Człowiek niewidzialny (Wells)/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Herbert George Wells
Tytuł Człowiek niewidzialny
Wydawca Biesiada Literacka
Data wyd. 1912
Druk Synowie St. Niemiry
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. The Invisible Man
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ VII.
Zdemaskowanie obcego przybysza.

Gość wszedł do małego saloniku zajazdu około w poł do piątej rano i zabawił tam prawie do południa z opuszczonemi sztorami, zamkniętemi drzwiami. Nikt, po wypędzeniu Halla, nie śmiał zbliżyć się do niego.
Przez cały ten czas musiał chyba nic nie jeść. Trzykroć zadźwięczał jego dzwonek, trzecim razem gwałtownie i długo, ale nikt nie odpowiadał na wezwanie.
— Niechże go z jego „idź do dyabła“! — wołała pani Hall.
Nagle doszła ich wieść o grabieży w wikaryacie i obie rzeczy zaczęto łączyć razem. Hall, w towarzystwie Wadgersa, wyszedł dla znalezienia urzędnika, pana Shuclkeforta i naradzenia się z nim. Nikt nie śmiał iść na górę. Niewiadomo było, co gość robił. Chwilami chodził gwałtownie po pokoju, a dwa razy usłyszano huragan klątw, darcie papieru i gwałtowne tłuczenie butelek.
Grupa przestraszonych, ale i zaciekawionych ludzi wzrastała. Przyszła też pani Huster, do gromadki przyłączyli się, z bezładnemi i wywołującemi zamieszanie pytaniami, jacyś weseli, młodzi ludzie, czarno ubrani, ozdobieni papierowemi krawatami. Młody Archibald Harker odznaczył się tem, że wszedł na dziedziniec i tam próbował zajrzeć pod ściągnięte sztory. Nie mógł atoli nic zobaczyć, ale pozwalał się domyślać, że przecież coś widział. Inni młodzieńcy w Iping przyłączyli się do niego.
Był to najświetniejszy ze wszystkich dni świątecznych. Wzdłuż drogi wiejskiej, stał szereg około sześciu straganów, strzelnica, a na trawie przy kuźni, tkwiły trzy żółte i czekoladowe wozy; kilku malowniczych zaś przybyszów ustawiało stragan z orzechami kokosowemi. Panowie mieli na sobie niebieskie tużurki, a damy białe fartuszki i dosyć modne kapelusze z ciężkiemi piórami. Woodyer i Jaggers, łatacz butów, zajmujący się też sprzedażą lichych, używanych rowerów, przeciągali przez ulicę sznur amerykańskich i angielskich chorągwi narodowych, które poprzednio przyczyniły się do uświetnienia pierwszego jubileuszu królowej Wiktoryi.
Pośród sztucznej ciemności salonu, do którego ledwie cienki promyk światła słonecznego przenikał, gość, głodny zapewne i groźny, otulony w swe niewygodne łachmany, wpatrywał się przez swe szkła ciemne w papier, lub pobrząkiwał małemi, brudnemi buteleczkami i chwilami klął chłopców, niewidzialnych wprawdzie, ale dających się słyszeć za oknami.
Około południa, otworzył drzwi nagle od salonu i stanął, wpatrzony uporczywie w grupkę ludzi, znajdujących się w bufecie.
— Pani Hall! — zawołał.
Ktoś z miejsca ruszył z owczą bojaźliwością i wezwał gospodynię.
Po chwili, zjawiła się pani Hall, nieco tchu pozbawiona, ale groźna. Halla ciągle jeszcze nie było widać z powrotem. Namyśliła się nieco nad całą sprawą i szła z małą tacą w ręce, na której znajdował się nieopłacony rachunek.
— Czy pan sobie życzy widzieć ten rachunek? — spytała.
— Dlaczego nie nakryto mi do śniadania? Dlaczego nie przygotowano mi posiłku i nie odpowiadano na mój dzwonek? Czy pani myśli, że ja żyję powietrzem?
— A dlaczego mój rachunek nie jest zapłacony? — spytała pani Hall. — To znowu jabym chciała wiedzieć.
— Powiedziałem pani trzy dni temu, że czekam na przesyłkę pieniężną...
