść z nami! — powtórzył spokojnie. — Odprowadzimy panią do domu.
Szkliste oczy pijanych wpiły się w niego szyderczemi spojrzeniami.
— Do licha... pani? A to ci awans! — zadrwił ktoś.
Inny zaczął gadać monotonnie:
— Niechże go pluskwy zjedzą! To niesłychane! Dalejże Karen, zbieraj kopyta... Marsz, powiadam!
Karen wstała nie odrywając ponurych oczu od Krystjana. Jego piękność wywołała na niej silne wrażenie. Pełne wargi nabrzmiały uśmiechem cynicznym i trwożnym jednocześnie.
Była dość wysoka, miała barczyste ramiona i wydatne piersi. Zaraz poznał, że jest w ciąży. Ubrana w suknię zieloną o połyskliwych guzikach, miała na szyi jaskrawo czerwoną wstążkę z broszką, wyobrażającą dziób weneckiej gondoli, otoczony granatami, z napisem: Ricordo di Venezia. Trzewiki były rozdeptane i pokryte błotem. Obok niej, na ławce leżał kapelusz z lakierowanej skóry, zdobny pęczkiem czerwonych wiśni, z kauczuku. Sięgnęła po niego gestem dzikiego zwierzęcia.
Crammon usiłował zabezpieczyć odwrót, gdyż zaczęli się jawić goście nowi, podejrzani wielce.
Pogodzony z niepojętą dlań koniecznością, zadecydował, że trzeba się trzymać ostro. Klął w duchu władze bezpieczeństwa za ich nieobecność. — No, my dear! — mruczał do siebie. — Nie wyjdziemy żywi z tego piekła! — I ujrzał w duchu swe miękkie łóżko w hotelu, kąpiel wonną, smakowite śniadanie i czekające nań na stoliku nocnym pudełko czekolady Lindta. Wspomniał urocze dziewczątka, pachnące świeżą bielizną, uśmiech Ariela, dowcipy skrzatka, pociąg pospieszny, który go miał zawieźć do Wiednia. Myślał o tem wszystkiem, jakby nadeszła ostatnia chwila życia.
Nagle otwarto drzwi i dwaj marynarze wciągnęli do szynkowni dziewczynę tak pijana, że była zupełnie sztywna i tylko rzężenie, oraz wyuzdany, zmysłowy uśmiech świadczył, że jeszcze żyje. Rzucili ja brutalnie na ziemię. Ani drgnęła.
Jęli zuchwale rozpytywać o Karola-Młota. Musiał ich spotkać w ulicy i podjudzić, by w ten sposób sprowokowali gospodarza. Jeden z nich miał szeroka bliznę na czole, zaś ramiona drugiego, obnażone aż po plecy, były tatuowane w najrozmaitsze figury. Widziało się tam węża, koło skrzydlate, kotwicę, trupia głowę, fakira, wagę, rybę i mnóstwo innych rzeczy.
Obaj zmierzyli zuchwałem spojrzeniem Krystjana i Crammona. Tatuowany rzekł, wskazując browning Crammona:
— Schowajno tę pukawkę, bo inaczej dostaniesz pamiątkę.
Drugi stanął tuż przed Krystjanem, tak że tenże pobladł. Nigdy go jeszcze dotąd nie obryzgało błoto. Uczuł dreszcz wstrętu i pogardy. To mogło skłonić do odwrotu, a wizje owe ohydniejsze były jeszcze, od zjawy szatana w pałacu Szilagina.
Spojrzał napastnikowi w oczy i zauważył, że wytrzymać tego spojrzenia nie może. Jął mrugać oczyma i po chwili spuścił głowę. Ten fakt przepoił Krystjana odwagą i poczuciem siły, nieznanej jeszcze doniosłości.
— Spokój w szeregu! — krzyknął gospodarz marynarzom — Spokój! Czy chcecie mi ściągnąć na kark policję? Stul pysk, Ede! Dziewczyna sobie pójdzie z tymi panami, którzy płacą co mieli. Dwa kieliszki fin champagne, półtorej wódki... i z Bogiem!
Crammon położył dwie marki na stole, Karen włożyła kapelusz i skierowała się ku drzwiom. Poszli za nią obaj, towarzyszył im gospodarz, kłaniając się szyderczo, a dwaj atleci od szynkwasu stanowili straż tylną. Kilka zapitych głosów zanuciło niezrozumiałą piosenkę.
Ulica była pusta. Karen rozglądała się, nie wiedząc dokąd iść. Crammon zapytał gdzie mieszka. Nie patrząc nań odburknęła, że wcale nie myśli iść do domu.
