Dziedzictwo (Dmowski, 1942)/XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wybranowski
Tytuł Dziedzictwo
Podtytuł powieść
Data wydania 1942
Wydawnictwo F. Mildner & Sons
Drukarz F. Mildner & Sons
Miejsce wyd. Londyn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
XIX.

— Teraz już nic nie rozumiem — mówił profesor Piętka. — Kozieniecki przyszedł do mnie dziś popołudniu specjalnie poto, ażeby mi powiedzieć, iż cała historja o panu i pani Brzozowskiej jest zmyślona. Prosił mię na wszystko, żeby tego kłamstwa nikomu nie powtarzać. Co to może znaczyć? Czyżby się grabarze pogodzili z panem?...
Twardowski się roześmiał.
— Nie, panie, oni się ze mną nie pogodzili; tylko Kozieniecki się przestał z nimi godzić. Składa dowód, że jest naprawdę człowiekiem honorowym.
Piętka widocznie jeszcze nie rozumiał. Słuchał zdziwiony i czekał wyjaśnienia.
— Kozieniecki — mówił dalej Twardowski — grabarzem nie jest. On tylko się zaprzyjaźnił. Dowiedziawszy się zaś o ich becezeństwach, postanowił tę przyjaźń zerwać. Oburzyło go, że przez nich stał się mimowolnym oszczercą, i jako człowiek honorowy postanowił odwołać oszczerstwo u wszystkich, którym je powtarzał.
Piętka był pod silnem wrażeniem tego, co usłyszał.
— To rzeczywiście bardzo uczciwie z jego strony. I to byłoby dowodem, że nie należy do grabarzy. A myśmy byli pewni tego...
— Dobrze panowie, zrobią, jeżeli go będą traktowali życzliwie. To nie jest bohater, ale to człowiek uczciwy. Nie można oczekiwać od niego wielkich poświęceń, ale przy jego zdolnościach może być z niego duży pożytek.
— Pan się zna na ludziach.
— Chciałbym się znać lepiej. To przecie mój zawód.
Drzwi gabinetu uchyliły się, i ukazał się Michał.
— Chodźmy co zjeść — rzekł Twardowski — a potem pogadamy. Chcę dziś pomówić z panem o ważnych rzeczach.
Przy stole Piętka mu opowiadał o stosunkach uniwersyteckich. Charakteryzował profesorów, zatrzymywał się dłużej nad tymi, których nazywał “naszymi,” i bardzo przyjaźnie o młodzieży:
— Z tych grabarze nie będą mieli pociechy. Ogromna większość młodzieży idzie z nami. Porządne chłopaki! Niestety, mało się garną do pracy naukowej Zdaje się, panie, że idziemy do ogromnego obniżenia umysłowości.
— To się widzi nietylko w Polsce i w tem tkwi ogromne niebezpieczeństwo dla przyszłości. Wszędzie się odbywa fabrykowanie ludzi sprytnych a powierzchownych, którzy wobec trudniejszych położeń są bezradni.
— Boję się — rzekł profesor — że nasza Polska z takimi ludźmi daleko nie ujedzie. Ale co na to poradzić? .. .. ..
— Trzeba walczyć, walczyć z ciemnotą, pewną siebie, blagującą, zamazującą, trudności, wystawiającą okazałe fronty, poza któremi się kryje słabość i nędza. Trzeba wśród piasku szukać ziarnek szlachetnego kruszcu: lepszemu materjałowi na ludzi nie trzeba dać utonąć w zalewającej go miernocie.
Rozgadali się na ten temat. Twardowskiemu profesor coraz bardziej się podobał.
Gdy wrócili do gabinetu, odrazu przystąpili do rzeczy:
— Postanowiłem, a właściwie muszę, choćbym nie chciał, poprowadzić walkę z działalnością związku grabarzy. Taka walka niemożliwa jest w pojedynkę. Organizacji trzeba przeciwstawić organizację.
— My mamy organizację — rzekł Piętka. — Mówię to panu, bo mam do pana zaufanie i spodziewam się, że pan będzie jednym z naszych.
Twardowski oczekiwał podobnej odpowiedzi. Niemniej ucieszył się, gdy ją usłyszał.
