Dusza ludzka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz
Przerwa-Tetmajer
Tytuł Dusza ludzka
Pochodzenie Tryumf. Nowele
Data wydania 1916
Wydawnictwo Księgarnia Wydawnicza J. Czerneckiego
Drukarz E. i Dr. K. Koziańscy
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
DUSZA LUDZKA.


Do pracowni wpadało blade księżycowe światło. Artysta leżał na szezlągu z zamkniętemi oczyma.
Wszystko to, co malowali i rzeźbili ludzie, wszystko to, co malował i rzeźbił on sam, wydawało mu się niewystarczające.
Chciał wymalować lub wyrzeźbić duszę, duszę ludzką.
Albowiem przyszła ona ku niemu w pewną noc miesięczną, kiedy wicher z gór zwiewał tumany obłoków, a na polach i ugorach rozesłane leżało światło, krystaliczne i tak spokojne, jak sen. W ową to noc, z pośród tego zwału obłoków, wichrem przez turnie strącanych i owych pól, pod światłem takiem jasnem i spokojnem, wyszła dusza, dusza ludzka i przystąpiwszy ku niemu, rzekła: uczyń mój obraz. Poczem znikła, a on został w jakiemś oczarowaniu i olśnieniu tajemniczem, w jakiemś osłupieniu pełnem cudu, zachwytu i rozpaczy, albowiem zjawisko trwało tak krótko, że kształtu jego pochwycić nie zdążył.
W uszach zaś brzmiał mu rozkaz duszy, duszy ludzkiej: uczyń mój obraz.
Usiłował więc sobie przypomnieć kształt zjawiska, lecz nadaremnie; niczego przypomnieć sobie nie mógł. Usiłował kształt ten stworzyć, wymaślić, lecz również napróżno. Wyobraźnia łamała skrzydła; czarna jakaś zasłona zapadała przed nią i ile razy pięła się naprzód, jak gdyby głos jakiś mówił jej:
Nie pójdziesz dalej.
Poczem przed oczy jej zapadał czarny mrok.
Wówczas, kiedy i pamięć zjawiska i wyobraźnia zawiodły artystę, począł szukać. Szukał w górach i lasach, szukał nad morzami w dni słoneczne i noce księżycowe, szukał na stepach i niezmiernych, równie pustych jak stepy, polach śniegowych, szukał wreszcie w poezyi, w muzyce, w sztuce plastycznej i nigdzie znaleźć kształtu duszy nie mógł. Psyche neapolitańska zarówno jak i marmurowe orkany Michała Anioła, anielska muzyka Mozarta, jak i bezdenne głębie Beethovena, poezya Danta, jak i poezya Mickiewicza: nic obrazu, kształtu duszy ludzkiej przed oczy mu rzucić nie mogło.
Podług tych pieśni, tych rzeźb i tych słów, można było zobaczyć może duszę gwiazd, można było zobaczyć może anioły, lecące w jasnych obłokach i drugie, z pochylonemi na pierś głowami, zadumane u skraju przepaści — ale kształtu szukanego nie dały.
Rzucił się więc artysta w studya filozofii, próbował wydrzeć kształt duszy religiom świata, szukał ziarna, któreby mu zapłodniło mózg żądanym obrazem, ale zawsze napróżno.
Począł więc szukać go w życiu. Stanęła przed nim kobieta, kobieta, o której mówią, że jeżeli powstała idea aniołów w niebie, to dlatego, że ona jest na ziemi. Począł kochać, kochać kobietę, jak bóstwo i jak do bóstwa się modlić, myśląc, że może modlitwą swoją wywoła z niej duszę jej i ujrzy podług niej uczyni, co mu uczynić kazano. Ale nawet miłość najwyższa, nawet ubóstwienie kobiety nie otwarło mu oczu, nie rozdarło czarnej zasłony przed niemi.
Więc przestał kochać.
I otoczyła go pustka, pustka pełna rozpaczy i bólu. Nic tworzyć nie mógł, wszystko bowiem, cokolwiekby stworzył, wydawało mu się świętkradztwem i bluźnierstwem wobec jego idei, wobec tej woli, która mu rozkaz dała.
Począł się jednak zastanawiać, co on miał uczynić?