— Powiedziałam panu trzy dni temu, że nie będę czekała na żadne przesyłki. Czy masz pan prawo wymyślać, że pańskie śniadanie opóźniło się nieco, skoro moje rachunki czekają już od pięciu dni?
Gość zaklął krótko, ale dosadnie.
— Byłabym panu bardzo wdzięczna, gdyby pan zechciał klątwy zachować dla siebie — powiedziała pani Hall.
Gość stał podobniejszy niż kiedykolwiek do kostyumu nurka. W bufecie czuli wszyscy doskonale, że pani Hall ma nad nim przewagę. Dowodziły tego następne słowa:
— Słuchajno, moja dobra kobieto... — zaczął.
— Nie wymyślaj mi pan od dobrych kobiet — rzekła pani Hall.
— Wszakże mówiłem już, że przesyłka moja jeszcze nie nadeszła.
— Aha, przesyłka — odparła pani Hall.
— Mimo to w kieszeni mojej...
— Trzy dni temu powiedziałeś mi pan, że nie masz już nic więcej przy sobie, jak tylko odrobinę srebra, wartości trzech suwerenów.
— No tak, ale znalazłem trochę więcej.
— Fiu! — doleciało z bufetu.
— Ciekawa jestem, gdzie je pan znalazł? — spytała pani Hall.
Pytanie to zdawało się dręczyć gościa. Tupnął nogą.
— Co pani przez to rozumie? — spytał.
— Że jestem ciekawą, skąd pan wziął te pieniądze? — powtórzyła Hall. — A zanim wezmę zapłatę za rachunki, lub podam śniadanie, lub zrobię cośkolwiek innego, pan musisz mi wyjaśnić kilka rzeczy, których nie rozumiem i których nikt nie rozumie, lecz każdy pragnie zrozumieć. Chcę wiedzieć, coś pan zrobił moim krzesłom na górze i chcę wiedzieć, jak się to stało, że pokój pański był pusty, a potem — jakim sposobem pan wszedł do niego. Ci, co mieszkają w tym domu, muszą wchodzić przeze drzwi... taka jest u mnie zasada; tego zaś pan nie uczynił, a ja muszę wiedzieć, jakim sposobem pan wszedłeś. A obok tego pragnę wiedzieć...
Nagle gość podniósł swe odziane w rękawiczki dłonie, mocno zaciśnięte, tupnął nogą i rzekł:
— Zamilcz!
Powiedział to z tak niezwykłą gwałtownością, że uciszył ją natychmiast.
— Nie rozumiesz pani — rzekł po chwili — kto ja jestem i co ja jestem? Ale ja ci pokażę. Na Boga! ja ci pokażę!
Potem nakrył twarz otwartą dłonią i usunął ją.
Środek twarzy zajęła czarna wklęsłość.
— Masz! — powiedział.
Postąpił naprzód i wręczył pani Hall coś, co ona, wpatrując się w jego zmienioną twarz, przyjęła z jego ręki automatycznie. Potem ujrzawszy, co to jest, rzuciła przedmiot o ziemię, pisnęła głośno i cofnęła się wstecz. Nos był to bowiem... nos przybysza! Różowy i połyskujący, potoczył się po podłodze z dźwiękiem pustego kartonu.
Przybysz zdjął okulary, a każdy obecny w bufecie gość zataił dech. Zdjął kapelusz i gwałtownym ruchem zaczął szarpać bokobrody i bandaże. Przez chwilę opierały mu się. Błysk strasznego przeczucia przeszedł przez bufet.
— Och, dla Boga! — zawołał ktoś z obecnych.
Potem wszyscy pierzchnęli.
Stała się rzecz, gorsza od wszystkiego. Pani Hall z otwartemi ustami, przerażona, krzyknęła na widok, jaki się jej oczom przedstawił i rzuciła się ku drzwiom. Wszyscy zaczęli umykać. Byli przygotowani na blizny, zdefigurowanie, namacalne okropności... a tu nic z tego! Bandaże i sztuczne włosy leciały przez korytarz do bufetu, zniewalając gburów do skoków, aby uniknąć zetknięcia z niemi. Jeden walił się po schodach przez drugiego. Tymczasem gość, wykrzykujący ciągle jakieś niezrozumiałe słowa, był cielesnym, giestykulującym człowiekiem aż do kołnierza, a potem nic nie było z niego widać.
