Człowiek niewidzialny (Wells)/Rozdział XXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Herbert George Wells
Tytuł Człowiek niewidzialny
Wydawca Biesiada Literacka
Data wydania 1912
Druk Synowie St. Niemiry
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. The Invisible Man
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XXVII.
Oblężenie domu Kempa.

Kemp czytał dziwny list, pisany ołówkiem na kawałku zatłuszczonego papieru, treści następującej:
„Byłeś zdumiewająco energiczny i sprytny, ale nie mogę pojąć, co chcesz przez to zyskać. Zwracasz się przeciwko mnie. Przez cały dzień ścigałeś mnie, usiłowałeś pozbawić mnie posiłku i spoczynku nocnego. Mimo to zdobyłem sobie jadło i spałem, a gra dopiero się zaczyna. Niema innej rady, jak rozpocząć okres teroru. Oto jest program pierwszego dnia teroru: Port Burdock nie jest już więcej pod władzą króla, powiedz o tem swemu naczelnikowi policyi, lecz pod władzą moją, pod panowaniem teroru! Jest to pierwszy dzień pierwszego roku nowej epoki. Epoki Człowieka Niewidzialnego. Jestem pierwszym Człowiekiem Niewidzialnym. Z początku rządy moje będą łagodne. Pierwszego dnia odbędzie się tylko jedna egzekucya: dla przykładu zginie człowiek, nazwiskiem Kemp. Dzisiaj śmierć wybiera się po niego. Może się najszczelniej zamykać, ukrywać się, otoczyć strażą, nawet włożyć na siebie zbroję, jeżeli mu się tak podoba. Śmierć, niewidzialna śmierć zbliża się. Niech przedsięweźmie wszelkie środki ostrożności, wywrze to większe wrażenie na ludzi. Śmierć wyjdzie ze skrzynki pocztowej około południa. List wpadnie tam w chwili, gdy listonosz będzie przechodził. Gra się zaczyna. Śmierć wyrusza. Dzisiaj Kemp musi umrzeć!“
Kemp, przeczytawszy ten list dwukrotnie, powiedział:
— To nie żarty. To jego głos. Taki jest istotnie jego zamiar.
Odwrócił złożony arkusz i ujrzał na stronie z adresem stempel pocztowy Hintondean i prozaiczny dodatek: „dopłacić dwa pensy“.
Powstał zwolna, zostawiając śniadanie nieskończone; list otrzymał właśnie pocztą południową. Udał się do pracowni, zadzwonił na służącę; kazał jej obejść natychmiast cały dom, dla zbadania wszystkich zasuw przy oknach i polecił zamknąć wszystkie okienice. Okienice w swej pracowni zamknął własnoręcznie. Z małej szuflady w sypialni wyjął niewielki rewolwer, zbadał go starannie i wsunął do kieszeni. Napisał kilka listów, z tych jeden do pułkownika Adyego, wręczył je służącej i objaśnił ją szczegółowo, w jaki sposób ma wyjść z domu.
— Niema żadnego niebezpieczeństwa — zapewniła, a w duchu dodał: — dla ciebie.
Uczyniwszy to, pozostał chwilę w zadumie, potem wrócił do swego zimnego już śniadania.
Jadł z przerwami, w których zamyślał się głęboko. W końcu uderzył mocno pięścią w stół.
— Będziemy go więc mieli — rzekł — a ja jestem przynętą. Zdaje się, że tym razem zajdzie za daleko.
Udał się do belwederu, zamykając za sobą starannie wszystkie drzwi.
— To dziwna gra — powiedział, bardzo dziwna gra... ale wszystkie szanse są po mojej stronie, panie Griffin, pomimo pańskiej niewidzialności. Co za zuchwalstwo! Griffin przeciwko całemu światu!... Z uczucia zemsty!
Stał przy oknie, wpatrując się w stoki pagórka.
— Musi zdobywać pożywienie codzień... nie zazdroszczę mu tego. Czy istotnie spał zeszłej nocy? Był widocznie gdzieś daleko w polu... bezpieczny od wszelkich spotkań. Życzyłbym mu silnego zimna i słoty, zamiast ciepła. Teraz może mnie śledzić.
