Epipsychidion

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Percy Bysshe Shelley
Tytuł Epipsychidion
Pochodzenie Poeci angielscy
Wydawca Księgarnia H. Antenberga
Data wydania 1907
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jan Kasprowicz
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
EPIPSYCHIDION.
 
Wiersze poświęcone szlachetnej, a nieszczęśliwej Emilii Viviani,
zamkniętej obecnie w klasztorze św. Anny w Pizie.
L’anima amate si slancia fuori del creato, e si crea nel infinito un Mondo tutto per essa, diverso assai da questo oscuro e pauroso baratro.
Własne jej słowa.

Niewielu pewno, o moja ty pieśni.
Przyjmie dziś ciebie i myśl tę zrozumie.
Która w swej głębi chowa słów twych fala;
Jeśli przypadkiem zobaczysz się w tłumie —
Tak się wydarza — ludzi owej cieśni,
Co treści twojej pojąć nie pozwala,
Niech się twe słowo w pociechę skrysztala
Dla niej; im powiedz: Jestem nazbyt trudną,
Wy nazbyt płytcy — lecz mówcie, żem cudną!

UWAGA: Piewca następnych wierszy umarł w Florencyi, gotując się do podróży na jedną z najdzikszych wysp Sporadzkich, którą sobie był kupił, ażeby zamieszkać na niej śród ruin starego gmachu; tam to pragnął urzeczywistnić plan życia, co, stosowne może dla szczęśliwszego i lepszego świata, aniżeli ten, którego obecnie jest mieszkańcem, niemożliwem staje się na tym padole. Dziwne było jego życie: mniej dla romantycznych przygód, odróżniających to życie od innych, aniżeli z powodu idealnego zabarwienia, które mu nadawał jego charakter i sposób odczuwania. Poemat niniejszy, podobnie jak Dantego Vita Nuova, będzie dostatecznie zrozumiałym dla pewnej warstwy czytelników bez historycznego wyjaśnienia okoliczności, do których się odnosi; dla pewnej zaś innej klasy pozostanie zawsze niepojętym — właśnie dla braku odpowiedniego organu, potrzebnego do zrozumienia idei, któremi się zajmuje. Nieinaczej — «gran vergogna sarebbe a colui che rimasse cosa sotto veste di figura, o di colore rettorico: e domandato non sapesse denudare le sue parole da cotal veste, in guisa che avessero verace intendimento».
Poemat niniejszy, zdaje się, miał być przeznaczony przez autora na dedykacyę do jakiegoś dłuższego. Stanca, położona na czele, jest prawie dosłownem tłómaczeniem sławnej canzony Dantego:
Voi ch’intendendo, il terzo ciel movete etc.
Zarozumiałe zastosowanie ostatnich jej wierszy do własnego utworu wywoła uśmiech na koszt mego nieszczęśliwego przyjaciela: oby to był uśmiech nie pogardy, lecz współczucia.

Shelley.


O duchu, ducha-sieroty siostrzyco!
Na jego imię łzy ci w oczach świécą —
Oto dziś w serca mojego kościele
W cześć ci powiędłe składam wspomnień ziele.


∗             ∗

Ptaszę więzione, co taką w swej cieśni
Oddychasz nutą, że na głos tej pieśni
Zmiękłyby serca, co cię w więzy skuły,
Gdyby dźwięk jaki gdykolwiek uczuły —
Hymn ten niech będzie twą różą: jej kwiecie
Wyblakłe wprawdzie, słowiku, me dziecię,
Lecz jeszcze miękkie, pełne wonnej siły,
I nie ma kolców, by ci w pierś się wryły.

Podniosłe serce, co nie znasz spokoju,
Bijąc o kraty nieczułe, aż w boju
Ulegniesz płonnym z złamanemi pióry,
Które cię rwały nad ten świat ponury,
Aż z ranionego popłynie ci łona
W gniazdo macosze krew nieokupiona:
Próżno mi płakać, raczej w twej obronie
Krwi sobie gorzkiej z rozkoszą uronię.

Serafie z nieba, ponadmiar szlachetny!
Ty pod kształtami kobiecej, prześwietnej
Chowasz piękności wszystkiej duszy dzielność,
Jej blask i miłość i jej nieśmiertelność.
Błogosławieństwo po Klątwie wieczystej!
Światło, co Wszechświat opromieniasz mglisty!
Gwiazdo wśród Burzy! Miesiącu w obłoku!
Jedyne Życie śród Śmierci! Uroku!
Cudzie i Dreszczu! Harmonio Przyrody!
Jasne Zwierciadło, w którem wszystkie płody,
Gdy na nie spojrzysz promienną źrenicą,
Widzę znów siebie i jak w słońcu świécą —
Wszak nawet pieśń ta, co cię smutkiem darzy,
Snać się płomieniem błyskawicznym żarzy!
O, zmyj-że ślady ziemskich wad i kału
Z tego żałoby pełnego hejnału,
Zmyj łzą błękitną, co ci świętą rosą
Płynie ze źrenic, podobnych niebiosom;
Płacz, aż ta boleść w zachwyt się przemieni,
A ten uśmiechem zbaw od śmierci cieni.

