Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chwycił drugą ręką Crammona i wciągnął obu do ciemnawej sieni.
— Panowie, sądzę, chcą z ciekawości obejrzeć lokal? — sondował z niepokojem. Potem otwarł jakieś drzwi i wprowadził ich do pokoju, w sposób zgoła niesmaczny, zastawionego pluszowemi meblami. Były tam sofy, fotele, obrazy w złoconych ramach, na ścianach wisiały miecze, obok pęku powichrzonych piór, poniż zaś fjoletowa czapka studencka. Pomiędzy dwoma oknami stało biurko, założone księgami, a przy niem pisał człowiek chudy, o żółtej twarzy, wyglądający na widmo. Na widok gospodarza pochylił się gorliwiej jeszcze nad robotą.
— Muszę panów wziąć w przechowanie, mogłoby się bowiem zdarzyć nieszczęście! — rzekł gospodarz — Gdy się ta kanał ja uspokoi, będziecie panowie mogli obejrzeć to moje muzeum osobliwości. Zapewne w przejeździe, nieprawdaż?
Sięgnął na półkę i wziął flaszkę.
— Koniaczek z roku 93! — zaskrzypiał — Szlachetna marka. Proszę spróbować. Dostarczam flaszkami i tuzinami. Kapitalna rzecz, słowo honoru!
Crammon spojrzał na spokojnego zupełnie Krystjana. Potem skosztował koniaku. Była to w każdym razie niejaka pociecha.
W tej chwili hałas piekielny rozebrzmial w szynkowni.
— Biją się! — szepnął gospodarz i znikł.
Hałas wzrastał, ale po chwili nastała cisza.
Siedzący przy biurku, rzekł niespodzianie, nie podnosząc głowy z nad księgi:
— Tak bywa co noc. Nie sposób wytrzymać. A tu, oto mam zapisane, co się zarabia. Setki tysięcy. Czło-