Dwa światy/XLII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dwa światy
Pochodzenie Powieści szlacheckie
Wydawca S. Lewental
Data wydania 1885
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XLII.

Trudno wypowiedziéć, co się działo w duszy biednéj dziewczyny, gdy sama została po téj rozmowie z prezesem; pobiegła na ławkę w altanie, siąść na niéj nie mogła, rzuciła się na kolana, głowę zakryła rękami i płakała, płakała gorzko i długo. Ciężka ręka boleści i rozpaczy na chwilę uciskając ją, odjęła przytomność, czucie, pamięć, wszystko... nie wiem, jak długo byłaby tak pozostała, gdyby szukający jéj Aleksy, którego Julian sam wysłał niespokojnie się czegoś domyślając, a wstrzymany będąc przez prezesa, nie nadbiegł i nie przebudził. Podniosła głowę, była prawie nie do poznania! oczy nabrzękłe, zaognione, twarz cała w płomieniach... na nogach utrzymać się jéj było trudno, słaniała się nieprzytomna i osłabła. Aleksy sądził, że nowa jaka scena z Julianem była temu przyczyną, ale unikał zwierzeń i zmieszany udał, że się domyślił tylko choroby.
— Co to pani jest? — spytał — głowa?
— Chora jestem, zgadłeś pan — odpowiedziała Pola — chora... nie wiem, co mi jest, mam jakieś dreszcze...
I rozśmiała się z za łez, podając mu rączkę białą.
— A! nie śmiej się ze mnie — zawołała — i ty, i ty... mężny rycerzu, co swe serce przykrywasz stalą, żeby bicia jego dostrzedz nie było można; i ty wkrótce może tak jak ja zachorujesz. Oboje, oboje wpadliśmy w świat nie nasz, między ludzi, co niby są nam równi, których uśmiech pociąga, słodycz ośmiela, ręka drży, dusza mówić się zdaje.. a którzy z obłoków tylko mówią do nas śmiertelnych i w uścisku rozpływają się... w kroplę błota!! Oboje pokochaliśmy złote posągi! A! potrzeba nam było pozostać w naszéj zagrodzie i tam szukać serca i ludzi!
— Ja pani nie rozumiem — rzekł Aleksy — chodźmy, odprowadzę...
— Chodźmy, ale pan mnie rozumiesz, o! nie myśl, żeby przed okiem kobiety taka tajemnica, jak twoja, ukryć się miała! Ja także wiem wszystko, ale milczéć umiem.
— Niestety! to wszystko jest... niczém.
— Niczém! bo któżby rachował nasze cierpienie! Słusznie, pocośmy się darli do nich i podnieśli tak wysoko!... Zasługujemy, by nas odepchnięto ze wzgardą; słudzy, powinniśmy byli zostać sługami, sieroty, pamiętać na sieroctwo nasze... Czyż między sobą nie natrafilibyśmy na serca i ludzi?
— Co się to stało? na Boga! — spytał zatrwożony Aleksy.
— To, co jutro będzie z tobą — odparła Pola — jeżeli nie uciekniesz, nie ujdziesz... nie zabijesz w sobie uczucia, które karmisz...
— Zdaje mi się, że moje uczucia są tak niewinne...
— Niewinne! od nas dla nich wszystko jest winą! zbytek przywiązania nawet, nawet ciche poświęcenia. Myśmy powinni być zimną lalką, na ich skinienie posłuszną; ale mieć serce, ale kochać, ale się zbliżyć! o! to grzech, to grzech niedarowany!! My i oni! bogowie ziemscy i prości śmiertelnicy!!!
Tak ciągle i żywo rozprawiającą Pole Aleksy odprowadził do jéj pokoju, dokąd Anna, dowiedziawszy się o jéj słabości, zaraz pobiedz chciała, ale ją wstrzymali prezes i matka. Julian, domyślając się czegoś, pozostał jak na żarzących węglach.
Prezes postanowił udawać, że nie wie o niczém, i nie mówić mu ani słowa.
Ledwie wstali od stołu, Julian, który przez cały czas siedział milczący, pochwycił Aleksego i odprowadził go na bok.
— Co jéj jest? — zapytał.
— Nie wiem, skarży się, że chora...
— Prezes nic z tobą nie mówił?...
— Ani słowa...
— Widzę po nim, że coś wie, czuję, że mi będzie przeszkadzał, alem gotów.
— Zbierz siły i obrachuj, mój Julianie — rzekł Aleksy — życzę ci ich, choć nie ufam w nie.
— W tych, co się wam słabemi wydają, więcéj jest niż w silnych, którzy padają jak dęby od burzy... zegnę się, ale mnie nie złamią.
Aleksy nic nie odpowiedział; prezes zażądał szachów, zawołał Juliana i wesoło się bawiąc od siebie go nie puścił na chwilę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.