— Dobrze — odrzekł — pójdę z wami z całą gotowością. Ale uprzedzam, że będziecie mieli ze mną kłopot.
— Dlaczego?
— Dam z siebie dużo, ale będę dużo od was wymagał. Nie rozumiem walki nierozegranej, walki, która jest niekończącą się nigdy kłótnią. Jeżeli się walczy, trzeba iść do zwycięstwa. Nie wolno szczędzić wysiłków i ofiar, ażeby walkę ostatecznie rozegrać. Kłótnie rozkładają tylko siły narodu, rozegrane walki, choćby najokrutniejsze, robią go potężnym.
Piętka otworzył szeroko usta.
— Jak pan myśli szybko powalić takiego silnego przeciwnika? — zapytał.
— Przez to, że będziemy od niego silniejsi. Sam pan mówił, że nie jesteście słabi, a młode pokolenie idzie z wami. To najważniejsze.
— Tak, ale do ostatecznej walki potrzebni są nietylko ludzie. Nam brak środków materjalnych. Pan nie zna Polski, nie wie pan, jak tu trudno grosz na najważniejsze cele wydobyć...
Po chwili dodał z goryczą: — Pod tym względem Polacy są wprost wstrętni.
— Nie wierzę — rzekł z mocą Twardowski. — Nie wierzę, żeby silna organizacja nie umiała zdobyć sobie środków. Jeżeli jest ich pozbawiona, to jej wina. Zresztą na początek ja środków dostarczę.
— Skąd? — spytał Piętka, widocznie zaniepokojony.
— Niech się pan nie boi: źródło czyste. Będzie niem moja własna kieszeń.
— Pańska kieszeń? Przecie pan nie jest człowiekiem bogatym?...
— Słyszał pan to z moich ust, kiedym rozmawiał z Topolińskim u Osieckiego. Później grabarze panu powiedzieli, że jestem bankrutem. Z przyjemnością panu komunikuję, że jestem naprawdę bogaty, że mój zmarły stryj nie stracił ani grosza ze swego majątku i wszystko mi zostawił Tylko staram się, żeby oni o tem nie wiedzieli. Dlatego okłamałem Topolińskiego, widzę, że skutecznie.
— Zdębiałem — rzekł otwarcie Piętka, na którym słowa Twardowskiego wywarły potężne wrażenie. — Dostać takiego człowieka, jak pan, i to jeszcze bogatego, i nietylko bogatego, ale chcącego dać pieniądze...
— Nie byłem — rzekł — przygotowany na taki wynik naszej rozmowy. Sam nie dogadam się z panem. Nie czuję się do tego na siłach i nie mam prawa więcej mówić. Poznam pana z ludźmi ważniejszymi ode mnie.
— Dobrze. Chcę się dowiedzieć, co i jak robicie. Obawiam się, że wiele ustępujecie swoim przeciwnikom nietylko w środkach, ale i w sposobach walki.
— My nie możemy się posługiwać takiemi łajdackiemi metodami, jak tamci.
— Słusznie. Ale tem więcej trzeba energji i przejęcia się sprawą. Są wszakże metody, które można od nich przejąć. Dam panu przykład. Dziś otrzymałem list z Paryża od jednego z moich przyjaciół, który mi donosi, że tam w kołach moich znajomych naraz zainteresowano się niezwykle moją osobą. Pewni ludzie prowadzą formalne śledztwo, wypytują o moją przeszłość, o moje zwyczaje i nałogi, o stosunki i t. d. Wie pan, co to znaczy? To, że tutejsi grabarze, rozpocząwszy walkę ze mną i wiedząc, że dotychczas przebywałem głównie w Paryżu, tam szukają materjału do niej. Może uda się wykryć jaki skandal, może nawet jakie przestępstwo, słowem, jakiś środek szantażu, przy którego pomocy możnaby było mnie ubezwładnić. Szantaż — to jedna z najnikczemniejszych broni. Ale wiedzieć o przeciwniku i jego sprawkach, zwłaszcza, gdy jest on nikczemnikiem, a uchodzi za uosobienie cnoty, to rzecz niezbędna. Wy zaś bodaj nie wiecie nawet, z kim walczycie. Pan, naprzykład, nie domyśla się, kto kieruje waszymi uniwersyteckimi grabarzami?...
