Bez przewodnika/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Bez przewodnika
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1908
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV.

— Co teraz będzie?
Tadzio milczał zamyślony.
— No, mów, radź, odezwij się, co zrobimy? — wołał Janek, niecierpliwie chodząc po pokoju. — Licho wie, gdzie ich szukać. Zdaje się, że były, ale gdzie poszły dzisiaj? Czy wrócą tu jeszcze? Czy wprost do Zakopanego? Mieszkania nie zamówiły i szukaj wiatru w lesie! No, cóż? Czyś zaniemówił?
— Cóż ja ci poradzę? — odezwał się wreszcie Tadzio. — Prawdę mówiąc, w tej chwili tak mi dobrze, tak miło, żem zobaczył znowu to czarodziejskie miejsce, iż nie żałuję niczego, niczego, nawet tego, że ich tu niema.
— Niedołęstwo — szepnął Janek, wzruszając ramionami.
— Przyznaj, Janku, że i ty rad jesteś z tej wycieczki?
— Rad jesteś! No, rad jestem; ale co teraz dalej? Ojciec czeka, stryj czeka, a my tu jak głupcy w lesie. I żebyśmy wiedzieli chociaż, gdzie ich szukać. Ale skąd? Nikt nic nie wie.
— Ślimak mówił, że jutro wrócić mają z wycieczki.
— Mówił, mówił, ale czy wrócą? Niecierpię takiej niepewności, niech raz wiem, co mam robić i na czem się to skończy.
— Ja myślę, że musimy jutro wracać.
— Ty myślisz, ty zawsze myślisz, ty tylko myśleć umiesz! I poco powrócimy, jeśli ich w domu niema? A kto wie, gdzie poszły dalej? Może na węgierską stronę? Może za tydzień wrócą? A my lećmy z powrotem na złamanie karku, żeby się dowiedzieć wkońcu, że o paniach nic nie wiadomo. Niechbym wiedział przynajmniej, że wrócą za trzy dni, tobym poszedł na Rysy, na Mięguszowieckie i byłbym jeszcze na czas, a tak...
— To wiesz, Janku, idź z Felkiem na Rysy, a ja sam wrócę jutro i będę pilnował. Bo ktoś powrócić musi, a jeśli masz ochotę należeć do tej wycieczki, to zostań. Zdążysz jeszcze w sobotę.
Janek spojrzał na brata, chciał coś odpowiedzieć, ale tylko ruszył ramionami i milcząc, rzucił się na łóżko.
Na drugi dzień wstał pierwszy. Właśnie słońce wzeszło, różowe chmurki unosiły się ponad jeziorem, które leżało ciche i majestatyczne, wielkie i poważne pod strażą olbrzymów.
Janek obudził brata.
— Patrz — rzekł z płonącym wzrokiem.
Obaj wyszli co prędzej i długo patrzyli na ciche fale i błękitną głębię, w której z dziwną wyrazistością odbijały się otaczające ją góry.
— I wracamy — rzekł wreszcie.
Tadzio zabrał resztę rzeczy. Wkrótce opuścili hotel.
— Powracamy przez Liljowe.
— Przez Liljowe? Znasz drogę?
— Nie myślę wiecznie chodzić tą samą drogą. Mam Eljasza i dam sobie radę? A cóż nam się stać może? Ludzi pełno wszędzie, gdybyśmy zbłądzili; zresztą Eljasz wystarczy.
— Wiesz, Janku, jabym radził...
— Nie pytam cię teraz o radę. Chodźmy stąd jak najprędzej, bo chcę uniknąć pytań Felka, Ańdzi i t. d. Skoro będziemy sami i wolni od towarzystwa, przeczytamy uważnie, którędy iść trzeba, a tymczasem aby z hotelu!...
— Aby pogoda była — zauważył Tadzio. — Patrz, jakie białe chmury snują się po górach.
— To suha mgła — dał się słyszeć obok głos górala — z tego deszczu nie będzie.
— Widzisz — zawołał Janek. — Chodźmy tylko.
Suha mgła tego ranka zasnuła dolinę w niezwykłej obfitości, strzępy jej porwane czepiały się po skałach i gałęziach świerków, a niekiedy przejrzystemi mgławicami spływały między drzewa aż ku ziemi, zasłaniając na chwilę widok.
— Słońce to wszystko rozproszy, gdy się podniesie wyżej — zrobił uwagę Janek.
Tadzio nic nie mówił. Skręcili w dolinę koło Miedzianego, podług Eljasza tędy właśnie droga.
Słońce jednak widocznie miało też kłopot z mgłą suhą, bo napływała zewsząd coraz większymi kłębami, wiła się, snuła, staczała, pękała i znów zrastała w jedną nieprzejrzaną masę, coraz grubszą, ciemniejszą.
— Janku, boję się deszczu — odezwał się Tadzio nieśmiało, przedzierając się przez kosówkę.
— Deszczu się boisz? No, to mi nowina: nie wiedziałem, żeś z cukru.
— Ale nie znamy drogi.
— To sobie przeczytamy.
— Kiedy nic poznać nie można. Widzisz jakie szczyty? Nic nie widać; w jakiż sposób będziemy się orjentowali?
Janek uważnie spojrzał dookoła. Istotnie, zalewało ich morze mgły zewsząd. I nic nie było widać, nawet droga kończyła się o kilka kroków.
— Musimy tu przeczekać — odezwał się głośno. — Jesteśmy w chmurze, ale chmura minie i znów słońce zaświeci. Usiądźmy tymczasem, masz co jeść?
— Mam butelkę wina, trochę szynki i chleba. Myślałem, że w Roztoce zjemy porcję jajecznicy.
— Trzeba było nie myśleć, tylko zabrać więcej zapasów.
Tadzio w pokorze wysłuchał nagany.
— Dajno chociaż Eljasza.
Tadzio podał książkę.
— Zdaje się, idziemy dobrze; doliną za Mnichem powinniśmy dojść prosto do Wrót Chałubińskiego, poznamy je z opisu, żeby tylko mgła się rozeszła.
Usiedli na kosówce, z mimowolną trwogą patrząc na zbliżające się ku nim bałwany chmur; wkrótce zaledwie mogli widzieć jeden drugiego.
— To minie — pocieszał Janek.
Istotnie, po dłuższej chwili mgła zaczęła przeświecać, podnosić się w górę, ujrzeli znowu najbliższe kamienie, świerki, lecz dalsze plany zlewały się całkiem z szarem, bezbarwnem niebem. Deszcz drobny padać zaczął.
— Wróćmy się — szepnął Tadzio.
Janek zmarszczył czoło.
— Do Morskiego?
— Chodźmy drogą ku Roztoce. Znamy ją.
— Kiedy się boisz — zaczął Janek po namyśle.
I niechętnie iść zaczął drogą, którą przyszli. Deszcz padał coraz większy, serdaki przemokły im wkrótce, obuwie rozmiękło także, ruch rozgrzewał ich jednak. Młodość niewiele robi sobie z niepogody, to też zaczęli śpiewać dla dodania sobie humoru:

