Budnik/XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Budnik
Podtytuł obrazek
Pochodzenie Skany na commons
Data wydania 1874
Wydawnictwo Rogosz, Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XVII.

Stara chata Bartosza, którą on własnemi niegdyś sklecił rękoma, zmieniła się teraz bardzo, skutkiem częstego w niej pobytu Jana i troskliwości jego i podkomorzynej, która o niczem nie wiedząc, przez miłosierdzie tylko, starała się opisane jej nędzne schronienie podnieść, czyniąc o ile można wygodniejszem i schludniejszem. Przez nią przysłani cieśle dobudowali tu ganeczek do drzwi, drugą izbę z boku, część ścian otynkowano, wewnątrz oporządzono, pobielono, dano podłogi, przywieziono sprzęty. Chwiejący stół i ławy usunięto do alkierza, gdyż na ich miejsce dane były wcale porządne, wzięte z oficyn stoliki i krzesła; u okien nawet czerwone okiennice i białe firanki, zawieszone przez Pawłowę, były podziwem braci budników. Pawłowa dostała także we dworze jakichś doniczek, któremi ubrała okna, starając się może temi dowodami dostatku i dobrego bytu, na przypadek powrotu Bartosza trochę go rozbroić.
Ale ona nie znała go wcale; starzec uczciwą nędzę miał za najpiękniejszy żywot w świecie, któregoby za żadną ozłoconą i przybraną misternie podłość nie mieniał. Dla niego cierpienie było czemś podnoszącem człowieka; bo je nie inaczej pojmował, jak dopustem Bożym dla dobra i poprawy ludzkiej. Nieraz dawniej, gdy Pawłowa narzekała nieustannie i kwiliła, odpowiadał jej surowo i spokojnie: — Dajcie pokój! widać tak nam sądzono!
Nie wiem, czy kto zastanowił się nad głębokiem znaczeniem tego pospolitego wyrażenia, Słowianom tylko właściwego: sądzono. Nie los więc ślepy, nie traf nierozumny, ale sąd sprawiedliwy ludziom wydziela na co kto zasłużył.
Jestto dowodem, że my nie wierzym w przeznaczenie, ale w rozumny kierunk rzeczy ludzkich; że nie wierzym w los, ale w Boga.
Cicho było w chacie Bartosza, gdy Maciej, Marcin i dwaj inni budnicy, podjechali pod nią, nie śmiejąc już nawet wejść do dworku, którego powierzchowność coś nad mieszkanie budnika oznajmywała. Maciej pierwszy wygapił oczy na ganek i przybudówkę nową, wołając:
— A to co? a to nie nasza chata! Zdaje się, ma być nasza, a jakby nie nasza. A ot i pieniek podle płotu, o któren bywało zawsze się zawadzę. A cóż tu ten dworek robi?
— Cyt! cyt! to to panowie wam pobudowali.
— Za co?
Budnicy zamilkli. We dworku było cicho, a w oknach jasno; tylko głos urywany, srebrzysty, dźwięczny, w przestankach milczenia się odzywał, jakby pomięszany z płaczem. U płotu stał koń wierzchowy, kopiąc ziemię nogą.
Budnicy zajrzeli przez szyby, ale tu osłonki nic im dopatrzeć nie dozwoliły. Weszli więc do sieni, zapukawszy wprzód do drzwi. Wewnątrz, na przypiecku siedziała Pawłowa paradnie strojna i drzemała u kądzieli. Dalej, od ogniska oświecona, pustą zdawała się izba, aż w samym dopiero kącie na ziemi leżała Julusia z rozpuszczonemi czarnemi włosami, które dokoła jak płaszcz spływały; wśród nich biała, blada jak marmur twarz jej i oczy płonące ogniem dzikim świeciły. Ręce miała załamane, a nogi podkurczone. Jak dziecię senne wahała się na wszystkie strony, milcząca, z chmurnem czołem, zwisłą wargą, rozpiętą suknią i potarzanym włosem; obok niej siedział Jan podparty na ręku. Nie byłto już żwawy hulaka, jakimeśmy go widzieli niedawno: zbladły, smutny, gniewny, zdawał się blizki tego szaleństwa, które z ust Julusi płynąc, sączyło się w mózg jego i serce. Ona mówiła pocichu przerywanym głosem:
— Jutro wesele, jutro! Wszystko gotowe we dworze, i jam gotowa. Tak, nic mi nie brakuje tylko wianeczka. A bez wianka ksiądz błogosławić nie zechce, pani matka wasza mnie odepchnie i ludzie śmiać się będą. Wianek powinien być koniecznie związany wstążką białą i kraśną. Biała wstążka to niewinność moja, a krwawa, to miłość, a zielone kwiatki, to moje nadzieje. Chodźmy, Jasieńku wiązać wianuszek na wesele; chodź, chodź! — I schyliła się ku podłodze, jakby kwiaty brała. — O dziw! dziwowisko! Co tu kwiecia! co tu krasnego kwiecia! a co się po nie schylę, to mi od rąk ucieka. Pomóżbo mi. Ty stoisz jak trup! Aleś ty żywy. Daj mi rękę. O! ciepła jeszcze! Nie, nie, ty jeszcze żywy.
