Dola i niedola/Część I/XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dola i niedola
Podtytuł Powieść historyczna
Data wydania 1878
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Chociaż lat kilka upłynęło od opisanych wypadków, a w wieku kasztelanowéj kilka miesięcy często więcéj cięży niż całe lata w młodości, — ona jeszcze była piękna, może piękniejsza niż w dniach najświetniejszych życia. Miłość i nadzieja, te dwa talizmany, czyniły ją jeszcze świeżą, jeszcze prześliczną, jakby ogrzaną rumianym promieniem zachodzącego słońca. Żadna nowa marszczka nie wypisała na tém obliczu klassycznéj piękności przebytych dni tęsknoty i wyczekiwania. W ciągu tych lat kilku, rzadko, w długich odstępach widywała Adasia, a przywiązanie jéj do niego wzrastało, piastowane na dnie serca jak ostatnia życia iskierka.
Hrabina chciała zdaje się przedłużyć marzenie, którém się karmiła; obawiała się zmienić je w rzeczywistość, jak Psyche lękając się wnieść światło do téj komnaty, w któréj uśpiony spoczywał Amor. Wiedziała ona, że miłość gwałtowna zużywa się sama sobą, że dopóki wzrasta, póty żyje tylko, a zmieniając się w nałóg chłodny — już staje w progu śmierci.
Ale te lata cichego przywiązania jakże zmieniły kobietę płochą! Przyjaciele i nieprzyjaciele poznać jéj nie mogli. Sprawcą metamorfozy było czarodziejstwo uczucia.
Z płochéj i roztrzepanéj stała się poważną i obojętną, prawie zimną dla ludzi, żyjąc w sobie, swym skarbem — nadzieją. Listy Adasia, pamiątki po nim, jego portret, z którym godzinami się zamykała, zajmowały ją tylko.
Wstydziła się swéj przeszłości trzpiotowatéj, bez uczucia przeciągniętéj tak długo... Jedném słowem, hrabina kochała, i stała się inną istotą, rozpromienioną, ubłogosławioną świętością tego uczucia, które nawet będąc występném, ma w sobie jakiś pierwiastek nadziemski.
Hrabina od młodości, od dzieciństwa należała całkiem do swojego wieku. Była płochą jak wszystkie jéj towarzyszki, lubiła bawić się i draźnić, wywoływać miłość i odpychać ją, udawać uczucie i szydzić z niego, męczarnią ludzi naiwnych podrzucać jak kot myszką. Teraz to wszystko wydawało się jéj profanacyą, występkiem, a wspomnień młodości znieść nie mogła, odpychała je jak pamięć ciążącego grzechu.
I stała się dobrą, i była łagodną a łzawą jak nigdy; pragnęła, by wszyscy ją otaczający byli szczęśliwi, aby jéj miłości przygrywała harmonia chórów całego świata.
W dniu, o którym mowa — był to dzień skwarnego lata, — Adaś właśnie miał powrócić z Paryża, aby już pozostać z nimi. Lato mieli spędzić na wsi, w gąszczach zielonych ogrodów, wśród uroczystéj ciszy wiejskiéj; na zimę chcieli powrócić z nim do Warszawy, a hrabina jakby utworem swym i tryumfem miała się nim pochlubić przed światem.
Teraz Adam był już mężczyzną, wychowanym w stolicy świata; przy pięknéj postaci miał nabyte formy zewnętrzne, które dozwalały mu śmiało przedstawić się choćby na najpierwszym dworze europejskim. Lat tych kilka dokończyło w nim człowieka, gorączka pragnień bez liku przyśpieszyła w nim dojrzałość: Adam zdawał się na oko mieć więcéj lat, niż ich miał w istocie.
