Dekabryści/Część czwarta/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Dekabryści
Podtytuł powieść
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Druk Drukarnia „Czasu“
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Barbara Beaupré
Tytuł orygin. 14 декабря
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część czwarta
Pobierz jako: Pobierz Cała część czwarta jako ePub Pobierz Cała część czwarta jako PDF Pobierz Cała część czwarta jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII.

»Ile razy wchodzę do celi Sergiusza Iwanowicza ogarnia mnie to samo uczucie kornej czci, co gdy wstępuję na stopnie ołtarza dla służby Bożej«.
Słowa te przyszły na pamięć Golicynowi, skoro przeczytał zapiski Murawiewa: »Mój testament Rosyi«.
Okno celi było otwarte. Z powodu upałów lipcowych, nieznośnie skwarnych, władze więzienne pozwoliły na otwieranie okien, z obawy, by się więźniowie nie podusili. W ciszy nocnej dochodził od Kronwerskiego nasypu głuchy stuk topora i łoskot młotów. Golicyn nie słyszał tego, dopóki czytał, lecz ukończywszy, zauważył: »Stuk! Stuk! Stuk!«i znów cicho: »Stuk! Stuk! Stuk!«.
— Co oni robią? — myślał.
Zrana jeszcze zauważył na wale robotników ciesielskich, którzy coś majstrowali, dźwigali, to opuszczali dwa czarne słupy. Jenerał adjutant w kapeluszu z białym pióropuszem, nadjechał konno i patrzał przez lornetkę na roboty cieślów, a potem wszyscy znikli.
I oto znowu: Stuk! Stuk!
Stanął przy oknie i wyjrzał. Lipcowa noc była jasna, lecz w powietrzu, jak wogóle w tych dniach opary, dym i mgła. W tej mgle na wale snuły się cienie, które dźwigały, to opuszczały dwa czarne drągi. »Co oni robią?« — myślał Golicyn. A z sąsiedniej celi dochodził go szept. To Murawiew po przez szczeliny ściany szeptał do Bestuzewa, przygotowując go na śmierć.
Golicyn padł na swój tapczan i zakrył się z głową prześcieradłem. Przypomniał sobie, co mu mówił Mysłowski o pięciu osądzonych na śmierć.
— Nie zlęknijcie się tego, co wam powiem — mówił Ojciec Piotr. — Wyprowadzą ich pod szubienicę, ale w ostatniej chwili przyleci goniec cesarski i przywiezie im ułaskawienie.
— Przecież konfirmacja wyroku już podpisana — przeczył Golicyn.
— Podpisana? Konfirmacya dekoracya — upewniał ojciec Piotr z tajemniczem mruganiem.
Były też inne pogłoski o ułaskawieniu, które Golicyn rozpamiętywał żarliwie.
Cały zarząd więzienia był przekonany, że wyroki nie zostaną wykonane, że egzekucyi nie będzie.
Ułaskawią — twierdził placmajor Poduszkin. — Kara śmierci zniesiona ustawowo w Rosyi, jakże cesarz może naruszyć prawo.
— Ułaskawią — twierdzili szyldwachy — sam cesarz winien temu, co było czternastego. Za cóż ich karać?
A cesarzowa Marya Fedorówna otrzymała jakoby od cesarza list, w którym upewniał ją, że nie będzie krwi przelanej z powodu wyroku.
A młoda cesarzowa Aleksandra Fedorówna miała błagać na klęczkach o zmiłowanie.
Cesarz wyrazić się miał: »zadziwię świat i Europę«. Słowa te wyrzec miał do księcia Wellingtona.
Na wyrok sądu najwyższego odpowiedział, że nie zezwoli nietylko na ćwiertowanie, jako na śmierć męczeńską, ale i na rozstrzelanie, które stosowane być powinno tylko do wojennych przestępców, ani na odcięcie głowy, na żadną wogóle karę, połączoną z przelewem krwi. Sędziowie więc skazali na powieszenie; stryczek obchodzi się bez przelanej krwi, lecz mimo to ułaskawienie będzie.
