Boska komedya (Dante, 1895)/Część I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dante Alighieri
Tytuł Boska komedya
Podtytuł Część I. Piekło
Pochodzenie Obraz literatury powszechnej
Redaktor Piotr Chmielowski,
Edward Grabowski
Data wydania 1895
Wydawnictwo Teodor Paprocki i S-ka
Druk Drukarnia Związkowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Adam Asnyk,
Felicjan Faleński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron

a) Część pierwsza. — Piekło[1].
Dante, przebiegłszy połowę drogi żywota ludzkiego, znalazł się, nie wiedzieć jak — w strasznym lesie, z którego gdy chciał wydostać się na górę, której wierzchołek jaśniał promieniami światła, stanęła mu na przeszkodzie najprzód pantera, później lew, wreszcie wilczyca. Na widok ostatniej Dante miał się już cofnąć, gdy wtem ujrzał przed sobą ducha Wergiliusza. Ten oznajmił mu, że na życzenie Beatryczy przybył mu na ratunek i dla jego dobra ma go oprowadzić po Piekle i Czyscu; jeżeli zaś zechce wznieść się aż do przybytku zbawionych, znajdzie innego przewodnika w osobie Beatryczy. Dante zgadza się na odbycie pouczającej wędrówki i w towarzystwie Wergiliusza staje przed bramą piekielną.

„Przezemnie droga do boleści grodu,
Przezemnie droga na wieczyste męki;
Do zgubionego nazawsze narodu.
Sprawiedliwości mego Stwórcy dzięki,
Ugruntowana przez moc boską w bycie,
Wyszłam z Mądrości i Miłości ręki.
Przedemną żadne nie wszczęło się życie,
Prócz odwiecznego — i ja wiecznie stoję.
Rzućcie nadzieję, wy, co tu wchodzicie!“
Te słowa oczy napotkały moje
Na szczycie bramy, ciemną barwą znaczne,
Gdyśmy przed straszne nadeszli podwoje.

Więc przerażony naraz mówić zacznę:
Mistrzu! dlaczego owe słowa ciemne
Takie mnie myśli przywodzą rozpaczne?
Na to on, rzeczy znający tajemne,
Rzekł: „Tu należy pożegnać się z trwogą,
Tu zamrzeć winno wszystko, co nikczemne.
Idziemy bowiem tą, com mówił, drogą,
Gdzie masz zobaczyć, jako cierpią oni,
Co utracili ducha jasność błogą“.
To mówiąc, dłoń swą kładzie na mej dłoni
I pogodnemi krzepiąc spojrzeniami,
Do tajemniczej wprowadził mnie toni.
Tu[2] płacz, wzdychania, z głośnemi jękami
Płyną w przestrzeni bez gwiazd, pełnej cienia,
Tak, że je słysząc, zalałem się łzami.
Różne języki, mowy, złorzeczenia,
Słowa boleści, gniewu krzyk szalony,
Zmieszane głosy, rąk klaszczących brzmienia,
Sprawiały wrzawę, co na wszystkie strony
Wciąż się w powietrzu tem zmartwiałem kręci,
Jak piasek wirem wichru uniesiony.
A ja bez myśli stojąc i pamięci,
Rzekłem: Cóż to jest, co słyszę struchlały?
Co to za ludzie, takim bólem zdjęci?
A mistrz odpowie: „Taki los dostały
W udziale dusze smutne i mizerne
Tych, co bez hańby żyli i bez chwały;
Przyszły tu między anioły niewierne,
Które się przeciw Bogu nie zwróciły
I nie szły za Nim — lecz zostały bierne.
Wygnane z niebios, których piękność ćmiły;
Piekło nie chciało przyjąć w swe otchłanie,
Bo z nich źli chluby nie mają ni siły“.
A ja znów: Co tak strasznego w ich stanie,
Że taką burzę podnoszą żałości?
Mistrz odrzekł: „Krótko odpowiem: ich trwanie
Tyle jest marne i pełne podłości,
Że łaknąc próżno śmierci, co wyzwala[3],
Każdy z nich losu innego zazdrości.
Ich smutna sława po ziemi się wala,
Przez sprawiedliwość i litość wzgardzona;
Dość mówić o nich, patrz i mijaj zdala“.

