Dworek przy cmentarzu/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Dworek przy cmentarzu
Podtytuł Z niewydanego rękopisu
Redaktor Franciszek Juliusz Granowski
Wydawca Franciszek Juliusz Granowski
Data wydania 1900
Druk Drukarnia A. T. Jezierskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


І.

Niema cię już, dworku przy cmentarzu, ale mógłbym cię odrysować z pamięci.
Wiem, że się z sześciu dużych składałeś pokoi, żeś miał dwa ganki: jeden frontowy, drugi od ogrodu, że w paradnym pokoju były żółte meble, jesionowe, włosienicą czarną kryte, zegar z orłem francuskim pod kloszem; bronzowy Napoleon ze skrzyżowanemi na piersiach rękami i porcelanowa Psyche w objęciach Amora.
Obok Dyana-łowczyni, a przy niej, również z porcelany, pastuszek grający na flecie, pasterka w ponsowych trzewiczkach i bufiastej kanarkowej sukience, pieski większe i mniejsze; bardzo malutkie, kryształowe flakoniki do perfum, czerwony kubeczek z napisem „souvenir.”
Pamiętam te wszystkie drobiazgi. Stały one na komodzie mahoniowej, bronzami suto obitej.
Przy drugiej ścianie znów była szafka, także mahoniowa, oszklona, którą „serwantką” nazywano. Przez szyby można było widzieć jej wnętrze, samemi kosztownościami napełnione. Były tam tace srebrne i kubki i cukiernice i różne przedmioty, a wszystko ciężkie, masywne, wewnątrz złocone.
Zdawało mi się wówczas, że nawet zaklęte skarby z bajek co do bogactwa równać się z tą „serwantką” nie mogą.
I fortepian był w tym pokoju, długi, wązki, na cienkich nóżkach, z pozłacaną lirą pod spodem...
Grywała na nim niekiedy panna Antonina różne melodye smętne i arye sentymentalne, w przyciszonym, niekiedy ledwie dosłyszanym tonie.
Nad fortepianem portret wisiał w ramach czarnych...
Ten doskonale pamiętam.
Figurował on nieraz w moich snach dziecinnych — bałem się go...
Mężczyznę wyobrażał marsowatego, groźnego, z brwiami wyrazistemi, wąsami zakręconemi do góry...
W sąsiednim pokoju rzadko bywałem, gdyż był to pokój samej pani właścicielki dworku — pomnę jednak, że stało tam łóżko, toaleta ogromna, szaf parę i klęcznik, a nad klęcznikiem na ścianie obraz Matki Boskiej, przed którym co sobota dwie żółte świece woskowe zapalano.
Najmilszym w całym dworku był pokój stołowy...
Duży, widny, miał dwa okna weneckie i drzwi oszklone od ogrodu. Tam się gromadzili wszyscy domownicy i tam najczęściej przyjmowano gości.
Latem z ogrodu świeży wietrzyk przez okna do tej stancyi wpadał, z siatkowemi firankami igrał, zapach rezedy, gwoździków i lewkonii przynosił; zimą, gdy okna zamknięto i zalepiono szczelnie, gdy śnieg ziemię przykrył, a zieloność przed mrozem uciekła, zapalano suty ogień na kominku.
Z trzaskiem płonęły smolne szczapy sosnowe, a płomienie migotały, mieniąc się z niebieskawej barwy w czerwoną, czerwieńszą, w krwawą prawie.
W tym pokoju był stół ogromny, krzesłami obstawiony dokoła, a na głównem miejscu stał fotel pani domu, wielki, wolterowski, skórą obity, z ogromnem, wysokiem oparciem.
W tym fotelu prawie cały dzień przepędzała staruszka, gdyż wiekiem i chorobą złamana, chodzić nie mogła. Z pokoju do pokoju, albo latem na ganek, dwie osoby przeprowadzać ją musiały pod ręce. W fotelu więc musiała przepędzać cały dzień, w stołowym pokoju, w którym, jako najobszerniejszym i najdogodniejszym, koncentrowało się całe życie domowe.
Tu kilka panien ubogich, stale rezydujących w dworku, pracowało nad krosienkami, tu się zbierali goście co wieczór na pogawędkę — na debaty różne.
Jak w saloniku portret groźnego pana, tak znowu w jadalnym, na honorowem miejscu wisiał konterfekt damy w białej sukni. Był to portrecik kredkowy i przedstawiał kobietę o ładnych rysach twarzy, z obnażonemi aż do samych ramion rękawami, wydekoltowaną. Włosy miała zebrane na wierzchu głowy i splątane w węzeł misterny — stan króciutki, ściśnięty szarfą, czy wstęgą.
Na ten portrecik właścicielka dworku często oczy zwracała i bardzo chętnie mówiła o damie, którą on przedstawiał.
— Księżna pani, za czasów księżnej pani, u księżnej pani — powtarzało się stale w opowiadaniach staruszki.
Księżna pani była Czartoryską i opowiadania najczęściej dotyczyły Puław.
