Cywil w Berlinie/Przyjazd

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Sobański
Tytuł Cywil w Berlinie
Rozdział Przyjazd
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „RÓJ”
Drukarz Piotr Laskauer; Druk. „MONOLIT“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


PRZYJAZD.

W Warszawie straszyli. Przyjaciele i znajomi prawie mnie „żegnali“. Zalecano ostrożność. Anglik zamieszkały stale w Berlinie opowiadał rzeczy naprawdę dość straszne. Znam go jako człowieka prawdomównego. Czy wierzyć tym wszystkim dochodzącym nas wiadomościom? Czy w Zbąszyniu przestraszę się na widok zielonego munduru niemieckiego urzędnika celnego? Od dzieciństwa był to dla mnie symbol zagranicy, wyjazdu, czaru podróży.
Ten niemiecki urzędnik kolejowy czy celny, który na pierwszy rzut oka zdawał się nieco szorstki, ba, nawet brutalny, jakże był uczynny i ojcowski w razie zgubienia biletu czy bagażu. Reprezentował on w moich oczach stosunek niemca w okresie powojennym do zagranicznego turysty. Czyż to wszystko się zmieniło? Czy wrogość spotka mnie już na samym progu Trzeciej Rzeszy? Tak bardzo nie chcę, by to się stało. Tak bardzo chcę zachować moje sympatje dla tej dziwnej zbiorowości (bo dziwną pozostała i za Republiki Weimarskiej). Tak bardzo chcę wynaleźć wszystkie dodatnie pierwiastki tego z ducha i celów obcego mi przewrotu. Będę szczęśliwy, jeśli mnie choć trochę na swoją wiarę nawrócą. Dla Niemców miałem zawsze wiele poważania (nie analizuję tego określenia) i teraz tak bardzo się boję, czy nie będę zmuszony usunąć z pod nich piedestału; czy nie będę zmuszony przyznać rację tym wszystkim, którzy niemców sądzili według wspomnień z czasów Kulturkampfu i kolonizacji w Wielkopolsce i w Afryce; czy nie będę zmuszony uderzyć w ton boguojczyźniany. Boję się. A nuż endecy mają rację. Ale głównie boję się dać jeszcze jedną karabelę do rąk naszych licznych zuchów-Wołodyjowskich ze wszystkich obozów; do rąk tych wszystkich młodych, którzy tylko czekają na hasło nienawiści, by stworzyć nasze rodzime sturmabteilung‘i. Boję się, że w mojej najskromniejszej mierze mogę przeszkodzić tej wspaniale godnej, męskiej, imponująco niedemagogicznej polityce zagranicznej jaką prowadzi obecny rząd polski.
Więc boję się. Jeszcze raz to powtarzam, ale pisać będę prawdę. Choć należę do powojennego pokolenia, jestem staroświeckim liberałem, i młodsi oraz nowocześniejsi odemnie wymawiają mi moje przywiązanie do uczciwej bezstronności. Ja się snobuję na objektywizm — oni nim gardzą. Twierdzą, że ludzie silni i twórczy nie mogą być objektywnymi; że nic nie zbudują. Możliwe. Ja w tej chwili nie chcę nic budować. Chciałbym ratować mój śmieszny, liberalny, ginący dzisiaj świat. Ale kto mi w tem pomoże? Moi młodsi rówieśnicy mają kult czynu i ideowego, choćby nawet najbrutalniejszego kłamstwa. Zdaje się, że po obydwuch stronach kordonu pod tym względem młodzi są sobie podobni.
Zresztą zobaczymy. Jadę trzecią klasą. W przedziale jedzie młody Żyd, może ma lat 15. Wyjeżdża sam jeden do ojca do Kolumbji. Ma ze sobą dwie walizki, a kufer nadany został wprost do portu Kolumbijskiego. Ma też jedną markę niemiecką na wydatki między Warszawą a Amsterdamem, gdzie wsiada na statek.