Wszyscy zgadzali się dla niego na jednogłośne pochwały, któremi osypywano najprzód cudnie uroczą postać Antynousa, potém dowcip łagodny i miły, zdolności i przymioty towarzyskie, których szczególniéj potrzebuje od swych dzieci świat zowiący się wielkim. Adaś nie był geniuszem wcale, lecz miał z łatwością nabytych mnóztwo błyskotliwych talentów, które lepiéj daleko nad geniusz popłacają: jeździł konno jak berajter, bił się na szpady i pałasze jak fechtmistrz, tańcował jak Vestris, jak sam bóg tańca, śpiewał wcale nieźle słodkim i sympatycznym tenorem, grał trochę na klawikordzie i flecie, który był naówczas w modzie, a w towarzystwie, dzięki szczęśliwéj pamięci, co mu gotowych fraz dostarczała, mógł mówić, sądzić, rozprawiać o wszystkiém, choć nic dobrze nie umiał. Sąd jego był pospolity, ostrożny, czasem zaostrzony dowcipem lekkim, nigdy zbyt śmiały i niepokojący, z tego rodzaju, które na świecie najlepiéj są przyjmowane, bo nikogo nie budzą i nie draźnią. Jak pszczoła, w lot, bez pracy chwytał po trosze z rozmów, z widoków, z naprędce przerzuconych książek, z każdego kwiatka, do którego się dotknął po drodze; z tych odrobinek układał sobie zapasy, ostrożnie szafując niemi. Umysł jego nie umiejąc nigdzie wniknąć głęboko, niezmiernie wiele odgrywał, i z nadzwyczajnym taktem występował do popisu. Zdawało się powierzchownie, że w nim daleko więcéj być musi, niż było w istocie. Tam gdzie nieświadomość zmuszała go się powstrzymać, umiał dać do zrozumienia, że wiele niedopowiedzianego zamilczał dobrowolnie. Był to zapaśnik w istocie niewielkiéj siły, ale zwinny i przytomny; natura niesamoistna, nic z siebie saméj niemogąca dodać, z łatwością naśladownicza, wpajająca się w każdą myśl cudzą, dosnuwająca jéj wątku, nie twórcza, bo zostawiona sobie traciła wszelką energię, ale umiejąca wybrać, a wybrane i przywłaszczone na swą korzyść obrócić.
Człowiek był lekki, miły, sympatyczny a chłodny w głębi; wszystkie zarody namiętności pożarła w nim jedna niezmierzona ambicya, pragnienie wzniesienia się nad poziom, żądza świecenia i znaczenia... Téj gotów był poświęcić resztę — wszystko.
W pierwszych chwilach głębokie na nim wrażenie uczyniła piękność arystokratyczna hrabiny, nosząca na sobie wybitne piętno cierpienia, pragnień, zawodów, budząca litość i sympatyę. Młodość rzuca się zwykle chciwie ku tym bolejącym duszom niewieścim, ołzawionym, tęsknym, rozpragnionym: są to pierwsze pastwy sił młodzieńczych. W miarę jak człowiek dojrzewa i starzeje, zaczyna więcéj pragnąć młodości, więcéj goni za urokiem niewinności i wejrzeniem dziewictwa.
Prawo o barwach dopełniających się w malarstwie, prawdzi się w życiu: człowiek pragnie w miłości tego, czego mu najwięcéj braknie.
Trzeba też było mieć serce kamienne, aby nie pokochać hrabiny. Oprócz uroków i wdzięku, jakim jaśniała, ona była dlań w ciągu tych lat matką, siostrą, trochę trwożliwą kochanką, nadewszystko istotą ciągłych poświęceń, czuwania i ofiary. Adam czuł, wiedział, że wszystko jéj był winien — ale!...
Nie uprzedzajmy toku opowiadania.
Jesteśmy w pokoju kasztelanowej, w pałacu na wsi.
Gmach to stary, ostawiony wiekowemi lipami i kasztanami, na wzgórku nad rzeką, niegdyś zamek obronny, dziś przepyszna rezydencya wiejska, przy któréj murach okolnych, na strzelnice wyszczerbione wspinają się bluszcze, winne latorośle i kapryfolia. Z pierwszego piętra widok daleki, spokojny, taki, jakich to u nas tysiące, na łąki zielone, na rzekę srebrzystą, na brzozowe gaje, na wioski ukryte w zaroślach.
Komnata hrabiny, w któréj ją znajdujemy, podobna była wielce przeznaczeniem do buduaru, ale budową i urządzeniem bardzo od niego odmienna.
Stare te zamki wspaniałe, nic dla rozkoszy i zniewieściałości nie miały w sobie: mury ich zdawały się odpychać nowe pokolenia, tak one do ich kształtów, charakteru i obyczaju nie przypadały. Wzniesione dla niewiast pracowitych i mężnych, prababek tych rodów skarlałych, niewiast, które żyły w trudach, łzach i modlitwie, nie mogły się przydać ich rozpieszczonym i roznerwowanym wnuczkom. Szukając pokoju na przybytek dla kasztelanowéj, musiano wybrać nań izdebkę w narożnéj baszcie, nie wiadomo jakie dawniéj mającą przeznaczenie, ale nie dość dobrze nadającą się do nowego.
