Dziedzictwo (Dmowski, 1942)/XXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wybranowski
Tytuł Dziedzictwo
Podtytuł powieść
Data wydania 1942
Wydawnictwo F. Mildner & Sons
Drukarz F. Mildner & Sons
Miejsce wyd. Londyn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
XXI.

— Jedyny naród, z którym można pracować i robić interesy, to Anglicy — rzekł pan Czarnkowski, podnosząc oczy od gazety.
Audytorium do którego to zdanie było zwrócone, składało się z pani Czarnkowskiej i panny Wandy. Pili we troje kawę, przeglądając listy i gazety. Pierwsze śniadanie było chwilą, w której pan Czarnkowski najwięcej się udzielał żonie i córce. Resztę dnia zabierały mu interesy, życie towarzyskie i klub, inaczej bridge lub pikieta.
Wrócił przed paru dniami z Paryża: miał świeże wrażenia zagraniczne, któremi się chętnie dzielił z otoczeniem, i było sporo nowych plotek miejscowych, których chętnie słuchał.
Żona i córka zauważyły, że jest jakiś przyjemnie podniecony i rozmowniejszy niż zwykle.
Rozwijał dalej wygłoszony przed chwilą pogląd:
— Nic się na nich nie odbiła wielka wojna, której skutki tak wszyscy odczuwamy. Zawsze spokojni, solidni: w prowadzeniu interesów nie widać u nich tej nerwowej spekulacji, która po wojnie zapanowała wszędzie. Toteż interesy u nich idą tak, jakby nic wielkiego w świece się nie stało. Niechętnie dopuszczają do nich cudzoziemców, ale temu dziwić się nie można.
— Ja myślę, tatku, że i tam są rozmaici ludzie, lepsi i gorsi, i pewnie nie wszystkie interesy tam dobrze idą — odezwała się panna Wanda, chcąc okazać swoje zainteresowanie.
— Pewnie, moje dziecko. Trzeba też umieć rozróżniać i trafiać na właściwych ludzi. To nie jest trudno, zwłaszcza gdy się ma stosunki.
Pani Czarnkowska milczała. Wiedziała, że mąż jej ma słabość do interesów, że robił ich wiele i wszystkie były świetne. Tyko na każdym okazywała się wkońcu jakaś nieprzewidziana skaza, która psuła wszystko, skutkiem czego zawsze ponosił straty. Niewiele ją to obchodziło. Przez cały czas pożycia z Czarnkowskim nie zdołała się nim bliżej zainteresować i sprawy jego traktowała apatycznie. Swoje obowiązki spełniała sumiennie, prowadziła dom umiejętnie w granicach wyznaczonego budżetu, w resztę zaś się nie wtrącała. Miałaby do tego prawo, bo Czarnkowski, operował i jej posagiem, losy wszakże swej osobistej fortuny traktowała z dziwną obojętnością: wszystko jedno, czy będzie trochę więcej, czy trochę mniej — byle dożyć do końca. Domyślała się, że i teraz przedsiębiorczy małżonek musiał zrobić jakiś świetny interes, pewnie z Anglikami, kiedy ich tak chwali. Wolałaby, żeby jej pieniądze były w rękach Twardowskiego, ale teraz właśnie Czarnkowski był jej tak obcy, tak daleki, że nie mogłaby się zdobyć na mówienie z nim o jego sprawach. Myśl jej była zajęta tem, co robi Twardowski, którego już zbyt długo nie widziała.
Czarnkowski, jakby naprowadzony przez nią, naraz zmienił przedmiot:
— Ale niceście mi nie mówiły, że ten Twardowski znikł nagle z horyzontu. Błysnął jak meteor, zwrócić na siebie uwagę wszystkich, i już go niema. Mówiono mi w klubie, że nigdzie nie bywa, nikt go nie widuje...
— Salony go nudzą i szuka poważniejszych ludzi — rzekła panna Wanda tonem, rzucającym wyzwanie.
Czarnkowski się obraził.
— Głupstwa pleciesz, Wandeczko — odrzekł, ubierając się w powagę ojcowską.
Pani Czarnkowska, aby przerwać niemile zapowiadającą się dyskusję między ojcem a córką, zabrała głos:
— Jakże on ma bywać w towarzystwie, kiedy jedni szerzą o nim obrzydliwe plotki, a inni im dają wiarę. Szanujący się człowiek musi się odwracać z pogardą od takiego towarzystwa.
— Mówisz tak, jakby to wszystko, co się o nim słyszy, było nieprawdą.