Mieszkańcy wsi słyszeli krzyki i piski, a spojrzawszy w ulicę, ujrzeli ludzi, wylatujących gwałtownie z hotelu. Widzieli, jak pani Hall upadła, jak Teddy Henfrey przeskoczył przez nią, żeby się nie przewrócić, a potem usłyszano przeraźliwie piski Millie, która, wybiegając nagle z kuchni, na głos zbiegowiska, wpadła z tyłu na bezgłowego przybysza.
Natychmiast wszyscy z ulicy... przekupień łakoci, właściciel straganu z orzechami kokosowemi i jego pomocnik, właściciel huśtawki, mali chłopcy i dziewczęta, wiejscy dandysi, poważna starszyzna i Cyganie, zaczęli biedz ku zajazdowi i w zdumiewająco krótkim przeciągu czasu, tłum blizko czterdziestu osób, wzrastający wciąż, wymachiwał, wykrzykiwał, pytał i czynił domysły przed oberżą pani Hall, która oczywiście omdlała. Powstało zamieszanie, wśród którego słychać było słowa krzykliwych świadków sceny:
— O! straszydło!... Cóż on takiego zrobił? Czy nie raniona? Zdaje mi się, że cisnął na nią nożem. Nie... powiadam, że nie! Nie mam zwyczaju blagować. Widziałem człowieka bez głowy. Nonsens! to jakaś kuglarska sztuczka. Zdjął z siebie łachmany i tyle...
W usiłowaniu zobaczenia czegoś przez otwarto drzwi, tłum uformował się w ruchomy klin, którego koniec ostry stanowili najodważniejsi.
— Zatrzymał się przez chwilę — opowiadano — potem dziewczyna zapiszczała, a on zwrócił się ku niej. Widziałem, jak suknie jej wionęły, a wtedy on puścił się za nią. Wszystko razem nie trwało nawet dziesięciu sekund. Nagle wraca z nożem w ręku i z bochenkiem chleba. Stało się to tylko co, przed chwilą. Wszedł w tamte oto drzwi. Powiadam wam, że nie ma wcale głowy...
Tymczasem w tyle powstało małe zamieszanie i mówca odsunął się na bok, by zrobić miejsce dla małego pochodu, kroczącego bardzo rezolutnie ku domowi; na czele znajdował się pan Hall, bardzo czerwony i zdeterminowany, za nim Boby Jaffers, policyant wiejski, a w końcu rozważny pan Wadgers. Przybyli uzbrojeni rozkazem aresztowania.
Zgromadzeni wykrzykiwali różne sprzeczne informacye, dotyczące świeżych wypadków.
— Czy ma głowę, czy nie ma głowy — zakonkludował Jaffers — mam go aresztować i to uczynię.
Pan Hall wszedł po schodach, zbliżył się ku drzwiom saloniku i ujrzał, że otwarte.
— Policyancie — powiedział — spełnij swój obowiązek.
Naprzód wszedł Jaffers, za nim Hall, a Wadgers ostatni. W półcieniu ujrzeli bezgłową postać, zwróconą ku nim z kromką nadgryzionego chleba w jednej, a kawałkiem sera w drugiej ręce.
— To on — powiedział Hall.
— Cóż to ma znaczyć, u dyabła? — odezwało się tonem gniewnej wymówki coś z po nad kołnierza postaci.
— Jesteś pan przeklęcie osobliwym gościem, panie — rzekł Jaffers. — Ale czy masz pan głowę, czy pan nie masz głowy, rozkaz brzmi — aresztować, a obowiązek swój spełnić muszę.
— Zdaleka! — rzekła postać, cofając się wstecz.
