Ciotka (Rodziewiczówna, 1910)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Ciotka
Pochodzenie Kamienie. Ciotka. Wpisany do heroldyi
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1910
Druk W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


CIOTKA.

Zebranie koleżeńskie po dwudziestu latach. Dwadzieścia lat takich, od szkolnej ławy do czterdziestki — toć i całe życie. Co miało życie dać, nauczyć, co miało wziąć, co miało zniszczyć — wszystko w tej dwudziestce będzie. Bilans[1] zrobić można!
Przedewszystkiem obrachunek członków. Było trzydzieści pięć młodych dziewcząt wtedy — teraz stanęło piętnaście. Gdzie reszta?
Jest parę depesz, tłumaczących nieobecność niemożliwością przybycia, — daleka droga, choroba, stosunki rodzinne, — kilka i tego nie uczyniły, — »zapomniały« — ktoś mówi, »nie dbają« — inna dorzuca. Reszta odeszła w grób. Wspominki idą o nich — żal, opowieści, zasłyszane o doli; któraś kończy niemieckiem, nie dającem się lepiej wyrazić:
Verschollen![2]
A ktoś podchwytuje spokojnie.
— Kto: verschollen? One? A my?
Patrzą po sobie i czyni się milczenie.
Istotnie, kto rozbitkiem? Te zmarłe, czy te żywe? W tych piętnastu czterdziestoletnich kobietach są wszystkie typy. Są elegantki dostatnie, udające jeszcze młodość i wdzięki, śmiejące się za wesoło — jedne, bo nie myślą, inne, bo wyobrażają sobie, że je tak widzą, jak one chcą się przedstawić. Są matki i mężatki, dumne ze swego stanowiska. Są wdowy, obarczone dziećmi, znękane i wyczerpane. Są stare panny zgorzkniałe, chore. Są sterane pracą zarobkową nauczycielki, są fanatyczki feminizmu[3], o oczach gorejących, a poradlonych, zmiętych, jakby skwarem spalonych, twarzach. Są włosy czernione i wszelkie odcienie siwizny, są postacie zatyłe potwornie i wychudzone na suchy badyl, są oczy zgasłe, lub tlące złym ogniem histeryi[4], są zmarszczki śmieszne i tragiczne, i wszelkie odcienie brzydoty lat czterdziestu, od upudrowanej maski — do barwy i zwiędnienia liścia opadającego.
Patrzą po sobie, i w duchu każda mówi o każdej:
— Jakże zbrzydła, zestarzała!
Żadna nie podniosła refleksyi[5]. Zaczynają gwarzyć — atmosfera się ociepla, przychodzą zwierzenia, trochę blagi[6], chwalą się, więcej narzekają — powoli gwar przechodzi w autobiografię[7].
Mężatki wiodą rej w rozmowie. Już się skupiły, już opowiadają sobie poufnie domowe życie i stosunki, choroby, drożyznę życia, trudności szkolne, wstrętne nowe prądy wśród młodzieży, zanik posłuszeństwa dzieci, lekceważenie rodziców i tradycyi, trudność wydawania za mąż córek. Zapominają, że przecie chwaliły swój los — nikną udane uśmiechy i blaga — jest to litania skarg — obraz życia ciasnego, materyalizmu i powszedniości, jakiejś apatyi[8], bierności, nudy!
Verschollen! — odzywa się głos spokojny.
To ta, co rzuciła refleksyę: kto rozbitek?
Spojrzałam na nią. Stała pod lampą wiszącą, założywszy ręce na piersi, słuchająca, uważna, a mało dotąd mówiła.
Od szkolnej ławy ją pamiętam: jej brzydotę już nawet nie pospolitą, ale taką, którą się na zawsze zapamięta, jej niefrasobliwy humor, i dobre koleżeństwo.
Z tych wszystkich ona jedna najmniej się zmieniła, — nie mogła zbrzydnąć, a zachowała tę dawną niefrasobliwość. Zestarzała, rozumie się, ale inaczej, jak tamte. W świetle lampy srebrzyły się włosy bujne, niedbale skręcone, ramiona były szerokie, formy grube, ale pełne siły. Powieki były już ciężkie, ale z pod nich świeciły źrenice śmiało, prosto, wesoło. Uśmiechały się usta z dawnym niedbałym humorem.
— Ciotka! — zaśmiałam się i ja, zarażona.