Co miał uczynić? Wyrazić w plastycznym kształcie duszę ludzką? Jestże to podobnem? Jestże to możliwe? Nie jestże to szaleństwem? Szałem i obłędem twórczego mózgu, godnym śmiechu każdego rozumnego, normalnego człowieka? Czyli czas ten, te siły, to wszystko, nie jest napróżno zmarnowaną częścią żywota? Czy ten czar, który na niego spadł, nie jest przekleństwem jakiemś, klątwą, którą go urzekło złe przeznaczenie? Czy to wszystko nie jest czczym żartem, czczym, ale bolesnym, jak śmierć, i czy zjawisko to i wola jego nie jest dziełem tej strasznej Ironii, która rządzi i włada, szatan, któremu Bóg pozwolił siać zło? Jakże to można ujrzeć widomie duszę ludzką? zamknąć ją w kształt? dać jej formę?
Czyni się ją podobną do człowieka, jak do człowieka czyni się podobnym anioła, nawet Boga. Czy widział Ich kto kiedy? Jest to więc marna bezsilność twórczej potęgi ludzkiej, która każdy cud, każdą ideę z nieba ściągać musi na ziemię, aby módz pojąć, aby módz wierzyć, aby módz kochać? Wizye i zjawy, które miewali prorocy, brały postać ludzką, albowiem tworzyły się w ich wnętrzu, w ich własnych sercach i umysłach.
Ale ku niemu głos przyszedł z zewnątrz, z poza niego, z za świata.
Z za świata zkądś zjawiła mu się w ową noc miesięczną, z pośród zwału obłoków wichrem przez turnie pędzonych i pól, pod światłem krystalicznem i spokojnem, jak sen, zjawiła się i rzekła i rozkazała: uczyń mój obraz.
I stało się to tragedyą życia artysty. Poczęto go mieć za obłąkanego i on sam począł wątpić, żali nie jest obłędem dotknięty? I ów straszny anioł śmierci, który krąży nad światem, końcami swoich skrzydeł dotykając czół i piersi ludzi straconych, zdawało mu się, iż przeleciał po nad nim.
I z tą myślą w głowie, znużony i złamany moralnie, zabity na duchu, leżał w swojej pracowni z zamkniętemi oczyma, starając się nic nie czuć, nic nie wiedzieć i nic nie pamiętać. Ale choć wszystkie uczucia odganiał, straszliwa, miażdżąca tęsknota osiadła mu serce, straszliwe miażdżące pragnienie. Było mu tak, jakby mu uchylono drzwi Raju, ale nim krok w nie uczynił, zamknięto. Tęsknił i pragnął do śmierci.
Gdyby miał nawet umrzeć, gdyby miał nawet umrzeć, jak ów Faun, który wydzierając się z uścisków Nimfom i Dryadom leśnym, zakochany w wizyi świetlanej, czystej i świętej Psyche, przebiegał cały świat, szukając jej i śledząc, pełen niewysłowionej, śmiertelnej tęsknoty, a przypuszczając, iż

Pani błękitnych, cichych dni,
Pani błękitnych nieba drgnień,
Pani tych barw, któremi lśni
Morze, w zachodu idąc cień —

lęka się jego koźlich nóg i rogów na włochatej głowie: modli się o śmierć u pioruny siejącego Zeusa. I oto stał się cud! Przez miłość, przez tęsknotę, z bożka leśnego, którego Nimfy i Dryady dla jego wiecznej gonitwy za świetlaną Psyche, zwały szalonym Faunem: bóg się wypromienił, bóg jasny i święty, godny Eteru. Lecz w tejże chwili, w chwili zachwytu i wniebowstąpienia, padła nań śmierć.
Taką legendę znał artysta i gdyby mu nawet tak umrzeć przyszło, radby był umrzeć, zazdroszcząc Faunowi z legendy, że miał jedną chwilę objawienia, że jedną chwilę: widział.
Bo zaiste, lepiej jest raz wejrzeć w niebo, niż stulecia tylko ziemię oglądać.
Stracił nadzieję.
Wtem, w nocnym mroku, niewidzialna, ale blizka, stanęła Ona...
Serce, które ją uczuło, zadrżało, stokroć więcej zadrżało, niż drży, kiedy kochana, upragniona kobieta szepnie niewidzialna w mroku nocnym: przyszłam, jestem...