Patrzę i widzę, jak wirem niesiona
Wielka chorągiew, wciąż się kręcąc, biegła.
Niegodna swoje rozwinąć ramiona;
A za nią ludu ciżba tak rozległa,
Iż mi uwierzyć było rzeczą nową,
Że taka liczba śmiercią już poległa.
Gdy rozpoznałem postać tę i ową,
Dostrzegłem także tego cień nieśmiały,
Co przez nikczemność splamił się odmową[4].
Pojąłem zaraz, że ten orszak cały
Składał się z grzesznych, co Bogu niemili
Również niemili wrogom jego chwały.
Tych nieszczęśliwych, co nigdy nie żyli,
Tu obnażonych kłuły straszne roje
Os i komarów, aż się krwią broczyli
I z krwią łzy razem przelewali swoje,
Co tak zmieszane z pod ich nogi chciwie
Wstrętnych robaków połykały zwoje.
Potem, gdy dalej spoglądam w podziwie,
Tłumy nad brzegiem wielkiej widząc fali,
Mistrzu — zapytam nieco niecierpliwie —
Co to za jedni? i co ich tak pali,
Że się z pośpiechem cisną do przeprawy[5].
Jakto w mdłem świetle poznaję w oddali.
A on: „Wiadome będą Ci te sprawy,
Kiedy już nasze zatrzymamy kroki
Nad Acheronu brzegiem smutnej sławy“.
Spuściwszy oczy, zamilkłem bez zwłoki;
Trwożny, czy mową przykrości nie czynię,
Do brzegu szedłem w zadumie głębokiéj.
A oto ku nam po wodnej głębinie
Starzec[6], którego kudły ubielone
Siwizną wieków, na łodzi podpłynie,
Wołając: „Biada! duchy potępione!
Już nigdy niebios widzieć nie będziecie!
Ja was przybywam wieźć na drugą stronę,
Gdzie między wieczne ciemności pójdziecie,
W wieczyste żary i wieczyste lody!
Ty zaś, żyjąca duszo[7], odejdź przecie
Od tych umarłych i od owej wody“.
Lecz widząc, że się nie ruszam — znów rzecze:
„Przez inne drogi, przez inne przechody,

Do innych brzegów przybędziesz, człowiecze;
Lżejsza łódź w innej przeprawi cię porze“.
Wtedy mistrz, swoją rozciągnąwszy pieczę:
„Charonie! — rzecze — tak chce Ten, co może
Wszystko, co zechce. A więc uchyl czoła,
Nie pytaj więcej i nie trwaj w oporze“.
Poczem się zaraz uciszyły zgoła
Wełniste szczęki sternika otchłani,
Który w swych oczach miał płomienne koła.
Lecz nagim, drżącym duszyczkom w przystani
Odrazu przestrach odjął barwę z liców —
Zębami zgrzytać zaczęli skazani
I przeklinali Boga, swych rodziców,
Ród ludzki, miejsce i czas i nasienie
Swego nasienia i jego dziedziców.
Potem zaś wszyscy, płacząc nieskończenie,
Zbiegli się razem nad straszne wybrzeże,
Gdzie dla bezbożnych wspólne przeznaczenie.
Charon ich zaraz płomiennem dostrzeże
Okiem i wiosłem powolnych okłada,
Aż ich tak wszystkich do siebie zabierze.
Jako jesienią liść za liściem spada,
Aż w końcu gałąź pozostanie czarną,
Oddawszy plon swój ziemi — choć nie rada,
Podobnie tutaj złe Adama ziarno
Rzuca się z brzegu, jedno drugie goni,
Jak ptaki, co się do odlotu garną.
I tak wędrują po brunatnej toni;
A zanim jedno stąd odejdzie mrowie,
Znów nowy szereg stamtąd się wyłoni.
„Synu mój — do mnie mistrz uprzejmy powie —
Ci, co w niełasce umierają bożéj,
Wszystkich stron świata schodzą tu synowie!
I owe wody przebywać są skorzy,
Bo sprawiedliwość tak ich prze surowa,
Że pragną właśnie tego, co ich trwoży.
Dobry duch tutaj, to rzecz całkiem nowa:
Więc przeto Charon z gniewem cię wspomina,
Lecz ty już poznasz, jak brzmi jego mowa“.
Skończył, a cała przeklęta kraina
Tak się trząść zacznie, że dziś jeszcze z trwogi,
Gdy wspomnę, dreszcz mię przechodzić zaczyna.
I z tej łez ziemi wicher wyszedł srogi
I blask rozniecił ohydny, czerwony,
Co wszystkie czucia odjął mi wśród drogi,
Żem padł, jak człowiek, od snu zwyciężony.

(A. Asnyk).
Za Acheronem, w pierwszym kręgu właściwego piekła, mają swe siedliska dusze tych pogan i niewiernych, których jedyną winą jest to, że nie znali prawdziwego Boga; to téż nie znoszą one żadnych męczarni, ale trawią czas w wiecznej tęsknocie i smutku. Dante spotyka tu między innemi wielu starożytnych poetów (Homera, Horacyusza, Lukana) i mędrców (Arystotelesa, Platona, Sokratesa), oraz niektórych średniowiecznych mahometan (Awerroesa, Saladyna); tutaj przebywa i Wergiliusz. W drugim kręgu Minos słucha spowiedzi potępieńców i wskazuje im odpowiednie miejsce kary. Krąg ten jest zarazem miejscem potępienia tych, co grzeszyli występną miłością.

Tu jął mi drętwieć słuch od narzekania,
Gdyż tam już byłem, kędy za pokutę
Topią się dusze w łzy i gorzkie łkania.
Miejsce to z wszelkich światła łun wyzute,
Grzmi, niby morze w nocy bez miesiąca,
Gdy je w sprzecznościach szarpią wichry lute.
Zamieć tu, nigdy nie spoczywająca,
Porwane znagła duchów złych tułowy
Udręcza, miota, kręci i roztrąca.
Gdy je w swe szpony schwyci prąd takowy,
Zgrzytają, płaczą, krzyczą i zuchwali
Lżą Łaskę Boską bluźnierczemi słowy!
Słyszę: są słusznie na tej wichrów fali
Targani w wieczność ludzie grzeszni ciałem,
Co władzy zmysłów rozum swój oddali.
Jako lecących w zimny czas widziałem
Tłumny i zwarty szpaków obłok szary;
Tak i tu z tchnieniem tem zapamiętałem
W dół, w górę, w boki pędzą grzeszne mary,
Tylko nadziei żadnej mieć nie mogą,
Ani spoczynku, ni zmniejszenia kary.

