Dziedzictwo (Dmowski, 1942)/XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wybranowski
Tytuł Dziedzictwo
Podtytuł powieść
Data wydania 1942
Wydawnictwo F. Mildner & Sons
Drukarz F. Mildner & Sons
Miejsce wyd. Londyn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
XX.

Przyjaciele Piętki, o których ten wspominał Twardowskiemu, mieli dwa stałe, chroniczne kłopoty: brak ludzi — chodziło o jakość — i brak pieniędzy — chodziło o ilość. Przedsięwzięcia rozbijały się o brak dzielnych i umiejętnych wykonawców i o niemożność finansowania rzeczy, nawet na skromną skalę. Niezawodnie, gdyby sami byli lepszymi kierownikami, gdyby przy dobrych chęciach i dużem rozumieniu położenia i potrzeb Polski posiadali większą umiejętność przerabiania myśli na czyn, i ludziby sobie lepiej wyrobili, i środków więcej umieliby zdobyć. Na ich korzyść trzeba powiedzieć, że rozumieli słabe strony nietylko swego położenia, ale w niemałej mierze i swoje własne.
Gdy Piętka zdał im sprawę ze swojej rozmowy z Twardowskim, uznali, że profesor zrobił wielkie odkrycie. Znalazł człowieka, zawziętego na grabarzy, wiedzącego, zdaje się, dużo o nich, człowieka niepospolitej inteligencji, energicznego, a przytem mającego pieniądze i gotowego je dawać... Z tylu zaletami w jednej osobie jeszcze nie mieli do czynienia.
Zetknięcie się osobiste z Twardowskim nietylko nie osłabiło relacji Piętki, ale wzmocniło ich pojęcie o nowym nabytku. Twardowski miał ogromną siłę sugestywną, której ulegała nietylko panna Wanda Czarnkowska.
W ciągu kilku dni wszedł między nich, wziął udział w kierowaniu ich sprawami i niepostrzeżenie zaczął komenderować wszystkimi.
Wykazał im, że to, co oni nazywają, organizacją pracy i walki, jest raczej klubem porządnych ludzi. Schodzą się, znoszę sobie wiadomości o tem, co się dzieje, dyskutują, wreszcie uchwalają rozmaite rzeczy. To wszakże, co jest uchwalone, wykonywa się słabo, bez doprowadzenia rzeczy do końca; czasami zaś nic się nie robi. Za wiele się dba o pokazanie nazewnątrz swej siły i wartości, na to się poświęca najwięcej energji, skutkiem czego brak jej na rzeczy istotniejsze.
Doszedł rychło do uogólnienia, iż Polak tem się przedewszystkiem różni od Francuza, Anglika lub Niemca, że więcej dba o pozory, niż o rzecz samą, że najłatwiej wydobyć z niego energję, gdy chodzi o efekt zewnętrzny, że trud no go rozpalić do działań choćby najskuteczniejszych, ale narazie nieefektownych.
Niemniej polubił swych nowych przyjaciół i nabrał przekonania, że można z nimi wiele zrobić. Mieli oni dużo ludzi w całym kraju, ludzi odgrywających nieraz wybitną rolę w społeczeństwie, i rozporządzali wcale wpływową, choć naogół źle finansowo postawioną prasą.
Zaczął od tego, że namówił ich na wielkie zmiany w samej organizacji, w celu robienia jej istotnem narządziem czynu. Choć sam nigdy do żadnej organizacji nie należał, dzięki zmysłowi praktycznemu i logice okazał się lepszym organizatorem od innych. Popełniał błędy skutkiem nieznajomości środowiska, ale szybko je spostrzegał i natychmiast naprawiał. W krótkim czasie zdołał wywołać sporo niezadowolenia, bo ciągle ludzi popędzał, ciągle męczył, mając złudzenie, że w Polsce można żądać od ludzi takiego napięcia energji, jak na Zachodzie. Dopiero doświadczenie go nauczyło, że tu ludzie rychlej się męczą, raz dlatego, że nie umieją przeprowadzić ścisłej granicy między pracą a rozrywką, w pracy szukają rozrywki, a chwile odpoczynku psują, gadając ciągle o najcięższych swych troskach; powtóre dlatego, że mają słabsze, gorzej wyćwiczone nerwy; wreszcie dlatego, że przy pracy wykonywują cale mńostwo niepotrzebnych ruchów.
