Colas Breugnon (Rolland, 1923)/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Romain Rolland
Tytuł Colas Breugnon
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1923
Druk Poznańska Druk. i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów – Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Colas Breugnon
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

XIII.
SAM NA SAM Z PLUTARCHEM
Koniec października.

Zostawiłem nogę — w paści losu... oj... źle! Boże drogi, czemuż uwziąłeś się okrutnie na moją nogę? Czyż nie starczyło ci żebra lub nawet ręki? Dlaczegoś mi przetrącił filar? Byłbym oczywiście jęczał, ale stał jak się patrz}’, a oto teraz walę się! Niechże cię... (chwalą wszystkie narody ziemi!) Wszystko co ze mną uczyniłeś, Panie Boże, wygląda tak, jakbyś mnie chciał doprowadzić do ostatniej wściekłości. Tak... tak...
Wie on dobrze... wie, że ponad wszystko cenię wolność... i właśnie dlatego przywiązał mnie za nogę do belki na strychu! Leżę sobie, jak bałwan na grzbiecie i patrzę na pajęczynę zwisającą zgóry... Masz braciszku wolność! Trzymasz mnie, Panie Boże, za nogę... ale głowa wolna... acha! Coprawda, bezpośrednio po wypadku i głowa się zawieruszyła... ale dogonię ją, choćby na jednej nodze...
W pierwszych dniach nie byłem zbyt przyjemny... prawda! Mając nienaruszony język, kląłem co wlezie, wiedząc zresztą dobrze, że sam jeden tylko jestem winien. Mało żem wiedział, kto tylko się zbliżył do mego loża, gdakał bez ustanku:
— Wszyscy ci mówili... daj spokój! Pocóż łaziłeś po belkach, jak kot? To wstyd staruchowi! Musisz ciągle dreptać i dreptać... Acha... dreptaj sobie teraz!
Ładna pociecha. Gdy człowiek cierpi, udowadniać mu, że jest durniem... tego chyba za wiele. Wszyscy mi to ciągle powtarzali, Martynka, zięć, przyjaciele, obcy, słowem — cale miasto. A ja musiałem słuchać bezsilny, złapany w paść, wściekły i znudzony... Nawet ta sroka Glodzia przylazła raz do mnie i wrzasnęła.
— Robisz zbytki, dziadku... dobrze ci się stało!
Cisnąłem w nią szlafmycą i huknąłem:
— Wynoś mi się stąd, smarkulo!
Zostałem sam i spostrzegłem, że palnąłem kapitalne głupstwo. Wprawdzie Martynka ostatnim wysiłkiem usiłowała przekonać mnie, iż koniecznie trzeba przenieść me łóżko na dół, do pokoiku za sklepem, ale (mimo ogromnej chętki) uparłem się i wrzasnąłem: nie! nie... kroćset djabłów! Nie chcę się pokazywać ludziom, gdy jestem połamany. Byłbym się zresztą chętnie zgodził, gdyby nie ustawiczne domagania się Martynki. Nie mogłem dopuścić, by otrąbiła uroczyście swoje zwycięstwo. Wyrzuciłem ją przeto za drzwi.
I stało się, co się stać musiało. Zostawiono mnie w spokoju na strychu... Nie płacz, Colasie... sameś sobie piwa nawarzył.
Szło mi od początku o to, by jak najmniej zawdzięczać zięciowi. Czułem przecież, że to człowiek obcy. Ale rachunek zawiódł. Największa mądrość to... być kochanym... największe głupstwo pozwolić, by ludzie o człowieku zapomnieli... no i... stało się... Zapomnieli i to niewypowiedzianie szybko. Nikt mnie odtąd nic odwiedził, nawet Glodzia nie zjawiła się już.
Słyszałem jak się śmiała, jak biegała i uśmiechałem się do niej z głębi duszy, ale wzdychałem jednocześnie, bo pragnąłem dowiedzieć się z czego się śmieje. Czyniłem wyrzuty niewdzięcznicy, a przyznawałem, że na jej miejscu uczyniłbym to samo.