W tłumie tych potępieńców Wergiliusz wskazuje Dantemu Semiramidę, Dydonę, Helenę, Achillesa, Parysa.

Więc rzeknę: Mistrzu! spraw mi to przez Boga,
Bym mógł z tą parą mówić, w jedno zwianą,
Którą tak lekko własna niesie trwoga.
A on mi: „Upatrz czas, gdy wiatru zmianą
Ku nam podpłyną; wtedy te dwie dusze
W imię ich smutków zaklnij, a przystaną“.
Otóż gdy ku mnie pomkną w zawierusze,
Wołam: — O biedni! zniżcie lot sokoli,
Jeśli was tylko nie wbrew Boga kuszę!
Jak dwa gołębie, kiedy je zespoli
Miłość, w słodkiego gniazda swego puchy
Lecą na skrzydłach jednej wspólnej woli;
Tak od Dydony grona te dwa duchy
Spłynęły ku nam z chmur, gdzie wicher siecze; —
Tyle w mej prośbie było snać otuchy.

— „O współczujący! o ty dobry człecze!
Coś zszedł w kraj nędzy w sposób tajemniczy
Nas widzieć, których krwią spłynęły miecze, —
Gdyby nam Łaskę mieć, jak serce życzy,
Bóg by cię wiecznie wspomógł najłaskawiéj
Za to, że litość naszych masz goryczy.
Cobądź powiedzieć chcesz lub znać, my łzawi
Słuchać i mówić będziem przez tę chwilę,
Gdy wiatr, jak teraz, błogą ciszę sprawi.
Jest u zatoki kraj, gdziem w blasku sile
Ujrzała słońce[8]. Dąży Po w tę stronę,
By w morzu spocząć, jak strug innych tyle.
Miłość, co żarem w serca tchnie stęsknione,
Tego tu przy mnie wdzięków mych promieni
Zażegła czarem — z czego wstydem płonę.
Miłość, co serca wzajemnością żeni,
Tak mię uczuciem jego tem wytrwałem
Zdobyła, żeśmy dotąd — patrz — złączeni!
Miłość nas wspólnym w śmierć popchnęła szałem!
Kain ma tego wziąć, co wziął nam życie[9]...“
Takie to słowa z ust jej usłyszałem.
Wtem, gdy umilkła — o! wszak uwierzycie?
W dół mi na długo twarz opadła blada,
Tak, że Mistrz spytał: „O czem dumasz skrycie?“
Gdym mu odpowiedź dał, tom rzekł: O biada!
Ileż błądzeniem tem ich współtułaczem
Marzeń i słodkich żądz się tu spowiada!
Zaczem się znowu ku nim zwrócę, zaczem
Rzeknę: Franczesko! patrz, jam bratem tobie
Współczuciem nędzy twej i gorzkim płaczem.
Lecz powiedz, proszę, w słodkich westchnień dobie
Jak wam i kiedy wstrzęgła poniewoli
Z bezwiedzy wiedza uczuć w dusze obie?
A ona do mnie: „Niema sroższej doli,
Jak gdy chwil błogich człek wspomnienie chowa
W swej nędzy! Mistrz twój wie sam, jak to boli.
Lecz gdy gorąco poznać chcesz, jak owa
Miłość nas wzięła w swoją siatkę złotą,
Zrobię jak ten, co wkłada płacz w swe słowa.
Raz dla rozrywki, gdy czytamy oto
Lancillotowych walk serdecznych śluby[10],
Samiśmy byli z naszych dusz prostotą.

Nieraz się oczy nasze przy tej lubéj
Księdze spotkały, krwią nam barwiąc lica,
Aż nas ten ustęp wreszcie pchnął do zguby:
Gdy było, jak on z lubej ust pochwyca
Uśmiech i jak go pocałunkiem pali, —
Ten, z którym wieczna łączy mię tęsknica,
Ust moich dotknął, drżąc, jak liść na fali....
Tej księgi sprawca był nam złym aniołem
Jużeśmy więcej w dniu tym nie czytali“.
Gdy te tej biednej słowa w serce wziąłem,
Jej wspólnik tonął w łzach, a mnie się zdało,
Że przez współczucie umrę z nimi społem.
I padłem tak, jak pada martwe ciało.