Architekt zesłany z Warszawy umyślnie dla odświeżenia starego gmachu, przerobiwszy ten kątek, uczynił go prawie znośnym. Izdebka miała jedno wielkie wązkie okno, w grubym bardzo murze wybite, teraz przysłonione jak nisza bogatą z ciężkiéj materyi draperyą, po za którą postawiono we wgłębieniu dwa taborety miękkie, bo widok z tego okna na łęgi i okolicę był prześliczny. Ściany całe obito makatami, komin wmurowano marmurowy wielce ozdobny, posadzkę zarzucono dywanem, wreszcie tysiące fraszek i ornamentów, poważne lica wieżycy, w któréj dumał może jaki bohater o losach kraju, wyświeżyły i odmłodziły.
Przed wielkiém zwierciadłem ukośnie stojącém do okna, ubierała się hrabina, cała swym strojem zajęta, dobraniem barw do twarzy, kształtów do postaci, tego coby ją jak najpiękniejszą uczynić mogło. Brała i rzucała z kolei stroiki, pióra, kwiaty, klejnoty, a nic jéj nie zadawalało; chciała być piękną, najpiękniejszą z pięknych dla niego! On już wiedział, że go kocha, i przysiągł jéj miłość dozgonną; chciała utrzymać go przy sobie, usidlić, przykuć, obłąkać. Przywiązanie jéj i namiętność razem dla niego, były szalone jak ostatnia miłość, jak ostatnia nadzieja.
Pamela, dzisiaj już poważna marszałkowa dworu, gdyż wyszła była za mąż nareszcie i dostojność małżonki piastowała majestatycznie, — stała przy pani, nieznacznie ruszając ramionami na oznaki jéj niepokoju. Czuła ona najlepiéj, znając to serce, co się w niem działo; ale chłodna istota, co nigdy kochać nie umiała, co się przywiązać nie mogła, nie pojmowała stanu duszy swojéj pani. Hrabina: teraz była dla niéj zagadką.
— Pamelo droga — szczebiotała hrabina patrz-no, patrz, jakże mi z tym dyademem we włosach?... Suknię, nie prawdaż? wezmę tę białą, tyftykową, z niebieskim w palmy szlakiem? Jak ci się zdaje? mów, ale przemówże przecię?
— Pani we wszystkiém prześlicznie — odparła marszałkowa ruszając ramionami. — Gdybyś pani włożyła prosty szlafroczek, czy suknię z lamy złotéj, to wszystko jedno: w każdéj pani będziesz uroczą.
— A! stara pochlebnico! wstydźże się już mi takie mówić rzeczy! Ja chcę prawdy, a ty mnie karmisz słodyczami. Ty wiesz przecię, że on dziś przyjeżdża. Dziś, dziś, zobaczę go, uścisnę, uduszę przy mém sercu bijącém. Ja chcę dla niego, ja muszę być tak piękną, jak nigdy nie byłam... tak, żeby patrząc na mnie, o wszystkich kobietach, które w życiu widział, zapomniał; tak, żebym dla niego była ideałem, snem, widzeniem, aniołem. Patrz-no tylko: zdaje mi się, ja jestem żółta, oczy mam jakieś zmęczone?
— Ale cóżby to było dziwnego? Pani się turbujesz, płaczesz, niepokoisz... powinnabyś być spokojna i szczęśliwa.
— Spokojna! szczęśliwa! — ruszając ramionami powtarzała Hrabina — ja! ja! Znaszże ty co to miłość, która z natury swojéj jest niepokojom i męczarnią? Znasz ty miłość kobiety, dla któréj to uczucie przychodzi późno, która czuje, że jest ostatniém, że po niéj mogiła, noc — śmierć? O! milcz lepiéj!
Pamela zacisnęła usta i zamilkła.
— O! ty milczysz doprawdy, — odezwała się hrabina — nie rozumiesz mnie, mów... pociesz, uspokój... I odwróciwszy się ku niéj poczęła ją ściskać, śmiejąc się i płacząc razem. — O! radź mi, ja tracę głowę!
— Gdybyś pani doprawdy rady mojéj chciała... z cicha szepnęła Pamela.
— Ale widzisz, na Boga, że cię o nią proszę.
— Zrzuć pani wszelkie wyszukane stroje, włóż jak najprostszy, jak najmniéj ubrany: suknię białą, nic więcéj. To odmładza, to odświeża najlepiéj; a choć pani tego wcale nie potrzebujesz, ale strój może się podobać lub nie, a negliż musi... bo jest zawsze wdzięczny.
— A! ty możesz bardzo mieć słuszność! pośpiesznie zrzucając co była włożyła, odparła kasztelanowa. Więc co prędzéj suknię białą muślinową i szarfę niebieską! wszak niebieską?... i... naszyjnik turkusowy? tak czy nie?
— Ale na co te klejnoty!