Ona, Dusza, dusza ludzka...
I zadźwięczał jej głos: gdzież to mnie szukasz?
— Szukałem cię wszędzie, na ziemi i w niebie.
— Więc pójdź.
Naówczas otwarł się przed oczyma artysty przedziwny świat. Nie była to ani ta ziemia, którą oczy ludzkie widzą, ani to niebo, które myśl ludzka marzy. Był to bezmiar, niezmierna, nieskończona przestrzeń. Wieki i światy, miliardy wieków i miliardy światów krążyły tu nieskończone w nieskończoności. Wszystkie wyżyny i wszystkie głębie tu były. Tu było wszystko, wszechwieczność czasu i wszechwieczność bytu.
Tu był Chaos, miejsce stawania się i nicestwienia, powszechne królestwo. Wszystkie żywioły, wszystkie potęgi i wszystkie moce elementarne tu miały swoje źródło i tu swój kres. Gwiazdy się tu rodziły i z osi swoich zerwane ginęły planety. Tu także kwiatowy pył rozpładniał się po świecie i słychać było dźwięk rosy, kiedy spływa po źdźble trawy na ziemię. Tu każda sekunda miała swój zegar, który ją znaczył, jak każdy wiek, i każdy wiek wieków bił w przestrzeni. Wszystko zaś było współrzędne, nie rozdzielne: dźwięk rosy ziemskiej zlany pył z ruchem gwiazd, stulecia zespolone były z płodnym pyłem kwiatowym. Tu było wszystko: wszechwieczność czasu i wszechwieczność bytu.
— Cóż to jest?! — spytał zdumiony artysta.
— Nie poznajesz–że? — odparł Głos. — To jest dusza ludzka.
— A tyżeś kto jest?
— I jam jest nią.
— Ty, coś przyszła ku mnie, dźwięczysz, jak liść nad potokiem i pachniesz, jak kwiat?
— Jam jest.
Zdumienie coraz większe ogarniało artystę.
— Jakżeś mogła — rzekł — oddzielić się, oddzielić się od tych przepaści i otchłani wieków i światów? Jakżeś mogła rozwiązać się ze spojeń z temi wszechmocami bytu, wyjść z tego Ruchu, który Cię całą wypełnia, który Ty wskroś przenikasz?
— Jam–że jest wszystkiem; jam jest Wszystko — rzekła Dusza.
— Jakżeż więc ja, człowiek, mogę Ci nadać jakiś kształt, zamknąć Cię w jakąś formę, oznaczyć Ci linie i granice, Tobie, która jesteś miejscem stawania się i nicestwienia w wieczności i nieskończoności, a która razem stajesz przy mnie i mówisz głosem, który ma dźwięk liścia nad strumieniem, a wonny jest, jak kwiat? Jakże mogę uczynić Twój obraz, gdy jeden tylko Bóg uczynićby go potrafił? Stoisz przy mnie, a mimo jasnego światła księżyca nie widzę Cię; mówisz do mnie, ale usta Twe jakoby były dokoła mnie w powietrzu; nie wiem, zkąd idzie głos? Gdybym wyciągnął rękę, wiem, że Ci się nie dotknę; gdybym chciał iść ku Tobie, wiem, że Cię nie napotkam. Jesteś czemś eterycznem, czemś wolnem, czemś nadludzkiem i nadziemskiem, niedostępnem i wyższem nad wszystko. Wydaje mi się, że jesteś jedna tylko, jedna wiekuista i jedna niezmierna, bez początku w praepoce, bez kresu w przyszłości. Wydaje mi się, że tylko cień Twój ludzie w sobie noszą — odblask Twój, jak odblaskiem słońca, znikomym i przelotnym, świecą fale płynące. Wydaje mi się, że olbrzymia, jak niebo, otaczasz świat. Wydaje mi się, że trwasz, jak ono, które nigdy nie ginie z oczu, czy dzień płonie, czy mroczy się noc. Słowa Twoje, symbol twój: zawsze i nigdy. Czyż nie jesteś uczyniona na obraz i podobieństwo Boga?
— Jam jest — odrzekła Dusza.
— Dlaczegóż więc przyszłaś i rzekłaś: uczyń mój obraz?
— Abyś mnie pojął.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.