Dziedzictwo (Dmowski, 1942)/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wybranowski
Tytuł Dziedzictwo
Podtytuł powieść
Data wydania 1942
Wydawnictwo F. Mildner & Sons
Drukarz F. Mildner & Sons
Miejsce wyd. Londyn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
XVIII.

Na każdym kroku Twardowski się przekonywał, że Culmer pracuje ze skutkiem.
Nazajutrz po rozmowie z Wandą wstąpił rano do banku, w którym miał do odebrania pieniądze, przekazane z Paryża. Urzędnik, który go załatwiał, rozmawiał z nim z suchą, aż prawie obrażającą grzecznością, gdy inni, szepcząc coś, ostrożnie nań wskazywali. Pewnie mówili sobie, że odbiera pieniądze od obcego mocarstwa, którego jest agentem.
Spotkał na ulicy młodzieńca, którego poznał u Czarnkowskich. Ten uparcie patrzył w inną stronę, żeby mu się nie ukłonić.
Z tego wszystkiego niewieleby sobie robił, gdyby sam jednocześnie prowadził walkę z Culmerem i jego bandą. On jednak nietylko nic dotychczas nie przedsięwziął, ale nie wie jeszcze wszystkiego, co mu do tej walki jest potrzebne.
Wracał do domu zły, przedewszystkiem na siebie...
W domu zastał niespodziewanego gościa. Czekał nań ksiądz Rybarzewski.
— Jakżem rad! — zawołał Twardowski, ściskając rękę proboszcza. — Co księdza sprowadziło do Warszawy?
— Przyjechałem do pana — odrzekł ksiądz z jakąś dziwną powagą. — Czy ma pan czas dla mnie?
— Ile ksiądz zachce.
Z tonu księdza Twardowski odczuł, że przywiózł coś ważnego. Zadzwonił na Michała: niema go dla nikogo w domu.
— Przyszedłem panu powiedzieć wszystko, co wiem o ś. p. Alfredzie Twardowskim — zaczął ksiądz odrazu. — Robię to, bo mam do tego prawo i dziś uważam to za swój obowiązek.
Twardowski szeroko otworzył oczy. Słuchał z napięciem, co ksiądz powie dalej.
— Dlaczego nie powiedziałem odrazu? — ciągnął ksiądz. — Nieboszczyk stryj pański nie chciał pana obarczać tym spadkiem. Pozwolił mi opowiedzieć panu jego historję tylko wtedy, gdy dojdę do przekonania, że to panu jest potrzebne, że bez tych wiadomości mogłaby się panu stać krzywda. Włożył tym sposobem na mnie wielką odpowiedzialność. Spoczątku miałem zamiar nic nie mówić; potem, poznawszy pana i widząc, czem dla pana jest pamięć stryja, zacząłem się wahać; wreszcie, po ostatniej rozmowie z panem, dowiedziawszy się, że jego wrogowie zaczęli i pana prześladować, po długiej walce ze sobą postanowiłem powiedzieć wszystko.
— Bogu dzięki — odetchnął z ulgą Twardowski.
— Jestem tedy tutaj i będę mówił.
Twardowski wziął blok papieru i ołówek.
— Można zapisywać?
— Trzeba.
— Jak panu wiadomo — zaczął ksiądz — nieboszczyk stryj pański ukończył studja handlowe zagranicą, poczem w paru krajach praktykował. Był zdolny, pracował dobrze, z pracy jego byli zadowoleni, ale czuł, że traktują go zawsze jak obcego, co mu trochę dokuczało. Raz — a było to w Belgji — powiedział mu jego zwierzchnik, że bardzo go ceni za jego zdolności i że do pójścia wyżej brak mu tylko jednego: należenia do związku, popierającego ludzi swoich, zasługujących na zaufanie. Przedstawił mu tę organizację w tak korzystnem świetle, że pan Alfred długo się nie wahał. Wstąpił do grupy “Związku uczynnych grabarzy.” To go zbliżyło z osobistościami, wyżej stojącemi od niego, i w Belgji, i w Anglji, do której potem się przeniósł, i w Niemczech, gdzie wkońcu dostał wcale odpowiedzialne stanowisko. Gdy wracał do kraju, otrzymał przedstawicielstwo paru poważnych przedsiębiorstw zagranicznych i list polecający do znanej osobistości w Warszawie, na skutek którego został wprowadzony do tutejszej grupy Związku.