Podszedł tuż do okna. Coś zaskrobało delikatnie o mur po nad ramą, a Kemp rzucił się gwałtownie w tył.
— Zaczynam się denerwować — szepnął.
Dopiero po pięciu minutach zbliżył się znów do okna.
— Musiał to być chyba wróbel — rzekł do siebie.
Nagle usłyszał dzwonek u drzwi frontowych, więc pobiegł w dół.
Odsunął rygle, zbadał dokładnie łańcuch, zwolnił go i ostrożnie uchylił drzwi, nie wyglądając przez nie. Powitał go dobrze mu znany głos. Był to Adye.
— Służąca pańska została napadnięta — rzekł już z po za drzwi.
— Co!? — zawołał Kemp.
— Odebrał jej pański list. Musi być gdzieś blizko tutaj. Wpuść mnie pan.
Kemp spuścił łańcuch, Adye zaś wcisnął się przez możliwie najwęższy otwór, a znalazłszy się w sieni doznał widocznie niezwykłej ulgi widząc, iż Kemp starannie drzwi zamyka.
— List wyrwał jej z ręki — opowiadał nie bez wzruszenia. — Przestraszyła się biedaczka niezmiernie i znajduje się obecnie na stacyi policyjnej. Dostała ataku histeryi. A on musi być blizko pańskiego domu. O co chodziło w liście?
Kemp zaklął.
— Jakiż ja byłem głupi! — zawołał — mogłem się przecież domyśleć. Niema godziny drogi do Hintondean. Więc już?...
— Co takiego? — spytał Adye.
— Czytaj pan! — rzekł Kemp i zaprowadziwszy pułkownika do swej pracowni, wręczył mu list Człowieka Niewidzialnego.
Adye odczytał go pogwizdując lekko.
— A pan co na to?... — spytał po przeczytaniu..
— Proponowałem zasadzkę, jak zwyczajny głupiec — odparł Kemp — i wysłałem wiadomość przez służącę — dla niego.
— Teraz się wyniesie — rzekł Adye.
— Tego nie zrobi — zaprzeczył Kemp.
Z góry ozwał się dźwięk rozbijanego szkła.
Adye spostrzegł błysk małego rewolweru, wyzierającego z kieszeni Kempa.
— To okno na górze — zauważył Kemp i udał się z pułkownikiem na piętro.
Jeszcze byli na schodach, gdy uszu ich doszedł znów odgłos stłuczonego okna. W pracowni znaleźli dwa okna potrzaskane, na podłodze zaś kawałki szkła i olbrzymi krzemień. Zatrzymali się w drzwiach i przyglądali zniszczeniu. Kemp znowu zaklął, a tymczasem trzecie okno, wyrwane gwałtownie z zawias, zawisło na chwilę w powietrzu, a potem upadło z trzaskiem na podłogę.
— A to co? — spytał Adye.
— To właśnie początek — odparł Kemp.
— Czy niema sposobu wdrapania się tutaj?
— Ani nawet dla kota — zapewnił Kemp.
— Niema okienic? — Nie tutaj. Mają je wszystkie pokoje na dole... Hola!
Z dołu doleciał odgłos tłuczonego szkła, a potem mocne uderzenia w deski.
— Niech go licho! — rzekł Kemp. — Musi już być. Atakuje jeden z pokojów sypialnych. Widocznie ma zamiar zruiuować cały dom. Ależ głupiec z niego. Okienice są pozamykane i szkło wypadnie na zewnątrz. Pokaleczy sobie tylko stopy.
Tymczasem już drugie okno oznajmiło o swojem zniszczeniu. Kemp i Adye stali na schodach, mocno zmieszani.
— Już wiem co robić! — rzekł Adye. — Daj mi pan kij albo coś podobnego, udam się na stacyę policyi i sprowadzę psy. One go wezmą.
Drugie okno podzieliło los swych poprzedników — zostało wysadzone.
— Masz pan rewolwer przy sobie? — spytał Adye.
Ręka Kempa zanurzyła się w kieszeni, zawahał się.
— Nie mam rewolweru... do oddania — odparł.
— Przyniosę go z powrotem — rzekł Adye. — Wszak jesteś pan tutaj zupełnie bezpieczny.
Kemp, zawstydzony przyznaniem się do obawy, wręczył mu żądaną broń.