— Myślę, że Topoliński.
— To tylko pachołek. Czy słyszał pan o mecenasie Henryku Culmerze?
— Mecenasie Culmerze?... Tyle wiem, że to jakaś bardzo poważna osobistość. Ma podobno jakieś wielkie zasługi, o których zresztą nic nie wiem.
— Ot, widzi pan. Jest to jeden z największych łotrów, a przytem głowa grabarzy, z którymi ma pan do czynienia w życiu uniwersyteckiem.
— Co pan mówi! — zawołał z niedowierzaniem Piętka.
— O prawdzie słów moich przekona się pan niebawem. Jakże można skutecznie walczyć, orjentując się tak słabo?
— Ale skąd pan to wie?...
— Niech panu narazie wystarczy, że wiem. Niedość uderzać w pachołków. Dlatego chciałbym, żebyście mi pomogli dobrać się do Culmera. Tymczasem niech pan o nim nie mówi z nikim.
— Dlaczego? Trzeba łotra zdemaskować!
— Trzeba, ale ze skutkiem. Co przyjdzie z pańskiego demaskowania, gdy nikt panu nie uwierzy? Im większy łotr, tem umiejętniej trzeba z nim walczyć. Przy pomocy nieprawdopodobnej wprost obłudy wyrobił on sobie pozycję zacnego człowieka. Trzeba mądrej i wytrwałej pracy, żeby tę pozycję zniszczyć.
Piętka z podziwem przyglądał się Twardowskiemu.
— Wie pan — rzekł — u nas takich, jak pan, ludzi niema. U nas nie robi się planów na długi dystans, ale działa się na gorąco.
— Żartuje pan — rzekł Twardowski. — Gdyby było prawdą to, co pan mówi, zawsze musielibyśmy być bici.
— Może trochę przesadziłem, ale nie jestem daleki od prawdy. Zdaje się, że nasi ludzie czegoś się od pana nauczą.
Po wyjściu profesora Twardowski myślał długo.
Niezawodnie przez Piętkę zetknie się z ludźmi, których szukał. Piętka wszakże nie był zbytnim optymistą. Czy w tych ludziach znajdzie wiele, oprócz dobrych chęci? Do czego są zdatni?... Jeśli grzeszą tylko nieumiejętnością, czy będą umieli wiele się nauczyć?...
Jednakże sam Piętka, choć jak mówi, nie odgrywa wśród nich pierwszej roli, przedstawia się dobrze. Sądząc po nim, to są ludzie mocnych zasad i zdolni. W stosunku do sprawy, której służą, mają coś, czego nie spotykał na Zachodzie. Jakiś stosunek nieosobisty, chwytający za serce. Od nich można dużo oczekiwać...
— A jeżeli tak — rzekł do siebie — to się zabawimy, panie Culmer.
Nazajutrz rano Twardowski stawił się o wyznaczonej mu godzinie w gabinecie mecenasa. Zastał go, siedzącego przy biurku, poważnego i godnego, z miną wyczekującą. W milczeniu wskazał gościowi miejsce naprzeciw siebie. Twardowski usiadł i nie śpieszył się z zaczęciem rozmowy. Spokojnie mierzył mecenasa wzrokiem.
— Coż pana do mnie sprowadza, panie Twardowski? — ten zapytał, cedząc wyraz po wyrazie.
— Zaraz panu to powiem, panie Kulmer.
Mecenas udał, że nie słyszał zmienionej wymowy jego nazwiska, tylko z twarzy jego znikł olimpijski spokój.
— Od niedawnego czasu — rzekł Twardowski — rozchodzą się po Warszawie potworne o mnie wieści. Nie będę panu powtarzał, co mówią: pan to wie najlepiej, gdyż zawsze jest pan dobrze poinformowany. Jak pan myśli, czy to długo będzie trwało?
— Co?
— Ta kampanja oszczercza.
— Coż mnie to obchodzi?
— Jak widzę, ma pan zwyczaj odpowiadać na pytania pytaniami. To zwyczaj żydowski.