(F. Faleński).
W trzecim kręgu pod strażą Cerbera dręczą się w cuchnącem błocie obżartuchy; jeden z nich, Florentczyk Ciacco (Wieprzek) przepowiada Dantemu upadek stronnictwa Białych i wygnanie poety z rodzinnego miasta. W czwartym, nad którym straż ma Plutus, skąpcy i rozrzutnicy, tocząc ogromne ciężary, z wyciem i łajaniem ustawicznie uderzają na siebie. W piątym kręgu ponoszą karę popędliwi: zanurzeni we wrzących nurtach bagnistego Styksu, biją się zawzięcie głowami, rękami, nogami i zębami się gryzą. Przeprawiwszy się przez Styks w łódce Flegiasza, dostaje się Dante ze swoim przewodnikiem do warownego grodu - Dite, stanowiącego szósty krąg piekielny. Tu w rozpalonych grobach dręczą się kacerze, a pomiędzy niemi znajduje się Cavalcante Cavalcanti, ojciec Gwidona Cavalcanti, poety i przyjaciela Dantego, cesarz Fryderyk II. i papież Atanazy II. — Trzy ostatnie kręgi składają dolne piekło i przeznaczone są dla potępieńców, których grzechy były wynikiem nie słabości woli (jak ofiar górnego piekła), ale złej woli. U wnijścia do siódmego kręgu trzyma straż Minotaurus, symbol ślepego gniewu. Tu w potoku wrzącej krwi nurzają się tyranowie i mordercy — Dyonizy, tyran syrakuzański, Ezzelino da Romano, namiestnik cesarski w marchii trewizańskiej, Gwido z Monfortu, zabójca angielskiego księcia Henryka, Atyla, król Hunów, i inni. Centaur Nessus przenosi Dantego i Wergiliusza na drugą stronę krwawej toni, do miejsca kary samobójców.

Jeszcze był Nessus nie zszedł w swe parowy,
Gdy nam bór gęsty najniemiłosierniéj
Wszelkiego przejścia wzbronił. W paszczy owéj
Liść nie zielony jest, lecz rdzą się czerni,
Gałęzie w szorstkie ciernie się plątały
I zamiast jabłek jad tam ściekał z cierni.
Tak dzikiej kniei nie zna zwierz zuchwały,
Wróg żyznych błoni, tam, gdzie wód Ceciny
Oraz Corneta szumią wzdęte wały[11].
W niej Harpie siedzą, których zastęp siny
Trojan ze Strofad gnał, i pomsty wraże
Wieszcząc, klęsk pełne wróżył im godziny.
Skrzydlate widma, ludzkie mając twarze,
U palców szpony, brzuch obrosły w pierze,
Wśród drzew tych dziwnych leżą w smutnej gwarze.

W lesie tym, rozbrzmiewającym tajemniczemi jękami, Dante na rozkaz swego mistrza, zrywa gałązkę z ciernia

Wtem z pnia w owej chwili
Głos wyszedł: „Czemu dłoń mię twoja łamie?“
I zaraz zczerniał krwią i znowu kwili:
Czemu dotkliwe sprawiasz mi katusze?
Czyż cię litości ludzie nie uczyli?
Człek byłem, chociaż drzewem dziś być muszę.
Więc miej współczucie, choćbyś pod tą zmianą
Złej żmii nawet odkrył we umie duszę“.
Jak jednym końcem pchnięte w żar polano
W drugim na srogie skarżąc się opały,
Wilgocią broczy żywcem przypiekaną, —
Tak z pnia owego słowa z krwią spływały.
Więc upuściwszy z rąk tę gałąź, stoję,
Milcząc, jak człowiek czynić zwykł struchlały.
Rzekł doń mój mędrzec: „Stąd są mąk twych znoje,
Iż ten tu zgrzeszył w ciekawości szale,
Gdyż mu zagadką były słowa moje[12].
I byłby nie tknął twoich członków, ale
Chciałem, by sam on rzecz tę niesłychaną
Zbadał — a teraz mam stąd cierpkie żale.
Lecz za twą krzywdę, niechbyś mu twe miano
Rzekł, a on chętnie pamięć twą odświeży
Tam, gdzie mu wkrótce wrócić będzie dano“.
A tamten: „Za twą dobroć, jak najszczerzéj
Wyznam, kto jestem i niech wzięty w łyka
Współczucia ulgę z waszych mam przymierzy.
Jam ów, co zdobył w serce Fryderyka
Klucz wszechpotężny, który w swym zaszczycie
To je odmyka, to, gdy chce, zamyka,
Iżby nikt nigdy nie mógł wejść w nie skrycie.
W to zaś tak wielka była moja wiara,
Żem wreszcie od niej stracił zmysł i życie[13];
Gdyż znagła zawiść, która w dwór cezara
Utkwiony wiecznie wzrok ma, tchem z płomieni
Ku zgubie mojej, bezwstydnica stara,
Zażegła wszystkich, ci za rozognieni
Tak jęli dmuchać w pańskich łask objawy,
Iż mi wybraństwo wnet we wstręt się zmieni.
Wtedy mój umysł wzgardą owej sprawy
Pogardę życia czerpiąc z mych boleści,
Znieprawił we mnie to, iż byłem prawy.