— A! król mi zawsze mówił, że tak mi z nim do twarzy.
— Dla niego najpiękniejszą pani będziesz bez tych ozdób wykwintnych.
— Dziękuję ci, dziękuję! ściskając ją gwałtownie rzekła hrabina — ty tak dobrze mnie rozumiesz, tak myśl zgadujesz moją! ty tak jesteś rozumna! Ja... jabym się ubrała we włosiennicę i łańcuchy, byle on mnie kochał.
— Ale jakże on mógłby pani nie kochać! toby był chyba zbrodniarz...
Hrabina spuściła głowę, łzy z oczu jéj pociekły. Była przebrana, spojrzała w zwierciadło, zamilkła, dała tylko znak Pameli, aby odeszła, a sama rzuciła się na sofę w milczeniu.
Dla czego w takich chwilach wygórowanego niepokoju, prawie zawsze przychodzi na myśl człowieka, z jakimś przestrachem, wspomnienie grzechów przeszłości? dla czego najmocniéj czuje wówczas, że za nie odpokutować musi? Jest to instynkt sumienia, przedsmak kary, nim ona sama nadejdzie.
Hrabina patrzała przez okno na zieloną dal, po któréj wijąca się droga miała jéj tumanem pyłu jego przybycie oznajmić; patrzała nieruchoma, i w téj chwili cały szereg grzechów żywota przechodził, jak orszak pogrzebowy, przed oczyma jéj duszy. Nie były to wielkie winy, bo ci ludzie, do których ją los zbliżał, nie mieli serca, gra z obu stron była równa, z obu stron starano się łudzić dobrze odegraną komedyą, kończącą się uśmiechem szyderstwa, — ale ciężyły wszakże.
Jedna szczególniéj chwila z życia hrabiny przypominała się jéj jakąś zgryzotą upartą, jeden człowiek stał przed jéj oczyma blady i przybity: bała się, ażeby sprawiedliwość boża nie zażądała od niéj zadośćuczynienia za męczarnie jemu zadane.
Charaktery kobiet XVIII wieku bardzo przypominają podobne im naszego stulecia, które spadek po swym poprzedniku przejęło w całości. Uczono je od dzieciństwa nie mieć serca, grać komedyę, łudzić, bawić się, korzystać i nie poddawać się uczuciu. Z jednéj strony miłość własna i pycha były sprężyną życia, z drugiéj chwilowe szały i namiętności zwierzęce... Serca nie było. Na dworze Stanisława Augusta mieniali się mężczyźni, mieniały kobiety ulubieńcami, odciągano od rywalek przez zazdrość chłodną, chwytano jaśniejsze postacie, aby się niemi pochlubić, wyrywano sobie błyszczące istoty jak cacka; nikt téj igraszki nie brał na seryo.
Gdy wypadkiem wśród téj komedyi, która nikomu wiele złego uczynić nie mogła, zjawił się człowiek szczery, prosty, łatwowierny, można sobie wystawić, jaki go tam los czekał. Był on jak w teatrze wieśniak ze wsi przybyły, który się rzuca na aktora zdrajcę, biorąc za dobrą monetę jego puginał kartonowy i truciznę z czystéj wody.
Człowiek prawdziwy, wśród tych ludzi ze strzępek i świecideł, brał na seryo, co dla nich było igraszką, stawiał swe życie gdzie oni tylko dawali fałszywy pieniądz miłości własnéj. Niewtajemniczony zgrywał się do ostatniego szeląga wśród tych szulerów zmówionych na niego.
Na sumieniu pięknéj pani leżał właśnie jeden ciężki grzech tego rodzaju. Lat temu kilka, na wsi, wśród nudów wilegiatury, spotkała się hrabina z sąsiadem, człowiekiem młodym i wychowanym surowo, ale wśród téj ciszy lasów rozkołysanym marzeniami heroicznemi, w których kobiety występowały jako skrzydlate anioły. Hrabina nudziła się bardzo naówczas, a kobieta, która się nudzi, zdolna jest czasem popełnić największą zbrodnię i najstraszniejsze głupstwo. Młody ów człowiek był piękny i roztropny, interesa sąsiedzkie, często go bardzo sprowadzały do domu kasztelana. Kasztelan, który z nim passyansa ciągnąć nie mógł, ziewał straszliwie w czasie jego odwiedzin, i żonie go na pastwę oddawał.
Z początku hrabina znajdowała go nic nieznaczącym i śmiesznym surowością pojęć; potém pomyślała sobie, ziewając także:
— Nużbym takiego stoika, rygorystę zbałamuciła? Coby to była za pociecha widywać tańcującego niedźwiedzia! jaki tryumf rozpłomienić anachoretę!... O! popróbuję! doprawdy! cóż to szkodzi?