Takeśmy ją zwali w szkole — przezwisko uczynione z tego, że tę jakąś ciotkę miała zawsze na ustach.
Nikt nie wiedział o jej rodzicach i rodzeństwie, nie opowiadała o domu i stosunkach — tylko zawsze: co ciotka powie, co ciotka pisała, co ciotka poradzi.
Spojrzała na mnie, potem po wszystkich, i ozwała się głośno:
— Słuchajcie-no, koleżanki. Otośmy życie przeżyły, i nie lekkie było. Przecie szczęście być musiało w doli. Ja proponuję, żeby każda powiedziała, jak ono się nazywało.
— Szczęście! — podniosło się kilka szyderczych głosów. — Szczęście to niedotknięcie do rzeczywistości. O tem roją pensyonarki — i tyle!
— Ejże — nie bluźnijcie. Szczęścia pełen świat.
— Gdzie? Jak? Przecie nie dla kobiety niewolnicy!
— Nie dla pracującej na chleb powszedni.
— Nie dla żony i matki, obarczonej obowiązkami!
— Nie dla pozbawionej opieki wdowy!
Każda energicznie, z oburzeniem protestowała.
— Nie udawajże ty i nie wmawiaj w nas, żeś ty taka szczęśliwa.
— Nie wolno mi!
— Kobieta, która zostanie samotną, jak ty, nie może czuć się zadowoloną i szczęśliwą.
— A przecież wy, nie samotne — powiadacie, że szczęście nie dla żony i matki, obarczonej obowiązkami.
— To co innego. Nie zrozumiesz naszych rozkoszy macierzyństwa.
— A skądże wy macie rozumieć moje rozkosze? Ja szczerze, otwarcie przyznają się do szczęścia, bo je odczuwam i posiadam.
— Samotność jest straszną rzeczą! Pustka! Zimno! Tylko egoiści mogą się w tem czuć szczęśliwi — westchnęła któraś ze starych panien.
— Kobieta, jeśli się czuje człowiekiem, przechodzi piekło, patrząc, czując, widząc naokoło krzywdę, ucisk, wyzysk i poniewierkę sobie podobnych.
— Jeśli kobieta człowiek — to nie sobie podobnych widzi poniewierkę. Kto człowiekiem być chce, być umie i jest — taka się poniewierce nie da!
— Frazesy, słowa! Zycie inaczej twierdzi.
— Co jest życie?
— Bagno, w którem się duch ubabrze lub utopi.
— Nieprawda! — zaprzeczyła »Ciotka«, a oczy jej strzeliły ogniem. Życie jest zdrojem, który ludzie zabagnili gnuśnością i egoizmem. Teraz możni — kładki dla siebie na niem ścielą i przechodzą, odwracając oczy od topieli, lub je mrużąc, bo im strach i wstyd. A nie możni — babrzą się, chorują od wyziewów, klną — i płytkie studzienki kopią do picia! A słabych zalewa szlam, i giną! A źródło w głębi jest!
— A to źródło jak nazywasz?
— Miłowanie!
Poszedł pomruk:
— Oklepany frazes! Utopia![9] Mrzonka!
Mężatki poczęły się uśmiechać:
— Słuchaj no, »Ciotka« — rzekła złośliwie jedna. — Wy wszystkie niezamężne wojujecie tym słowem. My coś wiemy o tem, jak to miłowanie wygląda w praktyce. Wy jesteście, jako te Nimfy[10], co karmią Chimerę[11]!
»Ciotka« zaczęła się śmiać.
— A wy: żony, matki negujecie[12] miłość?
Nie kochacie męża? dzieci? wleczecie życie, jak galernik kulę? Więc wy zabagniłyście zdrój rodzinnego życia.
— Nie my! Nie one! Mężczyźni! Mężczyźni! — powstał już ogólny chór. Zaledwie parę milczało.
— Patrzcie! Co się namnożyło feministek! — śmiała się »Ciotka«. — A wiecie, kogo mi żal? Tych waszych mężów właśnie. Jakie zimne, puste, próżne i nudne muszą być te gniazda wasze, jeśli oni z nich uchodzą. Jakie wy nieznośne, kiedy was opuszczają. Widzę w myśli wasze sceny zazdrości i spazmy, lub milczące odęcia, wasze flądrowate negliże, wasze narzekania na służbę i dzieci, wasze nieuctwo w pedagogii[13] i hygienie[14], wasze ciągłe cherlanie, waszą pasyę do zalotności z innymi, ploteczki i obmowę i wasze próżniactwo umysłowe.