Nagle cisnął chleb i ser, a pan Hall na czas właśnie pochwycił ze stołu nóż. Tymczasem lewa rękawiczka zeszła z ręki gościa i ugodziła Jaffersa w twarz. W następnej atoli chwili Jaffers, wyrzuciwszy kilka krótkich słów, odnoszących się do rozkazu aresztowania, pochwycił gościa za pozbawiony ręki staw nadgarstkowy i ujął za niewidzialną gardziel. Dostało mu się silne kopnięcie w piszczel, tak, że aż krzyknął, ale mimo to nie puścił. Hall posunął nóż po stole do Wadgersa, który występował w charakterze dozorcy więziennego i dopiero wtedy wysunął się naprzód, gdy Jaffers i obcy przybysz, chwiejąc się, podsuwali się ku niemu, zmagając się i pasując. Krzesło jakieś stanęło na drodze i zostało przez nich odrzucone z trzaskiem.
— Uchwyćcie za nogi — wycedził Jaffers przez zęby.
Pan Hall, usiłując zastosować się do polecenia, otrzymał silne kopnięcie w żebra, które rozbroiło go na chwilę; a Wadgers, widząc, że bezgłowy przybysz przewalił się i znalazł się na policyancie, odstąpił ku drzwiom z nożem w ręce, wpadając w ten sposób na Huxtera i woźnicę z Sidderbridge, spieszących na pomoc prawu i porządkowi. W tejże samej chwili zleciały z szafki trzy, czy cztery butelki, a w powietrzu rozszedł się jakiś silny odór.
— Poddam się! — zawołał przybysz.
Jakkolwiek miał pod sobą policyanta, natychmiast powstał dysząc, bez głowy i bez rąk, ponieważ obecnie ściągnął prawą rękawiczkę tak samo, jak to poprzednio uczynił z lewą.
— To niema sensu — odezwał się, jakby chwytając ze łkaniem powietrze.
Niesłychanie dziwne wrażenie czyniło wychodzenie głosu jakby z pustego miejsca, ale wieśniacy z Susseks są może najbardziej trzeźwymi ludźmi pod słońcem. Jaffers powstał także i wydobył parę kajdanków. Potem wytrzeszczył oczy.
— Ba! — rzekł, sparaliżowany niejasnem uświadomieniem sobie dziwaczności położenia.
— Niech dyabli wezmą! Widzę, że nie zdołam ich użyć!
Tymczasem przybysz przebiegł ręką po kamizelce i jakby cudem guziki, które wskazywał jego pusty rękaw, poodpinały się. Potem pochylił się w dół ku goleni. Zdawało się, że majstruje koło trzewików i skarpetek.
— Bagatela! — zawołał nagle Huxter — przecież to wcale nie jest człowiek... To poprostu puste ubranie. Patrzcie! Można przejrzeć nawskroś przez kołnierz i widzieć podszewkę ubrania. Mógłbym wsadzić rękę...
Wyciągnął ramię, ale zdaje się, że spotkał się z czemś twardem w powietrzu, bo rękę z ostrym krzykiem cofnął.
— Możebyś pan zechciał swoje palce trzymać zdaleka od moich oczu — rzekł powietrzny gość tonem dzikiej wymówki. — Faktem jest, że znajduję się tutaj cały... z głową, rękami, nogami i resztą ciała, tylko całkiem niewidzialny. Jest to przeklęte głupstwo, a jednak prawda. Ale to wcale nie racya, żeby mnie miał każdy gbur w Iping bić i szarpać, czy nie tak?
Garnitur ubrania, obecnie całkiem porozpinany i zwisający swobodnie na swych niewidzialnych podporach, wyprostował się, trzymając rękawy, oparte na biodrach.
Tymczasem weszło jeszcze kilku mężczyzn do pokoju tak, że zrobił się tłok.
— Niewidzialny? — spytał Huxter, ignorując wymyślania obcego. — Któż kiedykolwiek słyszał o czemś podobnem?
— Może to i trochę dziwne, ale nie jest wcale zbrodnia. Z jakiej racyi policyant napada na mnie w tak brutalny sposób...
— Ach! to zupełnie rzecz inna! — rzekł Jaffers. — Niewątpliwie nieco trudno zobaczyć pana w tem świetle, ale mam rozkaz aresztowania i wszystko jest w porządku. Niewidzialność wcale mnie nie obchodzi, tylko grabież. Ktoś włamał się do domu i skradł pieniądze.
— Więc i cóż?
— A okoliczności napewno wskazują...
— Blaga i głupstwo — rzekł niewidzialny człowiek.