Pewnego dnia (a właśnie byłem bardzo smutny) przybył Paillard. Przyjąłem go niezbyt uprzejmie. Usiadł przy łóżku, trzymając na łonie grubą książkę zawiniętą starannie w papier. Usiłował nawiązać rozmowę, ale nie kleiło się jakoś. Ukręcałem kark każdemu tematowi, przecinałem wątek twardem słowem, wypowiadanem z wściekłością w głosie.
Nie wiedział co mówić i zaczął dla kontenansu bębnić marsza po brzegu łóżka. Poprosiłem go, by przestał. Skulił się zaraz, zmartwiał i nie śmiał się ruszyć. Śmiałem się w duchu i myślałem:
— Acha... masz teraz wyrzuty sumienia. Gdybyś był pożyczył pieniędzy, nie byłbym zmuszony łazić po belkach. Złamałem nogę... dobrze ci tak! Cieszy mnie to! Bo właśnie twoje sknerstwo doprowadziło mnie do nieszczęścia!
Nie śmiał ust otworzyć, a ja również milczałem, chociaż świerzbiał mnie język. Nakoniec wybuchnąłem:
— Gadajże u licha! Myślałby kto, że siedzisz u łoża konającego! Któż przyłazi poto. by milczeć? Gadaj, albo wynoś mi się! Nie wytrzeszczaj gał, nie skub tej przeklętej książki... Cóż to za bibuła? Biedaczysko wstał i powiedział:
— Drogi Colasie, widzę że jesteś poirytowany. Przeto odchodzę. Przyniosłem ci książkę... to Plutarcha Żywoty znakomitych mężów“ przełożone na francuski przez biskupa Auxerre, mesira Jakóba d’Amost... Myślałem... (nie był jeszcze zdecydowany)... myślałem, że może... (ach, ileż go to kosztowało!)... sądziłem, że cię to zajmie, że znajdziesz pewną rozrywkę... pociechę pewną w czytaniu...
Znałem jego niechęć pożyczania książek, wiedziałem, że zazdrosny jest o nie, że dałby raczej wór dukatów, niż najmniejszy tomik. Wiedziałem, że na widok dotknięcia swego skarbu przez innego człowieka, drżał niby kochanek, gdy jakiś włóczęga obejmuje wpół jego umiłowaną!
— Drogi przyjacielu! — powiedziałem — Jesteś lepszy ode mnie. Jestem kanalją... Chodź, pocałujmy się!
Ucałowałem go, wziąłem książkę, a kiedym ją już trzymał. Paillard uczynił gest jakby chciał odebrać.
— Ale, proszę cię, nie zniszcz...!
— Bądź spokojny! — odparłem — Włożę ją pod głowę, niby poduszeczkę...
Poszedł smutny, niepewny, zatroskany o los swego skarbu.


∗             ∗
Zostałem tedy sam na sam z Plutarchem z Cheronei, malutkim, grubiutkim tomikiem o tysiącu przeszło stronach drobnego, zbitego druku. Pełny był słów, jak worek ziarn pszenicy.

Pomyślałem sobie:
— Jest co jeść przez trzy lata bez przestanku dla trzech żarłoków.
Z początku zabawiałem się oglądaniem nagłówków rozdziałów, ozdobionych owalnemi medal jonami, wyobrażającemi głowy słynnych mężów, ucięte, niby świńskie główki, zamarynowane i przybrane bobkowemi wieńcami. Brakło jeno chrzanu i pietruszki w nozdrzach.
Myślałem:
— I cóż mnie obchodzą u djaska ci wszyscy Grecy i Rzymianie. Pomarli dawno, a ja żyję! Cóż mi mogą nowego i ciekawego powiedzieć? Wiem wszystko, wiem doskonale, że człowiek to świnia, że wino, starzejąc się, staje się coraz lepsze, zaś kobieta coraz gorsza, że na całym świecie wielki i mocny pożera słabego i małego, zaś mały i słaby kpi z wielmoży. Mierżą mnie te długie wywody, lubię krasomóstwo ale pod warunkiem, bym sam gadał.