— Pan Twardowski był człowiekiem energicznym, inteligentnym, biegłym w interesach, miał szczęście do ludzi. Powodziło mu się świetnie, zaczął robić pieniądze i majątek jego powiększał się coraz szybciej. Nie potrzebował już niczyjego poparcia, raczej jego poparcia ludzie szukali. Stosunki jego w kraju i zagranicą rozrosły się, zdobył sobie pozycję, uważano go za powagę w rzeczach przemysłowych i handlowych. W grupie Związku, którego sprawami w braku czasu zajmował się niewiele, chodzono koło niego; awansowano go na coraz wyższy stopień. Na czoło tej grupy wysunął się niejaki Culmer, jakoby pochodzenia angielskiego, zdolny adwokat, któremu pan Alfred powierzył prowadzenie swoich spraw, choć wietrzył w nim Żyda.
— Stopniowo zaczęły mu się rozmaite rzeczy w grupie nie podobać. Uderzył go wrogi stosunek “braci” do ludzi, których on bardzo cenił i uważał za dobrych obywateli kraju, i popieranie żywiołów, które jego zdaniem szerzyły w kraju anarchję. Zaczął się bacznie przyglądać robocie Culmera i jego podwładnych. Wreszcie zatrwożył się, gdy na kilka już lat przed wybuchem wielkiej wojny spostrzegł, że grupa zaczęła energicznie szerzyć sympatje dla Niemców i z zawziętością zwalczać tych, którzy byli ich wrogami. Znał on potęgę Niemiec dobrze i zamiary ich względem Polski rozumiał. Widział, że ci, z którymi on jest związany, dążą do wydania Polski w ręce najstraszniejszych wrogów. Na jednem więc z posiedzeń grupy zabrał głos i usiłował przekonać ich, że są na złej drodze. Ale oni słuchali go z niechęcią — nie próbowali nawet zbijać jego wywodów. Widział, że idą za jakimś nakazem, któremu nie są zdolni, czy nie chcą się opierać, i że on będzie musiał iść za nimi. Wtedy sumienie się w nim zbudziło...
— “Powiedz mu nietylko — to są słowa stryja pańskiego — co się działo koło mnie, ale i co się we mnie działo; to ważniejsze.” Dlatego muszę na krótko przerwać swoje opowiadanie. Pan Alfred wtedy, kiedym go poznał, był człowiekiem głębokiego sumienia. Widziało się, że przemyślał wiele, przetrawił w duszy wszelkie wątpliwości moralne swego położenia, wiedział mocno, co jest złe, a co dobre. Ale niezawsze był takim... Nie chcę powiedzieć, żeby był kiedykolwiek złym — był tylko powierzchownym moralnie, żył, nie zaglądając do głębi swego sumienia. Iluż to ludzi, panie, którzy wcale nie są złymi, żyje bez sumienia, bez ścisłego zważenia tego, co jest złe i dobre, bez poczucia odpowiedzialności. Postępują poprawnie, bo dbają, o opinję, w lepszym zaś razie, bo sami siebie szanują. Ale nigdy nie próbują sądzić siebie samych, pociągać siebie do odpowiedzialności za to, co zrobili, odpowiedzieć przed sumieniem, czy postąpili dobrze, czy to, co zrobili, nie jest wielkim, śmiertelnym grzechem. Ta płytkość moralna jest najczęściej udziałem ludzi, którym się powodzi, którym życie płynie gładko, bez wielkich przeszkód, bez katastrof...
Twardowski słuchając zastanawiał się, skąd ten prosty proboszcz wiejski doszedł do takich rozważań i do takich głębokich poglądów na duszę, na sumienia ludzkie...