W Poznaniu do mojego przedziału wsiada dwuch Niemców. Jeden z nich, Poznaniak, odbył służbę wojskową polską i wielce ją sobie a także swoim przygodnym towarzyszom podróży chwali. Drugi to Reichsdeutsche, podróżujący często po Polsce, a obecnie powracający do Berlina po 3 tygodniowej nieobecności. Obaj ci panowie interesują się Żydkiem, który tak daleko ma jechać, a mówi tylko po polsku i żydowsku. Z typowo niemiecką systematycznością dają mu wskazówki na drogę, kłopoczą się, naradzają, a po przyjeździe do Berlina biorą dla niego tragarza, który ma się nim zająć i wsadzić go w 4 godziny później do amsterdamskiego pociągu. Reichsdeutsche w dodatku ofiaruje chłopcu jeszcze 5 marek, a ten z rozczulenia całuje niemca w rękę na peronie Schlesiescher Bahnhof i mówi, że już teraz nie boi się podróży, gdy wie, że istnieją tak dobrzy ludzie. Rozpisałem się. Ale czy nie jest to nieoczekiwany wstęp do moich niemieckich „studjów“?
Na granicy ta sama dobroduszna uprzejmość; na dworcach te same co dawniej, pogodnie uśmiechnięte twarze. Między niemi, jak zawsze bywało, pojawia się zrzadka surowa twarz typowego Prusaka; budzi ona raczej śmiech swoim brakiem zmysłu humoru, niż przerażenie. Te same brzydkie, ale wysportowane, o cudnych cerach, panny objęte wpół przez dziwacznie-sportowo ubranych chłopców, wyglądających zawsze o wiele młodziej od swych niewiast. A gdzież są objawy hitleryzmu? No tak, jest ich trochę. Szpilka ze swastyką w krawacie kontrolera paszportów, a we Frankfurcie nad Odrą i na przedmieściach Berlina na wszystkich parkanach wykaligrafowane bardzo pożądnie choć kredą „Heil Hitler“ i znowu swastyka. Ale wszystko to już zmazane, i tylko widać blade ślady; widocznie sprzykrzyłoby się na codzień.
A co można wywnioskować z prasy? Zaopatrzyłem się na drogę jeszcze w Warszawie w ostatni numer „Die Neue Weltbühne“, pismo radykalne, które oczywiście przestało wychodzić w Berlinie i po wydaniu kilku numerów we Wiedniu osiadło obecnie w Pradze. Dziwi mnie treść tego tygodnika. Jest to przeważnie dość sucha i fachowa polemika z zamierzeniami i posunięciami Hitlera, ale nie znajduję tam prawie wzmianek o terrorze i antysemityzmie. Może numer, który czytałem, był w drodze wyjątku wolnym od tych bądźcobądź wysoce aktualnych tematów; a może mieli rację moi znajomi, socjaldemokraci niemieccy, którzy mi tłumaczyli później, że jest to tylko taktyka, zmierzająca do odzyskania prawa ukazywania się w Niemczech, gdy tylko sytuacja nieco się odpręży. Przed Zbąszyniem mój egzemplarz „Neue Weltbühne“, rzecz prosta, wyleciał przez okno, a polski konduktor uprzejmie poprosił o podarowanie mu polskich pism, gdyż „i tak szanowny pan zapewne nie będzie chciał wziąć ich ze sobą do Niemiec“.
Więc teraz w Niemczech zaopatruję się w berlińską prasę codzienną. Ciekaw jestem co w niej znajdę. Naturalnie, pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy, jest to, że opozycja głosu nie ma, a wszystkie pisma twierdzą, że właściwie opozycja ta wcale nie istnieje; nawet te pisma, które do dn. 5 marca były właśnie podporą opozycji.
Na widocznem miejscu drukuje się listę ważniejszych cudzoziemców, odwiedzających Berlin. Ma to dowodzić, że jest tu spokojnie i bezpiecznie. Na czele tej listy figuruje wzmianka: „wielki przemysłowiec angielski, p. Albert Mond, kuzyn Lorda Melchetta, który odgrywa wielką rolę w angielskim przemyśle chemicznym.“ Więc i Żydom zagranicznym, zdawałoby się, nic nie grozi.