— Bo tak jest — odparła z niezwykłą stanowczością spokojna i obojętna zazwyczaj kobieta. — Nie pierwszy to szlachetny człowiek, który pada ofiarą nikczemnych oszczerstw.
Twarz Czarnkowskiego wyraziła przykre zdziwienie.
— Moja Zosiu — rzekł — niema nigdy dymu bez ognia. Dlaczego o mnie nie ośmieli się nikt czegoś uwłaczającego powiedzieć?...
— Bo tatko z nikim nie jest w wojnie i nikomu się nie naraził — wtrąciła Wanda. — Twardowski to mocny człowiek!...
Czarnkowski znów się obraził. Rodzona córka widocznie uważa go za safandułę.
— Lepiej ostrożnie — rzekł — z takimi mocnymi ludźmi. Ktoś mi mówił, że widział go na ulicy we wspaniałym samochodzie. “Mocny człowiek” widocznie jest zajęty puszczaniem swego mizernego spadeczku po stryju. Przyznam się, że zaraz przy pierwszem spotkaniu nie wywarł on na mnie dobrego wrażenia. I bardzo się cieszę, że przestał bywać w towarzystwie. Wolę, żebyście go nie spotykały.
— U nas nie przestał bywać — strzeliła Wandeczka.
Czarnkowski podskoczył na krześle. Już miał coś odpalić córce, gdy pani Czarnkowska odezwała się znów spokojnie, ale stanowczo:
— Pan Zbigniew Twardowski jest poważnym i szlachetnym człowiekiem, a przytem bardzo dobrze wychowanym. Chociaż więc nie przychodzi na nasze czwartki, prosiłam go, żeby o nas nie zapominał, i zapewniłam, że zawsze będzie mile widziany. Dziś nawet myślę do niego napisać, bo dawno go już nie widziałam. Chcę go widywać często: jeżeli go nie lubisz, nie wymagam od ciebie, żebyś go spotykał.
Zdetonowany tą stanowczością Czarnkowski odparł kwaśno:
— Jak chcesz, moja Zosiu. Pamiętaj wszakże, żebyś tego nie żałowała.
Wanda chciała coś jeszcze powiedzieć, ale pani Czarnkowska dała jej znak, nakazujący milczenie.
Gdy Czarnkowski zostawił je same w jadalnym pokoju, rzekła do przybranej córki:
— Wiesz, Wandeczko, że ojca niełatwo przekonać. Jest widocznie pod wpływem nieprzyjaciół pana Zbigniewa. To trudno, my go nie przerobimy. Ale tem bardziej trzeba, żebyśmy okazywały przyjaźń Twardowskiemu. Zaraz do niego napiszę z prośbą, żeby przyszedł.
— Mamusia zawsze ma słuszość — rzekła pokornie Wandeczka, uradowana nadzieją zobaczenia swego władcy, jak go od ostatniej rozmowy nazywała pocichu.
Przy drugiem śniadaniu, na którem ojca nie było, dowiedziała się od matki, że Twardowski przyjdzie o czwartej.
— Wy tam macie oboje jakieś konszachty — rzekła, grożąc matce palcem na nosie — i napewno chcesz z nim rozmawiać w cztery oczy. Ale i ja chcę z nim pomówić. Czy powiesz m u, żeby przed wyjściem zobaczył się ze mną?
— Dobrze, kochanie. Tylko nie zawracaj mu zanadto głowy; on ma teraz o czem myśleć.
— Czem jabym mu mogła głowę zawrócić! — odparła Wandeczka nieszczerze. Miała poczucie, że już coś zrobiła w tym względzie.
Pani Czarnkowska nie była pozbawiona intuicji kobiecej. Atoli tak była opanowana myślą o Zbigniewie Twardowskim, jako o pośle od Alfreda, że nie zwracała wcale uwagi na jego stosunek do Wandy i nie zdawała sobie sprawy z tego, co się dzieje w duszy przybranej córki.
Twardowski przyszedł o oznaczonej godzinie: przyjęła go w swym buduarze, żeby im nikt nie przeszkadzał. Wypytywała długo o jego sprawy i zajęcia, poczem rzekła:
— Chcę pana ostrzec, że męża mego również usposobiono przeciw panu.
— Nie dziwię się wcale, że ulega wpływowi zacnego mecenasa. Gdyby nie Culmer, nie byłby mężem pani.
— Niema za co być mu wdzięcznym. Jeżeli mogłam dać szczęście, to nie jemu. Dziś przemówiłyśmy się z nim o pana, ja i Wandeczka. Dziewczyna ogromnie wierzy w pana i ma dla pana wielką przyjaźń. Kobieca intuicja często więcej warta, niż męska logika. Powiedziałyśmy mu, że nam bardzo zależy na pańskiej przyjaźni, że on może pana nie spotykać, ale pan nas będzie często odwiedzał. Prawda, że tak będzie? Przecież jego stosunek do pana nie może być przeszkodą w naszej przyjaźni.