— Teraz chodźmy ku drzwiom — rzekł Adye.
Gdy stali w drzwiach, wahając się, usłyszeli, jak jedno z okien sypialni na pierwszem piętrze skrzypnęło i pękło. Kemp podszedł ku drzwiom i zaczął odsuwać rygle, o ile możności jak najciszej. Twarz jego była nieco bielsza, niż zazwyczaj.
— Musisz pan natychmiast wyjść — rzekł do Adyego.
Po chwili Adye znalazł się na schodach przed domem, a rygle wsunęły się znowu w swoje łożyska. Zszedł śmiało na dół, minął trawnik i zbliżył się do furtki. Delikatny powiew muskał trawę; coś się tuż obok niego poruszyło.
— Wstrzymaj się na chwilę — odezwał się Głos i Adye stanął, jak wryty, ściskając w ręku rewolwer.
— Czego chcesz? — zapytał Adye, blady, wystraszony i silnie zdenerwowany.
— Zrób mi przyjemność i wróć do domu — rzekł Głos, zdradzający niemniejsze podniecenie.
— Przykro mi — odparł Adye, zwilżając wargi językiem — że nie mogę tego uczynić.
Zdawało mu się, że Głos znajdował się przed nim po prawej stronie; namyślał się, czy nie próbować szczęścia i nie strzelić.
— A po co idziesz? — pytał Głos.
Adye wciąż wahał się i namyślał.
— Dokąd idę — rzekł zwolna — to moja rzecz.
Słowa te jeszcze drgały na jego ustach, gdy jakieś ramię objęło go za szyję i gwałtownem szarpnięciem obaliło go na wznak. Pociągnął wtedy za kurek i zaczął strzelać niezdarnie, ale niebawem został ugodzony w twarz i rewolwer wypadł mu z ręki. Napróżno usiłował powstać... został przewrócony znowu.
— Niech licho porwie! — zaklął przez zęby.
Głos zaśmiał się.
— Zabiłbym cię teraz, gdybym nie żałował kuli — powiedział.
Adye ujrzał rewolwer zawisły nad jego głową w powietrzu.
— Cóż dalej? — zapytał Adye, siadając na ziemi.
— Wstań! — powiedział Głos.
Adye spełnił rozkaz.
— Uwaga! — mówił Głos z naciskiem — nie próbuj żadnych sztuczek. Pamiętaj, że mogę widzieć twoją twarz, chociaż ty mojej nie widzisz. Musisz wrócić do domu.
— On mnie tam nie wpuści — rzekł Adye.
— To szkoda — mruknął Człowiek Niewidzialny. — Z tobą nie mam nic do czynienia.
Adye zwilżył językiem usta powtórnie. Odwróciwszy wzrok od lufki rewolweru, ujrzał w dali morze błękitne, ozłocone promieniami południowego słońca, gładkie, zielone błonia, białe skały i gęsto zaludnione miasto. Poczuł nagle, że życie to bardzo miła rzecz. Potem oczy jego znów się zwróciły do małego, metalowego przedmiotu, zawisłego nad nim o niecałych sześć yardów.
— Więc cóż mam począć? — zapytał nagle.
— Co masz począć? — powtórzył Człowiek Niewidzialny. — Jeżeli cię puszczę, to sprowadzisz mu pomoc. Jedyną więc rzeczą dla ciebie jest niezwłoczny powrót do tego domu.
— Spróbuję. A jeżeli mnie wpuści, czy przyrzekniesz mi nie wciskać się przez drzwi?
— Nie mam z tobą żadnej sprawy — powtórzył raz jeszcze Głos.
Kemp, po wypuszczeniu Adyego, pospieszył na górę, a przykucnąwszy pomiędzy szkłem i spozierając ostrożnie po nad dolną ramę okna, widział Adyego, konferującego z czemś niewidzialnem.
— Czemu nie strzela? — mruknął pod nosem.
Potem rewolwer poruszył się nieco i promień słońca, załamawszy się w gładkiej powierzchni metalu, wpadł w oko Kempa, który przysłonił oczy i starał się dojrzeć kierunek oślepiającego promienia.