Znajduję dużo wzmianek o nowych członkach zarządów i rad nadzorczych w bankach i spółkach akcyjnych. Nigdzie nie jest powiedziane, kogo zastąpili. To samo dotyczy licznych nominacyj lekarzy na stanowiska ordynarjuszy różnych oddziałów szpitali berlińskich. Nasuwa to wiele przypuszczeń. Poprzednik mógł być Żydem, mógł być komunistą, mógł być, o zgrozo, pacyfistą lub socjalistą. A gdzie jest obecnie? Może nie żyje, może jeszcze jeden wypadek „samobójstwa“, może jest zagranicą, a może odbywa ćwiczenia wojskowe w więzieniu lub obozie koncentracyjnym dla politycznie nieodpowiednio zorjentowanych?
Pisze się o wystawie sztuki kolonjalnej, że poza eksponatami jest wiele obrazów „z naszych dawnych kolonij, które to obrazy rozbudzają nanowo pragnienie odebrania tych terytorjów“.
O wystawie: „Zdrowie, Sport i Hygjena“ — że jest to wystawa czysto narodowa. Domyślam się, że firmy żydowskie mało tam wystawiają.
Patrzę na rubrykę teatrów. W Berlinie przecież teatry były zawsze tak wybitnie ciekawe, tak śmiałe w dotykaniu najdrażliwszych tematów i w walce z przesądami. Widzę, że to się skończyło. No i aktorów i reżyserów musi być brak, przecież tylu wśród nich było Żydów. A w dziedzinie muzyki? — szał Wagnera. Dwa teatry operowe przez cały miesiąc będą grały jedynie Wagnera. Może potrwa to i dłużej. Program jest drukowany tylko na miesiąc.
„Deutsche Illustrierte Zeitung“ na 42 zdjęcia podaje 29 hitlerystycznych, a 13 samego wodza. Pozatem na tematy nieniemieckie 4 zdjęcia, i to przestarzałe i błahe. Później miałem okazję stwierdzić, że bywają numery mniej partyjnie nastawione. Zaraz widać jednak, że w kompletnem opanowaniu przez partję rządzącą prasa Niemiec dzisiejszych nie różni się niczem od prasy sowieckiej, a jest nieporównanie mniej niezależna od włoskiej.
Nareszcie Berlin. Jadąc o 7-ej wieczorem przez całą długość miasta, spotkałem 5-ciu spacerujących hitlerowców w mundurach, oraz 2-ch członków Stahlhelmu. Flagi ze swastyką widać wszędzie, i kolorystycznie wyglądają świetnie. To może najbardziej udana flaga jaką znam. Jest dekoracyjna w duchu chińsko-japońskim.
Widzę, że dość dużo ludzi odwiedza, dawniej tak małym pietyzmem otoczony, grób Nieznanego Żołnierza. A jednakże grób ten jest bezwątpienia najbardziej nastrojowy i architektonicznie udany ze wszystkich jakie widziałem w Europie.
W hotelu, gdzie się od lat zatrzymuję, witają mnie wprost serdecznie. Nie. Coś tu nie jest w porządku. Zaraz pierwsze wrażenie syntetyczne — jeżeli terror i ksenofobja istnieją, objawy ich muszą być bardzo skryte i podziemne. Pierwsze pytanie portjera, kasjera, windziarza, czy fryzjera hotelowego, którzy są wszyscy starymi znajomymi, jest jednobrzmiące: „co o nas myślą i mówią zagranicą?“ Pytanie to jest zadane prawie pokornie, a zainteresowanie opinją zagranicy palące i bardzo szczere. Pytanie to zresztą zadawała mi, chyba że bez wyjątku, każda nowo spotkana osoba w Berlinie, choćby ta osoba stała u samego źródła informacyj, jakim jest np. Ministerjum Spraw Zagranicznych. Pewna obawa, którą możnaby ująć w słowa: „Może idziemy zadaleko?“ istnieje prawie u wszystkich; a u najtrzeźwiejszych dochodzi do tego pytanie: „Czy się nie ośmieszamy?“ Moja odpowiedź, że decydująca opinja zagraniczna uważa przewrót w Niemczech za proces, który bynajmniej końca jeszcze nie dobiegł, i że żadna krystalizacja stosunków, jak dotąd, jeszcze nie nastąpiła, — wywołuje szeroki uśmiech ulgi, prawie że wdzięczności za tę sprawiedliwą ocenę sytuacji.
