Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Tak, to istotnie najlepsze i jakby nie chcąc do niej mówić, dodał: — Powiedz jej to.
Karen przystanęła, wznosząc ramiona, jakby czuła chłód i rzekła głosem ochrypłym od pijaństwa:
— Dajcież mi pokój! Cóż to gadacie? Nie ruszę się stąd. Jestem zmęczona. Nie troszczcie się o mnie.
Oparła się o ścianę domu, a skórzany kapelusz z kauczukowemi wiśniami zakrył jej oczy. Trudno sobie było wyobrazić coś bardziej odpychającego i rozpaczliwego.
— Widzę tam szyld hotelu! — rzeki Crammon, wskazując oświetloną tablicę przy końcu ulicy.
Krystjan mający wzrok bystry, odparł:
— Tak. Hotel pod królem Grecji! Idź, proszę i dowiedz się.
— Miła okolica! — mruknął Crammon — Miła sprawa. To jest pokuta za grzechy moje.
Potem ruszył przed się.
Krystjan stał milcząc, obok dziewczyny, zapatrzonej smutnie w ziemię. Palce jej skubały bezwiednie czerwoną wstążkę. Wybiła druga. Po chwili ukazał się Crammon. Jął zdala dawać znaki i krzyknął:
— Ready!
Krystjan przemówił teraz po raz pierwszy do Karen:
— Znaleźliśmy dla pani umieszczenie!
Wyrzekł to tonem nosowym i mrugnął oczyma, czego nie czynił nigdy. Własny głos wydał mu się niesympatycznym.
— Może tam pani spędzić kilka dni.
Spojrzała nań z nienawiścią i złą jaką ciekawością, potem zaś spuściła oczy.
— Będzie tam pani bezpieczną od tego człowieka.