Przez liść ten, który z członków mych szeleści,
Klnę się, iż nigdy wiary nie złamałem
Panu, godnemu owszem wszelkiej cześci!
Ktobądź z was na świat wróci, sercem całem
Błagam, niech kilka dobrych słów poświęci
Sławie, poległej nędznych złości szałem“.
Staliśmy chwilę, tkliwym smutkiem zdjęci.
W tem Pieśniarz: „Mów z nim. Niech on w dalszem słowie
Uczyni zadość twej tajemnej chęci“.
A ja: Ty sam go pytaj, niech ci powie
To, czembym pewność zdobył w mym umyśle,
Gdyż ja nie mogę, cierpiąc grozy mrowie.
Wtedy On k’ niemu: „Człek ten spełni ściśle,
O co go prosisz; lecz znów ty w zamianie
Powiedz mu: co się stawa, gdy Bóg wyśle
Grzesznego ducha w owych pęt skaranie?
I także — gdybyś mógł — czy nieskończenie
Trwać to ma, czy też kiedy być przestanie?“
Wtedy pień ciężko westchnął — to zaś tchnienie
Głosem się ludzkim wreszcie tak odzywa:
„W słowach ja krótkich z wami myśl wymienię.
Gdy z ciała dusza wyszła już wstrętliwa,
Śmierć mu zadawszy własną zdradą czarną,
Minos w siódmego kręgu śle ją dziwa.
Więc tu, choć zewsząd gąszcze ją ogarną,
W czas jakiś puszcza kieł, jak czyni w wiośnie
Na chybił trafił w smug rzucone ziarno.
Potem się zwolna w drzewny pień rozrośnie —
I wtedy Harpie wciąż z niej — jak widzicie —
Liść objadając, wciąż ją dręczą sprośnie.
Dawne nam ciało wróci w przyszłym bycie[14],
Lecz nie na długo, gdyż to być nie może,
By człek miał żywem to, w czem zabił życie.
U drzewa swego każdy, w to bezdroże
Znów z niem wróciwszy, niby trup człowieka
Wisielcem będzie w tym tu smutnym borze“.
Wtem, właśnie kiedy słuch nasz pilnie czeka
Dalszego ciągu mowy tajemniczéj,
Zgiełk przeraźliwy wszczął się gdzieś zdaleka.
Podobnie bywa, kiedy w leśnéj dziczy
Odyniec pędzi, z nim zaś między drzewy
Wśród chróstów łomu zgraja psów skowyczy.
I oto, jakichś dwóch od strony lewéj
Skrwawionych, nagich szybka stopa wiedzie
W gonitwie sadzić przez kolczaste krzewy.

„Przybywaj, śmierci!“ wolał mknący w przedzie.
Drugi zaś, biorąc nieco tchu w uboczy,
Krzyczał: „O Lano! Czemuś, mój sąsiedzie,
Zmykać pod Toppo nie był tak ochoczy?“[15]
Snać potem tchu mu zbrakło, gdyż w tej chwili
Wszedł w krzak i z tymże wprędce się zjednoczy.
Alić tuż za nim z łóz przez łom badyli
Psi czarni, ziejąc, pędzą, tacy sami,
Jak gończe, które łowcy z smycz spuścili;
I choć był w krzaku, wnet go sięgłszy kłami,
Roznieśli w kęsy, poczem w dalszej drodze,
Gdy z niemi lecą, krew im paszcze plami.
Wtedy ja z Mistrzem pod on krzak podchodzę,
Gdzie duch jakiegoś nędz tutejszych syna
Jęczał z przyczyny ran, krwawiących srodze.
„Ach! Ach! Jakóbie! — mówić on poczyna —
Cóż ci pomogło, żeś wszedł we mnie — skoro,
Żeś nie był dobrym, czyż to moja wina?“[16]
Mistrz jął spowiadać oną duszę chorą,
Mówiąc: „Któż jesteś? i te uroczyście
Krwią tchnące słowa skąd się w tobie biorą?“
A on: „Ach, dobrzy ludzie! Widzieliście,
Jak straszne na mnie padło spustoszenie!
Błagam, zgarnijcie precz mi wzięte liście
W ten dół, gdzie smutne moje tkwią korzenie.
Jam rodem z grodu, który dla Chrzciciela
Marsa się zaparł, o co ten, szalenie
Gniewny, swą pomstą gęsto w niego strzela.
I gdyby nie to, że ten bóg nad Arno
Swój posąg dotąd ma, choć jeden z wielu —
To ci, co wreszcie z kupy zgliszcz wygarną
Ten gród, przez Hunów zżęty w puch przed laty,
Mogliby trud swój nazwać pracą marną[17].
Jam szubienicę miał z mej własnej chaty“.