Po przyjeździe, do późnego wieczora staram się nawiązać kontakt ze znajomymi. Rezultaty są dość nikłe: nikogo niema w domu. Ciągle myślę z obawą: a nuż nie będą chcieli mnie znać? Strach i patrjotyzm często już zwyciężały nawet najlojalniejszą przyjaźń. Szczęśliwy jestem, że mogę tu stwierdzić, że pobyt mój w Berlinie nie usprawiedliwił tych przykrych przypuszczeń. Doznałem od wszystkich przyjaciół i znajomych bez względu na ich orjentację partyjną lub przynależność rasową, równie serdecznego i gościnnego przyjęcia, jak za „wyuzdanych“ czasów weimarskich; jak gdyby słowa „międzynarodowy“ nie wykreślono z hitlerowskiego słownika; jak gdyby duch Goethego, przeciwko któremu generał Ludendorff ma tak wiele osobistych zarzutów i którego obecny „kurs“ uważa za podejrzanego kosmopolitę, promieniował jeszcze szlachetnie nawet w 101 roku swej nieśmiertelności. To prawda, że dn. 10 maja palono książki, ale prawdą też jest, że pomyślałem o Goethem, gdy znajomy mój kelner z kawiarni na Unter den Linden, skąd przyglądałem się pochodowi, poprzedzającemu potworne auto-da-fe, zapytał mnie głosem stłumionym nie ze strachu, ale ze wstydu, czy podobną hańbą okrył się już kiedy naród cywilizowany.
Dość dygresyj. A tak trudno ich uniknąć. Niemcy całe, i każdy człowiek uczciwy i myślący przechodzi tam obecnie przesilenie jak w ciężkiej chorobie. Jest i gorączka, i majaczenie, i możliwość najróżniejszych komplikacyj, a przedewszystkiem niepewność co do końca choroby. Stary lekarz wiejski, mówiąc o jakimś beznadziejnym wypadku, wyrażał się: „a potem zapewne nastąpi to co my w języku lekarskim nazywamy — mors“. Obawa śmierci duchowej jest bezwątpienia jedną z upiornych, choć ufam, że mało prawdopodobnych, możliwości tej choroby. Znam ludzi, dla których obawa duchowego zdziczenia Niemiec i zaprzepaszczenia ich kulturalnej puścizny jest zmorą spędzającą im sen z powiek.
Zrobiło się późno. Wychodzę z hotelu, by coś przekąsić i zobaczyć przynajmniej jak wygląda nocne życie odrodzonego duchowo Berlina. Wszak jedynie w Berlinie istniało nie sztuczne życie nocne: Berlińczyk bawił się, a prowincjonał i cudzoziemiec bardzo mało dodawali ruchu i życia. Jadę do zachodniej, nowoczesnej dzielnicy, gdzie znajduje się większość dobrych restauracyj i eleganckich lub zabawnych lokali nocnych i barów. Jakież będzie moje powierzchowne, pierwsze wrażenie? Wiem, że więzienia są przepełnione, że wielu ludzi umarło w strasznych mękach i może w tej chwili umiera. Czy zobaczę odbicie tego na wyglądzie rozbawionej zazwyczaj ulicy?
Wszystkie restauracje są otwarte i… puste. Kawiarnie prawie wszystkie są czynne. Jedna czy dwie zamknięte. Właściciel był Żydem. Co, jak — nic nie wiadomo. Dość, że zamknięte. Inne zaś, też stanowiące własność Żydów — otwarte. Ale tylko kilka kawiarni cieszy się dużą frekwencją. Większość stoi pustkami. W jednej z wytworniejszych na Kurfürstendammie, głównej arterji tej dzielnicy, była niedawno obława policyjna, t. zw. „Polizeirazzia“. Powód nieznany. Dość że wszystkich rewidowano, wylegitymowano, nikogo nie zatrzymano, ale rezultat był taki, że nazajutrz już prawie nikt tej kawiarni nie odwiedził i stoi pusta. Może szukano handlarzy kokainy, może socjal-demokratów, a może poprostu chciano „wykończyć“ lokal.