— Niech pan powie odrazu, z czem pan przyszedł. Nie mam czasu na słuchanie dowcipów.
— To się nie da tak w paru słowach powiedzieć. Zacznę do mego zmarłego stryja, którego życie jest mi dobrze znane — bardzo dobrze, panie mecenasie. Otóż ten, jak pan mówił, pański przyjaciel “drogi Alfred,” był zajadle prześladowany, a główną bronią, przeciw niemu używaną, był cały system nikczemnych oszczerstw. Pan, jego taki bliski przyjaciel, ma się rozumieć wie, co było tego przyczyną?
Culmer widział, że komedja, którą grał na początku, była chybiona, że młody Twardowski więcej wiedział, niż okazywał. Z musu stał się bardziej otwartym.
— Pański strj ukradł rzecz, która mu była powierzona, i zdradził ludzi, którzy mu zaufali.
— Panie Kulmer, niech wyrazy, których pan użył, mówiąc o moim zacnym stryju więcej z ust pańskich nie wyjdą. Jeżelim za nie pana w tej chwili nie ukarał, jak należy, to tylko dlatego, że nie chcę jeszcze kończyć naszej rozmowy. Zresztą, mam gorsze względem pana zamiary.
Culmer zbladł. Nie odpowiedział ani słowa.
— Ja wiem — ciągnął Twardowski — co stryj wam zabrał. Ten dokument narówni z innemi jest w mojem posiadaniu.
Tu mówił nieprawdę: miał tylko słabą nadzieję, że dokument odnajdzie wśród papierów stryja.
— Spodziewał się pan zdobyć go przy porządkowaniu papierów w Turowie. Dlatego się pan tak po przyjacielsku ofiarował do tej nudnej pracy. Niestety, wizyta, po której pana wyrzucono za kołnierz z turowskiego domu, była ostatnią.
Bolesne wspomnienie nie pomogło Culmerowi do zachowania spokoju.
— Pocoś pan przyszedł?
— Poto, by panu powiedzieć, iż walkę, którą mi wypowiedzieliście, przymuję. Postanowiliście zniszczyć mię oszczerstwami za to, żem do was nie przystał, tak jak zniszczyliście mego stryja za to, że was opuścił. Ja was będę niszczył, odsłaniając waszą nikczemność.
— Pan nas będzie niszczył... — cedził Culmer szyderczo. — Kto pan jesteś? Co pan znaczysz?... Pojedyńczy człowiek, bez stosunków, bez pozycji, bez majątku... Przeciw komu śmiesz pan rękę podnosić?...
— Niech pan nie myśli, panie Kulmer, że się porywam na wroga, którego nie znam. Ja cośkolwiek o was wiem. Przedewszystkiem znam waszą wiedzę tajemną studjowałem ją przez lat dziesięć. Tak, to były moje studja. Cóż to za wiedza?... Po ludach starożytnych, które poznawały zjawiska drogą empirki, bez rozumienia ich przyczyn, pozostało trochę ochłapów ich wiedzy, przechowywanych w tajnych organizacjach, złożonych z ciemnych połbarbarzyńców. Wyście te ochłapy odziedziczyli i niezdarnie ich używacie do imponowania ciemnym, choć pozornie wykształconym swym adeptom, do sugestjonowania ich, hipnotyzowania w waszych inicjałach, do robienia z nich swoich biernych narzędzi, nietylko w czynach, ale i w myślach, do przerabiania ludzi na bydlęta. Ale to się wkrótce skończy. Niezadługo z popularnych książek ludzie będą dowiadywali się więcej, niż wyście kiedykolwiek wiedzieli...
Culmer słuchał, coraz szerzej otwierając oczy.
— Macie ludzi wielkich? — mówił dalej Twardowski. — Nie, wy staracie się niszczyć, łamać tych, co przerastają was głowami, a na ich miejsce podstawiacie miernoty, które wydymacie drogą bezwstydnej reklamy. Od tych wydętych miernot świat dzisiaj się roi. Za waszą protekcję służą, wam tak, jak im ich mizerne zdolności pozwalają, z zaparciem się swojego sumienia, honoru i godności ludzkiej. Ale miewacie wśród siebie wielkich łotrów, którzy używają tej potęgi, jaką jest tajna organizacja, do swoich osobistych, nikczemnych celów. Są tam jeszcze więksi od pana.
Culmer się zerwał.
Twardowski spokojnie powstał z miejsca.
— Jak pan widzi, znam was nieźle. Wiem dużo, bardzo dużo faktów, nad któremi się tu nie rozwodzę. Zużytkuję je w walce z wami. Dowidzenia. Jeszcze się pewnie zobaczymy.
— Wątpię — odrzekł nieuprzejmy gospodarz.
— Jeszcze słowo — rzekł Twardowski. — Niepotrzebnie tracicie czas, prowadząc dochodzenie o mnie w Paryżu. Nic nie znajdziecie, żadnego skandalu, żadnego, najdrobniejszego nawet występku. Jestem człowiekiem, który nic ze swej przeszłości nie ma do ukrycia. I to moja wielka siła, którą pan odczuje, panie Kulmer.
Wracał do domu piechotą. Przed domem stała jego limuzyna, z przy niej na chodniku stał Marek. Ujrzawszy zbliżającego się pana, szofer się wyprostował.
— Grzegorz jest w mieszkaniu — zaraportował. — Ksiądz proboszcz przysłał do nas wczoraj wieczór i kazał wcześnie rano jechać do Warszawy.
Twardowski przypomniał sobie, że proboszcz przy pożegnaniu obiecał mu przysłać Grzegorza i samochód.
Dom posiadał garaż, należący do jego właściciela, a w mieszkaniu był pokój na pomieszczenie Grzegorza i szofera.
— Aż za dobrze będę strzeżony — rzekł do siebie Twardowski.
W przed pokoju rzucił mu się na piersi Piorun.
— A ty co ty robisz? — zawołał Twardowski. — Pocoście biednego psa przywieźli do miasta? — zwrócił się do Grzegorza, który go witał głębokim ukłonem.
— On się tu może bardzo przydać, proszę, pana. Niewiadomo, co się zdarzy. A coby robił na wsi, gdy ani pana, ani mnie niema.
Piorun rzucił porozumiewawcze spojrzenie Grzegorzowi, zauważywszy, że o nim mówi, ale stał ciągle, oparty o piersi pana i wyciągał mordę ku jego twarzy, usiłując zbyt poufale z nim się przywitać. Dopiero, gdy pan zburczał go dobrodusznie za włóczenie się daleko od domu, zaczął słuchać ze skupieniem, ale widać było, że nie bierze nagany na serjo. Manifestował ogonem, że spotkanie z panem wynagrodziło mu nudną podróż automobilem. Mrukiem zadowolenia odpowiedział, gdy Twardowski swoim zwyczajem gniótł mu kark mocno; potem stanął na cztery łapy i starał się ani na chwilę pana nie odstępować.
Wchodząc do gabinetu, Twardowski zawołał za sobą Grzegorza.
— Zdaje się — rzekł — że tęsknisz za swoim Kolmarem. On się właściwie nazywa Kulmer. Masz tu jego imię, nazwisko i adres. Powłócz się trochę w tamtej okolicy, to go zobaczysz. Tylko pamiętaj, że ma teraz dłuższą brodę i że od owego czasu osiwiał. Jest całkiem biały.
— Już ja go poznam, choćby po oczach.
— Tylko, żeby on ciebie nie widział.
— Może pan być spokojny.
Zapytał siłacza, czy nie mógłby mu znaleźć paru ludzi, którzyby chodzili za Culmerem i wywiedzieli się, co on robi w dzień i wieczorem, u kogo bywa, kto są jego przyjaciele i t. d. Musieliby to być ludzie sprytni; dostaliby przyzwoite wynagrodzenie.
Grzegorz go zapewnił, że ludzi nie brak, tylko trzeba ich znaleźć. Miał nadzieję, że znajdzie ich rychło przez starych znajomych warszawskich, których odszuka.
Twardowski zaczął przygotowywać się do rozpoczęcia ataku. Starał się już ani chwili nie tracić.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Dmowski.