Gdyby nie to, że sam pracował za kilku i że na urzeczywistnienie swych projektów dostarczał środków, byliby go wkrótce mieli dosyć.
Jeszcze mniej od organizacji zadowalniała go prasa. Niewiele znał się na polityce wogóle, a na polityce polskiej nie znał się wcale. Nie mógł więc sądzić o wartości politycznej prasy. Podobno miała duże zalety i zasługi. Atoli poza sferą właściwej polityki uważał ją czasami za niepoczytalną. Walczyła z grabarzami, ale z reguły pomagała tymże grabarzom puszczać w świat fabrykowane przez nich wiadomości i poglądy, reklamowała wydymane przez nich wielkości, ich rozmaite obroty międzynarodowe, nawet pomagała czasami zwalczać ludzi, którzy się narazili grabarzom, i przedsięwzięcia, stojące im na drodze.
Postanowił przynajmniej jeden narazie dziennik tak zorganizować, żeby prowadził konsekwentną walkę w każdym wierszu. Dotknąwszy się do tego, spostrzegł, że to będzie długa praca, bo ludzi niema i trzeba ich dopiero wyrobić; że pochłonie ona dużo pieniędzy. Tych wszakże nie miał zamiaru żałować. I przy pomocy znacznej sumy, ofiarowanej z własnej kieszeni, uzdrowił narazie finanse obranego dziennika.
Pomimo to wszystko czuł się dobrze. Widział, że praca jego zaczyna dawać wyniki, i że zaczął poznawać Polskę od jej najważniejszej strony. Był pewien, że grabarze wkrótce odczują na swej skórze jego działalność.
Pomiędzy jego nowymi przyjaciółmi powtarzano często nazwisko człowieka, którego nie znał. Powoływano się nań jako na autorytet, pytano, co on w tej lub innej sprawie myśli, dowiadywano się troskliwie o stan jego zdrowia. Raz wreszcie powiedziano znacząco Twardowskiemu, że go zaprowadzą na konferencję w niewielkiem gronie u Grzybowskiego.
Zastał starca, wyglądającego na lat osiemdziesiąt, choć jak mówiono, dobiegał dopiero siedemdziesiątki. Nie ruszał się z fotela, w którym siedział w ciepłym szlafroku, szczupły, niewielkiego wzrostu, z twarzą wynędzniałą, siwowłosy. Na stoliku przy nim stało jakieś lekarstwo, którego widocznie często zażywał.
Wyciągnął rękę do Twardowskiego.
— Przepraszam pana, że go tak przymuję. Dziś wszakże czuję się gorzej, niż zwykle. Toteż nie dam się tym panom męczyć długo. Omówimy prędko sprawy, z któremi przyszli, a pana poproszę, żeby pan został u mnie na chwilę — ma się rozumieć, jeżeli pan ma czas — to sobie we dwójkę pogadamy.
Istotnie, dyskusja w sprawach, dla których zebrano się u Grzybowskiego, trwała krótko. Zdanie gospodarza zwykle przekonywało zebranych, i zgodnie z niem zapadała decyzja. Twardowski zauważył, że ten starzec ma umysł niezwykle jasny i mocną logikę. Imponowała mu u niego głęboka znajomość Polski i wytrawność sądu, pochodząca z długoletniego doświadczenia. Najwięcej podziwiał temperament, który schorzałego starca czasami ponosił jak młodzieniaszka.
Gdy po rozejściu się zebranych zostali sami, gospodarz, uśmiechając się, rzekł:
— Jest pan podobny do swego stryja, jakby pan był jego rodzonym synem.
— Pan go znał? — zapytał Twardowski skwapliwie.
— Poznałem go na parę lat przed wybuchem wojny światowej i nawet zbliżyliśmy się politycznie. Wkrótce po wybuchu wojny znikł z widowni i od tego czasu już go nie widziałem. Napisałem nawet raz artykuł przeciw kanalji, która go napadała i prześladowała oszczerstwami. Zdaje mi się, że rozumiem tragedję tego człowieka: on musiał należeć do grabarzy i porzucił ich, gdy zobaczył, do czego zmierzają. Za to przedewszystkiem mścili się na nim. Niestety, był to indywidualista, nieumiejący zgrywać swych wysiłków z działalnością innych ludzi, podobnie jak on myślących. Szedł samopas, walczył na własną rękę i został pobity.