Lokale nocne świecą pustkami, tak że są zamykane jedne po drugich. Przeważną część gości stanowili tam bogaci Żydzi, lub ludzie w ten czy inny sposób od nich zależni. Ta kategorja klienteli dziś nie istnieje. Żydzi częściowo obawiają się pokazywać, częściowo oszczędzają. Przecież przyszłość jest tak niepewna… Bogaty niemiec — aryjczyk też chowa się z pieniędzmi. Jeżeli jest choć trochę politycznie podejrzany, — a podejrzanym jest każdy, kto nie opowiedział się wyraźnie za obecnym ustrojem, nie wolno dużo wydawać; łatwo takiemu dowieść korupcji i nadużyć finansowych; tak najskuteczniej go się niszczy.
Różne są też drobne, ale charakterystyczne powody obecnej stagnacji życia nocnego. Muzyka jazzowa jest źle widziana w sferach narodowych socjalistów. W mojej obecności członek partji zażądał zaprzestania foxtrota i rozkazał grać marsza. Gdy wchodzi ktoś z oznaką partyjną w klapie marynarki lub w krawacie, zapada cisza i pewien chłód. Członek Stahlhelmu jest o wiele milej widziany i zupełnie inaczej się zachowuje: mniejwięcej jak polski oficer po cywilnemu. Od czasu do czasu do lokalu wchodzi patrol SA (Sturmabteilung) głównie po to, by sprawdzić czy niema innych SA lub SS (Schutzstafel). Bojówkarze hitlerowscy nie mają prawa przebywać w lokalach po 8-ej wieczór, jeżeli są w mundurach. Mają oni swoje kawiarnie, piwiarnie i restauracje, t. zw. Sturmlokale. Są to przedsiębiorstwa, których właściciele zostali uznani za wyjątkowo prawomyślnych. U wejścia do takiego sturmlokalu wisi chorągiew ze swastyką. Jest to zwykle lokal tańszy, do którego zresztą każdemu wolno wejść. Muzyka gra tam marsze oraz pieśni patrjotyczne i wojenne. Znana żydowska koszerna restauracja w pasażu przy Unter den Linden jest obecnie sturmlokalem, a szyld zapewnia, że zarząd jest „czysto narodowy“. W sturmlokalach goście często powstają i stojąc piją piwo. Jest to skomplikowany rytuał. Nie zdołałem zbadać wszystkich jego tajemnic. Jest to trochę, jak u proboszcza na odpuście. Nigdy nie wiadomo kto kogo i dlaczego ma po obiedzie całować w łokieć.
W związku z nocnym życiem trzeba chyba wspomnieć o kobietach. Wyszły przepisy co do głębokości dekoltu zawodowej fordanserki (ci ludzie o wszystkiem pamiętają). Nie sądzę jednak, aby ten przepis był po drakońsku wprowadzany w życie. Płatnej fordanserki nie wolno po tańcu zaprosić do stolika lub baru. Jeżeli kto chce mieć towarzystwo kobiece, musi je sobie sprokurować zawczasu nazewnątrz i związać się na cały wieczór. Wielu panów mówi, że wolą nie. Podobne stosunki każą mi zapytać się przyjaciół, jak to się dzieje: z jednej strony purytanizm i pruderja (kanclerza Hitlera podobno nic nie kosztuje powściągliwość płciowa) — a z drugiej strony te rzesze prostytutek bardziej niż kiedykolwiek natarczywych i ciągnących mężczyzn za rękaw do bram. Nie można wprost wieczorem wrócić do hotelu, nie okupiwszy się przynajmniej papierosem. Na to słyszę odpowiedź, że choć ideałem narodowego socjalizmu jest rozmnażanie się, a więc małżeństwo, jednakże stosunek płciowy jako akt wybitnie męski może być tolerowany, byłe mężczyzna okazywał kobiecie, która nie ma zamiaru zostać matką, należytą pogardę i brutalność.