Ze stołowego pokoju drzwi prowadziły wprost do ogrodu, który latem był istnym rajem dla dzieci.
Krzaki malin, porzeczek czerwonych i białych, agrestu, nęciły do siebie zdaleka, a potem, gdy pora ich przeszła, rumieniły się na gałązkach wielkie wiśnie łutowe, dojrzewały słodziutkie małgorzatki, papierówki nęciły zapachem. Co tydzień, co dwa coś nowego — aż do węgierek przepysznych, szarych ber zimowych, które kończyły sezon i nasze do ogrodu wyprawy. Zbierano owoce z drzew i już nie było czego oglądać w ogrodzie, chyba georginie i malwy.
Ogród otoczony był wysokim parkanem, po za którym ciągnęła się wązka dróżka piaszczysta. Ta dróżka oddzielała terytoryum dworku od cmentarza.
Nieraz przez szparę w parkanie patrzyłem z trwogą na przybytek umarłych. Mieścił się on na niewielkim wzgórku, mur go z cegły czerwonej otaczał, z po za muru widać było kapliczkę niewielką z wieżyczką szpiczastą, a obok kapliczki, przed nią i przy niej po obu stronach krzyże, krzyże i krzyże... las krzyżów!
Brzozy i wierzby na cmentarzu rosły, brzozy płaczące i wierzby płaczące, pod murem zaś kolczaste krzaki były. Innych roślin nie widziałem. Może nie próbowano ich sadzić, a może i sadzono, lecz rosnąć nie mogły w piasku.
Położony przy drodze do cmentarza, w niewielkiej odległości od miasteczka, dworek z obszernym dziedzińcem, ogrodem owocowym i warzywnym oraz zabudowaniami gospodarskiemi, stanowił terytoryum oddzielne, otoczone wysokim parkanem z potężną bramą, zawsze zamkniętą na wielkie sztaby żelazne.
Wchodziło się przez furtkę zaopatrzoną w blok i ciężar na sznurze; prosty ten mechanizm sprawiał, że furtkę trudno było otworzyć i że otwarta zamykała się natychmiast za wchodzącym, z niezmiernym łoskotem, który alarmował dwa wielkie psy podwórzowe.
I te pamiętam.
Biały wabił się „Kurdesz”, czarny „Cygan”; podczas dnia przywiązane na łańcuchach spały, każdy w swej budzie, nocą biegały swobodnie po dziedzińcu.
Usiłowałem zawiązać z temi brytanami stosunki przyjazne, ale nadaremnie. Biały pozwolił się niekiedy pogłaskać, ale „Cygan” był nieprzejednany. Wyszczerzał zęby i warczał ile razy zbliżałem się do budy. Próbowałem go zjednać kawałkiem chleba lub kością, dary te przyjmował łapczywie, ale pogłaskać się nie dał.
Są takie natury psie.
Nad bezpieczeństwem dworku i mieszkających w nim niewiast czuwał kulawy stróż Kajetan, dawny żołnierz; pysznił się tem, że Napoleona widział i parę wyrazów francuskich umiał. Utykał na nogę, bo mu ją pod Lipskiem kula przewierciła — a gdy zaczął opowiadać o okropnościach wojny, to mi się słuchając zimno i gorąco robiło. Gdy sobie podchmielił, co mu się często zdarzało, to śpiewał różne piosenki żołnierskie; gdy był w dobrem usposobieniu, to siadał na kłodzie lub na pieńku przed drwalnią i opowiadał różne historye.
Powtarzał częstokroć te same, ale pstrzył je i ozdabiał rozmaitemi waryantami, a ja słuchałem chciwie i pomimo, że mi znane już były, słuchałem z niezmiernem zajęciem.
Pamiętam tego Kajetana i Józefową, kucharkę, wysoką babę w białym czepcu, której się głowa trzęsła, i Marynkę pokojówkę, z którą się później ożenił stolarz Kieliszek — i te panny, które podówczas rezydowały w dworku i pannę Antoninę, tę, co tak ładnie na fortepianie grywała, i samą panią domu, i tych gości, co u niej prawie codziennie bywali, wszystkich, wszystkich pamiętam...
Gdzie teraz ta gospodyni uprzejma, gdzie jej goście?
Spoczęli w ziemi snem wiecznym, mogiły się nad ich trumnami zapadły, trawa na nich porosła i chwasty. Nowe pokolenia zajęły miejsce tamtych — i w troskach życia, w pogoni za chlebem, za groszem, o poprzednikach swoich zapomniały.
Gdy mi się zdarzy przejeżdżać przez miasteczko X., niegdyś ożywione bardzo i ruchliwe, a dziś podupadłe i zbiedniałe, wstępuję do kościoła i po ścianach kruchty się rozglądam.
Wiszą tam jeszcze blachy żółte i białe z napisami, zatartemi potrosze, ale dającemi się jeszcze odcyfrować.
To już ostatnia po tamtych ludziach pamiątka.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.