Zacząłem przeglądać książkę z miną łaskawą, wodząc spojrzeniem po wierszach, niby po smudze rzeki... 1 nagle... nagle wzięło mnie... powiadam wam, moi państwo... co za połów! Pławik wędki zanurzał się raz po raz. Wyciągałem karpie, liny, szczupaki, ryby złote, srebrne, amarantowe, tęczowe, wysadzane klejnotami, miotające wokoło siebie blaski. A wszystkie żyły, rzucały się, trzepały ogonami, skakały po brzegu... Cóż za cymbał śmiał twierdzić, że pomarły? Dawać go tu!
Od tej chwili świat mógł się chwiać pod mojemi stopami, ziemia rozpadać się w kawałki. Nie zwracając na nic uwagi, zapuszczałem wędkę i śledziłem pławik, który dawał ciągle nura w fale. Co za stwora wyłoni się teraz z wody, myślałem za każdym razem z najwyższem zaciekawieniem? I oto... jest! Nowa, nieznana dotąd rybka wypłynęła z toni, z białym brzuszkiem, nakrapianemi bokami, grzbietem zielonym i niebieskim, mieniącym się w słońcu. Dni (czy tygodnie, nie wiem dobrze) spędzone na tem rybołóstwie, zaliczam do największych skarbów mego życia. Niech żyje moja złamana noga!
Dziękowałem Bogu, że mi nie zabrał oczu, gdyż za ich pomocą mogłem czerpać cudze wizje, zawarte w tej księdze. Oczy, to cudotwórcy! Przemieniają jednostajne, czarne paski liter, podobne stadku owiec biegnących gościńcem pomiędzy dwoma rowami, w nieśmietelne zjawy przeminionych dawno kształtów. Powstają z martwych armje, miasta rozpadłe w proch, piękni, dostojni mówcy, wojownicy zajadli, bohaterowie i kobietki, które ich.za nos wodziły, wieją wichry po pustyniach, kłębią się chmury na graniach, łyska w słońcu roztocz morza, żarzy się niebo Wschodu, bieleją lodowce na szczytach...
Widzę Cezara. Blady, zawiędły spoczywa w lektyce niesionej przez sługi, a za nim świta dostojników. Oglądam Antonjusza, idącego przez pola z wojskiem, patrzę jak rozbija obóz, ucztuje, pożera całego dzika, pije, oddaje co pochłonął i pakuje na nowo! Dalej kroczy Pompejusz rozważny, Polikrates w wielkim kapeluszu i wyszywanym złotem płaszczu, na którym widnieją symboliczne figury ziemi i nieba. Jawi mi się przed oczyma wielki Artakserkses, jak byk w stajni panujący nad cztery stoma kobietami swego haremu, dalej piękny Aleksander, przebrany za Bachusa, wracający z Indyj na wspaniałym wozie, zaprzężonym w ośm koni, pokrytym dywanami i świeżem kwieciem, a pochodowi towarzyszą tony skrzypek, piszczałek, oboi i innych instrumentów. Pije i biesiaduje ze swymi marszałkami, przybranymi w kapelusze z kwiatami, oraz żołnierzami, co płyną za nim falą wznosząc puchary, oraz kobietami, pląsającemi w podskokach.
Czyż to nie cuda?
Królowa Kleopatra, Lamja fletnistka, Statira tak piękna, że od patrzenia na nią bolały oczy... Ha, przysięgam na brodę Antonina, lub Artakserksesa, posiąść je mogę, gdy jeno zechce. Wkraczam do Ekbatany, ucztuje z Tais, spędzam noc z Roksaną, unoszę w tłumoku na piersiach Kleopatrę, płonę wraz z Antjochem, trawionym namiętnością dla teściowej mej, Stratoniki (ładna sprawa!), tępię Galów, przybywam, patrzę i zwyciężam, a wszystko to dzieje się (co rzecz najlepsza) bez straty jednej choćby kropli krwi.
Jakżem bogaty! Każda opowieść, to karawana, przywożąca mi z Indyj, czy dalekiego Wschodu drogocenne metale, ogromne beczki starego wina, dziwaczne zwierzęta i branki wojenne. Śliczne szelmy! Co za piersi, biodra, lędźwie, zady.. ! A wszystko to moje. Mocarstwa powstawały, kwitły i zamierały dla mojej wyłącznie rozrywki.