— Dokądże tedy odprowadzić? — spytał siląc się na cierpliwość.
. Wzruszyła ramionami.
— Wszystko mi jedno! — po chwili zaś dodała — Jesteście mi obaj całkiem niepotrzebni!
Poszli w kierunku portu, biorąc ją w środek. Przystanęła na chwilę, mrucząc:
— Żebym mu tylko nie wpadła w ręce!... O, nie, nie!
— Cóż więc zrobić? — spytał Crammon.
Byłby najchętniej uciekł, ale zadał sobie gwałt, chcąc wyciągnąć Krystjana cało z tej opresji.
Karen Engelschall nie rzekła słowa, przyspieszyła tylko kroku, dostrzegłszy jakąś postać pod latarnią. Szla, dysząc ze strachu i uspokoiła się dopiero, gdy latarnia została daleko.
— Czy może dać pieniędzy? — pytał Crammon dalej.
— Nie potrzebuję pieniędzy pańskich! — krzyknęła gniewnie, zerkając jednocześnie w stronę Krystjana, z chytrym wyrazem w oczach.
Crammon przeszedł na stronę przyjaciela i rzekł po francusku:
— Najlepiej ją zaprowadzić do jakiegoś hoteliku, gdzie dostanie pokój i łóżko. Złożymy pewną kwotę na jej kilkodniowy pobyt i utrzymanie. Niech sobie potem radzi sama.
— Tak, to istotnie najlepsze i jakby nie chcąc do niej mówić, dodał: — Powiedz jej to.
Karen przystanęła, wznosząc ramiona, jakby czuła chłód i rzekła głosem ochrypłym od pijaństwa:
— Dajcież mi pokój! Cóż to gadacie? Nie ruszę się stąd. Jestem zmęczona. Nie troszczcie się o mnie.
Oparła się o ścianę domu, a skórzany kapelusz z kauczukowemi wiśniami zakrył jej oczy. Trudno sobie było wyobrazić coś bardziej odpychającego i rozpaczliwego.
— Widzę tam szyld hotelu! — rzeki Crammon, wskazując oświetloną tablicę przy końcu ulicy.
Krystjan mający wzrok bystry, odparł:
— Tak. Hotel pod królem Grecji! Idź, proszę i dowiedz się.
— Miła okolica! — mruknął Crammon — Miła sprawa. To jest pokuta za grzechy moje.
Potem ruszył przed się.
Krystjan stał milcząc, obok dziewczyny, zapatrzonej smutnie w ziemię. Palce jej skubały bezwiednie czerwoną wstążkę. Wybiła druga. Po chwili ukazał się Crammon. Jął zdala dawać znaki i krzyknął:
— Ready!
Krystjan przemówił teraz po raz pierwszy do Karen:
— Znaleźliśmy dla pani umieszczenie!
Wyrzekł to tonem nosowym i mrugnął oczyma, czego nie czynił nigdy. Własny głos wydał mu się niesympatycznym.
— Może tam pani spędzić kilka dni.
Spojrzała nań z nienawiścią i złą jaką ciekawością, potem zaś spuściła oczy.
— Będzie tam pani bezpieczną od tego człowieka. Proszę wypocząć. Może pani chora? Mogę wezwać lekarza.
Roześmiała się cicho, a szyderczo. Bił od niej odór wódki.
— Ready! — powtórzył Crammon.
— Chodźmyż już! — powiedział Krystjan, z trudem tłumiąc odrazę.
Słowa jego i ton głosu wywarły na Karen tosamo wrażenie, co poprzednio jego piękność. Ruszyła przed się, jakby ją ktoś od tyłu popychał.
Zaspany portjer w pantoflach stal u bramy, a pokorna uprzejmość jego była wymownem świadectwem, że Crammon wiedział, jak gadać z ludźmi.
— Numer czternasty na drugiem piętrze wolny! — oświadczył.
— Proszę posłać jutro kogoś do mieszkania i zabrać rzeczy! — doradził jej jeszcze Crammon.
Nie dosłyszała tych słów, zda się. Bez pożegnania, spojrzenia, czy podzięki, prowadzona przez portjera, skierowała się ku schodom zasłanym brudno czerwonym chodnikiem, a kauczukowe wiśnie bębniły zcicha po skórze kapelusza. Za chwilę postać jej znikła w ciemni.
Crammon odetchnął głęboko.
— A teraz, za wszelką cenę, cztery koła!
Na rogu ulicy znaleźli dorożkę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.