Twardowski upewnił ją, że nic nie będzie sobie robił z pana Czarnkowskiego.
Przy pożegnaniu powiedziała mu, że Wandeczka chce go koniecznie zobaczyć.
— Wybaczcie mi — dodała — że towarzyszyć wam nie będę. Jestem bardzo zmęczona. Nie, nie, to nie pan, to moje myśli mię męczą.
Służący, który miał go zaanonsować pannie Wandzie, zawiadomił, że panienka czeka w salonie.
Twardowski, udając się do pani Czarnkowskiej, był pewien, że zobaczy Wandę, której nie widział blisko od dwóch tygodni, od owej pamiętnej rozmowy. Nie starał się o to, choć myślał ciągle o niej i pragnął jej widoku. Nie miał o czem z nią mówić, bo tego, coby jej chciał powiedzieć, powiedzieć nie mógł. Rozumiał, że w położeniu, w którem się znalazł, nie wolno mu było zrobić kroku naprzód w stosunku do dziewczyny. Ona musi do niego należeć, ale trzeba czekać. Trzeba pierwej rozegrać walkę i zwyciężyć. Teraz, gdy miał ją za chwilę zobaczyć, czuł strach, że zachowa się niemądrze...
I panna Wanda trochę się bała tego spotkania, pragnąc go bardzo zarazem. Od owej rozmowy niejedną chwilę spędziła w fotelu, w którym ją wtedy zostawił. Zamykała oczy i przeżywała w wyobraźni moment, kiedy czuła, że ją wola opuszcza, że jest całkowicie w jego mocy. Nie wiedziała dlaczego, ale i teraz czekała nań w tym samym fotelu. Postanowiła przywitać go jaknaj swobodniej i jaknajbardziej towarzysko zapytać go, dlaczego o ich domu zapomina...
Gdy ujrzała go wchodzącego, postanowienia nie wykonała. Chciała powstać z fotela i pobiec na jego spotkanie, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Czekała, aż podszedł do niej, i wyciągnęła rękę którą on pocałował.
— Dlaczego pan nie przyszedł? — zapytała cichym głosem.
Nie miał na to odpowiedzi, więc rzekł:
— Zato dużo myślałem o pani.
Popatrzyła mu w oczy.
— Czy powie mi pan, jak pan myślał?
— Powiem, ale jeszcze nie teraz...
Zapanowało milczenie: ani on, ani ona nie wiedzieli, co powiedzieć.
Wreszcie Twardowski odezwał się:
— Panno Wando, tu, w tem miejscu, ostatnim razem rozmawialiśmy i... zrozumieliśmy się. Najlepiej w chwili, kiedyśmy milczeli, prawda?... Będziemy milczeli jeszcze przez czas pewien. Ja muszę przedtem przeprowadzić walkę i zwyciężyć. Pani mi obiecała towarzyszyć w tej walce. Będziemy przez ten czas dobrymi towarzyszami. Chce pani?...
Dziewczyna się ożywiła, poczuła w sobie siłę.
— Ach, jaki pan mądry! — zawołała. — Teraz już wiem wszystko, wiem, co mam robić. Zamykamy tamten rozdział i piszemy inny. Jakie to proste i jasne. Pocałowałabym pana za to... ale to należy do następnego rozdziału.
Spostrzegła się, że za wiele powiedziała, i umilkła, zarumieniona.
Twardowski, jakby ostatnich słów nie słyszał, rzekł spokojnie:
— Komplikuje nam sprawę to, że ojciec pani, zdaje się, należy do obozu moich nieprzyjaciół.
Posmutniała.
— Tak, tatko lubi słuchać plotek, a już wierzy we wszystko, co mu ten wstrętny Culmer powie. Ale my sobie z nim poradzimy.
Twardowski, wspominając o panu Czarnkowskim, myślał o tem, że nieprzyjaźń pana domu psuje swobodę jego stosunków z paniami. Teraz spostrzegł, że Wanda myśli o ojcu, jako o możliwej przeszkodzie na później, w sprawach następnego rozdziału, jak to nazwała. To nieporozumienie nie zmartwiło go wcale.
Dziewczyna wypytywała go uparcie o to, jak będzie walczył ze swymi wrogami, czy walka ta długo będzie trwała i czy ona nie mogłaby się w niej przydać do czegoś ważniejszego, niż kłócenie się z oszczercami salonowymi. Widoczne było, że całą sprawę Twardowskiego traktuje już jako swoją.