I spojrzała nań raz, drugi i trzeci, i przemówiła tym głosem, serdeczny naśladującym, dziecięcym, niby szczerym a wyuczonym... stała się dlań słodką, zamyśloną i pełną prostoty kobietą... I umiała stopniować uczucie zmyślone, jak nigdy piękniéj nie wycieniowywa się prawdziwe... Kwiatek ten malowany był kraśniejszy od naturalnego.
Stoik wpadł w zręcznie zastawione sidła: miłość własna została zaspokojona, serce nie drgnęło nawet.
Prawdę rzekłszy, to był surowy nieco wieśniak. Hrabinę wiele rzeczy odstręczało od téj szorstkiéj nieco postaci, ale chciała być pewną, czy ma tę siłę, co zwycięża? czy wszystko może, czego zapragnie? Doprowadziła go więc do rozpaczliwego rozmiłowania się, podżegając go, podomuchując ten ogień umyślnie, zdradliwie... aby się zabawić.
Potém przyjechał z Warszawy śliczny, wyfryzowany i pachnący młody Paryżanin, Potocki jakiś, i hrabina rzuciła wieśniaka, nie patrząc już nań nawet.
Wieśniak sechł, bolał, burzył się, walczył z sobą okrutnie, uciekał i powracał, i szalał... a hrabina z okrucieństwem dziecka, które na szpilkę wbiło chrząszcza, patrzała jak się szamotał z rozpaczą... Śmiała się trochę, litowała nawet i wzdychała nieco, ale ją to dużo rozrywało... il étais si vrai! Nakoniec opamiętawszy się, młody człowiek uciekł, zamknął się na wsi... i powoli sobie umarł. Konając prawie, napisał do niéj list straszny, którego wyrazy nosiła w sobie jak połkniętą truciznę.
W téj chwili oczekiwania, nie wiedzieć dla czego, cały ten epizod życia ze wszystkiemi szczegółami przesunął się jéj przed oczyma: zbladła, zadrżała, przelękła się, jakby przeznaczenie odczytało jéj wyrok nad głową. Napróżno odpychała myśli straszne.
— O! nie! to być nie może! mówiła cisnąc bijące z obawy serce. Któż być może dla niego tém, czém ja byłam? Kto go utuli taką miłością takiém bałwochwalstwem, taką pieszczotą, takim szałem i gorączką? Nie! nie! on mnie musi kochać, on mnie kocha! Ja pierwsza zjawiłam mu się na tle smutném szarego życia; jam mu podała rękę i pociągnęła go z sobą w te światy, wśród których czuje się panem; jam dla niego całą przeszłością, przyszłością całą!
Zatrzymała się, myślała długo i zapłakała.
Wszystko to, co rozum mówił, nie wystarczało; miłość nie ma rozumu, nie jest logiczną, sercu nikt nakazać nie może. Trzeba się było modlić do losu, i hrabina zwróciła się do niego.
— Los — rzekła w duchu — winien brać tę zapłatę za życie sterane, za doznane zawody, za łzy, któremi zlewałam łoże samotne i boleści nieprzeliczone... On musi być tą gwiazdą, która raz wschodzi dla każdego człowieka... tak! on!
Kasztelana tym razem nie było w domu, w którym rzadko bardzo bawił; list świeżo odebrany kazał się spodziewać przybycia Adama. Hrabina rachowała, że o dzień cały wyprzedzi nudnego męża.
Słońce schylało się ku zachodowi i tonęło w chmurach białych, płowych, ołowianych, nagromadzonych dziwnie i piętrzących się wysoko. Na drodze ani pyłku, w powietrzu ani dźwięku... cisza uroczysta, oczekiwanie.
Za każdym szelestem hrabina się zrywała, chciała lecieć, tak jéj było pilno zobaczyć go, pochwycić, przycisnąć do serca zbolałego jakiemiś przeczuciami.
Wieczór się zbliżał. Adama nie było widać, oczekiwała napróżno; zniecierpliwiona zaczęła chodzić żywo, niepokoić się wreszcie o niego; samotność jéj ciężyła, zadzwoniła na Pamelę.
— A! moja droga! zawołała: co to jest, że jego nie ma?... O dwie godziny już spóźnił się wedle mojéj rachuby... możeby wysłać naprzeciw?... może nieszczęście jakie, przypadek?... Powiedz mi co ty myślisz? Mnie dręczą jakieś przeczucia!