— Przyrzeknij mi, że nie wciśniesz się przez drzwi — mówił Adye. — Nie posuwaj zwycięskiej gry za daleko. Daj niejakie szanse i przeciwnikowi.
— Wracaj prosto do domu. Powiadam ci otwarcie, że nic przyrzekać nie mogę.
Zdawało się, że Adye nagle powziął jakieś postanowienie. Zwrócił się ku domowi i szedł wolno, z rękami założonemi w tył. Kemp wpatrywał się w niego ze zdumieniem. Rewolwer zniknął, zjawił się znowu i znowu zniknął, a przy bliższem zbadaniu okazało się, że się posuwa tuż za Adyem. Potem wypadki następowały bardzo szybko po sobie. Adye skoczył w tył, okręcił się na pięcie, wyciągnął rękę po rewolwer, nie schwycił go, wyrzucił ręce w górę i upadł na twarz. Mały, niebieski obłoczek unosił się nad nim w powietrzu. Kemp nie słyszał strzału. Adye wił się na ziemi przez chwilę, podniósł się nieco, wspierając na jednem ramieniu, upadł znowu i już leżał bez ruchu.
Kemp czas jakiś wpatrywał się w leżącego Adyego. Po południu upał dopiekał, cisza zalegała dokokoła, nic się nie poruszało z wyjątkiem dwóch żółtych motylków, ścigających się wzajem wśród krzaków, rosnących pomiędzy domem a furtką. Adye leżał na trawniku blizko tej właśnie furki. Okienice wszystkich willi, stojących wzdłuż drogi, były pozamykane, a w jakiejś małej, zielonej altanie widać było białą postać. Snąć jakiś staruszek spoczywał tam w śnie pogrążony. Kemp badawczo rozglądał się dokoła domu, szukając wzrokiem rewolweru, ale nie mógł go dostrzedz. Oczy jego wróciły do Adyego. Gra zaczynała się dobrze.
Nagle rozległo się dzwonienie i pukanie do drzwi frontowych; wzmagało się coraz gwałtowniej, ale stosownie do zalecenia Kempa, służba pozamykała się w swych izdebkach. Potem nastąpiła cisza. Kemp siedział spokojnie czas jakiś, następnie zaczął wyglądać ostrożnie przez wszystkie trzy okna po kolei. Potem zbliżył się ku szczytowi schodów i nasłuchiwał pilnie. Uzbroiwszy się w pogrzebacz, udał się na zbadanie wewnętrznych rygli okien parterowych. Wszystko było w porządku i bezpieczne. Wrócił więc do belwederu. Adye leżał bez ruchu na ścieżce żwirowej tak, jak upadł. Drogą około willi przechodziła służąca i dwu policyantów.
Panowała głucha cisza. Troje ludzi zbliżało się niesłychanie wolno. Kemp zastanawiał się nad tem, co w tej chwili czyni jego nieprzyjaciel.
Nagle żachnął się. Z dołu doleciał go odgłos bitych szyb. Zawahał się i zszedł znowu na dół. Teraz zaczęło rozchodzić się po domu echo ciężkich uderzeń i łupania drzewa. Usłyszał tłuczenie szkła i wyraźny zgrzyt żelaznych rygli okiennych. Obrócił klucz i otworzył drzwi kuchenne. W tejże chwili okienice, potrzaskane w drobne kawałki, wleciały do środka pokoju. Kemp stanął przerażony. Rama okienna, z wyjątkiem jednego pręta poprzecznego, była jeszcze nietknięta, ale za to tylko maleńki kawałek szkła pozostał w jednym rogu. Okienice zostały włamane do środka przy pomocy siekiery, a obecnie ta sama siekiera spadła gwałtownie na ramę okna i na pręty żelazne, osłaniające ją. Nagle odskoczyła na bok i zniknęła.
Kemp ujrzał wtedy rewolwer, leżący na ścieżce przed domem; po chwili, zaczął się on wznosić w górę. Kemp usunął się w bok. Rewolwer wypalił nieco za późno, a drzazga, urwana z brzegu drzwi, przeleciała mu nad głową. Trzasnął drzwiami, a gdy zamknął je za sobą, usłyszał okrzyki i śmiechy Griffina. Następnie siekiera znów rozpoczęła energiczną pracę.