Na te słowa weszli budnicy, a Jan zerwał się zawstydzony z ławy. Julusia obróciła oczy ku drzwiom i szepnęła:
— Nic to! to swaty!
Uśmiechnęła się, ale w tej chwili zobaczyła Macieja, który jej rzeczywistość przypomniał. Zerwała się, podbiegła szybko ku niemu i zaczęła krzyczeć w obłąkaniu usiłując ukryć:
— Ratujcie! ojciec! ojciec! A! on mnie zabije!
— Dalibóg, wszak ona oszalała! — zawołał Maciej, biorąc się za włosy. — Aj, aj! ze wszystkiem się skręcili. Otóż tobie masz! Będą się tatulo tęgo gniewali.
Pawłowa przebudzona, nagle także obaczywszy Macieja rzuciła się ku niemu niespokojna. — A co? zawołała — puścili was?
— A! całuję rączki! puścili.
— A! ojciec?
— Ojciec także wolny.
— Gdzież jest? idzie?
— Musić poszli na polowanie czy co, bo ze strzelbą — rzekł Maciej głupowato.
Wtem zbliżyli się i inni budnicy i zaczęli opowiadać jak się to stało, że ich Bartosz porzucił nagle w miasteczku i uciekł nie wiedzą dokąd. Pawłowa pobladła, obejrzała się po oknach, zachwiała, potarła ręką po czole i usiąść musiała, a raczej padła na przypiecek. Maciej tymczasem chodził po izbach i wszystko z ciekawością głupca oglądał, to siostrze obłąkanej, to sprzętom nowym się przypatrując. I corazto czego nowego dojrzawszy, uśmiechał się, weselił; naostatku wziął w rękę firanki i spytał:
— Pani Pawłowa, z pozwoleniem, do czego te spodniczki, suszycie, czy co? — Ale nic mu nie odpowiedziano.
Jan był uciekł w pierwszej chwili tylnemi drzwiami, a Julusia upadła w kącie, nagarniając na siebie włosy, suknie, stoły, ławy i co pochwycić mogła.
Pawłowa słabła ze strachu wielkiego.
— To on tu niechybnie przyjdzie w nocy i ze szczętem nas powybija jak pszczoły! rzekła łamiąc ręce. — A świadczę się wami, co ja temu winna? Ja głupiej dziewczynie ciągle mówiłam: — Ej dajcie pokój, bo to się źle skończy. A cóż kiedy mnie nie słuchali. Teraz, ja wiem, wszystko spadnie na mnie. Tak to kiedy nieboszczyk mój potłókł się w tej nieszczęsnej karczmie, albo myślicie ja tam byłam? A taki zawsze mnie ostatnia bieda. Żeby tu było kogo zostawić, jabym do was poszła, panie Marcinie, póki pierwszy ogień nie minie.
Marcin nic nie odpowiedział.
— Albo do was panie Ignacy.
Ignacy milczał.
— Albo i do was panie Piotrze.
Piotr odwrócił się żwawo.
— Oj! żeby nie noc, uciekłabym choć do dworu.
— Ale tu nie o was idzie moja matko — rzekł Marcin — ale o córkę, z którą źle być może, jeśli Bartosz bardzo do serca weźmie.
— A co on warjatce zrobi — zawołała stara. — Jejto licho nie weźmie. A ja, jak Boga kocham, że ja niewinna, pieniędzy nie brałam, zawsze ją przestrzegałam. A co ja mogłam poradzić? Jak sobie posłali tak niech się wyśpią. Ja ją raz wraz przestrzegałam: — Ej, ostrożnie, ej! będzie źle. — Ale to młode, a panicz taki i gwałtownik straszny... i głowa się dziecku zawróciła, i zwarjowało to. Ale Bartosz i słuchać nie zechce, ja go znam. Ej! jeśli Boga kochacie, przytulcie mnie który, przytulcie!
Budnicy milczeli.
— Ale bójże się Boga, pani Pawłowa — rzekł jeden nareszcie — a jakże wam to nieszczęśliwe, i tego, z pozwoleniem, nie mówiąc złego słowa, głupca Macieja zostawić tak samych. Toćto nie do kogo należy. Oniż tak zostać sami nie mogą.