(F. Faleński).
W innym oddziale tegoż siódmego kręgu mają swe miejsce kary bluźniercy, dalej Sodomici, oddani na łup ognistego deszczu; w ich liczbie spotyka Dante uczonego Brunetto Latini, którego mistrzem swoim nazywa. Jeszcze dalej dręczą się lichwiarze. Stąd potworny Geryon z twarzą ludzką, ale ciałem płaza, znosi wędrowców do ósmego kręgu (Malebolga), przeznaczonego dla wszelkiego rodzaju oszustów, uwodzicieli, pochlebców, symoniaków, wróżbitów i czarowników, przedajnych urzędników, obłudników, złodziei, przewrotnych doradców, wichrzycieli i wreszcie fałszerzy. Rozmieszczeni w dziesięciu osobnych dołach, ponoszą różne męczarnie. Symoniacy n. p., pieką się w ciasnych wydrążeniach rozpalonej skały; jeden z nich, papież Mikołaj III, oznajmia Dantemu[18], że tu dostanie się po śmierci Bonifacy VIII. i Klemens V. Przedajni urzędnicy, ażeby uniknąć złośliwego pastwienia się czartów, zmuszeni są przebywać w głębi wrzącej smoły. Na złodziejów czyhają zewsząd jadowite płazy; są to także złodzieje, a ich ukąszenie sprawia, że ranni albo zapalają się ogniem i rozsypują się w popiół, ażeby z niego powstać nanowo, albo też przeobrażają się w płazy, żeby ze swej strony kąsać innych. Pomiędzy przewrotnymi doradcami, spowitymi w płomienie, znajduje się Dyomedes i Odyseusz za doradzenie podstępu dla zdobycia Troi, oraz Gwidon z Montefeltro, głośny wojownik włoski, którego wtrącił tu swojemi frymarkami Bonifacy VIII. Wichrzyciele, poćwiartowani przez czarta, zrastają się i nanowo idą pod miecz oprawcy; pomiędzy nimi znajduje się Mahomet i trubadur Bertrand de Born. U wstępu do najniższego, dziewiątego kręgu, miejsca potępieniu wszelakich zdrajców, znajdują się do połowy zamarznięci w lodach Kocytu buntowniczy olbrzymi mitologiczni: Bryareusz, Anteusz, oraz Nemrod. Krąg ten zawiera w sobie cztery oddziały: pierwszy — Kaina — to miejsce kary dla zdrajców swoich krewnych; drugi — Antenora — dla zdrajców ojczyzny; trzeci — Ptolomea — dla zdrajców przyjaciół; czwarty wreszcie — Giudecca — dla zdrajców swoich dobroczyńców. Wszyscy potępieńcy, stosownie do wielkości popełnionej zdrady są mniej albo więcej pogrążeni w lodowej skorupie jeziora, utworzonego z wód Kocytu, gdyż tu wszędzie panuje chłód straszliwy.

Zaiste, nigdy Dunaj mroźną porą
Swych fal nie stęża w takie szyby trupie,
Ni Don, gdzie wichry, wyjąc, pęd swój biorą!
I taka twardość siedzi w tej skorupie,
Że gdyby nawet brzemię gór w nią wpadło,
Ten cios jej ani spryszczy, ni rozłupie.
I jak skrzeczące żaby w wód zwierciadło
Po szyję toną, gdy skrzypnęły wrota
I dziewczę wyszło z twarzą w gwiazdach zbladłą, —
Tak w tem jeziorze wmarzła w lód nędzota
Aż po część twarzy, która z wstydu kona.
Zębami, z zimna trzęsąc się, klekota.
I twarz tam każda w górę jest zwrócona,
Z ust szron im wieje, wzrok się zaś krysztali
Obrazem smutku ich wzdętego łona.
Gdym dość już okiem w krąg szedł po tej fali,
U stóp mych, widzę, leżą dwaj splątani
Tak, że się wspólne włosy mieć zdawali.
Ktoście wy — rzekłem — w mroźnej tej otchłani
Tak z sobą zwarci? — Więc się im zatoczy
Wzrok, a gdy wznieśli wzrok ci półszatani,
Łzy, które ból z nich wypchnąć chciał przez oczy,
U rzęs im zwisły; wtedy je w najlepsze
Mróz pochwyciwszy, zmienił w lód przezroczy.
Dwóch bierwion nigdy klamra tak nie zeprze,
Jak, trybem koźlim tryknął gniewem zjadły
Jeden w drugiego, rycząc jak dwa wieprze.
Wtem inny grzesznik, co mu precz odpadły
Uszy od mrozu, z zimna całkiem siny,
Rzekł: „Czemu temi pasiesz wzrok widzialny?

Chcesz wiedzieć, kto są ci i skąd? Z doliny
Wyszli, Bisenzio gdzie się w smugach kręci.
Kwitł tam Alberto — ci zaś są dwa syny
Tegoż rodzica. Przy najlepszej chęci
Szukając w piekle, trudno znajśćby może
Godniejszych, aby byli tu wmarznięci[19].
W kąt tu ten nawet, co mu pierś rozporze
Arthus rozmachem włóczni zbrojnej w haki[20].
W kąt i Foccaccia[21], i ten, co w tej porze
Wzbrania mi łbem swym dalszych łbów odznaki,
A zwał się niegdyś Sasso Mascheroni. —
Jeśliś Toskańczyk, to wiesz, kto on taki[22].
Znaj zaś, twych pytań szczędząc mi pogani,
Żem Camiccione z Pazzich, i Carlina
Czekam, którego kląć mi nikt nie wzbroni!“[23]

W przejściu z Antenory do Ptolomei spostrzega Dante w rowie dwóch potępieńców, z których jeden, przytłoczywszy drugiego, z zawziętością wgryza mu się w czaszkę. Zapytany o przyczynę takiej ohydnej zemsty,

Wzniósł ku mnie gębę grzesznik ten wychudły,
Chwilę z wyżartą biorąc rozbrat głową,
A gdy już krew z niej wytarł o jej kudły,
Tak zaczął: „Życzysz, bym ten ból nanowo
Z siebie wydobył, co, jak zmora we śnie,
Już myślą samą dławi ust mych słowo.
Dobrze! Bo skoro hańba z tego wskrześnie
Temu, nad którym pastwię się tak srogo, —
Mówić i płakać będę jednocześnie.
Ja nie wiem, ktoś ty, ani jaką drogą
Tu wszedłeś, — jednak Florentczyka miano
Z twej mowy zmysły moje zgadnąć mogą.
Wiedz: że mię hrabią Ugolinem zwano[24],
On zaś Ruggierim niegdyś był, — a oto
Skąd nań tę pomstę wziąłem wyuzdaną: —
Że nazbyt ufny, jego zdrad robotą
Wpędzony w matnię, pęt uległem sile
I śmierć poniosłem — o tem wszyscy plotą.