A propos brutalności. Na Leipziger-Platz i koło sklepów Kadewe można było spotkać późnym wieczorem kobiety w wysokich czerwonych sznurowanych butach. Spacerowały, wymachując zalotnie szpicrutą. Czekały na panów, którzy rozumieją tę podwójną symbolikę. Mam na myśli bardziej brutalne formy miłości, jeżeli to można tak nazwać. Otóż pewnej nocy przychodzi „Polizeirazzia“ i wszystkie te panie brutalnie zabiera. Ale biciem nie da się ich nastraszyć, więc w trzy dni później zjawiają się znowu na dawnych posterunkach, trochę obolałe, ale z piersią ozdobioną żetonem narodowo-socjalistycznym. Nikt ich dziś podobno nie śmie maltretować, z wyjątkiem oczywiście starych, jeżeli nie stałych klientów.
Ale naogół biedne są dzisiaj kobiety w Niemczech. Życie im się stanowczo nie uśmiecha. Wice-kanclerz von Papen mówi, że rolą życiową niemki, — o ironjo! — jest umrzeć; tak, umrzeć. Mężczyzna powinien umrzeć za ojczyznę z bronią w ręku na polu bitwy (tych pól, ma zawsze jakoby wystarczyć) a kobieta ma umrzeć w połogu; ale oczywiście, nie w pierwszym, tylko przynajmniej w dziesiątym.
W drugą niedzielę maja obchodzi się zwykle w Niemczech Dzień Matki. W tym roku odbywał się on pod hasłem gloryfikacji licznych rodzin. Aby zachęcić panny na wydaniu i początkujące mężatki, wszystkie pisma ilustrowane zamieściły fotografje i artykuły o matkach zasłużonych, czyli takich, które straciły wielu synów na wojnie. Nie wiem, doprawdy, kto ma dziwaczniejszą mentalność: redaktor-propagandzista, czy kobieta, która się na taką propagandę da złapać. Poza rolą matki, ruch narodowo-socjalistyczny nie przyznaje innej roli kobiecie. Istnieje wprawdzie dziewczęca organizacja hitlerowska (coś w rodzaju harcerek), ale, jak mi mówiono, jest ona traktowana po macoszemu. Biedule te paskudnie wyglądają. Każą im nosić długie włosy, a że od wyborów nie zdążyły im jeszcze wyrosnąć warkocze a la Lorelei, więc chodzą z malutkimi sztywnymi warkoczykami, istne karykatury przedwojennych „gąsek“ warszawskich.
Partja życzy sobie, żeby kobieta-Niemka nosiła długie włosy, nie szminkowała twarzy, nie karminowała warg i nie paliła w publicznych lokalach. Podobno rzeczywiście Leichner i inne firmy kosmetyczne odczuwają już dotkliwie duży spadek popytu na ich artykuły.
13-letnia córka mojej dobrej znajomej doznała wielkich przykrości w szkole od koleżanek z powodu swego żydowskiego pochodzenia, o którem wogóle dotychczas nie wiedziała. Przecierpiała bardzo głęboko fakt, że choć się czuje Niemką, nadal nie będzie za Niemkę uważana. Jestem u jej matki na herbacie; wpada nagle do salonu i mówi uradowana: „A ja będę mogła ładnie się ubierać, ja zawsze będę szykowna, bo jestem Żydówką i mnie wolno“. Eureka!
Wszystko to są fakty i wrażenia, które choć same w sobie nie ważne, przyczyniają się do stworzenia tła codzienności, dla tych licznych i bynajmniej nie „codziennych“ wydarzeń i fenomenów, jakie dziś w Niemczech można zaobserwować. Te, po większej części drobne szczegóły życia, które przytoczyłem, przychodzą mi na myśl, gdy wspominam mój pierwszy samotny wieczór w Berlinie.
Jeszcze nikogo nie zdążyłem widzieć, wypytać, nie zdążyłem się nawet przekonać, jak trudno mi to wypytywanie przyjdzie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Sobański.