Próżno Golicyn okrywał głowę prześcieradłem, aby łoskotu nie słyszeć. Stuk! Stuk! Stuk. Wciąż to samo, cisza i znów powraca.
— I któż to karze? Car, czy Rosya? Zwierz, czy królestwo zwierza?
Zerwał się z nagłym lękiem. Tam na wale dźwigają się, to opadają dwa czarne słupy, a na nich zawisł przyszły los Rosyi, jak na straszliwej szali.
»Jeruzalem! Jeruzalem! Mordująca proroki twe, kamienująca wysłańców Bożych. O! gdybyś choć w twój dzień poznała, co służy pokojowi twojemu. Lecz owo zakryte jest przed oczyma twojemi. I oto przyjdą na ciebie dni, gdy wrogi twoje okrążą cię, otoczą, osaczą ze wszech stron i wybiją dzieci twoje na łonie twojem, rozburzą cię i nie zostawią ani kamienia na kamieniu, za to, żeś w czasy swoje nie poznała nawiedzenia swego«.
Golicyn osunął się na klęczki i zjednoczył głos swój z szeptem przedśmiertnym, dochodzącym z za ściany.
— Rosya ginie! Rosya ginie! Boże, zbaw Roayę!

*

Rylejew po wyjściu ojca Piotra, który wyspowiadał go i podał mu Komunię, wyjął z kieszeni zegarek i spojrzał na godzinę. Była dziewiętnasta minuta po pierwszej; wiedział, że o trzeciej przyjdą po niego. Zostało mu więc jeszcze dwie godziny i czterdzieści jeden minut. Położył zegarek na stole i śledził posuwanie się wskazówki; dziewiętnaście, dwadzieścia, dwadzieścia jeden minut.
— No cóż, czy straszno! Nie, nie straszno, tylko jakoś dziwnie. Coś podobnego do wrażenia, o jakiem czytał w książce astronomicznej, że gdyby człowiek dostał się na małą planetę, to mógłby podnosić z łatwością największe ciężary, odrzucać walące się na siebie skały, jak lekkie piłeczki. Albo jeszcze podobne do stanu magnetycznego. Czytał o tem, gdy zajmował się mesmeryzmem. W ciało zamagnetyzowanej wbijają igły, a ona tego nie czuje. Tak było z nim. Wbijał sobie w duszę ostre igły, próbował jedną po drugiej, czy nie ukole.
Strach nie kłół, a gniew? Przypomniał swój gniew na cesarza. Oszukał, spodlił, znieprawił, wymęczył, przyjaźń kłamał, a teraz zabija. Lecz i gniewu już nie czuł. Rozumiał, że gniewać się na cesarza, to samo, co bić pięścią w ścianę, o którą się człowiek potknął. A wstyd? Niedawno jeszcze palił go wstyd, jak rozpalone żelazo, gdy wspomniał, jak go Kachowski spoliczkował przy konfrontacyi naocznej, jak go nazwał podłym. Lecz teraz i wstyd już nie palił. Żelazo rozpalone wystygło, jak wodą zalane. Niech się Kachowski nie dowie, niech nikt nigdy nie wie, że on podłym nie był. Wystarczy mu, że sam o tem wie.
Jeszcze jedna, ostatnia, najostrzejsza igła została mu. Żal za swojemi. Wspomniał Natalię, zaczął przeglądać jej listy; czytał je:
»Ach drogi mój — pisała — sama nie wiem, co ze mną! Czekam rozstrzygającej chwili między strachem a nadzieją. Możesz sobie wyobrazić moje położenie; sama jedna na świecie z niewinną sierotą. Ciebie jednego miałyśmy, w tobie nasze szczęście. Modlę się do Wszechmocnego, by uradował mnie wiadomością, żeś ty niewinien. Ja znam twoją duszę, wiem, że nigdy nie chciałeś zła, zawsze pragnąłeś dobra. Zaklinam ciebie, nie trać nadziei w miłosierdzie Boże i we współczucie anielskiego monarchy. Żegnaj nieszczęsny mój męczenniku, niech Boskie miłosierdzie będzie z tobą. Kaftan i dwie nocne szlafmice przyszlę z bielizną. Nastienka zdrowa, myśli, że jesteś w Moskwie. Ja jej ciągle opowiadam, że pojedziemy do ciebie. Cieszy się, gotuje do drogi i wciąż pyta, czy prędko mamo?
