Strona:K. Wybranowski - Dziedzictwo.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ale skąd pan to wie?...
— Niech panu narazie wystarczy, że wiem. Niedość uderzać w pachołków. Dlatego chciałbym, żebyście mi pomogli dobrać się do Culmera. Tymczasem niech pan o nim nie mówi z nikim.
— Dlaczego? Trzeba łotra zdemaskować!
— Trzeba, ale ze skutkiem. Co przyjdzie z pańskiego demaskowania, gdy nikt panu nie uwierzy? Im większy łotr, tem umiejętniej trzeba z nim walczyć. Przy pomocy nieprawdopodobnej wprost obłudy wyrobił on sobie pozycję zacnego człowieka. Trzeba mądrej i wytrwałej pracy, żeby tę pozycję zniszczyć.
Piętka z podziwem przyglądał się Twardowskiemu.
— Wie pan — rzekł — u nas takich, jak pan, ludzi niema. U nas nie robi się planów na długi dystans, ale działa się na gorąco.
— Żartuje pan — rzekł Twardowski. — Gdyby było prawdą to, co pan mówi, zawsze musielibyśmy być bici.
— Może trochę przesadziłem, ale nie jestem daleki od prawdy. Zdaje się, że nasi ludzie czegoś się od pana nauczą.
Po wyjściu profesora Twardowski myślał długo.
Niezawodnie przez Piętkę zetknie się z ludźmi, których szukał. Piętka wszakże nie był zbytnim optymistą. Czy w tych ludziach znajdzie wiele, oprócz dobrych chęci? Do czego są zdatni?... Jeśli grzeszą tylko nieumiejętnością, czy będą umieli wiele się nauczyć?...
Jednakże sam Piętka, choć jak mówi, nie odgrywa wśród nich pierwszej roli, przedstawia się dobrze. Sądząc po nim, to są ludzie mocnych zasad i zdolni. W stosunku do sprawy, której służą, mają coś, czego nie spotykał na Zachodzie. Jakiś stosunek nieosobisty, chwytający za serce. Od nich można dużo oczekiwać...
— A jeżeli tak — rzekł do siebie — to się zabawimy, panie Culmer.
Nazajutrz rano Twardowski stawił się o wyznaczonej mu godzinie w gabinecie mecenasa. Zastał go, siedzącego przy biurku, poważnego i godnego, z miną wyczekującą. W milczeniu wskazał gościowi miejsce naprzeciw siebie. Twardowski usiadł i nie śpieszył się z zaczęciem rozmowy. Spokojnie mierzył mecenasa wzrokiem.
— Coż pana do mnie sprowadza, panie Twardowski? — ten zapytał, cedząc wyraz po wyrazie.
— Zaraz panu to powiem, panie Kulmer.
Mecenas udał, że nie słyszał zmienionej wymowy jego nazwiska, tylko z twarzy jego znikł olimpijski spokój.
— Od niedawnego czasu — rzekł Twardowski — rozchodzą się po Warszawie potworne o mnie wieści. Nie będę panu powtarzał, co mówią: pan to wie najlepiej, gdyż zawsze jest pan dobrze poinformowany. Jak pan myśli, czy to długo będzie trwało
— Co?
— Ta kampanja oszczercza.
— Coż mnie to obchodzi?
— Jak widzę, ma pan zwyczaj odpowiadać na pytania pytaniami. To zwyczaj żydowski.
— Niech pan powie odrazu, z czem pan przyszedł. Nie mam czasu na słuchanie dowcipów.
— To się nie da tak w paru słowach powiedzieć. Zacznę do mego zmarłego stryja, którego życie jest mi dobrze znane — bardzo dobrze, panie mece-

111