Nigdym nie myślał, że mój sen młodzieńczy
W taki się skutek, nim umrę, uwieńczy:

Ja ciebie kocham, choć szyderstwo świata,
Emilio! z hańbą tę miłość pobrata!
Przecz my z jednego nie wyszliśmy ciała?
I przecz to mię, które innej dała
Ta moja dusza, zmienić się nie może
W węzeł siostrzany ażeby dwa boże
Promienie jednej wieczności na zawsze
Złączyć ze sobą! Życie coraz krwawsze:
Gdy jedno prawem złączone dziś ze mną,
A drugie prawdy potęgą wzajemną,
Oba, choć są mi taką właścią drogą,
Jak jestem twoim, wyrazić nie mogą!
O biada! biada! Niech cię ból mój wzruszy —
Jam nie jest twoim! Jam cząstką twej duszy!


∗             ∗

Rozkoszna świeco! Gdyby nie spaliła
Motylich skrzydeł mej Muzy twa siła,
Wówczas, jak łabędź, co nad łany świata
W godzinie śmierci śpiewający wzlata,
Młodaby miłość wpisała do księgi
Starczego czasu urok twej potęgi...
Nie na toż duch twój zeszedł na te niwy,
By uszczęśliwiał i sam był szczęśliwy?
Zaliś nie wolna od fałszu? Azali
Nie jesteś nakształt tajemniczej fali,
Która melodyą błękitnych rozkoszy
Wszelki dyssonans, wszelki pomrok płoszy?
Zaliś nie gwiazdą, co w ruchomych gronie
Gwiazd sama jedna nieruchomo płonie?
Zali nie jesteś łagodnym uśmiechem
Między gniewnymi? Dźwięcznych tonów echem

Śród głosów szorstkich? Światłością? Zbawieniem?
Szczęściem? Samotnią? Gęślą, słodkiem brzmieniem
Do snu tulącą w strasznych dniach żywota
Ponure troski ludzi, których złota
Miłość uczyła grać na strunie twojej?
Zali nie jesteś gniazdem, gdzie się roi
Bezskrzydłych jeszcze myśli tłum młodzieńczy?
Mogiła bolu, którą kwiecie wieńczy?
Śród świata zjawisk goniłem za jasną,
Jak ty, postacią, i mam — słabość własną!

Obca, śród życia spotkawszy mnie drogi,
Wnet w uścisk śmierci zwabiła przebłogi:
Tak do spokoju, światła i żywota
Dzień noc prowadzi, zimę wiosna złota,
Troskę nadzieja. Antylopa, w pędzie
Sunąca lekkim ponad skał krawędzie,
Nie jest tak lotna. Przez tkankę jej ciała
Blask się boskości przebija i pała:
Tak przez wilgotne obłoki na niebie
Cichem, czerwcowem, naokoło siebie
Mając gwiazd krocie, srebrny krąg księżyca
Swoją niezgasłą pięknością zachwyca.
By z hyacyntu wonnego kielicha,
Z ust jej poszeptów płynie rosa cicha,
Upaja zmysły, jak przesłodkie pieśnie
Tych arf sferycznych, posłyszanych we śnie.
Skrami promieni płoną jej źrenice,
Odbiciem blasków, które błyskawice
Jej duszy w głębiach zbyt wielkich zawarły,
By do niej myśli i zmysły dotarły.
Wypływająca stąd jej światłość boża

Napełnia zimne i martwe przestworza
Jaśnią i ruchem, które Młodość płodzi
Śród wszechobecnej wrzących fal powodzi:
Żar ich się zlewa z krwią, co w białej twarzy
I w końcach palców tak dziwnie się żarzy,
Jak w śnieżnych chmurkach rozświty poranne,
I prądy ciepła tworzy bezustanne,
Pokąd nie zamrze, a z nią cud uroczy,
Co świat przenika, wypełnia, jednoczy
Taką pięknością, że aż ślepną oczy...
Z luźnych jej włosów i rozwianej szaty
Słodka woń płynie, zapach przebogaty,
Którym się powiew upaja, gdy ona
Lekką mknie stopą, jakby uskrzydlona.
I w serce płyną te gorące wonie,
Jak ciepła rosa, co w pękówki łonie
Roztapia lody... Patrz! Śmiertelne ciało,
Ale się w miłość i życie przybrało,
W światło i boskość i ruch, co się zmienia,
Lecz nie umiera! To obraz promienia
Samej Wieczności! To cień snów złocistych!
Blask, co zostawia, precz od dróg gwiaździstych,
Swą trzecią sferę; odbicie Miesiąca
Wiecznej miłości, co falą swą trąca
O fale życia! To obraz radosny
Świtu, młodości i rozkwitłej wiosny —
Wcielenie Kwietnia, co, wonny i miły,
Płaczem i śmiechem do lata mogiły
Wabi kościotrup Zimy...

Biada! Biada!
Do jakich lotów duch się mój układa!

Jak zejść, a nie paść? Miłość wszystko czyni
Równem... Radosną tę prawdę w świątyni
Mojego serca własnego słyszałem.
Ta miłość sprawia i z robactwem małem,
Co pełza trawą porosłym rozłogiem,
Że się w kochaniu i czci łączy z Bogiem...

Oblubienico! Siostro i Aniele!
Gwiazdo mej doli, co się w mrokach ściele!
Zapóźnom kochał, zawnet wielbił ciebie!
Czemuż na błoniach nieśmiertelnych — w niebie,
W obliczu Boga, wśród Jego kościoła,
Duch mój przed tobą nie pochylił czoła
Od pierwszej chwili? Lub czemu na ziemi
Nie szedł twym cieniem, w ślady za twojemi
Kroki, od miejsc tych z daleka! zdaleka?!
Dziś — ja cię kocham i czuję, jak rzeka
Mojego serca pieczęcią zamknięta,
Aby jej fala przejasna i święta
Została tobie, której łez tych zdroje
Rozkosz sprawiają. A my, my oboje
Czyż nie jesteśmy, jak muzyczne znaki,
Różne, a przecież tworzące jednaki
Dźwięk, nie skłócony zgrzytem — dźwięk, co dzwoni
Nutą tak czystą, że w jego harmonii
Drżą wszystkie duchy, jak liście na drzewie,
Drżące na wiatru przeciągłym powiewie.

Twa mądrość we mnie — i nie dbam o skały,
O które mężne serca się łamały.
Jam się przenigdy nie zgadzał z tym tłumem,
Którego dzisiaj wszystkim jest rozumem

Wybrać zśród ludzi kochankę lub druha,
Innych, choć pięknych i wielkiego ducha
Strącić w pomroki zimnej niepamięci.
Takie to prawo moralność dziś święci
I to jest droga ubita, po któréj
Kroczą strudzonych niewolników chóry,
Utartym życia zbliżając się torem,
Gdzie Śmierć ich wita nad grobu otworem...
I tak to człowiek, łańcuchem przykuty
Do przyjaciela, co może zatruty
W sercu, co może złym się równa wrogom,
Stąpa tą pustą, nieskończoną drogą.

Miłość w tem różna od prochu i złota,
Że, choć dzielona, nie traci żywota;
Miłość, jak rozum, co potężniej błyska,
Zapatrzon w prawdę; do twego ogniska,
O Wyobraźni! podobna, co swemi,
Przewspaniałemi światły, zrodzonemi
Z niebios i nizin i z głębin, gdzie wrząca
Myśl ludzka działa, ni blaskiem z tysiąca
Pryzm i zwierciadeł świat zalewa cały
I Błąd zabija odbiciem swej strzały.
Ciasne to serce, co jedno miłuje,
Ciasny ten umysł, co jedną myśl snuje,
I duch ten ciasny, co kształt jeden tworzy;
On wieczność swoją sam do grobu złoży.

Od cielesnego duch się różni bytu,
Jak zło od dobra, rozkwit od przekwitu;
Jak to, co pełza, od tego, co kroczy;
Jak to, co brudne i wnet w grób się stoczy,

Od rzeczy jasnej, co ma żyć na wieki.
Dziel brud i boleść, a wnet niedaleki
Będziesz ich końca — zanik ich widomy;
Myśl, rozkosz, miłość dziel choć na atomy,
Wnet każda cząstka wyrośnie nad całość;
A gdy choć nikła pozostanie małość,
Snać niepodzielna, nikt z nas nie policzy,
Ile się zbędzie trosk, ile zdobyczy
Zyska rozkosznej. Z tej prawdy źródliska
Jasna nadzieja dla mędrców wytryska;
Wieczne to prawo, życia probierz wzniosły
Dla synów ziemi, chwastami zarosłéj,
Którzy tak długo pielą jej zagony,
Aż owoc w słońcu zdobędą spłoniony.


∗             ∗

Była istota, którą duch mój, z kaźni
Ciała wyzwolon, w lotach wyobraźni
Często spotykał, na łanach młodości,
Śród wysp słonecznych, gdzie rusałek gości
Tłum rozigrany, śród polan i lasów,
Gdzie złote blaski używają wczasów,
Śród gór uroczych, śród jaskiń, gdzie fala
Widm i snów boskich w czar się rozkrysztala,
Gdzie dziwnych marzeń błyszczy piana drżąca
O którą ona lekką stopą trąca;
Śród sypkich żwirów wyśnionych wybrzeży,
Gdzie rumowisko skał posępnych leży,
Szła razem ze mną, strojna w płaszcz tak złoty,
Żem patrzeć nie mógł. A głos tej istoty
Przypływał ku mnie samotną ustronią
Ze szmerem źródlisk, z szumem drzew i z wonią

Kwiatów, co o niej tchnieniem dziwnej siły
Zakochanemu powietrzu mówiły,
Niby te wargi, co już śpią, a jeszcze
Słodkich całunków wspominają dreszcze;
Z cichym powiewem i z hukiem wichury,
Z rosą i deszczem, z dżdżem przelotnej chmury,
Z letniem ptaszyny rozśpiewanej pieniem,
Z wszystkimi tony i z wszystkiem milczeniem.
Głos jej brzmiał w słowach wzniosłych opowieści
I w dawnych pieśniach, w ich formie i treści,
W dźwięku i barwie, w wszystkiem, co zwycięża
Tę nawałnicę, której, by oręża,
Używa słaba dłoń teraźniejszości,
By zdusić przeszłość; w najlepszej mądrości,
Tej, co nam życie, to bezdno piekielne,
Zmienia odrazu w przeznaczenie dzielne,
Szczytne, jak obraz męczeństw płomienisty —
Duch jej to zespół prawdy wiekuistéj...
Potem, wybiegłszy z snów młodzieńczych groty,
Jak gdyby płomień oskrzydlił mnie złoty,
Mknąłem, gdzie lśniła gwiazda mej tęsknicy.
Byłem podobien do ćmy-wieczornicy,
Co, błądząc w mrokach, niby liść się tuli
Do tej gasnącej, Hesperowej kuli
I u niej szuka płomiennej mogiły,
Jakby te blaski ziemskiem światłem lśniły.
Lecz na łzy moje i modlitwy głucha,
Ona, z szybkością tego Boga-ducha,
Tron mającego wspaniały i złoty
Na uskrzydlonej gwieździe, co mu loty
Jeszcze uskrzydla dziesięćkrotnie, ginie
W stożkowej cieni tego życia... Ninie,

Choćby, jak morze potworne, otchłanią
Grób ział nieznaną, byłbym poszedł za nią.
W tem głos się ozwał: «O serce w żałobie!
Nie szukaj mary — ta mara przy tobie!»
Gdzie? — ja się pytam: I «gdzie» odpowiada
Echo wszechświata. I rozpacz mnie blada
Zdjęła w tej ciszy; me usta pytały
Tych wszystkich wiatrów, co w milczeniu wiały
Wokół przybytku mych strasznych katuszy:
«Czy wy nie wiecie, gdzie dusza mej duszy?»
Szeptałem prośby, słowa zaklęć, które
Zwalczają losów tyrany ponure,
Ale modlitwy i czary daremnie
Z warg moich płyną: nie zwrócą jej ciemnie!
Z tego chaosu świata już nie stworzę,
W którym władnęło to zjawisko boże,
Świata, gdzie przed nią każda myśl ma klęka.
I przetom poszedł — za mną strachu męka,
Wszystkie pragnienia i wszystkie nadzieje
Marły w tej drodze — i krok się mój chwieje;
Tchem oczekiwań karmiąc się jedynie,
Szedłem, gdzie życia zimowe pustynie;
Wszcząłem bój z fałszem — lecz bój ten był próżny...
I, umęczony, śpieszący podróżny,
Ślepnę w tym zgiełku nowych form, co staje
Co krok przedemną. W dzikie idę gaje,
Chcąc znaleść postać, coby równą była
Tej, w której ona przedemną się skryła.
Tam jedna — głos jej to pieśń jadowita —
Siadła nad brzegiem ruczaju, okryta
Błękitną tkanką, którą zmroki sprzędły.
Zdradziecki oddech jej ust — to kwiat zwiędły;

Jej uścisk dłoń mą, by trucizną, parzy,
Wnętrze żre ogień z ócz jej, a z jej twarzy
I piersi wrzącej zabójczy zawiewa
Oddech i w głąb się mojej duszy wlewa,
W mojego serca komórkę zieloną,
Na jego liściach zawisa, aż spłoną —
Aże się zwarzą, grzebiąc w swej ruinie
Rozkwit, co, zanim zdołał przyjść, już ginie.

W niejednym kształcie ziemskim ja, zapału
Pełen, swojego-m szukał ideału.
Znalazłem piękne — ale wdzięki płonne,
Znalazłem mądre — lecz ich słowa wonne
Były nieszczere. Ach! i wierną jednę —
Czemu: nie dla mnie?... Jak to zwierzę biedne,
Ścigane psami, umknąć już nie może,
Ku własnych myśli zwróciłem się sforze.
Broniąc się, ranny i zmęczony, padłem.
l dzień lodowy patrzał na mnie zbladłem
Litości okiem, żem tak legł boleśnie.
Wtem, jak blask świtu, zabłysło mi wcześnie
Oswobodzenie. Przedemną promienny
Stał duch, podobien do mary mej sennej
Tak jak podobne jest lice miesiąca,
Zmienne, do twarzy wieczystego słońca;
Stał niby miesiąc dziewiczy i świeży,
Co na niebieskich wyspach berło dzierży,
Co swym uśmiechem wszędzie rozkosz budzi;
Stał, błędny ognik, który blaskiem łudzi
Cichym a zimnym; co, zmienny, zostaje
Wieczyście sobą, co ciepła nie daje,
A tylko świeci. Urocza i młoda,

By duch, co spłynął z niebieskiego groda,
Tak mnie osłania, jako księżyc jasny
Tę noc osłania od jej mroczy własnej.
Aż między niebem a ziemską mogiłą
W mej cichej duszy wszystko jasnem było.
I, jako obłok, którym wicher miota,
Wnet mnie uniosła tam, gdzie dzika grota;
Usiadła przy mnie z pochyloną twarzą,
A jej promienie wnet mój sen rozżarzą,
Jak księżyc, który to wzrasta to kona,
Na uśpionego patrząc Endymjona.
A gdy ma dusza i me kości spały,
Duch mój to jaśniał, to gasł znowu cały,
Jak księżyc, wpatrzon w letnie jeziór tonie,
Gdy toń się śmieje lub gdy marszczy skronie.
I tak na łożu tem zimnem — o dziwy! —
Ani umarły leżałem, ni żywy,
Gdyż głos jej srebrny przywołał ich dwoje —
I śmierć i życie, co stare swe boje
Snać zapomniawszy, jak dziatwa, zrodzona
Z jednego matki opuszczonej łona,
Bez oskrzydlonej sunęły odzieży,
Wołając: «precz z nim! nie do nas należy!»
Ach! jam łzy ronił i, choć sen to, ronię.

A jakie burze rozpieniły tonie
Snów mych i księżyc gasiły, co, blady,
W rannych już mrokach gubił swoje ślady;
Jak moja dusza zmieniła się w morze
Ciemne i po niej kto wichurą porze;
Kiedy zagasła ta, co gwiazdą lśniła
Mojemu życiu; jaka mroźna siła

Tak się skradała ponad temi wody,
Aż się w śmiertelne pościnały lody
Te rozpienione fale mojej duszy;
Wśród jakich wstrząśnień i jakich katuszy
Rozwarła ziemia swą paszczę bezdenną
Gdy księżyc twarzą uśmiechał się senną;
Słowa te milczą! Każde łez by rzeką
Było... Nademną niech ci łzy nie cieką!

W puszczy mi obraz objawił się przecie,
Szukany w hańbie i smutku po świecie;
Kiedy się zbliżył, na łany cierniowe
Spłynęła światłość, jak skry porankowe:
A jego widok wlał znów żywot jary
W tę mroczną ziemię i zmarłe konary;
Dołem i górą, gdzie ślad jego drogi,
Ściele i zwiesza się tłum kwiatów błogi,
Jako miłości myśli kiełkującej.
Z jego oddechu, ni promień gorący
Płynie melodya — wszystkie inne dźwięki
Przeniknął dźwięk ten uroczy i miękki,
Że wszystkie wichry zamilkły wokoło.
Z włosów, co wieńcem oplotły mu czoło,
Woń płynie świeża, topiąc mroźne lody
W zimnem powietrzu... Przedziwnej urody,
Jak obraz słońca wcielony, gdy złote
Zmienia się światło w miłosną tęsknotę,
Duch ten chwalebny, przypłynąwszy w grotę,
Gdziem leżał uśpion, wezwie mego ducha:
I sennych członków moich siła krucha
Powstanie z miejsca, wzniesie się nad ziemię,
Ruszona mocą, co pod nimi drzemie —

Tak ogień rusza blade dymu smugi...
Wraz w jego blaskach stanąłem, i długi
Zmrok nocy pierzchał przed tem światłem życia...
Czułem, że obraz to wyszedł z ukrycia,
Ach! do którego nie mogłem się dostać
Lata — że twoją, Emilio, ta postać.

Ponad tym światem miłości, tą jaźnią,
Tą ziemią, świateł dwóch, bliźnią przyjaźnią
Złączonych władza złocista migoce,
Rozwija kwiaty, rozbudza owoce,
W jej serce oszczep magnetyczny wciska;
Unosi wody i białe mgławiska;
Wicher do chmury, falę do kotliny
Prawem wieczystej zawodzi przyczyny,
Burze śród skalnej usypia mogiły,
Przedtem kolebki ich rozżartej siły;
Pułk deszczu, lśniący w barwnych piórach tęczy,
Przywabia w namiot, przewiewny, pajęczy —
Jak te dwie ślubne gwiazdy, które z wieży
Niebios swe blaski ślą, gdzie ziemia leży,
I, nad ruchomą połyskując kulą,
W blask i błękitny sen jej kształty tulą
I, swoje władze złączywszy promienne,
Wieczyście jedne, choć wiecznie odmienne,
Dążą, gdzie cel ich czeka wspólny, złoty,
Tak też władajcie kulą mej istoty,
O jasne gwiazdy, przez dnie i przez noce
Rozpościerając nad nią swoje moce...
Ty, co nie gardzisz siłą pożyczoną,
ty, co świateł, które w dali płoną,
Wzdyć nie zaciemniasz, wiedzcie mnie wśród cieni

Trzech pór, od wiosny do późnej jesieni,
W zimy grobową wiedzcie mnie głębinę
Aż się tam w kwiecie bogatsze rozwinę!
I ty, Kometo, co do swego środka
Przyciągasz serce mego świata [wiotka
Jest jego siła], aż to serce moje,
Zmienne przyciągań i odpychań boje
Prowadząc z tobą, pęknie zwyciężone,
Twe serce pchnąwszy gdzieś w zabłądzeń stronę —
Niech blask twój znowu na niebie zagości!
Wróciwszy, stań się znów gwiazdą miłości!
Z czaszy ognistych żarów żywe słońce
Karmić cię będzie; księżyc rogu końce
Utopi w twoim pogodnym uśmiechu;
Uczci cię wonią cichego oddechu,
Światłem i cieniem, wieczór i ta świtu
Chwila złocista; tak w świątyni bytu
Dwie siostry: Bojaźń i Nadzieja błoga
Czczą gwiazdę śmierci i narodzin; mnoga
I boska płynie im z serca objata;
Moja ofiara to ofiara świata!

Nie gardź tem kwieciem mych myśli, co ginie
Prędko. Wszak w serca serdecznej głębinie
Kwiat ten wyrasta i w owoc dojrzewa
W słońcu twych oczu, jak ów owoc z drzewa,
Które wyrosło pośród rajskiej niwy.

O, uchodź ze mną, nadszedł czas szczęśliwy!

Siostrą-westalką bądź temu, co we mnie
Śmiertelność w swoje otuliła ciemnie;

Z tem, co nie we mnie, lecz jest mną, rumieńcem
Płonąc wieczystym, ty się złącz pierścieńcem
Oblubienicy, która szczęściem darzy
I jest szczęśliwą... Oto już się żarzy
Gwiazda przeznaczeń, wznosząc się do góry
Nad pustą kaźnią. Wysokie jej mury,
Przeliczne straże i silne bronice;
Lecz miłość nie zna hamulców. Granice
Wszystkie przekracza, jak błyskawic wstęga,
Co niewidzialna w środek ziemi sięga;
Jak wiatr swobodny, którego nikt w kleszcze
Żadne nie ujmie; podobniejsza jeszcze
Do owej Śmierci, co, na skrzydłach myśli
Lecąca naprzód, drogę swoją kréśli
Poprzez kościoły, pałace, więzienia
I wojsk szeregi. Miłość od jej tchnienia
Nawet silniejsza; ciało jej rozprzęga;
Członki uwalnia miłości potęga
Z więzów i serce z boleści wyzwala,
Duszę z chaosu.

Cicha wiatru fala
Oblewa skały nadbrzeżne; w przystani
Stoi już okręt; śród morza, o pani!
Jest droga, barką nietknięta niczyją;
Wokół wysp nagich mewy gniazda wiją;
Tu zdrad zapomniał ocean zdradliwy;
Tłum marynarzy wolny i szczęśliwy;
Mów, siostro serca mojego, czy ze mną
Zechcesz popłynąć tą drogą zaziemną?
Oto łódź nasza, jak albatros, który
Gnieździ się w dali śród Wschodu purpury;

My pod jej skrzydła skryjem się rozwiane,
A ponad nami Burze rozpasane
I błoga Cisza, Dzień i Noc popłyną —
Tajemne sługi — niezmierną głębiną.
Tu, gdzie sklepienie nieb iońskich płonie,
Wyspa jak odłam Raju w falach tonie;
A że tu przystań nie była bezpieczna,
Z wyspy tej puszcza zostałaby wieczna,
Gdyby nie wyrósł tutaj lud pasterzy,
Niewinny, prosty, odważny i świeży,
Owiany jeszcze owem rajskiem tchnieniem,
Które spłynęło złocistym strumieniem
Z wieku złotego. Tu egejskie wody,
Rozbłękitnionej przepełne urody,
Zmiennymi przystań otaczają pasy
Piany i dźwięków, blasków zmiennej krasy,
I sypki piasek i jamy jaskinne
Pocałunkami zlewają. Tu zwinne
Wiatry, wiejące wzdłuż morskiego brzegu,
Falują głębie w swym falistym biegu;
Tu bóstwa lasów swoje kształty kryją;
Tutaj się rzeki i strumyki wiją
Rozbłękitnione, jako dyamenty,
Lub, jak poranek, chmurami nietknięty.
Ścieżki się gubią śród gestwinnej łozy, —
Sarny tu skaczą i zdziczałe kozy —
Pasterz, do roku ledwie raz zachodzi —;
Pełno tu polan, grot i hal, w powodzi
Bluszczu tonących, na które przejrzyste
Zlewają krople wodospady szkliste,
A z ich szelestem, gdy te krople sączą,
W południa pieśni słowików się łączą.