Tu był dopisek ręką Nastienki dużem dziecinnem pismem:
»Drogi tatusiu! Całuję rączki. Przyjeżdżaj prędzej, bo mi tęskno. Pojedziemy do babuni«.
Tu uczuł pod powiekami coś wilgotnego, czyżby łzy?
Przeszła igła prsez znieczulone ciało i trafiła w żywe. Boli? Nie bardzo, ot i przeszła. Pomyślał tylko, że dobrze iż nie prosił o pożegnania ostatnie z żoną. Przestraszyłby ją śmiertelnie. Żywi boją się umarłych, im bliżsi, tembardziej... Przypomniał sobie jednak, że trzeba coś do niej napisać, a sam nie wiedział co. Przymusił się i zaczął:
»Jestem w stanie tak radosnego spokoju, że wyrazić tego nie potrafię. O droga przyjaciółko, jak dobrze jest być chrześcijaninem«.
Uśmiechnął się. Onegdaj ojciec Piotr doniósł mu, że archireje będący członkami najwyższego trybunału odmówili podpisów swoich na wyroku śmierci.
»Bez względu na to, jaki będzie wyrok, nie uchylamy się od niego, a tylko z duchownego naszego charakteru wynika, że do podpisania wyroku, przystąpić nie możemy«.
Wszak on tak samo; robi to wszystko, co z charakteru jego wynikać winno.
Niedawno przeglądając listy Natalii, znalazł własne notatki, które jej chciał przesłać, dotyczące przeważnie spraw gospodarskich i interesów.
»Trzeba wnieść w lombardzie 700 rubli. Krawcowi żydowi Jachimkowi oddaj dług, jeśli się dowiesz, że Kachowski nie może zapłacić. Akcye moje leżą w biurku, w górnej szufladzie z lewej strony. Na wsi cały owies i siano sprzedaj. Należałoby odprawić starostę Konona, choć szkoda, bo staruszek uczciwy, jakiego dziś nie znajdzie«.
Jak człowiek patrzący na swój dawny portret, tak on zdziwił się czytając:
— Czy to ja?
Zrobiło mu się ckliwo!

Nadno mi! tak mi istność zbrzydła!
Jak na obczyźnie dni się wloką.
Któż mi gołębie przypnie skrzydła?
Bym lecić mógł, choć w noc głęboką,
Świat ten mogilnym tchnie wyziewem.
Więc dusza z ciała rwie się rada...

Wyziewem śmierci tchnęło życie. Widocznie nietylko umarli cuchną żywym, lecz i żywi umarłym.
Spojrzał na obraz. Czy by się nie pomodlić? Lecz nie; z tem już skończone. Modlitwa dziś westchnienie. Modleniem się będzie, gdy zatchnie się z pętlą na szyi.
Znów o czemś pomyślał, lecz tak dziwnie, jak by całkiem bez myśli. Myśli swych nie widział, jak przy szybkim oblocie koła nie widzi się szprychów. Powtarzał tylko w duchu z wzrastającem zdumiemiem:
— Więc to to? Więc to tak jest!?
Znużony przyłożył się.
— Byleby nie zasnąć myślał. Powiadają, że skazani na śmierć, śpią zwykle twardo.
Z tą myślą zasnął.