— A! zmiłujcież się, przynajmniej sami nie odchodźcie pod noc. Jakbyście wy byli tu, nie tylebym się bała i o siebie i o nią. Ot! zostańcie.
— Z temżeto my tu i przyszli.
— A! niechże wam Bóg płaci stokrotnie. Siadajcie, a zaraz i wódeczka i przekąska i coś na ząb włożyć się znajdzie.
Julusia leżała znowu w kącie po gwałtownym przestrachu jakby odrętwiała i uśpiona. Głowa jej spadła na podłogę, czarne włosy tylko służyły za wezgłowie. Otwarte miała oczy i usta, ale zdawała się nie oddychać, nie widzieć, nie słyszeć. Maciej stał nad nią i patrzał się zdumiony.
— To jakaś kiepska bardzo choroba! — mówił do siebie. — Co teżto za choroba? Święty Walanty czy co? Musić Walanty! Pani Pawłowa, zawołał, a możeby Julusię podnieść i na łóżko położyć?
— Nie ruszać jej, nie ruszać — krzyknęli drudzy wpatrując się zdaleka — tylko czem czarnem nakryć, to się uspokoi.
Pawłowa pobiegła niewiele na to zważając do alkierza i zaczęła z niego wynosić co jej się nawinęło: począwszy od flaszy z wódką, aż do wędzonej kiełbasy; ustawiła to wszystko na stole i zaczęła zapraszać. Sama usiadła znów przy piecu i litując się nad sobą, płakała.
Budnicy nie dali się długo prosić; głodny lud umie jeść w strapieniu, we łzach, przy pogrzebie i narodzinach, w rozpaczy i radości zarówno. Nigdy uczucie nie odejmuje mu głodu. Maciej jednem okiem na siostrę z politowaniem spoglądając, drugiem upatrując co najlepsze kęski, częstował się jak należało.
Pawłowej wśród szlochów gęba się nie zamykała bo i w głowie myśli latały jak czarownice w sabat.
— Licho mnie tu wniosło, jak pana Boga kocham! Nie było mnie lepiej pójść na służbę, albo do dworu, gdzie ubogich radzi przytulają. Bartosz to taki stary warjat, gotów i zastrzelić i zabić. Wszak taki mówią, że ze strzelbą poszedł. No! a co ja temu winna; dziewczyny na pasku nie trzymać. Już kiedyto bieda! Kumie! kumie! odezwała się do Marcina. Marcin pełną mając gębę kiełbasy przybliżył się do niej leniwie.
— Radźcie mnie co tu począć? a to on mnie zastrzeli!
— I! może taki nie zastrzeli! Kto wie! może nie! Zresztą co tu radzić? Rada nie pomoże.
— Oj! bo wy tak Bartosza nie znacie jak ja.
— Hm! całeż my to życie prawie przesiedzieli podle siebie.
— Otóż bo nic nie wiecie; my byliśmy wprzód na innych lasach, jeszcze u nieboszczyka łowczego, kiedy potaż palili. Lat to już temu garstka. Otóż wówczas...
— Tak! ale rychło się Bartosz ztamtąd wyniósł i już tu osiedział.
— No! ale posłuchajcie; coto było z młodych lat, to ja tylko wiem. I dlatego tak się boję. Choleryk straszny.
— Czegoż się tak boicie?
— Gorący człowiek, powiadam, choleryk! Wy to nic nie wiecie, jemu jak się co zamarzy, gotów na wszystko.
— Aby nie na złe, temuto nie uwierzę.
— Otóż i nie na dobre. Już ja taki co wiem to wiem. Dość, że to jemu nie pierwszyzna awanturę zrobić. A potem mu i nieraz ciężko było w życiu i wzdychał i kawęczał: ale zrobionego nie odrobić. Co się stało, odstać się nie może.
— Ale cóżby zię[1] stało? spytał Marcin trochę ciekawy.
— A nie powiecie nikomu?
— A mnie to na co?