Cóż to za karnawał? Wydaje mi się, że jestem każdą po kolei maską. Włażę w ich skórę, dopasowuję sobie ich członki, wchłaniam namiętności i tańczę. Jednocześnie jestem wodzirejem, a także kapelmistrzem, wreszcie jestem też sam, czcigodnym Plutarchem. To ja, ja u djaska sam napisałem te wszystkie cudeńka (miałem natchnienie, nieprawdaż?) O, jakże to miło delektować się muzyką słowa, okrągłością zdania, jak słodko dać się unosić w przestrzeń wśród śmiechu, czuć się wyzwolonym z więzów ciała, wolnym od wszelakiego zła, od starości... Ach, wszakże duch, to Bóg! Niech będzie pochwalony Duch Święty!...
Czasem przerywam opowiadanie w połowie i komponuję ciąg dalszy, a potem porównuję dzieło mej wyobraźni z wytworem życia, czy sztuki. Gdy idzie o sztukę, odgaduję często tajemnicę, oo... bo ze mnie stary lis, znający się na wszystkich sztuczkach i sposobikach, przeto śmieję się do siebie, rad, żem je umiał przeniknąć. Gdy jednak sprawa dotyczy życia, mylę się niemal zawsze. Życie drwi z naszych forteli, a wyobraźnia jego przekracza o wiele naszą. To zajadła kumoszka! Pod jednym jeno względem nic wysila się na wielkie urozmaicenie historyjki, a mianowicie jej końca. Wojny, miłostki, facecje, wszystko to kończy się nurkiem w dziurę znaną dobrze. Pod tym względem życie powtarza się do niemożliwości. Czyni jak kapryśne dziecko, co psuje zabawki, gdy ich ma dosyć. Wściekam się i wrzeszczę: — Ohydny brutalu, zostaw w spokoju moje bawidełka! — Wydzieram mu je z rąk... Niestety, zapóźnom to uczynił... już zepsute. Doznaję słodkiego upojenia, kołysząc w ramionach, jak czyni Glodzia, szczątki mych laleczek. Owa śmierć, nadchodząca punktualnie, jak godzina, po obiegu wskazówki dokoła tarczy zegaru nabiera uroku powtarzającego się refrenu. Niechże tedy tętnią dzwony, niech biją godziny ding, dingdon!
— Jestem Cyrus, ten który podbił Azję, władca Persów i proszę cię, drogi przyjacielu, nie zazdrość mi tej odrobiny ziemi, jaka nakrywa ciało moje!
Odczytuję epitafjum na grobowcu Aleksandra i wydaje mi się, że drży w niem strach jakiś dziwny... O Cyrusie, Aleksandrze o ileż bliżsi mi jesteście, przez to żeście pomarli...!
Widzę ich, czy marzę o nich? Szczypię się i mówię sobie: — Cóż to, Colasie, czyś zasnął? — Biorę z małego stoliczka u wezgłowia łóżka dwa medale (wykopałem je z ziemi w winnicy mojej zeszłego roku). Jeden przedstawia kudłatego, ubranego jak Herkules Komodusa, drugi wyobraża Kryspinę Augustę, o podwójnym podbródku i spiczastym, sroczym nosie. Powiadam sobie tedy: — Nie śnię, mam oczy otwarte i Rzymu dotykam palcami.