— Spotykam dopiero drugiego człowieka, który mówi o nim prawdę — rzekł Twardowski. — Pan się słusznie domyślił, że on opuścił grabarzy i że był z nimi w walce. Ja to dziś wiem pozytywnie. Teraz ja z nimi walczę. Tylko ja nigdy do nich nie należałem, choć chcieli mnie wciągnąć.
— Pan nie popełnia jego błędu, rozumie pan potrzebę organizacji... choć jest pan także niemałym indywidualistą.
Twardowski spojrzał bystro na starca.
— W czem pan to widzi — zapytał.
— Pomówimy kiedy o tem, gdy będę zdrowszy. Choć i wtedy może się nie wytłumaczę jasno. Pan jest psychologiem i wie pan niezawodnie, że w diagnozie psychologicznej, jak w lekarskiej, buduje się często na znamionach i objawach prawie nieuchwytnych, niedających się ująć w formułę.
— Zdaje się, że zacznę się uczyć od pana psychologji — zauważył Twardowski.
— Niech pan nie przesadza. Nie znaczy to, żeby nie było rzeczy, którychbym mógł pana nauczyć. I napewno byłoby bardzo dobrze, żeby się pan ich ode mnie dowiedział. Za mało zna pan Polskę.
— Prawie jej nie znam. I naukę z wdzięcznością przyjmę. Czy pozwoli pan się odwiedzać?
— Każdego dnia popołudniu, gdy pan nie będzie miał nic do roboty, niech pan sobie mnie przypomni i niech pan wie, że mile będzie widziany.
W ciągu najbliższych dni Twardowski dwa razy odwiedził Grzybowskiego.
Jemu jednemu opowiedział całe swoje przejście z Culmerem.
Stary się ogromnie całą sprawą zainteresował: wypytywał o najdrobniejsze szczegóły. Miał coś w sobie, co zmuszało do całkowitej szczerości. Była to przedewszystkiem jego szczerość, bezwzględna, czasami wprost brutalna.
Toteż Twardowski za trzecim u niego pobytem bez ogródek wypowiedział wszystko, co myśli o swoich nowych przyjaciołach. Porównywał ich z ludźmi na Zachodzie i wykazywał ich niższość pod każdym względem.
— Dobrze pan podpatrzył — rzekł Grzybowski — ich wady i słabe strony. Zczasem dojrzy pan ich więcej. Ale wielu z nich ma jedną, ogromną wyższość nad ludźmi na Zachodzie i... nad panem.
Twardowski czekał, co dalej usłyszy.
— Na Zachodzie odbył się pewien proces w duszach ludzkich — pod jakiemi wpływami, o tem dałoby się dużo powiedzieć — który tak zindywidualizował ludzi, że to już staje się niebezpiecznem. Człowiek tam w każdej sprawie, do której się bierze, musi mieć jakiś swój cel osobisty. W chwilach wielkich, niezwykłych, jak naprzykład ostatnia wojna, umie się poświęcić, często także z motywu osobistego — dlatego, że jemu, szanującemu się człowiekowi, nie wolno inaczej postąpić. W normalnem atoli życiu myśli tylko o sobie i o swoich celach. N asi ludzie umieją służyć sprawie, do której są przywiązani, ojczyźnie przedewszystkiem, usuwając całkowicie ze swej myśli swoje cele i interesy osobiste. Dlatego są niedołężni w porównaniu z tam tymi, bo człowiek, z bardzo rzadkiemi wyjątkami, na największą energję się zdobywa, gdy o niego chodzi osobiście. Pan jest o wiele energiczniejszy od naszych ludzi... Ale zapytajmy: dlaczego pan wszedł między nich i pracuje z nimi?... Bo ma pan cel osobisty. Postanowił pan zmiażdżyć Culmera, z którym ma pan porachunki za swego stryja i za siebie. I kieruje pan robotą tak, żeby służyła przedewszystkiem temu celowi. Gdyby nie Culmer, niezawodnie tkwiłby pan nadal w swej psychologji i patrzył na świat okiem obojętnego, objektywnego obserwatora.
Ton Grzybowskiego był spokojny, objektywny, jakby rozprawiał o człowieku nieobecnym. Widocznie nic go nie kosztowało mówić niemiłą prawdę ludziom w oczy. A przy tem wszystkiem czuć było w jego tonie życzliwość i szacunek dla słuchacza.
Twardowski nie czuł się urażony, tylko stwierdził w duchu, że ma do czynienia z niezwykłym gatunkiem człowieka.
— Więc ja, zdaniem pańskiem, źle robię? — zapytał.