Zbudził go łoskot kroków i stukanie drzwiami w korytarzu. Zerwał się, spojrzał na zegarek; już czwarta. Zaskrzypiały zamki i rygle. Lęk zmroził go całkiem tak jakby go zanurzono z głową w zimnej wodzie. Lecz skoro spojrzał na twarze wchodzących, plac-majora Poduszkina i stróża Trofimowa, lęk błyskawicznie zniknął, jakby go zdjął z siebie i im przekazał. Teraz im straszno, a nie jemu.
— Czy już czas Jegorze Michajłowiczu — spytał Poduszkina.
— Nie, jeszcze dość czasu. Nie przyszedłbym jeszcze, ale tam wciąż naglą, choć i tak nie gotowe.
Rylejew zrozumiał, że szubienice jeszcze nie gotowe. Poduszkin nie patrzył mu w oczy i Trofimow także jakby się wstydzili. Rylejew uczuł wtedy, że i on się wstydzi. Była to wstydliwość śmierci, podobna uczuciu jakiego doświadcza człowiek, którego obnażają zdejmując mu odzienie. Wstyd duszy obnażanej.
Trofimow przyniósł kajdany i aresztancką odzież. Rylejew był dotąd we fraku, tym samym, w którym go aresztowano, i miał na sobie czystą koszulę z ostatniej przesyłki Natalii, podług ruskiego obyczaju, który każe kłaść na umierających czystą bieliznę. Przebrawszy się usiadł za stołem i podczas gdy Trofimow wkładał mu kajdany, pisał list do Natalii. Znowu szło jak z urzędu, lecz nie zważał już na to i nie zmuszał się, ona i tak zrozumie. Jedno tylko wypadło szczerze.
Miła przyjaciółko dałaś mi szczęście niezmienne przez osiem lat. Uczuć moich wyrazić nie potrafię — dziej się wola Boża.
Wszedł O. Piotr. Mówić coś zaczął o skrusze, o przebaczeniu, poddaniu się woli Bożej, lecz skoro zauważył, że go Rylejew nie słucha, zmienił ton i rzekł po prostu.
— No cóż Konradzie Fedorowiczu, może mi coś jeszcze polecicie.
— Nic! już nic, zdaje się wszystko powiedziałem ojcze Piotrze — odpowiedział Rylejew równie prosto.
Uśmiechnął się i chciał pożartować.
— No, jakże ojcze, więc konfirmacya wyroku, dekoracya?
— »Konfirmacya, dekoracya« — mawiał poprzednio ojciec Piotr, chcąc wzbudzić w więźniach wiarę, że zatwierdzenie wyroku przez cesarza jest tylko komedyą.
Lecz spojrzawszy na Mysłowskiego, Rylejew zrozumiał, że tamtemu jest wstyd i straszno, wziął jego rękę i przyłożył sobie do serca.
— Słyszycie, jak bije?
— Słyszę.
— Równo?
— Równo.
Wyjął z kieszeni chustkę i podał Mysłowskiemu.
— Oddajcie to cesarzowi, nie zapomnijcie.
— Nie zapomnę, a co powiedzieć?
— Nic, on już będzie wiedział.
Była to ta sama chustka, którą Mikołaj ocierał łzy Rylejewa, gdy ten płakał u stóp jego porażony, wstrząśnięty carskiem miłosierdziem.
Poduszkin wyszedł, a gdy wrócił, Rylejew z twarzy jego odgadł, że już czas.
Wstał; przeżegnał się przed ołtarzem; przeżegnał Poduszkina Trofimowa i aamego nawet ojca Piotra i uśmiechnął się do niego, jakby mówiąc:
— Tak, teraz już nie ty mnie, a ja ciebie.
Żegnał potem na cztery strony jakby przyjaciół i wrogów niewidzialnych i zdawało się, że robił to nie sam z siebie, a że mu to ktoś nakazał, komu był posłuszny. Poruszenia jego były tak pewne i naturalne, że się nikt nie zdziwił i każdy przyjął to, jak należy.
— No i cóż Jegorze Michajłowiczu, jam już gotów — rzekł i sam wyszedł z celi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Barbara Beaupré.