A zresztą poprzysięgam wam: powiedzcie — czyście szły za mąż miłujące? czyście znały tego, z kim przysięgałyście życie przepracować? — czy też szłyście dla wygody, dla stanowiska, dla spokoju, dla tak zwanego zapewnienia losu, czyli, że mu dacie siebie — za utrzymanie, żeby używać i próżnować, i o bycie nie myśleć. Darujcie, taką dostawszy i tyle — mężczyzna krótko będzie rad. Ścisły jego umysł uczyni wprędce rachunek — i da wam w najlepszym razie to, o co wam w gruncie chodziło! Potępiajcie go, jeśliście bez winy!
Zgromadzenie przyjęło to obrażonem milczeniem i szeptami. Kilka wstało i zaczęło się żegnać.
— Proszę ciebie! Mówisz, jak ślepy o kolorach — nie można dysputować[15] z kimś, który wcale żadnej nie miał miłości w życiu! — rzekła jedna lekceważąco.
»Ciotka« rozplotła ręce i, oparłszy je na stole, przechyliła się do mówiącej, — twarz jej się mieniła.
— Ja nie znam miłości — ja! Dlatego, żem nie miała męża i dzieci! Kobieto! biednaś ty! Więc i ty nic więcej — i innej nie znałaś!
— A ty, prawda, kochałaś ciotkę! — ktoś ironicznie podchwycił.
»Ciotka« zwróciła się do siedzących opodal trzech.
— Słyszycie to i milczycie — wy, co walczycie dla kobiet o równe prawa. Toć one ciskają wam obelgę, toć nie mężczyźni, ale one ideę waszą podkopują. Toć one dowodzą, że nie potrafią utrzymać domowego szczęścia i miłości w rodzinie, a negują miłowaniu innemu. Więc one nie wiedzą, że można miłować bliźniego i kraj, sierotę i zbrodniarza, kobietę nieznaną i każdego mężczyznę z jednem pożądaniem — by razem bagno przekopać aż do zdroju, co daje wesele bez pijaństwa, szczęście bez samolubstwa, życie — bez strachu śmierci!
A oto ja wam powiadam, że jałowa będzie wasza praca i próżny wasz zapał, póki tych nie uczynicie ludźmi!
A co do mnie — zaprzeczam wam prawa mnie sądzić, bom właśnie szczęśliwa i miłująca, a jeślim taka — to ciotce zawdzięczam. Tej ciotce, co mnie wiodła przez życie i uczyniła mi je promiennem — aż po grób.
Byście ją miały — i wy byłybyście inne.
Wyprostowała się i spojrzała już serdecznie.
— Zezłościłam was! Wybaczcie! Gorącość już mam taką — bo mi was żal — taki straszny.
Żebyście wiedziały, jak mnie dobrze!
Zaczęła się żegnać.
— To już chyba na zawsze! — rzekła smutnie któraś. — Po dwudziestu jeszcze latach nie zostanie nikt z nas.
— Ha, trudno — miniemy! Byle zostało coś z nas. Bez śladu dobrego minąć — nie daj Boże. Ale spocząć, jak spracowany robotnik — dobra rzecz.
— Pójdę z tobą! — rzekłam. — Zaraz odjeżdżasz?
— Idę na dworzec. Chodź! Pogadamy!
Wyszłyśmy.
— Słuchaj no! Zapoznaj mnie z tą swoją ciotką. Gdzie ona? Jak się nazywa?
— Sofia! Zapoznać trudno. Mieszka to tu, to tam. Jak się kiedy trafi, będziesz u mnie, to cię do niej zaprowadzę! A chcesz ją przedtem poznać — przyślę ci moje notatki z różnych z nią rozmów. Chcesz — skorzystaj sama, chcesz — pokaż je tamtym — takim biednym!
— Naprawdę — przyślesz?
— Słowo! Dostaniesz za tydzień.
Byłyśmy na dworcu. Gdy pociąg ruszał — uścisnęłyśmy dłonie bardzo serdecznie.
— Czekam! — zawołałam.
— Dostaniesz! — odparła. — Daj i im przeczytać.

separator poziomy


Przypisy

  1. Obrachunek.
  2. Stracone, rozbitki.
  3. Dążenie do równouprawnienia kobiet.
  4. Choroba nerwowa.
  5. Uwaga, sąd, rozmyślanie.
  6. Udawanie, przechwałki.
  7. Opowiadanie o życiu własnem.
  8. Zniechęcenie, obojętność.
  9. Rzecz niemożliwa, złudzenie.
  10. Boginki.
  11. Potwór mitologiczny, nienasycony.
  12. Zaprzeczacie.
  13. Nauka o wychowaniu.
  14. Nauka o zachowaniu zdrowia.
  15. Rozprawiać.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna .