Emisarjusz/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Emisarjusz
Wydawca Biblioteka Domu Polskiego
Data wydania 1925
Druk Drukarnia P. K. O.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Sekretarz zatopiony w księdze, z brwiami zmarszczonemi powoli podniósł głowę... Podróżny z podwiązaną twarzą skłonił mu się lekko i począł bełkotać po niemiecku. Icek patrzał to na niego, to na sekretarza, który zdawał się sprawdzać rysopis.
Twarzy podróżnego dobrze rozeznać nie było można, dwoje tylko oczów czarnych, młodych, ognistem wejrzeniem tryskało z pod czoła. Ubrany był porządnie... i miał coś w sobie, co sekretarza onieśmielało.
Ale nie darmo on był urzędnikiem policyjnym, mimo, że rysopis się zgadzał z paszportem, potrzeba się było podrożyć i spróbować przynajmniej coś wytargować z nieznajomego.
Podróżny zdawał się na to wszystko spoglądać bardzo obojętnie. Icek podszepnął po niemiecku: — Jemu trzeba jeszcze co dać, a nie to będzie nudził.
Nieznajomy głową kiwnął.
Sekretarz tymczasem wszedł z paszportem do pokoju, w którym ratując się przeciw spleenowi i nudom, sprawnik z policmajstrem grali w ekarte.
Spostrzegłszy sekretarza Paramin, który nie cierpiał, aby mu przerywano, podniósł głowę markotny i gniewny.
— Czego ty chcesz! Jak ty śmiesz...
Sekretarz za całą odpowiedź podsunął paszport.
— No, to podpisz go i idź do sto tysięcy djabłów..
— Podpisz, nu tak — rzekł sekretarz — ale to zagraniczny cudzoziemiec.
— Co? kto? kto taki?
— Zegarmistrz...
— Pal go licho razem z tobą!
— A jeśli podejrzana jaka osoba?
— To twoja rzecz... wypytaj go...
— Mówi tylko po niemiecku,
— Puszczaj go... jak Niemiec, nie może być podejrzany... Czyj poddany?
— Pruski poddany.
— A jak ty śmiesz głupi wstrzymywać pruskiego poddanego? hę? Ty wiesz... o głowo, ty głowo... z uszami długiemi... że król pruski krewny Najjaśniejszego Pana, że my z Prusakami w przyjaźni...
— Ale ja polityką się nie zajmuję...
— To idźże precz... i ruszaj pókiś cały.
Sekretarz pokiwawszy głową wyszedł bardzo powolnie.
— Czortże jego wie — rzekł w duchu — pruski poddany... zapewne że to coś znaczy... a jakby mieli Prusacy się gniewać?...
Zdecydowany podpisać paszport szedł, ale chętka wyzyskania zręczności nadawała mu minę zasępioną i groźną. Z tą miną ukazał się we drzwiach i kroczył ku stolikowi, na którym leżący rubel oczy jego uderzył. Argument ten poskutkował i sekretarz zajął się położeniem wizy, pieczęci policyjnej i własnego podpisu.
Mrok padał i podróżny już miał wychodzić, gdy w przyległym pokoju dały się słyszeć głosy. Pułkownik Paramin żegnał się ze sprawnikiem, i wysoka postać naczelnika powiatu nagle ukazała się w drugich drzwiach.
Sprawnik szybko przechodził kancelarję, ale miał czas rzucić okiem na stojącego w płaszczu pruskiego poddanego, oczy ich się spotkały. Podróżny nie zmieszał się wcale, tylko sprawnik na chwilę przystanął, zdawało się, że przestraszony chce wrócić, trwało to mgnienie oka tylko, rzucił okiem jeszcze raz na stojącego w progu i wyszedł. W sieni jeszcze się jakby rozmyślając zatrzymał, puścił dym z cygara i machnąwszy ręką zawołał na śpiącego woźnicę:
— Podawaj!
Wańka przebudzony zaciął konia, na co mu ten równie zdumiony odpowiedział wierzgnięciem i błotem, ale dorożka zajechała... a sprawnik rzucił się w nią i ruszył z kopyta.
W chwilę potem podróżny z Ickiem wydobył się z kancelarji policmajstra i znikł w pomroce ulicznej, brnąc przez grząskie ulice.
Była to godzina dziewiąta, noc czarna z deszczem i mgłą pokrywała już na pół uśpione miasteczko, gdy wysłany na pocztę inwalida, — opóźniwszy się mocno z worem skórzanym pełnym papierów wcisnął się do kancelarji.
Sekretarz właśnie na tę nieszczęśliwą pocztę do tak późna oczekiwał zniecierpliwiony. Samowar nastawiony oddawna, czuła żona oczekująca nań w towarzystwie podporucznika Miłuszyna, ciepła izdebka i wypoczynek — uśmiechały mu się napróżno.
Zobaczywszy więc na progu inwalidę, sekretarz zrzucił pychę z serca i pobiegł mu pomagać do rozpakowania poczty.
— Czegoś ty się spóźnił? niegodziwy?
— Ja się spóźnił, Wasze Błahorodje! Ja? ja się nie spóźniłem, ale poczta, bo około Jarmuszowa zagrzęzła, przywieźli tylko rządowe papiery na koniach, a reszta w błocie...
— Dawaj!
W mgnieniu oka doświadczony czynownik rozebrał paczki, porozrywał koperty, rozrzucił i poklasyfikował papiery.
Aż trzy pisma, do których lakiem poprzylepiane były piórka, oznaczające pośpiech, z jakiem lecieć były powinny, a na których kopertach stało: Bardzo ważne (Wieśma nużnoje) i — sekretne, uderzyły oczy przerażonego sekretarza. Nadzwyczaj rzadko coś podobnego trafiło się odbierać miejskiej policji, aż tu trzy naraz pisma sekretne. Nie wiedzieć dlaczego ręce zadrżały sekretarzowi.
— Stój przy progu i pilnuj, ja muszę do policmajstra — zawołał, pochwycił trzy sekretne i z miną ważną wszedł do pokoju, w którym pułkownik z wyciągnionemi nogami, w szlafroku, z cygarem zabawiał się trafnemi żarcikami z guwernantką swoich dzieci.
Jeśli nie miłem mu było wdarcie się w jego kółko prywatne, gdy grał ze sprawnikiem, stokroć bardziej oburzającym wydał mu się sekretarz, napastujący go o godzinie dziewiątej, odpoczywającego po trudach.
Zmarszczył się jowiszowym gniewem... ale nieustraszony sekretarz podał mu trzy pisma sekretne i świecę.
Pułkownik nic nie mówiąc rozerwał pierwszą kopertę... popatrzył chwilę i pokiwawszy głową odłożył ją na sofę... nastąpiła druga... brwi się namarszczyły, ręka zadrżała; ruszył gwałtownie ramionami i odłożył ją widocznie zaniepokojony. Ale trzeci papier, trzeci, który mu pozostał na zakąskę... tak go przeraził, iż porwał się nagle z kanapy, obłąkanym okiem powiódł po pokoju, chwycił się za głowę i jak szalony wyleciał do kancelarji.
Sekretarz ledwie mógł za nim podążyć, blady jak chusta i drżący.
Policmajster wyrwany z łona rodziny, piorunem wpadł do kancelarji, widocznie sam nie wiedząc co począć, zatrzasnął drzwiami za sobą, pochwycił się za głowę.
— Słuchaj... na odwach natychmiast sześciu ludzi... z bronią... rozumiesz... — rzekł do inwalidy. — Powiedz kapitanowi, że jeśli w pięć minut nie będą tu... czynię go za następstwa odpowiedzialnym, rozumiesz... sześciu ludzi, z bronią.
— Słyszę — rzekł równie przerażony inwalida zabierając się do wyjścia.
— Adamie Prokopowicz — zawołał rzucając papierami o stół policmajster — nieszczęście! zguba... Bież do Hryszy, niech mi tu poda mundur, szpadę... każ konie zaprzęgać... Mówię ci... ty, ja... wszyscy pod sąd! Nieszczęśliwa godzina... Przynieś mi butelkę z wódką. Powiedz matronie Iwanównie, niech mi się żadna baba na oczy nie pokazuje...
Sekretarz stał, słuchał i na wiarę starszego ręce łamał nad nieszczęściem, którego głębiny sam jeszcze zmierzyć nie mógł.
— Ale ja głowę tracę... — krzyknął pułkownik. — Adam Prokopowicz... tak... nie... ja idę się ubierać... ty przeczytaj pismo sekretnie... mów, pomagaj... co robić, a nie to i ciebie i żonę i wszystkich djabli pobiorą...