W takich chwilach słabości, panowie są zawsze dla sług najserdeczniejsi. Gdy są szczęśliwi lub gdy się lękają, sługom z tém najlepiéj; gdy się nudzą i ziewają, są najciężsi. Pamela czuła się w téj chwili panią i mentorką.
— Ale proszę pani — odezwała się śmiało — cóż to tak dziwnego? Na naszych drogach, naszemi końmi, w naszym kraju, nigdy z góry nietylko godziny, ale dnia nawet przybycia obrachować nie można... Jużciż przyjedzie z pewnością... może wreszcie...
— Czuć przecię powinien, że go tu niecierpliwie czekają, odparła hrabina. Co większa, przecięż jemu powinno być pilno... jemu! Ja mam żal do niego, że nie przyleciał pożyczywszy skrzydeł; on wie, jak pragnę, żeby pośpieszył.
— I zapewno się też śpieszy, odpowiedziała Pamela; ale to od tylu okoliczności zależy!
— Któraż godzina?
Sprawdzono na zegarkach godzinę, obrachowano na nowo odległość; okazało się, że Adam ledwieby mógł był przybyć śpiesząc bardzo.
Hrabina spojrzała na gościniec, i znowu gościńcem przesuwały się tylko wozy wieśniacze... nic więcéj... a tu każda chwila ze skarbu życia uchodzącego daremnie, tak była nieopłacona! tak droga!
Tymczasem na zachodzie blaski słoneczne znikały za gęstą warstwą chmur białych, które powoli coraz wyraźniéj przybierać zaczęły sino-ołowianą barwę, zwiastującą burzę. Na noc przygotowywała się widocznie jedna z tych straszliwych letnich burz, które w naszych krajach są rzadkie, ale przerażające, walących czasem całemi milami lasy, wywracających wioski, zostawujących po sobie na długo ślady okrutnego zniszczenia. Ale tym razem burza zniknęła z oczu, szło o powrot Adama, który się opóźniał; chmura niepokoiła tylko o tyle hrabinę, że go gdzieś w drodze spotkać i przytrzymać mogła. Lękała się o niego, przypuszczając wszystko.
Nareszcie Pamela wbiegła z hałasem do pokoju, ukazując pani tuman pyłu na gościńcu... To był on, niezawodnie on! poznano powóz i konie. Hrabina cała zwiesiła się przez okno baszty, zwracając oczy w tę stronę, całowała Pamelę, kazała co najśpieszniéj podawać podwieczorek, chodziła, wracała, niecierpliwiła się, śpiewała, była prawie nieprzytomna z radości, ze szczęścia; zdawało jéj się, że powóz nienaturalnie powoli się posuwa.
Nie widziała Adama od kilku miesięcy, ale rozstali się czule. Adam chciał już nawet wówczas powracać z nią do kraju. Żegnając się postrzegła w nim tęsknotę, wzruszenie; przypominała sobie teraz każdy jego ruch, słowo, wyraz posmutniałéj twarzy, dla upewnienia się, że go znajdzie takim, jakim ujrzeć pragnęła.
Naostatek przed zamkiem zadzwoniły uprzęże. Hrabina, któréj przyzwoitość wybiedz nie dozwalała, musiała blada i pozornie obojętna czekać na niego w salonie..
Drzwi się otworzyły — to był nareszcie on!
On... ale niestety! jakże dziś odmienny od tego nieśmiałego chłopaka, który wyjeżdżał z Warszawy wykradziony, na kilkoletnią naukę!... Dzisiaj był to rozkwitły młodzieniec nadzwyczaj piękny, urodziwy, pewny siebie, śmiały, a na obliczu jego dłuższy pobyt w krajach obcych zasiał już ów rodzaj wzgardy i lekceważenia, które się zawsze do domu przywozi, jako fizyognomię cywilizacyi.
Świeżość młodzieńcza nieco się starła z téj twarzy, na któréj już początkowe walki życia pierwsze wydeptały trosk ślady... ale oko jego płonęło ogniem, a usta uśmiechały się jakąś wiarą w przyszłość...
Hrabina nie mogła się, jakby chciała, rzucić ku niemu, ale powitała go wejrzeniem, które mówiło wszystko co czuła, a ręka jéj w ściśnięciu dłoni Adama, gdy ją niósł do ust, drżała jak piętnastoletniéj dzieweczki.
Pierwsze chwile były pełne jakiegoś wzajemnego, niedowierzającego rozpatrywania się w sobie.
Gdy najlepiéj znany nam człowiek po długiéj niebytności powraca, szukamy naturalnie, ile w nim szkody zrządził czas? ile nam z niego wzięli ludzie?