— Nie — odrzekł starzec. — Culmera i jemu podobnych trzeba tępić, jak się tępi drapieżne zwierzęta i jadowite gady. Jeszcze ważniejszą rzeczą jest rozbijać i niszczyć ich organizację. Pan to chce robić i przyszedł pan dla nas wporę. Ja tylko wskazuję wielką zaletę naszych ludzi, z której pan korzysta. Oni Culmera nie znają, nie mają z nim żadnych porachunków. Nawet od grabarzy wogóle nie zdążyli przeważnie doznać krzywd osobistych. A jednak idą z panem w walce przeciwko nim i Culmerowi. Dlaczego?... Bo umieją się mocno przejąć celem nieosobistym. Prawda, że nie umieją włożyć w tę walkę tyle, co pan, energji. To wszakże nietylko dlatego, że są trochę niedołęgi, ale także i dlatego, że dla nich nie zamyka się wszystko w Culmerze i w jego bandzie, że czują się odpowiedzialni za wiele spraw, które pana w tej chwili mało obchodzą, albo nie obchodzą wcale.
Już ksiądz Rybarzewski zmuszał czasem Twardowskiego do zastanawiania się nad rzeczami, o których nigdy przedtem nie myślał. Grzybowski zrobił to w o wiele większej mierze. Ta rozmowa była dla niego wprost rewelacją. W następnych dniach nieraz powracał do niej myślą. Grzybowski miał słuszność. On, Twardowski, w porównaniu z ludźmi, z którymi obecnie się związał, jest ogromnym indywidualistą. W celach swoich jest o wiele więcej. Ale czy tem samem nie jest wyższym typem człowieka? Czy nie stoi na wyższym szczeblu cywilzacji?... Przecie największem dziełem cywilizacji europejskiej jest to, że wykształciła ona samoistną, indywidualną duszę ludzką, że wyzwoliła ją ze stada, które nad nią panuje u ludów barbarzyńskich. To jest niezbita prawda... A jednak na tem stanąć, tem się zadowolnić nie można. Bo czyż nie jest niewątpliwą wyższością moralną, gdy człowiek umie się wznosić ponad swoje interesy, ambicje, nad swoje osobiste, choćby najlepszego gatunku cele, jeżeli umie oddać siły sprawie zbiorowości, społeczeństwa, narodu, w której dla siebie osobiście żadnej korzyści nie widzi, a nawet narażony jest na straty?... Coby się stało z cywilizacją, ze społeczeństwem, a więc i z jednostką do społeczeństwa należącą i tylko w społeczeństwie mogącą żyć i rozwijać się, gdyby ludzie całkiem zatracili tę zdolność wzniesienia się ponad swe cele osobiste?... Ścierające się, niczem nie hamowane dążenia osobiste sprowadziłyby rozstrój, upadek społeczeństw, ruinę cywilizacji i zdziczenie jednostki ludzkiej.
Te spory wewnętrzne, prowadzone z samym sobą, zakończyły się odkryciem, z którego, jak ze wszystkich swoich odkryć, ogromnie się ucieszył.
Doszedł do przekonania, że jednocześnie z dobroczynnym procesem dojrzewania samoistnej duszy ludzkiej, w cywilzacji europejskiej odbywa się proces inny, niebezpieczny — zrywania węzłów moralnych, łączących tę duszę z narodem. Nie jest koniecznością, żeby ten drugi proces towarzyszył pierwszemu. On ma odrębne źródła, które dla dobra cywilizacji należy usuwać i niszczyć. Najgłówniejszem z nich jest robota takich organizacyj, jak grabarze, pracujących przeciw ojczyźnie.
Zrobiło mu się w duszy jasno. Przecie on sam, choć przesiąknięty atmosferą Zachodu, wychowany zdała od ojczyzny, czuje w głębi swej duszy jakąś siłę, która przeciwstawia się jego egoizmowi, jego indywidualizmowi, siłę, która była prawie zgłuszona, ale zaczyna brać w nim coraz bardziej górę i czyni go sługą czegoś, co jest ponad nim. To coś — to ojczyzna.
Przypomniał sobie, jak go za serce chwyciło, gdy po raz pierwszy odczuł u swoich nowych przyjaciół, ten nieosobisty stosunek do spraw, któremi się zajmowali. To odpowiadało jego własnym instynktom, uśpionym przez wychowanie poza krajem.