Tak Twardowski wrócił do swobodnych przyjacielskich stosunków z dziewczyną, dla której miał dużo więcej niż przyjaźń. Czy na długo?...
Tymczasem organizacja ataku na Culmera i jego bandę posuwała się szybko naprzód. Padły pierwsze strzały w prasie.
Grzegorz codzień składał raporty na podstawie doniesień paru ludzi, których sobie znalazł. Były one różnej wartości. Często przychodziły rzeczy błahe, aż rozśmieszające, ale całość składała się na wcale dokładny obraz życia czcigodnego mecenasa i jego stosunków. Twardowski sformował sobie już wcale długą listę osób, z któremi Culmer żył bliżej, i dostarczał cennych nieraz informacyj towarzyszom. Z doniesień ludzi Grzegorza okazało się, że i życie prywatne białogrzywego patrjarchy miało ciekawe tajemnice. Był to un vicieux (polskiego wyrazu Twardowski nie mógł znaleźć), który z paru towarzyszami uprawiał zabawy, uwzględniane nawet przez kodeks karny. Nie zdziwiło to Twardowskiego. Znał on w szerokim świecie ludzi, cieszących się powagą i rozgłosem, którzy mieli podobną i równie dobrze zakonspirowaną stronę swojego życia...
Culmer rychło poczuł, że nieprzyjaciel przeszedł do ataku.
Profesor Topoliński skarżył mu się że na uniwersytecie praca już nie idzie tak spokojnie, jak dotychczas. Napotyka ona na coraz wyraźniej zorganizowany opór. Nie wszystko już się udaje, a ludzie, dotychczas poważani i mający posłuch, zaczynają się spotykać z ostrą krytyką, lekceważeniem i szyderstwem.
W prasie zjawiły się napaści na grabarzy, co gorsza, nie ogólnikowe, ale oparte na faktach i znajomości rzeczy. To, co uważano dotychczas za dobrze chowaną tajemnicę, przeciwnicy zaczęli bez ceremonji dyskutować publicznie. Widać w tem plan: zaczęto od rzeczy mniejszych i stopniowo przechodzi się do coraz ważniejszych, mających coraz większe znaczenie. Dokąd to może zajść, jeżeli się kampanji nie położy kresu? Ale jak to zrobić?...
Jego samego, Culmera, o którym mówiono dotychczas ze czcią i uznaniem, zaczynają zaczepiać. Robią to narazie ostrożnie, zwykle bez wymienienia nazwiska, chociaż dość przejrzyście. Ale i tu czuć stopniowe wzmacnianie ataku. Już go znajomi zapytują, co to znaczy. Przy nim się oburzają, ale znał ich dobrze: pewnie zaczynają sobie mówić, że niema dymu bez ognia...
Zaczął go strach ogarniać. Bał się o swoje stanowisko nietylko w miejscowem społeczeństwie, ale i u swoich władz zagranicą.
Stamtąd przysłano mu numer katolickiego pisma francuskiego, w którem zjawiła się bardzo zjadliwa korespondencja o grabarzach w Polsce. Niebawem przyszedł list, zapowiadający w krótkim czasie przyjazd do Warszawy bardzo znacznej osobistości, widocznie na inspekcję. Czuł z tego listu, że tam zaufanie do niego nieco się zachwiało. Tego się bał najwięcej.
Za tą całą robotą stoi Twardowski — niema żadnej wątpliwości. I niebezpieczeństwo będzie coraz większe, dopóki ten człowiek żyje lub przynajmniej siedzi w Polsce. Na jak długo starczy mu energji i środków?... Pocieszał się, że jedno i drugie wkrótce się wyczerpie. Ale to go nie uspokoiło.
Siedział sam, trapiąc się tem wszystkiem, gdy mu Jakób zaanonsował doktora Białostockiego. Był to jeden z najbliższych jego przyjaciół.
Wszedł, mężczyzna, równie jak on poważny, siwowłosy i siwobrody, z widoczną troską rozlaną na obliczu.
— Mój Henryku — rzekł na wstępie — zdaje się, że dziś wieczorem nie będziemy się mogli spotkać.
— Dlaczego? Masz jaką przeszkodę?
— Nie ja, ale my wszyscy.
Culmer się zaniepokoił.
— Co się stało?
— Dziś rano była u mnie Zysowa. Baba ogromnie wystraszona. Powiada, żeśmy naprowadzili na nią policję.
— Co jej się przywidziało?