— Otóż zmiłujcie się tylko nie powtarzajcie. Ja przed wami jak przed ojcem rodzonym. Jeszcześmy wówczas byli w lasach pana łowczego i stary Bartosz i mój nieboszczyk razem. Nie wiecie bo coto za człowiek był mój nieboszczyk! Jużto prawda, że czasami lubił z ludźmi uczciwymi podhulać, ta i podpić, ale co chcecie, taki człowiek człowiekiem. Ależ za to sprytny, a do wszystkiego do czego chcesz, a przewąchał bestja co się gdzie święciło i przez dziesiątą ścianę. Jakoś Bartosz z moim nieboszczykiem mało nie jednolatki byli, obaj nieżonaci, bo mój taki mnie jeszcze i nie zaznał. Aż tu matczysko im stare umiera, jakoś w późną jesień przed Wszystkiemi Świętemi, to i gospodyni w domu nie stało. Nu, już taki jednemu trzeba się koniecznie ożenić. Mój był młodszy, o! i tęgi chłopak, jak Boga mego kocham. Ludzie poczęli im swatać nieboszczkę Bartoszowę, młodą i śliczną dziewkę; krew z mlekiem, jagódkę, ale już była we dworze u nieboszczyka łowczego. Bartosz z początku nie zechciał, kiwał głową i nie smakowało mu coś, że to ze dworu, zwyczajnie. A no jak zaczęli go namawiać, że dobra gospodyni, że uczciwa, a liczko taki gładkie było, tak się nareszcie odważył, ta i ożenił.
— Ale cóżto strasznego pani Pawłowa?
— A no poczekajcieno! To dopiero początek. Jużto że Bartoszowa była piękna to prawda; bo i na mnie swego czasu ludzie mówili żem była niczego, ale tamta to jak pani wyglądała. Więc że we dworze bywała, języka w gębie nie zapomniała, a i w głowie się trochę przewróciło, i taki Boże odpuść, nie kochała Bartosza, a tak sobie za mąż poszła, że ludzie namówili. Świętą prawdę mówię, nie dodaję, Bóg świadkiem. Po weselu tedy, aż tu Bartosz coś zmarkotniał, jakby go kosą podciął, a żonie zrobił się przykry okrutnie. Ta także sobie po nosie jeździć nie dała: co on jej jedno, ona jemu dwoje, i taki osą w oczy. Aż i ze wszystkiem popstrykali się, ta i gadać do siebie przestali. Mój już się wówczas o mnie starał, a taki był sprytny, że zaraz dowąchał się, że to się źle skończy. I mówi bywało do mnie: Salusiu (bo taki Salomea mam imię) obaczysz, że tu z tego coś wyrośnie lichego. A ja na to nic, a on wiedział co mówił. Posłuchajcieżno tylko. Jeden drugi poczynają bąkać, że ze dworu jakiś gaszek do Bartoszowej udaje się, i jak bywało, nasi przy potażu dzień i noc, ona tam gościa przyjmuje, ta i dobrze. Doszło to do uszu Bartosza. Ale on jakbyto nic, aż jednej nocy znikł. No, nie ma, nie ma, myślą sobie, poszedł. A on nocą zakradł się i czyhał. Nadjeżdża przyjaciel Bartoszowej, on jemu nic, puszcza go do domu, a sam w sieni zakrada się. Kiedy już sobie we dwójkę na łóżeczko siedli, ten wymierzywszy ze strzelby, a wziąwszy ich na cel, jak rznie, tak gachowi rękę tylko chwała Bogu przebił, a łaska Boża, żonie się nic nie dostało. Potem jak skoczy do nich, żona omdlała, ten uciekł okno wybiwszy. Jakoś się to potem pogodzili, ale nieboraczka z przestrachu zachorowała i nędzniała jeszcze długo, aż po Macieju i umarła. Onto sam czuje, że jej śmierć przyspieszył, choć niedarmo, bo taki dworka była i to jej też ponoś nie pierwszyzna kochanie. Ale taki wszystko, za te głupstwo człowieka ze świata gładzić niewarto.
Otóż widzicie, że ja się niedarmo boję; bo trzeba wam wiedzieć, że on córkę strasznie kocha, a nie bez myśli on ze strzelbą od was uciekł.
Marcin się zadumał.
— Jakto — spytał — a za to przebicie ręki dworakowi nie było sprawy?
— Coto chcecie! to insze czasy były! A szlachcic i czuł że niedarmo dostał i Panu Bogu dziękował, że się na tem skończyło. Bo taki nie umarł z tego, tylko zkaleczał. Chodzi biedaczysko do dziś dnia za jałmużną; a pewno go znacie: Jeremiasz.
— Jakże nie!
Przerwał rozmowę śmiech dziki, z którym przebudziła się Julusia z odrętwienia, w jakiem leżała i powoli powstawać poczęła. Maciej pośpieszył do niej. Pawłowa i Marcin przystąpili także, a podniósłszy ją osłabłą z ziemi, położyli w alkierzu na łóżku.
Budnicy podjadłszy i zapiwszy wodą, pokładli się spać na ziemi, Maciej poszedł na znajome wyżki, prowadząc z sobą nieodstępnego Burka swojego; Pawłowa tylko częstując Marcina, którego prosiła aby z nią został, trzęsła się ze strachu i krokiem od pieca ruszyć się nie śmiała.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – się.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.