Przed kilku laty rozpoczął był pisanie książki o roli sugestji w powstawaniu i rozwoju społeczeństw. Oddawał się tej pracy z zapałem — miało to być główne dzieło jego życia. Pracę tę przerwała śmierć stryja, która sprowadziła go do Polski. Próbował prowadzić ją dalej w Turowie, ale mu się to nie udawało. Zanadto go pochłaniała zagadka przeszłości stryja, którą postanowił rozwiązać, i walka rozpoczęta.
Dziś pod wpływem rozmyślań, do których zmusiła go rozmowa z Grzybowskim, spostrzegł, że przybył mu nowy, pierwszorzędnej wagi rozdział do jego książki, rozdział zdobyty w znacznej mierze drogą osobistych doświadczeń w czynnem życiu. Zrozumiał znaczenie życia czynnego dla umysłu. Ileż to prawd nie dochodzi do umysłów badaczy społeczeństw, historyków, dlatego, że zdała patrzą na życie, sami nie biorąc udziału czynnego w działaniach, które przekształcają społeczeństwo i robią historję!...
Dopiero teraz widzi, jak olbrzymią rolę odgrywa sugestja, organizowana planowo przez związki ludzi, w tym celu założone, do jakiego stopnia może ona zmieniać i wykolejać żywiołowy rozwój społeczeństwa. Im więcej myślał, tem więcej przedmiot ten rósł, olbrzymiał w jego pojęciach. Czuł potrzebę pomówienia z kimś o tem dla skontrolowania wyników, do których doszedł.
Jedynym człowiekiem, który mógł mu coś mądrego powiedzieć, był Grzybowski. Poszedł znów do niego.
Grzybowski nie był uczonym; gorzej, nie miał nawet tej dyscypliny jaką daje porządne, systematyczne wykształcenie. Nie odbył nawet studjów uniwersyteckich. Zaledwie je był rozpoczął, gdy wplątany w jakiś proces został uwięziony, a potem wysłany na północ Rosji. Czytał niesłychanie dużo, ale niesystematycznie. Miał wszakże jeden wielki dar: umiał patrzeć w życie, rozumiał znaczenie faktów i z zestawienia ich wyciągał logiczne wnioski. Miał przytem w wysokim stopniu to, co jedni nazywają intuicją, a drudzy poprostu nosem. Wygłaszał czasem teorje własnego pomysłu, które można było obalić przytoczeniem jednego, nieznanego mu faktu, ale nieraz robił uogólnienia genjalne, na które się nikt przed nim nie zdobył.
Twardowski, rozmawiając z nim, porównywał go z wybitnymi uczonymi na Zachodzie, których znał wielu i znał blisko. Tamci niezawodnie patrzyliby nań, jako na umysł chaotyczny, odbiegający ciągle od przedmiotu, nieznający niczego gruntownie, robiący uogólnienia lekkomyślne, niepoważne; a jednak mózgi tamtych w porównaniu z jego mózgiem, zamkniętym w szerokiej, pękatej czaszce, pracowały słabo. I mówił sobie, że gdyby ten człowiek przeszedł był należytą szkołę i poświęcił się nauce, niewątpliwie zrobiłby rzeczy genjalne. Raz mu to nawet powiedział, na co usłyszał:
— Co tam, panie, nauka: nigdybym w niej nie usiedział. Ważniejsza rzecz robić życie, robić porządną Polskę.
Niewątpliwie, człowiek z temperamentem Grzybowskiego w pracy naukowej byłby nie wytrzymał.
Twardowski, przyszedłszy do niego ze swemi myślami o znaczeniu celowo organizowanej sugestji, stwierdził, że ten przedmiot nie był dla Grzybowskiego nowy, że myślał on o nim wiele i miał nań swoje poglądy, niezbyt uporządkowane, niezawsze uzasadnione, ale często uderzająco trafne. Rzucił mu szereg myśli, czasami świetnych, które tylko wymagały należytego rozwinięcia, metodycznego opracowania i gruntownego uzasadnienia.
I myślał sobie, że w Polsce można czasami znaleźć to, czego się nie znajdzie na Zachodzie. Spotyka się tu ludzi, którzy w porównaniu z ludźmi na Zachodzie są, jak książki źle opracowane, niewykończone należycie, ale pełne myśli niepospolitych, w porównaniu z dziełami poprawnemi, wykończonemi według zgóry powziętego planu, ale zawierającemi mało nowego. Wszak i ksiądz Rybarzewski to bardzo ciekawa książka. Tylko czytelnik zachodni pewnieby się na nim nie poznał. Jeszcze mniej poznałby się na Grzybowskim.