— Taką mam nadzieję, panie. Ale instrukcye moje...
— Dobrze — odparł obcy — pójdę, ale bez kajdanków.
— To rzecz konieczna — odparł Jaffers.
— Bez kajdanków — zastrzegał sobie obcy.
— Wybacz pan — rzekł Jaffers.
Nagle figura usiadła i zanim ktokolwiek spostrzegł, co się dzieje, pantofle, skarpetki i spodnie znalazły się pod stołem. Potem postać zerwała się znowu i odrzuciła surdut.
— Nie rozbieraj się — zawołał Jaffers, pojmując nagle, na co się zanosi.
Chwycił za kamizelkę, lecz ta zaczęła stawiać opór, a niebawem koszula wysunęła się z niej, zostawiając w ręku policyanta pustą i obwisłą kamizelkę.
— Trzymajcie go! — zawołał Jaffers głośno. — Skoro raz ściągnie z siebie ubranie...
— Trzymajcie go! — zaczęli wołać wszyscy i wszyscy cisnęli się do powiewającej, białej koszuli, którą jedynie jeszcze widać było na przybyszu.
Ale rękaw koszuli wymierzył dzielny cios w twarz Halla, zatrzymując go w pochodzie z otwartemi ramionami i odrzucając go w tył na starego Thoothsoma, a następnie sama koszula uniosła się w powietrze, skręciła się i zwiotczała w rękawach, jak zwykle koszula, zdejmowana przez głowę. Jaffers chwycił za koszulę, pomagając przez to ściągnąć ją. Równocześnie z powietrza wymierzyło mu coś policzek, wskutek czego cofnął odruchowo głowę i ugodził nią Teddy Henfreya w ciemię.
— Uważać! — wołali wszyscy, bijąc na oślep i nie trafiając w nic. — Trzymać go! Zamykać drzwi! Nie wypuszczać go! Mam coś! Jest tutaj!
Powstała kompletna wieża Babel. Wszyscy otrzymywali niemal równocześnie razy, a Sandy Wadgers, mądry jak zawsze, dostawszy straszny cios w nos, otworzył drzwi i rozpoczął ucieczkę. Inni, idąc za jego przykładem, skłębili się na chwilę w rogu sieni około drzwi. Bicie trwało dalej. Phipps wyszedł z wybitym przednim zębem, Henfrey odniósł ranę w chrząstkę ucha, Jaffers został ugodzony w szczękę, zwróciwszy się zaś, pochwycił coś, co się przemknęło pomiędzy nim a Huxterem i przeszkodziło im zbliżyć się do siebie. Uczuł muskularną pierś i w jednej chwili cała masa walczących i podnieconych ludzi znalazła się w natłoczonej sieni.
— Mam go! — wołał Jaffers — dusząc się i idąc przez ścisk chwiejnym krokiem, jako też walcząc z purpurową twarzą i nabrzmiałemi żyłami ze swoim niewidzialnym wrogiem.
Ludzie umykali na prawo i na lewo w miarę, jak te niezwykłe zapasy posuwały się ku drzwiom i staczali się po kilku schodkach zajazdu. Jaffers wołał przygłuszonym głosem, ale mimo to trzymając owo coś jeszcze mocno, w końcu, chcąc zrobić użytek ze swych kolan, skręcił się i upadł ciężko w dół głową na żwir. Dopiero wtedy palce jego rozwarły się.
Ozwały się podniecone głosy:
— Trzymajcie go! Niewidzialny! — i tak dalej, a młody człowiek, nie znający miejscowości, którego nazwiska nie znamy, rzucił się natychmiast, pośliznął się i przewalił przez rozciągnięte ciało policyanta. Na połowie drogi jakaś kobieta pisnęła w chwili, gdy się coś koło niej przesunęło; pies, widocznie kopnięty, zaskowyczał i wbiegł do ogrodu Huxtera — poczem ucieczka człowieka niewidzialnego została dokonana. Przez czas jakiś ludzie stali zdumieni giestykulując, a potem rozproszyli się po wsi, jak liście od podmuchu wiatru. Tylko Jaffers leżał spokojnie, z twarzą do góry i zgiętemi kolanami, u stóp schodów oberży.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Herbert George Wells.