Adam nie znalazł innéj zmiany w Julii, tylko nieco znużenia; wydała mu się o wiele mniéj piękną, niż marzył i przypominał... Jest to zwykły skutek fałszywéj pamięci oczu, które obraz każdy idealizują i przedstawiają go daleko jaśniejszym, niż rzeczywistość dać może.
Ona znalazła go, nie wiem dla czego, straszliwie jakoś przemienionym, poważnym do zbytku, zmieszanym jakby poczuciem jakiegoś grzechu i ciążącéj na sumieniu winy. Wielka miłość zawsze jest jasnowidzącą, w oddaleniu przeczuwa, patrząc zgaduje od razu. Dla niéj są znaki, których chłodne oko nie chwyta; ma ona miarę pewną, oznajmującą jéj, że czegoś braknie, że coś jéj zagraża.
Takie uczucie niepokoju, mimo największéj ufności, ogarnęło hrabinę, która nim się do Adama przybliżyć mogła, już poczuła, że w przeciągu tych kilku miesięcy stanęło coś pomiędzy nimi, że coś ich rozdzieliło, że powracali ku sobie nie tacy, jakimi się rozstali.
Nie była to pewność, ale tylko przeczucie, uciskające serce tak mocno, że po sile cierpienia trafność jego poznać mogła hrabina.
Pierwsze chwile przeszły na rozmowie, któréj świadkiem był stary rezydent, rodzaj pół-gospodarza, powołany dla przyzwoitości, i zawsze potrzebna Pamela. Zajęły ją opowiadania o Paryżu, o Strasburgu, gdzie Adam jakiś czas przepędził, potém o Wiedniu, w którym się zatrzymywał po drodze... Rozmowa była stygnąca i ciężka, a że Adam zdawał się zmęczony podróżą, hrabina sama wniosła, że wcześniéj powinien pójść na spoczynek.
Nim jednak miał czas odejść, przechodząc szepnęła mu, że będzie nań czekała w wielkiéj alei ogrodu. Tak pragnęła się widzieć z nim sam na sam, bez natrętnych świadków, i wyspowiadać przed nim całą swą strwożoną duszę... Adam odszedł jakby zakłopotany. Zaraz po jego odejściu hrabina udała się do swych pokojów, zmieniła suknie, i przez ganek wysunęła się z bijącém sercem w wielką aleję lipową, która dzieliła ogród na dwie połowy.
Adam nie przybył tak prędko, jakby była pragnęła; szedł ku niéj jakimś krokiem wolnym, zadumany; a gdy mu białe ręce zarzuciła na szyję i gorącą twarz przytuliła do jego piersi, zdawał się ten uścisk serdeczny zimną tylko jakąś odpłacać wdzięcznością.
— Mów, mów, powiedz mi — zawołała hrabina gwałtownie — nie prawdaż? ty mnie kochasz? nic się w twém sercu nie zmieniło? Mów! ja się dręczę! ja się niepokoję, ja jakieś nieszczęście przeczuwam! ty zdajesz mi się tak zmienionym, tak innym!
— Mylisz się... pani! rzekł dziwnie drżącym głosem Adam.
— Pani? — zakrzyknęła odpychając go od siebie kobieta — ty śmiesz mi mówić pani? A! niewdzięczny! to obelga!
— Droga moja!
— On mi śmiał powiedzieć: pani! powtórzyła kobieta: to chyba urągowisko! On! który wie, żem jego sługa, niewolnica, jego poddanka.
I wstrząsła nim porywając go za ramiona.
— Niewdzięczny! Słyszysz ty! Ty musisz mnie kochać! musisz, lub... A! ja ciebie zabiję!
— Uspokój się droga Julio, rzekł drżącym głosem Adam: cóż to jest?
— Co mi jest? ty pytasz co mi jest? przerwała. Jak to! nie rozumiesz nawet, że to jest miłość... że to jest szaleństwo, że tak się kocha, kiedy się kocha prawdziwie! Ty stoisz zaklęty, marmurowy? Któż ci serce wyjął z piersi?
Z wolna owładnięty tą gorączką, Adam przycisnął ją do siebie. Głowa jéj zwiesiła się na jego ramię, zaczęła łkać i płakać. On milczał, ale starał się ją pieszczotami ukoić. Niestety! były to zimne formy, które tylko zakochaną oszukać mogły; była to może namiętność chwilowa, któréj się młodość oprzeć nie umie; ale czuć zarazem było, że w piersi nie zadrgało serce, a usta uparte nie miały nic do powiedzenia.