Te refleksje coraz bardziej oddalały duszę Twardowskiego od Zachodu, a przywiązywały ją do Polski. Polska zaś coraz mniej wydawała mu się ogonem Zachodu, jego słabem, wykoszlawionem odbiciem, a coraz więcej czemś swoistem, zdolnem stać na własnych nogach, zdolnem coś dać Zachodowi, coś niepośledniej wartości. Tylko ona sama jeszcze tego nie rozumie i nie ma w tym kierunku ambicyj.
Pod koniec rozmowy Grzybowski, skręcając swoim zwyczajem wbok od dyskutowanego przedmiotu, powiedział Twardowskiemu:
— Najważniejsze ze wszystkiego jest to, że pan nie jest tak skrajnie osobisty, jak się pan wydaje. Przekonywam się, że wychowanie zachodnie zrobiło pana mocniejszym człowiekiem, niżby pan był, gdyby się wychowywał w Polsce; ale nie zabiło w panu tego, co jest naszą wyższością nad ludźmi zachodnimi. Pan ma mocne instynkty, wiążące pana z narodem: siedzi w panu porządny Polak. I widzę, że pan zaczyna wysoko cenić te instynkty w sobie i w innych. To najważniejsze: już nie boję się pańskiego wpływu na moich przyjaciół.
— A dotychczas pan go się bał? — zapytał z uśmiechem Twardowski.
— Tak. Nie wiem, czy będę żył jeszcze miesiąc, czy parę miesięcy, czy rok. Na więcej liczyć bodaj nie mogę. Najwięcej ze wszystkiego obchodzą mię ludzie, którzy po mnie zostaną. Przyglądam się wybitniejszym, tym, którzy będą innych za sobą prowadzili. Co oni przedstawiają Staram się ocenić ich energję, ich dążenia polityczne, ich idee ogólne; ale najwięcej mię obchodzi ich oblicze moralne. Najważniejsze jest to, czy posiadają tę zanikającą na Zachodzie, a pod wpływem Zachodu rozkładającą się u nas zdolność przystępowania do sprawy publicznej bezinteresownie, nie uzależniając jej od swych celów osobistych. Dopiero co powiedzieliśmy sobie, skąd się ta zdolność rodzi i co ją niszczy, i zgodziliśmy się w naszych poglądach.
Zamyślił się chwilę, poczem zaczął mówić głosem podniesionym, jakby pobudzonym gniewem:
— Człowiek zachodni, gdy zatraca tę zdolność, gdy zaczyna się kierować wyłącznie swemi celami osobistemi, swym egoizmem, ma na ratunek swoją mocną indywidualność, swój wyrobiony charakter, a obok tego starą, tradycyjną dyscyplinę, utrwalone nałogi moralne, mocne poczucie prawa, wreszcie szereg instytucyj, trzymających go w karbach. Jako egoista jest skutkiem tego bardzo często egoistą poprawnym. Polak zaś, który go naśladuje, przy swej słabej indywidualności, przy niewyrobionym charakterze, przy chwiejności naszych dobrych nałogów, przy slabem poczuciu prawa, przy braku instytucyj, mających w społeczeństwie mocne korzenie — gdy się rządzi bezwzględnym egoizmem, osobistemi wyłącznie celami, staje się pospolitą świnią. Tak, panie, świnią — wszelkie inne określenie będzie nieścisłe.
Używszy tego mocnego wyrazu, jakby wyładował gniew i głosem już spokojnym dodał:
— Dla nas jedyny ratunek mieć na czele naszego życia jaknajwięcej ludzi z mocnemi instynktami, wiążącemi człowieka z ojczyzną i nakazującemi służyć jej bezinteresownie, poświęcać dla niej cele osobiste, gdy sprawa tego w ym aga; ludzi, którzy posiadają to, cośmy nazwali w naszej rozmowie nieosobistym stosunkiem do sprawy publicznej, do spraw narodu. Dziś upewniłem się, że pan takich ludzi będzie szukał i swoim wpływem będzie ich wyrabiał. Ze wszystkiego, o czem mówiliśmy, to dla m nie najważniejsze.
Wyszedłszy od Grzybowskiego, Twardowski stwierdził, że zdobył coś nietylko do swojej książki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Dmowski.