Cóż to za rozkosz zatapiać się w konjunktury, w rozpamiętywania moralne, dysputować samemu z sobą, przywracać do życia problemy światowej wagi, rozstrzygnięte już przez życie, namyślać się nad Rubikonem... przejść, czy zostać na brzegu... a możeby przejść... ej nie! Co za miła rzecz bić się z Brutusem czy Cezarem, godzić się na jego zapatrywanie, potem nabierać przeciwnego poglądu, a wszystko czynić z taką finezją i tak bałamutnie, że człowiek nie wie w końcu po czyjej stoi stronie. To najzabawniejsze właśnie, że człowiek się zapala, zatapia w dyskusję, dowodzi, wysila się, replikuje, rypostuje, zadaje ciosy głową, prymy, na myśli i rymy,... a wkońcu spostrzega, że został zapędzony w kozi róg. Ha... pobity został człek przez samego siebie. To wina Plutarcha. Ile razy powie swym pozłocistym językiem z życzliwą, dobroduszną miną: „mój drogi“... człowiekowi wydaje się, że ma słuszność zupełną, a że owa racja zmienia się w każdem opowiadaniu, to już do sprawy nie należy. Krótko i węzłowa to, z pośród bohaterów jego najbardziej i najwyłączniej podoba mi się ostatni, o którymi czytałem. A dzieje się to tem pewniej, że wszyscy oni są powolni tej samej heroinie i zaprzężeni do jej wozu. Czemże wobec tego jest triumf Pompejusza? Ona to kieruje historją. Heroina owa, to Fortuna, która pędzi na toczącem się ciągle i nigdy nie stając em kole, przechodząc na sposób księżyca lunacje, jak rzecz u Sofoklesa określa rogal-Menelaus. Jest to sprawa bardzo pomyślna dla tych zwłaszcza, którzy się znajdują w pierwszej kwadrze.
Czasem powiadam sobie: — Breugnonie, przyjacielu mój, jakże u stu tysięcy starych djabłów może cię to bawić? Cóż cię, powiedz szczerze, obchodzi cała ta rzymska sławna historja, a mniej chyba jeszcze szaleństwa onych, wielkich oczajduszów? Masz dość szaleństw własnych, skrojonych na twoją miarę. Czy już nie masz nic do roboty lepszego, niż brać na plecy błędy, występki i nędze ludzi, którzy pomarli, tysiąc ośmset lat temu? Przyznaj, drogi chłopcze (tak gada Breugnon rozsądny, osiadły, mieszczuch z Clamecy), że twój Cezar, Antonjusz i ta szelma Kleo, twoi książęta perscy, mordujący synów swych i gwałcący córki własne, to poprostu... bujda! Pomarli, a w ciągu życia nie zrobili nic na prawdę rozsądnego. Zostaw ich popioły w spokoju. Jakże człowiek wiekowy i rozsądny może lubować się w tych wszystkich zdrożnościach? Pomyśl tylko o Aleksandrze! Czyż cię nie oburza, że zmarnował skarb całego narodu, poto jeno by pogrześć młodego faworyta swego Hefestjona? Darujmy im zresztą mordy i wojny. Nasienie ludzkie djabła warte! Ale zmarnować tyle pieniędzy? Widać zaraz, że zbóje te nie pracowały nigdy na życie. A tobie się to podoba. Oczy ci wyłażą ze łba i uczuwasz dumę, jakby dukaty owe z twojej uleciały kabzy. Słuchaj, gdyby nawet tak było, byłbyś osłem dardanelskim, a jesteś dubeltowym, radując się szaleństwami, które popełnili za ciebie inni.
Odpowiadam: — Drogi Breugnonie, mowa twa złotem jest i masz zawsze rację. Niemniej jednak faktem jest, że dałbym sobie wlepić porcję kijów za tych draniów i że uważam owe cienie, uwolnione z ciał przed dwoma tysiącami lat, za twory żywsze od nas samych. Znam tych ludzi i kocham ich. Zgadzam się chętnie, by mnie Cezar zabił, byle się z godził płakać nade mną podobnie jak nad zwłokami Klitusa. Ściska mnie w gardle, gdy widzę Cezara w senacie pod ciosami sztyletów, podobnego zwierzęciu, osaczonemu przez myśliwych i psy gończe. Paprzę z otwartemi ustami na łódź pozłocistą, co wiezie Kleopatrę, otoczoną nereidami, uwieszonemi pośród lin i małemi i nagiemi pazikami, podobnemi do amorków. Rozwierają mi się nozdrza, chwytając wonny powiew od barki płynący. Płaczę, jak cielę, na widok śmierci Antonjusza, okrytego krwią, konającego, spętanego liną i ciągnionego z całej mocy przez kochankę, co wychyla się przez lukarnę wieży (ach, jakiż ciężki, boję się, by go nie puściła), gdy widzę, jak biedny człowiek wyciąga do niej ręce.
Wzrusza mnie i przywiązuje do nich jak do familjantów to właśnie, że są ludźmi, mymi krewniakami!