— Takim był do owego czasu pan Alfred — ciągnął proboszcz. — Był człowiekiem, jak się mówi, porządnym. Nikt mu nie mógł zarzucić, żeby zrobił co brzydkiego. Wśród ludzi, prowadzących interesy, był gwiazdą; honorowy, słowny, otwarty, nie używał nigdy podstępu, współzawodniczył lojalnie, pieniądze robił uczciwie. Sam się szanował i ludzie go szanowali. Pozatem mało rzeczy go obchodziło: nie miał czasu ani na zajmowanie się innemi sprawami, ani na głębsze zastanawianie się nad sobą. Należał do “grabarzy” i nigdy nie zadawał sobie pytania, czy to jest moralne, w jakiem położeniu go to stawia wobec innych ludzi i wobec społeczeństwa. Nie przeszkadzały mu skrupuły religijne, bo religijnie był obojętny. Był z pochodzenia katolikiem, nigdy nic przeciw religji nie robił, ale ona go nie obchodziła. Ot, taki, jak i wielu innych.... Był Polakiem nietylko z pochodzenia, ale i z przekonania. Poczytałby za obelgę, gdyby mu kto powiedział, że jest złym Polakiem. Przeciwnie, uważał, iż ma zasługi dla Polski przez to, że pracuje uczciwie i pożytecznie, przyczynia się do wzbogacenia kraju, daje pracę i chleb wielu rodakom, a i przez to, że będąc Polakiem, posiada poważną pozycję wśród obcych. Na to, żeby robić cokolwiek więcej dla Polski, nie miał czasu. Nie uważał też, żeby z jego polskością kłóciło się należenie do międzynarodowej organizacji, która mu ułatwia stosunki w świecie. Dopiero w ostatnich latach zaczął mieć w tym względzie pewne wątpliwości...
— I oto naraz stanął wobec wielkiego zagadnienia. Mając duże stosunki w świecie finansowym zagranicą, słyszał nieraz poufne rozmowy, które finansiści tylko między sobą prowadzą, i otrzymywał wiadomości, które oni między sobą zachowują, żeby nie wywołać popłochu na giełdzie. Mówiono o niebezpieczeństwie wielkiej wojny w krótkim czasie. Rozumiał, że w tej wojnie mogą się rozegrać losy jego ojczyzny. I oto w tej chwili ludzie, z którymi on sam mocnemi węzły jest związany, przygotowują wydanie Polski w ręce najzajadlejszego, najgroźniejszego jej wroga. Całą jego istotą wstrząsnął wydobywający się z głębi jego duszy głos wielki, głos polskiego sumienia...
— Coś się w nim nagle zmieniło. Stał się innym człowiekiem. To wszystko, czem się w życiu zajmował, do czego największą wagę przy wiązywał, stało się w jego oczach drobnem, małem... On sam, idący dotychczas śmiało przed siebie, mocny, dumny, wydawał się sobie marnym, nikczemnym niewolnikiem, narzędziem w rękach wroga... Ten stan prostracji trwał krótko. Przyszedł bunt. Odezwała się jego duma, która nie pozwalała ustąpić bez walki do ostatniego, ta szlachetna, uczciwa duma, która każe wyrządzoną krzywdę naprawić, żeby być w porządku z sobą, żeby móc sobie nadal śmiało patrzeć w oczy. A tu było skrzywdzone całe społeczeństwo: jego własny naród. Napowrót moc w niego wstąpiła. Postanowił walczyć...
— Był człowiekiem zbyt wytrawnym, zbyt znającym życie i ludzi, zbyt nawykłym do planu w działaniu, ażeby się szamotać w bezcelowych i bezskutecznych wysiłkach. Miał tyle mocy, że zimnej krwi nie stracił. Nie odrazu zerwał z grabarzami. Postanowił przedtem wykryć tajne sprężyny ich polityki, poznać źródła nakazów i sposoby używania Polaków do służby przeciw ich własnej ojczyźnie. W tym celu uciekł się po raz pierwszy w życiu do podstępu. Zaprzestał sporów ze swą grupą, Culmera uspokoił powiedzeniem, iż nie wiedział, że tu istnieje wyraźny nakaz, któremu się nie wolno sprzeciwiać. Nawykli do posłuszeństwa, uznali to za poddanie się i byli zadowoleni. Zaczął częściej niż przedtem jeździć do Berlina. Tam go znano i mówiono z nim dość otwarcie. Wiedząc, że ma dużą pozycję w Polsce, i obiecując sobie ją wyzyskać, kształcono go politycznie. Z Berlina kierowano go do Budapesztu, z którego szło wiele rozkazów do Polski. Bywał też w Wiedniu, gdzie mieściła się kuźnica rozmaitych na Polskę planów. W ciągu krótkiego czasu poznał prawie wszystko. Korzystano nawet z jego usług do przesyłania ważnej korespondencji.