Z za drzew, z za chmur, księżyc blady wyjrzał na nich i oświecił tę scenę: ją w bieli zwieszoną na jego piersi, jego stojącego, nieporuszonego, zmieszanego rolą, którą zimno odegrywać musiał.
— A! ja tak pragnęłam ciebie! tak na ciebie czekałam! odezwała się szepcząc cicho. Te dni oczekiwania były mi długie jak lata, jak wieki, jak wieczność nieprzebyta. Zestarzałam doprawdy z tego pragnienia i tęsknoty... a tyś tam siedział tak nielitościwie długo. Gdybyś wiedział, jak ja ciebie kocham, jakem się męczyła... jakeś ty dla mnie wszystkiém na świecie!
— Nie — odparł Adam wzdychając: to ty wszystkiém dla mnie jesteś. Czémże ja byłem, czémbym był, gdyby nie to?
— A! może szczęśliwszy niż ze mną, zawołała Julia. Taka namiętność jak moja musi wysysać życie, a ja nie mam litości ani nad sobą, ani nad tobą... Umrzeć! no, to umrzeć przeżywszy chwilę... ale kochać...
Rzuciła mu się znowu na szyję i płakała.
— Ty mi nic nie mówisz, rzekła: tyś nie tęsknił?
— Ja? Julio! godziż się!.. wybełkotał mężczyzna.
Słowa jakoś ciężko mu z ust płynęły, nic nie przychodziło z głębi samo: czuć było, że się przymusza.
— A! teraz — dodała hrabina żywo — ja cię już od siebie nie puszczę: tyś mój! będziemy razem... Pokażę cię światu, aby mi zazdrościli; będziesz tryumfem moim; będą cię wielbili, będą ci się dziwowali. Miłość twoją, przyszłością świetną ci nagrodzę, czém zechcesz, sławą, bogactwy, znaczeniem; pójdę, upokorzę się, nie powstydzę żebrać dla ciebie — kochaj mię tylko, o! kochaj mnie...
I nagle rzuciła się przed nim na kolana z załamanemi rękami, podnosząc głowę ku niemu... Zimny człowiek, przerażony cofnął się nieco, bo to błaganie było jakby wyrzutem. Podniósł ją, i milczący, zadumany począł całować. W tym uścisku Julia poczuła zimny pot, który mu oblewał skronie i przestraszyła się.
— Co ci jest? zapytała.
— Mnie nic... nie wiem... to może znużenie...
— Skroń masz zastygłą a wilgotną...
— Jestem trochę słaby...
— Słaby! a ja szalona wywiodłam cię na powietrze! Chodź, chodź! ja cię zabijam, jam niegodziwa!...
I pochwyciła go, ciągnąc ku pałacowi.
W téj chwili po martwéj, długiéj nocnéj ciszy, razem wszystkie milczące drzew gałęzie dziwnie jakoś zaszumiały. Skrzydło burzy przeleciało wichrem po nad ogrodem; olbrzymie lipy, kasztany, sokory, świerki czarne, rozkołysały się, pochyliły, jękły... Szum drgających gałęzi i ulatujących z nich liści nie dał im nawet własnych słów usłyszeć.
Błysnęło, grzmot się rozległ szeroko... Kasztelanowa przerażona biegła, aby co prędzéj ukryć się w pokojach, lękała się bowiem nad wszystko piorunów i burzy. Ale w objęciach jego coż jéj znaczyła ruina świata, śmierć i zniszczenie? Była szczęśliwa... Nim potrafili dobiedz do ganku, już deszcz zaczynał spadać wielkiemi kroplami, a ledwie drzwi zamknęły się za nimi, burza wściekła zaczęła ryczeć w podwórzu... Przy świetle błyskawic, posadziwszy Adama na kanapie, kasztelanowa klęcząc ocierała mu twarz i wpatrywała się w to zimne a piękne oblicze, które się do niéj uśmiechało już nie dawnym zapałem młodzieńczym, ale jakąś troską tajoną pod zmyśloném weselem... Co chwila ten ból i niepokój tajony przedzierał się przez osłony, które go ukryć chciały. Nagle Julia popchnęła go od siebie całą siłą.
— Zdrajco! zakrzyknęła: ty mnie nie kochasz! ty mnie nie kochasz!
Głośne uderzenie piorunu, który padł na blizko stojącą topolę, nie dało słyszeć odpowiedzi; ale Adam przestraszony począł ją pieścić i pocieszać.
Julia patrzała, słuchała, drżała; wpośród jego zaklęć i oświadczeń, dziwne jakieś uparte przeczucie wciąż powtarzało w jéj duszy: — „On kłamie, on cię zwodzi, on zdradza!“
Niestety, serce nie myliło!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.