Ach, jakże serdecznie współczuję wydziedziczonym, którzy nie znają rozkoszy czytania! Zdarzają się ludzie, drwiący z przeszłości i bardzo dumni z tego, że ich jeno teraźniejszość obchodzi. To ślepcy, nie widzący poza koniec swego nosa. Oczywiście, dobrą jest chwila bieżąca. Ale u licha, wszystko jest dobre, przeto biorę co się da i gdzie się da i nie myślę dąsać się na żadną zastawioną ucztę. Nie mówilibyście tak, drodzy przyjaciele, gdybyście wiedzieli co to jest przeszłość. A może macie kiepskie żołądki? Mojem zdaniem pchać trzeba, ile się zmieści. Wy, zdaje się, nie jesteście pojemni, a kochanki wasze są również chude. Dobrze, a niewiele, to suma sumarum — mało. Wolę dużo i dobrze. Trzymać się chwili bieżącej, to uchodziło, moi mili, za czasów Adama, który, z braku odzieży chadzał nago, a nie widząc nic, poprzestawać musiał na pośladkach swej samicy. Ale nam przypadło żyć w długi czas po nim i zamieszkać w domu dostatnim, do którego ojcowie, i arcyprzodkowie nasi naznosili wszelakiego dobra. To też bylibyśmy szaleńcami, paląc nasze śpichrze dlatego jeno, że pola rodzą świeże zboże. Poczciwy, stary Adam był dzieckiem. Jestem również starym Adamem, albowiem jestem człowiekiem, ale urosłem znacznie od tego czasu. Jesteśmy te same drzewa, ale korony nasze sięgają wyżej. Każdy cios odrębujący gałąź, odczuwam we własnym pniu. Mam współudział w radościach i troskach wszechświata, cierpię z cierpiącymi, śmieję się ze szczęśliwymi. Lepiej niźli w życiu, przez książki czuję braterstwo, łączące ludzkość całą, wszystkich, noszących łachmany i korony, albowiem z jednych i drugich nie pozostanie nic prócz popiołu i płomienia, który sycony samą treścią dusz naszych jedną a wieloraką wzlata ku niebu, głosząc niezliczonemi krwawemi językami chwałę Wszechmocnego...
Długo tak marzyłem samotny na strychu... Jesienny wichr ustał, ściemniło się jeszcze bardziej, śnieg zaczął muskać szyby końcami swych skrzydeł. Cienie rozesłały kobierce od ściany do ściany. Coraz mniej widzę. Pochylam się nad kartkami, chwytam opowieść, co czmycha przede mną, kędyś ku mrokom dążąc. Dotykam nosem papieru, niby pies idący tropem... Daremnie... nadchodzi noc,... zwierzyna pierzchła, przepadła.
Zatrzymuję się pośród boru i nadsłuchuję, a serce mi bije mocno. Pogłosy giną, topią się w dali. Zamykam oczy, by widzieć lepiej i marzę nieruchomy, wyciągnięty na łóżku. Nie sypiam... wolę przetrawiać swe myśli, delektować się obrazami, dumam... spoglądam nieraz przez pół nocy w niebo pocięte prostokątami szyb. Wyciągam ramiona, tykam wklęsłej, hebanowej kopuły nieba i myślę o tem, gdzie jest teraz gwiazda Cezara...
Świta, ja ciągle marzę...
Jawi się dzień niedzielny, dzwony grają, a ja upajam się tą muzyką, wypełniającą dom od piwnic do mego strychu.
I znowu wraca wizja. Niby opar wzbija się z kart książki, (kart pokrytych memi dopiskami... o biedny Paillardzie!). Słyszę tętniące wozy, łomot nóg zbrojnych kohort, brzmią fanfary, huczą rogi, rżą konie! Drżą szyby, dzwoni mi w uszach, bije młotem serce i już mam zawołać:
— Ave Cesar Imperator!
Nagle wchodzi mój zięć, Florimond, wita mnie, pyta jak spałem, potem zbliża się do okna, ziewa głośno i oświadcza:
— Djabeł dziś hula po polach, zadymka straszna! Psa kulawego nie było od rana na gościńcu!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Romain Rolland i tłumacza: Franciszek Mirandola.