— Gdy uznał, że już mu wystarcza to, czego się dowiedział, poszedł do Culmera i oświadczył, że nie może się pogodzić z polityką grupy i że z nią zrywa. Nie wręczył mu przytem ostatniego listu, który przywiózł dla niego, a który się okazał dokumentem niesłychanej wagi. Culmer się przeraził: spróbował go przekonywać — gdy to nie skutkowało, zaczął grozić. Stryj pański na groźby odpowiedział drwinami. Gdy Culmer zażądał od niego wydania wszystkich dokumentów grabarskich, oraz książek, dostępnych tylko dla wtajemniczonych, pan Alfred odpowiedział, że rozumny człowiek nie pozbywa się broni, którą ma w ręku, i dodał, że zdobył świeżo najważniejszy dokument, który był przeznaczony dla Culmera. Ten szalał poprostu. Rozstali się śmiertelnymi wrogami. Pan Twardowski nie omieszkał natychmiast odebrać osobistych spraw swoich Culmerowi i powierzył je adwokatowi Osieckiemu...
— Nie przyszło mu na myśl, że jego nowi wrogowie posiadają jedno straszne narzędzie walki — oszczerstwo. Rychło się o tem przekonał. Po mieście zaczęły krążyć najpotworniejsze wieści o sposobach, jakiemi doszedł do majątku: głownem tego majątku źródłem miały być pieniądze, otrzymywane od rządu rosyjskiego, którego był rzekomo agentem politycznym i szpiegiem. W innych sferach szerzono podrywające mu kredyt pogłoski o bliskiem jego bankructwie. Śmiał się z tego, to znów gniewał się, ale to go nie zniechęcało do walki. Wypowiadał wszędzie głośno swoje poglądy polityczne, w poważnych kołach wygłaszał referaty o grożącem Polsce niebezpieczeństwie, o intrygach niemieckich w naszym kraju, o roli żydów i tajnych organizacyj. Założył nawet pismo, które otwarcie wskazywało grabarzy jako organizację pracującą dla interesów niemieckich. Niebawem spostrzegł, że interesy jego zaczynają cierpieć, że skryta robota przeciw niemu może go sczasem do dużych strat doprowadzić. Wtedy powiedział sobie, że ma dosyć pieniędzy, i zaczął likwidować swe interesy.
— Zaczęli mu przysyłać listy z pogróżkami. Dostał nawet wyrok śmierci z podpisem jakiejś rewolucyjnej organizacji, o której nigdy nie słyszał. Dokonano nań napadu w nocy, gdy wysiadał przed swym domem z automobilu. Uratowała go zimna krew i pomoc szofera.
— Ale mu zadali jeden cios potężny. Pan Alfred w owym czasie miał się żenić. Kochał kobietę głęboką miłością, jaką może kochać tylko dojrzały, silny mężczyzna czterdziestoletni, który z całą świadomością dokonał wyboru. Miał jej wzajemność i obiecywał sobie wielkie szczęście. Przyszli do jej rodziców i powiedzieli im, że jest on nieuleczalnie chory, zagrożony obłąkaniem. Ona temu nie chciała wierzyć. Przyprowadzili wszakże tak poważnych świadków, dostarczyli tak niezbitych dowodów, że rodziców przekonali, a wkońcu uwierzyła i ona. Uciekła z Warszawy, zostawiając mu list z pożegnaniem na zawsze. Wkrótce wyszła za innego, za wdowca po swej siostrze, szukając ocalenia przed warjatem...
— Pani Czarnkowska — szepnął Zbigniew.
Ksiądz spojrzał nań zdziwiony i przytaknął głową.