— Powiada, że jacyś ludzie włóczą się przed domem i patrzą w jej okna. Od stróża się dowiedziała, że oni tam za nami przyszli. Wynikałoby z tego że jesteśmy śledzeni. Stróżowi trzeba wierzyć — jest przez nią dobrze wynagradzany. Mówi on, że jeden z tych szpiegów zaprzyjaźnił się z pokojówką z mieszkania naprzeciwko i że ona im pomaga.
Culmer się zamyślił.
— To nie jest policja — rzekł po chwili milczenia — Od pewnego czasu mam wrażenie, że jestem szpiegowany, że ktoś stara się zdobywać wiadomości o mojem życiu prywatnem. To musi być w związku z ostatniemi napaściami w prasie.
Białostocki przeraził się.
Czyżby nam chcieli zrobić skandal?...
— Wszystko możliwe u tych łajdaków. Oni chcą podkopać naszą pozycję, zniszczyć nas zupełnie. Czuję w tem rękę Twardowskiego. Nie przypuszczałem, że to bydlę umie być takie szkodliwe.
— Czy nie możnaby go unieszkodliwić?
— Robię, co mogę. Popsuliśmy mu reputację w towarzystwie — poszukał innych ludzi i stał się jeszcze niebezpieczniejszy. Liczyłem, że mu przeszkodzi brak pieniędzy. Dziś dowiedziałem się z banku, że drugi raz już otrzymał sporą sumę z zagranicy. Kto go popiera? Czy to nie jest jaka akcja międzynarodowa? Będziemy to wkrótce wiedzieli.
— A czy niema sposobu załatwienia się z nim radykalniej?
— Z temi sposobami jest coraz gorzej. Coraz trudniej o pewnych ludzi. Łatwo być zdradzonym, a tegobyś przecie nie chciał?...
Białostocki się wzdrygnął.
— Myślę — rzekł — że z Zysową trzeba będzie zerwać, — dopóki rzecz się nie wyjaśni.
— Czy nie moglibyśmy się jakoś obejść bez niej?
— Nie widzę jak.
— Niech djabli wezmą!
Mecenas był wystraszony. Ale nawet w takich chwilach niełatwo rezygnował z rozkoszy życia. Tak był pewny tego przyjemnego wieczoru...
Wkrótce po wyjściu doktora wpadła Hela.
— Stęskniłam się za tobą — zawołała. — Tak dawno cię nie widziałam. Jak będzie z mojemi brylantami?
— Czy ja mam teraz czas myśleć o twoich brylantach?
— Nie trzeba myśleć, wystarczy zapłacić.
— Zapłacić! Czy ja wiem, co ja jutro będę musiał zapłacić?
— Robisz znów jaki duży interes?
— Żaden interes.
— To co masz płacić? Ty przecie nigdy darmo nie płacisz.
— Dotychczas nie, ale teraz — kto wie? W mojej pozycji lepiej grubo zapłacić, niż mieć gruby...
— Skandal — dodała domyślna córka.
Myślał głośno i za późno ugryzł się w język.
— Może się co popsuło z twojemi aniołkami? — zapytała Hela.
— Z jakiemi aniołkami?
— No, nie udawaj przede mną. Na twojem miejscu wolałabym dojrzały owoc: więcej ma smaku i bezpieczniejszy. Zresztą, każdy niech się bawi, jak mu się podoba. Więc masz kłopoty?
— Więcej, niż potrzeba — rzekł Culmer z goryczą.
— A cóż się dzieje z Twardowskim? Nie widać go wcale, nigdzie nie bywa, zaczyna mi go brakować. Myślałam, że urażony w swej męskiej ambicji zażąda ode mnie zadośćuczynienia... którebym mu może dała.
Wybuchnęła głośnym śmiechem.
— Helu! — krzyknął Culmer — ty sobie nie żartuj! To niebezpieczny człowiek. Mnie teraz zaczynają szczuć, prześladować, psuć mi robotę, śledzić moje życie prywatne — jestem pewien, że za tem wszystkiem on stoi. To niezwykły łajdak: mści się jak Żyd.
— Od początku mówiłam, że on nie taki, jak inni, że to niebezpieczny człowiek. Nie chciałeś wierzyć. Licz się więcej z mojem zdaniem — ja mam lepszego nosa do ludzi.
Po wyjściu córki mecenas zapadł w zadumę.
Hela miała słuszność: on nie taki, jak inni. Walka z nim, to, zdaje się, walka na życie i śmierć. Czyja śmierć?... Mecenasa mrowie przebiegło po skórze.
Myślał długo jeszcze. Wreszcie rzekł głośno do siebie:
— Dobrze. Ale jak to zrobić?...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Dmowski.