Ale to, czego nie wie nikt, to ile
Śmierć ta nie może równać się z niczyją —
Z niej poznasz, czy ja w zemście mej się mylę.
Przez otwór kaźni z tak oszczędną szyją,
Że on głodową jamą stąd się zowie.
W której, być może, drudzy dotąd gniją,
Już bardzo liczne oglądałem nowie;
Gdy mię nawiedził zły sen, niesłychanie
Okropny dla mnie w dzikiej swej osnowie.
Ruggieri niby sprawiał polowanie,
Wilka z wilczęty gnając, gdzie się ściele
Smug, skąd nie mogą Lukki znajść Pizanie[25].
Gualandi, wiodąc chciwych psów gardziele,
Wraz z nim Sismondich zgraja w jedno zbita
I Lanfrankowie biegli tam na czele.
W niedługiej chwili pogoń owa chwyta
Ojca i dziatwę i w tej samej porze
Drapieżnie rwie z nich drżące krwią jelita.
Kiedym się zbudził, już świtało zorze.
Wtem jęk mych synów gromem wpadł mi w uszy:
Chleba! wołają — Ach! przez rany boże! —
Okrutny jesteś, jeśli nie drżysz z duszy
Na to, com wówczas doznał — i jeżeli
Dotąd nie płaczesz, cóż cię tedy wzruszy?
Pora to była dźwignąć się z pościeli,
Gdy jadło wnoszą. Cóż, gdy snu osnowa
Sprawiła, żeśmy o swe życie drżeli!
Wtem w zamku z zgrzytem klamka się grobowa
Zatrzasła na klucz. Z twarzą jam struchlałą
W mych synów spojrzał... lecz nie rzekłem słowa.
Łez jam nie ronił, wręcz się stawszy skałą,
Ci zaś gdy łkają, rzekł mój Anzelm drogi:
— Czego tak patrzysz, ojcze? Cóż się stało? —
Nie, anim płakał, anim dał znak trwogi
Ten dzień i całą noc. Aż kiedy wraży
Świt się zabłąkał w jamy naszej progi
I w niej bladawy światła blask rozżarzy —
I gdym oczyma, stojącemi kołem,
Mój własny wygląd zgadł z ich czterech twarzy, —
Z wściekłości sobie ręce gryźć począłem.
A oni, sądząc, że to głodu sprawą
Ten czyn popełniam, wstali wszyscy społem
I rzekli: Ojcze! mniej nam będzie krwawą
Śmierć w twoich zębach. Tyś nam przecie z siebie
Dał nasze ciało, ty je wziąć masz prawo.

Co? Ja mam katem być im w tej potrzebie?...
Niceśmy z sobą odtąd nie mówili....
O ziemio! gdzież twój dreszcz, co żywcem grzebie?!
W dniu czwartym, pomnę, Gaddo mi się chyli
Do nóg i woła: Ratuj, ojcze, panie!
Wołał i trupem padł w tej samej chwili.
Tak, jak mię widzisz, całkiem spodziewanie
Dni pięć musiałem w uczuć mych zniewadze
Patrzeć na dalszych synów mych skonanie.
W szał wpadłem. Wyjąc, iż nic nie poradzę,
Trzy dni tuliłem pierś w te zwłoki trupie...
Głód wściekły wreszcie wziął nad bólem władzę!“...
To gdy powiedział, znów z oczami w słupie
Jął on krwawiący czerep miażdżyć daléj,
Na podobieństwo psa, gdy kości chrupie.
Ach! Pizo! Pizo! czyż cię wstyd nie spali,
Żeś Włoch ohydą? A gdy twe sąsiady,
Aby cię skarać, nadto są ospali,
Niechby ci zaparł Furyj orszak blady
Arno przy ujściu, aby was w swe męty
Wchłonęło wszystkich na zapłatę zdrady!
Bo jeśli ojciec spełnił czyn przeklęty,
Że wasze zamki wydał, to czyż za to
Nad niewinnemi pastwić się chłopięty?
Bronić ich miało wczesne dni ich lato...
Brigata biedny! Ach! i Hugon mały!
I dwaj, com wprzódy bolał nad ich stratą.

W czwartym, ostatnim obrębie dziewiątego kręgu, na samym dnie otchłani piekielnej, znajduje się Lucyper, władca piekielny i największy potępieniec, co śmiał podnieść bunt przeciw samemu Bogu. Olbrzymiej postaci, do połowy zamarzły w lodach Kocytu, ma trzy oblicza — białe, oliwkowe i czarne (symbol władzy nad trzema częściami świata), i machając sześciu skrzydłami, sprawia wiatr, który ściął lodem wody Kocytu. W każdej swej paszczy miażdży zębami jednego potępieńca. Są to: Judasz Iskaryota, Brutus i Kasyusz.