— Nieszczęśliwa ofiara ludzkiej podłości... To był cios potężny, który go złamał. Odtąd już nie miał tej siły, tej pewności siebie w prowadzonej walce, czuł, że nieprzyjaciel umie uderzać skutecznie. Walczyć nie przestał... Coraz mniej wszakże wierzył w skuteczność swych wysiłków, coraz więcej się gryzł... Wszedł w siebie, rozmyślał nad swojem życiem, zaczął na nie patrzeć jako na jeden wielki błąd, oskarżał siebie przed sobą samym, sądził siebie niemal jak zbrodniarza. “Jestem drugim Twardowskim — mówił potem do mnie — który sprzedał duszę djabłu.” Te rozmyślania doprowadziły go do Boga. Kiedym go poznał, był to szczery, głęboki, mądry katolik, człowiek, któregobym nazwał świętym, gdyby nie ta nieubłagana nienawiść, którą zawsze żywił dla wrogów. Dla innych ludzi wszakże miał więcej miłości, niż jakikolwiek inny człowiek, któregom w życiu widział. Nie śmiał myśleć o tem, że pan jego walkę podejmie, i nie chciał jej panu narzucać...
— Ale jestem pewien, że tego pragnął — zakończył Zbigniew.
Ksiądz milczał.
Przez długą chwilę siedzieli obaj, nie mówiąc ani słowa.
— Cóż mam więcej panu powiedzieć — rzekł ksiądz. — Resztę pan wie lepiej ode mnie.
Twardowski wyciągnął rękę do księdza.
— Dziękuję — rzekł. — Teraz już wiem wszystko, co mi potrzeba. Dowiedziałem się na czas. Właśnie w tej chwili tego mi brakowało. Wiele sie domyślałem ale teraz mam fakty, które są bronią w mem ręku. Teraz niech ksiądz posłucha...
I zaczął opowiadać swoje doświadczenia na gruncie warszawskim.
Ksiądz słuchał podniecony. Widać było, że to wszystko ma dla niego osobiste znaczenie. Gdy Twardowski skończył, rzekł:
— Gdyby mi tego jeszcze było potrzeba, dowiódł mi pan swem opowiadaniem, żem postąpił ściśle z wolą zmarłego i że mam w tej sprawie sumienie czyste. Zgrzeszyłbym ciężko, gdybym był panu nie odsłonił całej tajemnicy życia ś. p. stryja pańskiego... Ale teraz mam nową troskę... o pana, panie Zbigniewie. Zabrnął pan już tak daleko, że się pan nie cofnie — to dla mnie oczywiste. To ciężka i niebezpieczna walka. Czy nie mógłbym się panu w niej przydać? Ale jak? w jaki sposób? Martwi mię i gniewa, że tego nie widzę... Będę się za pana modlił; gdy mię pan zawoła, zawsze się stawię.
— O jedno pana proszę, niech pan sprowadzi do Warszawy Grzegorza. To nieoceniony człowiek; przyda się panu w niejedniej rzeczy. I będę spokojniejszy, gdy on przy panu będzie. Niech pan też sprowadzi swój automobil; będzie panu wygodniej, a lepiej, żeby pan jeździł ze swoim szoferem, pewnym człowiekiem.
— Ksiądz umie o wszystkiem myśleć.
— To są nauki z długich rozmów z nieboszczykiem stryjem pańskim.
— Posłucham rady. Dotychczas starałem się występować skromnie, uchodzić za biedniejszego, niż jestem; nie mieć za wiele służby i jeździć taksówkami. Ale teraz, po tem, co pan Culmer puścił między ludzi, własny automobil tylko będzie potwierdzał opinję, że jestem lekkomyślnym bankrutem.
Zaśmiał się wesoło.
Ksiądz nie chciał zostać na obiad i odjechał najbliższym pociągiem.
Twardowski po jego odejściu zatelefonował do Culmera z zapytaniem, czy może mu jutro zabrać godzinkę czasu. Mecenas skwapliwie wyznaczył ranną godzinę. Może zrodziła się w nim nadzieja, że uparty filozof zląkł się i zmienił postanowienie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Dmowski.