Urocza ustroń zapachami dysze,
A morze światła, które się kołysze
Ponad tą wyspą, nad zieleni tonią,
Drzew cytrynowych upaja się wonią
I, niewidzialne, niby mgła ta blada,
Lepki snu ciężar na powieki składa;
Fiołek, narcyz z pod mchów i z pod ziela
Strzałą zapachów do mózgu ci strzela,
Że aż umierasz z tej rozkosznej rany.
Tu każdy odruch, woń, blask, dźwięk rozgrany
Zdają się w jedno z tą nutą złączone,
Która jest duszą śród duszy: drżą one
Jak snów przedwiecznych echa oddalone.
Pomiędzy niebem, powietrzem i ziemią
I między morzem kształty wyspy drzemią;
Jak wschód, gdy świeżych powiewów go fala
Muska, tej wyspy blask się rozkrysztala.
Tu miejsce święte, tu przystań spokojna;
Trzęsienia ziemi, głód, dżuma i wojna
Mijają szczyty tych gór, mkną nad niemi,
Jak sępy ślepe drogi przeklętemi.
Skrzydlate burze, które w hymn straszliwy
Ponad innemi rozgrzmiewają niwy,
Topią tę wyspę w lazurów spokoju
Lub rozpłakują się w łzy tego zdroju,
Z którego napój czerpią łan i lasy
Dla swej zielonej, nieśmiertelnej krasy.
Z wód się podnoszą, opadają z góry
Jasnych wyziewów leciuteńkie chmury,
A każda chowa w sobie czar rozkoszy;
A gdy te mgławe osłonki rozproszy
Zefir, lub słońce, lub promień księżyca,

Wtedy ta wyspa, jak naga dziewica,
Płonąca ogniem wdzięku i miłości,
Drży, zawstydzona nadmiarem piękności.
Lecz jako światło w głębi kopalń, w łonie
Rozkosznej wyspy dusza żarem płonie,
Atom Wieczności, i swój uśmiech zlewa
Na szare skały, na zielone drzewa,
Na głębie fali, co się w czar rozwełnia,
I tak nim puste przestrzenie wypełnia.

Lecz, by cud świata, w tej pustynnej stronie.
Gmach jakiś w cichej samotności tonie.
Nikt z prostych wyspy mieszkańców nie pomny,
Kto go zbudował i kiedy. Ogromny,
Że szczytem sterczy ponad czołem lasów,
Nie był on twierdzą. Za prastarych czasów,
Gdy świat skrasiła pierwszych wiosen zorza,
Wzniósł jakiś mądry i czuły król morza
Ten gmach rozkoszy, dawnych wieków dziwo,
I nim swą siostrę uczynił szczęśliwą
I swą kochankę. Snać nie ludzka siła,
Lecz dłoń tytanów gmach ten postawiła;
Oto się zdaje, jakby z łona ziemi
Gmach ten wystrzelił kształtami swojemi;
Jak gdyby wyrósł ze skalnej opoki,
Tworząc rząd jaskiń świetlany, wysoki;
Albowiem sztuki prastarej roboty
Na proch skruszały; przelicznymi sploty
Bluszcz na ich miejscu wije się i wina
Dzikiego gałąź do góry się wspina.
Ciemnice hal tych opromienia rosa,
Lśniąca brylantem na bluszczach; niebiosa,

Gdy kwiaty zwiędną, przez ich tkankę żarzą
Gwiazd się iskrami lub księżyca twarzą;
Lub dzień tu ryje, wstając w zórz purpurze,
Kwiatów mozajkę w paryjskim marmurze.
Dzień i noc tutaj, gdy spojrzymy z wieży,
W uściskach z morzem ta ziemia snać leży.
I tak oboje snać marzą bez końca
O falach, kwiatach, złotych chmurkach słońca —
O tem, co drga tak w ich uśmiechu czystym,
A co my światem zwiemy rzeczywistym.

Moje ta wyspa i ten gmach, ty panią
Będziesz nad pustą, rozkoszną przystanią.
Tu ja dla ciebie komnaty roztworzę,
W złocistą wschodu zapatrzone zorzę,
Pieszczone wiatrem, co po mórz głębinie,
Sam jako fala, śród fal drży i płynie.
Nut ci dostarczę i ksiąg nagromadzę —
Wszystkich narzędzi, które duchom władzę
Dają podniosłym, ażeby zbudziły
Przyszłość z kolebki, a przeszłość z mogiły,
Aby na wieki to dziś do łańcucha
Szczęścia przykuły i do ogniw ducha,
Co mogą drzemać, lecz wieczyście żyją,
Albowiem w sobie swoją wieczność kryją.
Prosty nasz żywot wymaga niewiele,
I smak nasz zdrowy tu się nie podściele,
Pod stopy zbytku, co ten świat pustoszy,
Pragnąc go zdobić. Tu w cichej rozkoszy
Z swemi się dziećmi natura rozgości;
Tu się wśród bluszczów żali swej miłości
Grzywacz; tu sowa okrąża wieżyce,