Paramin wyszedł, a sekretarz rzucił się chciwie na sekretne i bardzo ważne papiery.
Pierwszy z nich oznajmywał pułkownikowi, aby z powodu rozgałęzionego w guberniach zachodnich spisku, dawać jak największą baczność na przejeżdżających podróżnych, ich paszporta i listy pocztowe.
Już nad tem pierwszem Adam Prokopowicz począł głową trząść, nie umiejąc pojąć i przypuścić, jak na świecie znajdować się mogli ludzie tak zuchwali, tak niegodziwi, którzy spiski knuć śmieli przeciwko rządowi.
Drugie pismo było jeszcze gorsze... Wskazywano w niem policmajstrowi, iż przez powiat i miasteczko wiodła droga, którą wedle wszelkiego prawdopodobieństwa uciekający z Kijowa zbrodniarze przesuwać się mieli... rozkazano postawić straże na rogatkach, nikogo nie puszczać bez papierów, a szczególniej dawać baczność na ludzi podszywających się pod nazwisko i paszporty cudzoziemskie.
Zimny pot wystąpił na czoło sekretarza...
— Dla tych ludzi niema nic świętego! — zawołał — paszport! niegodziwi!
Trzecia odezwa, na której wierzchu stała przestroga: bardzo sekretne, zawierała rysopis głównego sprawcy, słowo w słowo zgadzający się z rysopisem przed chwilą wypuszczonego zegarmistrza... Dodawano, iż mógł on mieć paszport niemiecki, a nawet pruski...
Sekretarz ręce załamał.
— No tak! — krzyknął — to był on! to był on, ja miałem dobry nos... a pułkownik politykował. Co nam do polityki. Jego trzeba było zaraz w kajdanki... i na odwach... do turmy... to był on... a teraz... szukaj wiatru w polu... Dowiedzą się, że myśmy go przepuścili, że ja mu paszport wizował, złapią go i mój podpis znajdą... tak ja przepadł... przepadł! przepadł!
Sekretarz zrozpaczony zakrył sobie oczy, instynktowo pobiegł do kąta za stołem, dobył butelkę, odkorkował i napił się rumu, który w takich zrozpaczonych wypadkach jeden tylko utraconą przytomność przywrócić może.
— Boże, miej miłosierdzie nademną! — zawołał, obracając się do kąta, w którym przed obrazem Zbawiciela słabo świecąca gorzała lampeczka.
Rum i modlitwa dodały mu otuchy.
— Ależ nie może być, żeby on w taką noc czarną dokąd wyjechał? Z bólem zębów! Ba! Jego tak zęby bolą, jak mnie... to udane... Nie! my jego złapać musimy... Pan Bóg łaskaw! Bylem go ja złapał... paszportu i wizy śladu nie zostanie.
Miał znowu otuchy szukać w butelce, gdy pułkownik, który się był ubrał na prędce i pokrzepił koniakiem, wpadł przypasując szpadę.
— Żołnierzy niema... minut dziesięć... a żołnierzy niema.
— My jego złapiemy tego niegodziwca... on musi być w mieście — noc czarna, jak piekło i deszcz... on nie pojechał!
— Głupi, taż to właśnie noc do ucieczki...
Sekretarz chwycił się za włosy...
Zastukało w sieniach. W progu ukazał się podporucznik Samojleńko, a za nim karabiny żołnierzy.
— Co tobie pułkowniku — zawołał śmiejąc się w progu młody wojskowy — czego ty nas po deszczu i błocie niepokoisz... nie pora to tobie spać!
Ale spojrzawszy na twarz bladą i usta drżące Paramina, Samojleńko zamilkł i domyślił się, że sprawa była ważna.
— Konia z siodłem... podawaj konia! — krzyczał pułkownik...
— Co się stało? Co to jest?
— Nic — sprawa rządowa... aresztant bardzo ważny... dzieło polityczne... żołnierze pójdą za mną, obstawią dom, który pokażę, i nie wypuszczą z niego nikogo... a jeśliby się chciał wymykać... chwytać... bodaj zabić!
Koń stał przed gankiem równie zdziwiony jak dieńszczyk, co go wyprowadził — oba ziewali.
Sekretarz zakasawszy spodnie, miał z zakrytą latareńką prowadzić żołnierzy... Wszystko co było na policji miejskiej ruszyło na wielką wyprawę. Deszcz lał nielitościwy.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.