Przypisy

  1. Piekło wyobraża sobie poeta jako lejkowatą otchłań, której wierzchołek znajduje się w środku ziemi, podstawę zaś stanowi jej powierzchnia. Otchłań ta podzielona jest na dziewięć kręgów, a z nich niektóre składają się jeszcze z kilku obrębów. Im niższy krąg, tem węższy, ale za to tem sroższe w nim męczarnie. Pierwszy krąg stanowi właściwie przedpiekle.
  2. Tu — to jest: za bramą piekielną. W miejscu tem przebywają dusze tych, którzy za życia nie zasłużyli ani na zbawienie ani na potępienie. Są to istoty bez żadnej wartości, a symbolem ich — chorągiew ciągle się obracająca z powiewem wiatru.
  3. Śmierci duszy, któraby położyła kres ich udręczeniu.
  4. Ma to być według komentatorów cień papieża Celestyna V, który wkrótce po swoim obiorze zrzekł się władzy papieskiej i przyczynił się w ten sposób do wyniesienia na stolicę apostolską Bonifacego VIII.
  5. Przez rzekę Acheron, za którą rozpoczyna się właściwe piekło.
  6. Charon, przewoźnik na Acheronie: postać wzięta z mitologii greckiej.
  7. Charon mówi to do Dantego.
  8. Jest to Franciszka, córka Gwidona da Polenta, władcy Ravenny, poślubiona podstępnie Lanciottowi Malatescie di Rimini. Nie kochając męża, oddała swe serce bratu jego, Pawłowi, i razem z nim została przez Lanciotta zamordowana. W piekle oboje kochankowie nierozdzielnie ponoszą karę.
  9. To jest: Lanciotto dostanie się do najniższego kręgu piekła, zwanego Kainą i przeznaczonego dla bratobójców.
  10. Lancelot du Lac, jeden z rycerzy Okrągłego stołu, był bohaterem romansu rycerskiego, bardzo w wiekach średnich poczytnego.
  11. Cecina rzeka w Toskanii, Corneto w państwie papieskiem.
  12. To jest: Doradziłem Dantemu, ażeby się przekonał, że nie jest zmyśleniem to, co w swojej „Eneidzie“ (ks. VI), mówię o męczarniach w Erebie.
  13. Jest to Piotr de Vineis, poeta, kanclerz i ulubieniec cesarza Fryderyka II. Oskarżony przez zazdrosnych o zdradę, gdy mu za to wyłupiono oczy, z rozpaczy rozbił sobie głowę o mur więzienny w 1249 r. Dwa klucze oznaczają łaskę i niełaskę cesarską, któremi Piotr według swojej woli szafował.
  14. Na Sąd ostateczny.
  15. Lano, obywatel syeński, wielki marnotrawca, po stracie majątku, szukał umyślnie śmierci w w bitwie pod Pieva del Toppo (1280), w której Syeńczycy walczy1i z Aretynami. Goniący za nim jest to Jakób da Santa Andrea, również marnotrawca i samobójca.
  16. Potępieniec ten jest to Rocco de Mozzi, albo może Lotto degli Agli.
  17. W czasach pogańskich Florencya miała bóstwem opiekuńczem Marsa; później patronem jej został św. Jan Chrzciciel. Posąg Marsa nad rzeką Arno stał jeszcze w r. 1337.
  18. Dante wielu potępieńcom przypisuje dar widzenia przyszłości.
  19. Są to dwaj rodzeni bracia, Aleksander i Napoleon degli Alberti, którzy po śmierci ojca pokłócili się o dziedzictwo i zamordowali się w bratobójczym pojedynku.
  20. W podaniach o rycerzach Okrągłego stołu jest mowa o tem, jak Mordred sfałszowanym listem chciał pozyskać żonę króla Artura; ten przebił zdrajcę.
  21. Pistojczyk z rodu Concellierich; odciął rękę stryjecznemu bratu swemu, a potem zamordował jego ojca.
  22. Przez chciwość zabił swojego synowca; za tę zbrodnię tarzano go po ulicach Florencyi w beczce, potem ścięto.
  23. Camiccione zamordował zdradnie swojego krewniaka. Carlino, z tej samej francuskiej rodziny Pazzich, zdradził stronnictwo Białych i wydał Czarnym zamek Piano di Trevigne w roku 1302, a więc Camiccione mówi tu o Carlinie jako o zdrajcy w przyszłości.
  24. Hrabia Ugolino przywłaszczył był sobie rządy nad Pizą. Arcybiskup Ruggieri, powodowany zawiścią, oskarżył go o zdradliwe zamiary i, dobrawszy sobie do pomocy kilku panów (Gualandi, Sismondi, Lanfranchi), uwięził i wraz z dwoma synami i wnukami zamknął w wieży, a klucze od niej po jakimś czasie wrzucił do Arno. Uwięzieni wszyscy pomarli z głodu. Było to w r. 1288.
  25. Góra Giulliano, wznosząca się między Pizą i Lukką.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dante Alighieri i tłumaczy: Adam Asnyk, Felicjan Faleński.