Kemp stał w korytarzu i rozmyślał. Niebawem Człowiek Niewidzialny znajdzie się już w kuchni. Drzwi te nie powstrzymają go długo, a wtedy...
Od frontowych drzwi doszło znowu dzwonienie. Mogła to być policya. Kemp pobiegł do sieni, zwolnił łańcuch i odsunął rygle. Była to istotnie straż bezpieczeństwa publicznego.
— Cóż znaczy to tłuczenie szkła? — spytał jeden z policyantów.
— Już jest w kuchni lub zaraz się tam zjawi — odparł Kemp. — Znalazł gdzieś siekierę.
Naraz cały dom napełnił się hałasem, dochodzącym od drzwi w kuchni. Służąca uciekła z kuchni do jadalni. Kemp starał się rzecz wyjaśnić urywanemi zdaniami. Słyszeli, jak drzwi kuchenne ustąpiły pod naporem.
— Tędy! — zawołał Kemp, zdobywając się na energię, i wepchnął policyanta w drzwi, prowadzące do jadalni.
— Pogrzebacz! — zawołał znów Kemp i pobiegł do kominka.
Wręczył pogrzebacz policyantowi, który nagle cofnął się wstecz.
— Hop! — zawołał, nachylił się i zasłonił się pogrzebaczem przed siekierą. Rewolwer wystrzelił swój przedostatni nabój i rozdarł jakiś cennny obraz.
Niewidzialny usiłował dostać się do pokoju — rozpoczęła się walka.
Przy pierwszym ataku, służąca wrzasnęła przeraźliwie i nie przestając krzyczeć, pobiegła otworzyć okienice, widocznie w celu drapnięcia przez potrzaskane okno.
Siekiera cofnęła się do korytarza i zawisła o dwie stopy nad ziemią. Wszyscy słyszeli teraz oddech Człowieka Niewidzialnego.
— Wy dwaj ustąpcie na bok — rzekł wróg niewidzialny do policyantów — pragnę dostać w swe ręce tylko Kempa.
— A my chcemy dostać w swoje ręce ciebie! — odparł policyant, wysuwając się szybko naprzód i ciskając pogrzebaczem w kierunku głosu.
Człowiek Niewidzialny musiał widocznie cofnąć się, gdyż pogrzebacz wpadł w stojak na parasole.
Kiedy policyant prostował się po wymierzeniu ciosu pogrzebaczem, Człowiek Niewidzialny siekierą zadał mu cios w głowę. Hełm policyanta zmarszczył się, jak kawałek papieru, a właściciel jego zwalił się na ziemię przy schodach, prowadzących do kuchni.
Ale drugi policyant, wychwyciwszy pogrzebacz ze stojaka, ugodził nim w coś miękiego. Odezwał się ostry okrzyk bolu i siekiera upadła na ziemię. Policyant ugodził po raz drugi przed siebie, postawił nogę na siekierze i wymierzył nowy cios, a następnie stał z pogrzebaczem w dłoni, usiłując złowić uchem najlżejszy szelest.
Słyszał otwieranie okna w jadalni i szybkie kroki za domem. Towarzysz jego przyczołgał się i usiadł; krew ciekła mu z rany pomiędzy okiem i uchem.
— Gdzie on jest? — spytał kolegi.
— Nie wiem. Ugodziłem go. Musi stać gdzieś w sieni, o ile nie prześliznął się około ciebie. Panie doktorze!
— Panie Kemp! — zawołał drugi policyant.
Doktora nie było jakoś widać.
Siedzący na ziemi policyant zaczął się dźwigać na nogi i wreszcie powstał. Nagle odezwał się odgłos nagich stóp na schodach kuchennych.
— Hop! — zawołał pierwszy policyant i cisnął pogrzebaczem, który rozmiażdżył coś po drodze.
Ruszył z zamiarem ścigania Człowieka Niewidzialnego w dół schodów, lecz rozmyślił się i wrócił do jadalni.
— Dr. Kemp... — zaczął i urwał.
— Dr. Kemp jest bohaterem — dokończył jego kolega i wskazał okno jadalni szeroko otwarte.
Obaj policyanci wymienili znaczące spojrzenia, a jeden z nich zaopiniował węzłowato:
— Hm... tchórz!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Herbert George Wells.