Tonącą w cieniu wieczornym; źrenice,
Gwiazd nieskażonych tu błyszczą i płoną
Tańczącym w zmroku nietoperzy gronom;
Tutaj nam sama w promykach miesiąca
Igra przed bramą; tutaj noc milcząca
Miarą snów cichych mierzy wolne kroki.
Tu nasza przystań! A gdy lat potoki
Zwiędłych nas godzin, w późny czas przekwitu,
Zasypią liściem, bądźmy dniem, błękitu
Rozpinającym namioty na niebie,
Duszą w tym Raju, świadomymi siebie —
I nierozdzielni i jedni. Oboje
Tymczasem będziem kroczyli, gdzie zdroje
Błyszczą pod niebem iońskiem; tu sami
Brnąć będziem w trawie i piąć się po mchami
Porosłych górach, gdzie w tchnieniu przecichem
Strop wargi swoje łączy z ust kielichem
Ziemi-kochanki; potem u wybrzeży
Spoczniem krzemiennych, w których czerstwy, świeży
Całunek morza takie budzi życie,
Że drżą i skrzą się, jak gdyby w zachwycie.
Tu władać będziem, owładnięci razem
Bujnym przecichej rozkoszy obrazem,
Złączeni z sobą i oddani sobie,
Aż życie w miłość się zmieni. A w dobie
Południa w szarej skryjemy się grocie,
Która snać jeszcze w księżycowem złocie
Wczorajszej nocy się kąpie; do słońca
Tu nie dociera źrenica gorąca —
W grocie, co nocy nas zmrokiem otoczy:
Tu sen niech zmoże niewinne ci oczy,
Sen — świeża rosa miłości spragnionej;

Sen — deszcz, co kroplą gasi rozpalony
Żar pocałunków, aż znowu zapłoną.
Gwarzyć będziemy, pókąd naszym tonom
Taka melodya myśli nie wypłynie,
Że jej nie oddać słowami, — co ginie,
Zamiera w słowie, lecz znów życiem błyska
W takich spojrzeniach, których strzała wciska
W nieme się serce i w pieśń je nastraja —
W pieśń choć bez dźwięków... Niech nasz duch się spaja,
Niech się ze sobą nasza pieśń połączy;
Usta — wymowa, choć bez słów, z nich sączy —
Niech przyćmią duszę, co wśród nich się pali;
Ten oto strumień tajemniczej fali,
Co z ducha krynic najskrytszych wytryska —
Z najgłębszych głębin żywota — niech błyska
Przeczystej żądzy pozłotą, jak w zorzy
Górskie potoki... I w jedno się złoży
To nasze życie; pod dwóch ciał odzieniem —
Czemu dwóch? — jednym my duchem, pragnieniem
Będziemy jednem w dwóch sercach, co, zmienne,
Rosły i rosną, aż jako płomienne
Dwa meteory, tak długo krążące,
Aż się zjednoczą, — te dwa serca drżące
Zetkną się z sobą, złączą i przemienią.
I, wiecznie płonąc, nigdy się płomieniom
Strawić nie dadzą. I w duszy swej własnej
Znajdziemy pokarm, jak ten płomień jasny
Zbyt nieskalanych, nazbyt świętych zniczy,
By karm czerpały ze zwykłej zdobyczy —
Ogni, co w górę k’niebieskim krainom
Blaskiem strzelają, lecz nigdy nie giną.
W dwóch wolach jednem będziemy dążeniem,

I jedną wolą, otuloną cieniem
Dwóch dusz, i jednym będziemy żywotem
I jednem piekłem, jednem niebem złotem,
Unicestwieniem jednem o! i jedną
Nieśmiertelnością!

Jak ma dusza biedną!
Słowa, na których uleciećby chciała,
Gdzie swój przybytek Miłość zbudowała,
Są dla jej lotów ciężarem łańcucha —
Dyszę, upadam, drżę, oddaję ducha!...

Klęknijcie, wiersze, u stóp swej królowej,
Mówiąc: «My władcy twojego heloty:
Czego chcesz od nas i tego, co twoje?»
Zwołajcie siostry swe z zapomnień groty
I razem z niemi zanućcie: «Miodowy
Jest ból miłości, choć za ciężkie znoje
Za grobem czeka nas przybytek złoty»...
Tam żyć będziecie ze mną... W tej godzinie
Spieszcie wskroś ludzkich serc i cnemi słowy
Każcie Primowi, Vannie i Marinie,
By się kochali i świat, który ginie
W szydzie i kłamstwie, porzuciwszy, w gości
Przybyli do mnie — bom ja gość Miłości.


Poeci angielscy - Grafika na koniec utworu.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Percy Bysshe Shelley i tłumacza: Jan Kasprowicz.