Wysokieście góry, wysokieście szczyty,
Oj, kto was przewędrował? — góral rodowity.

— Nie pamiętam, która droga: w prawo czy na lewo?

— W prawo — zdecydował Janek.
— Powinniśmy już widzieć Mnicha.
— Co dziś w tej mgle zobaczysz?
— Żeby tylko gdzie Zosi nie zaskoczyła w górach.
Janek spojrzał na brata zsuniętemi brwiami, ale rozpogodził się zaraz.
— Mają przewodnika, — rzekł uspokojony.
— To prawda, ale zmoknie.
— Deszcz tatrzański nie szkodzi, nie dostanie nawet kataru.
— Patrzno, Janku, z tej góry nie schodziliśmy przecież?
— Tak ci się zdaje? — Musieliśmy ją obejść.
— To może inna droga?
— Przez tę mgłę wszystko się zmienia, ale szliśmy tędy napeweno.
— Nie przypominam sobie — szepnął Tadzio.
— Ostrożnie, bo ślizko bardzo, po korzeniach nie stą...
Tadzio skamieniał: Janek krzyknął krótko i zsunął się jak kamień po wilgotnej ziemi, na szczęście niedaleko, lecz prosto w kałużę.
— Wróćmy się — zaczął Tadzio, wzruszony stanem garderoby brata. — To nie ta droga, zbłądziliśmy.
— Więc prowadź.
Wkrótce wiedzieli obaj, że zbłądzili: szli jakąś drogą, zupełnie nieznaną, zalaną wodą w miejscach równych, na pochyłości pokrytą grubym, ostrym żwirem, który zsuwał się razem z nimi. Rozmiękłe i pokrzywione obuwie dokuczało im bardzo, deszcz przemoczył ubranie do bielizny, a droga jak zaklęta wiła się bez końca.
Janek ustał nakoniec, oparł się o drzewo, z którego popłynęły nań strumienie wody i przymknął oczy.
— Napij się wina — rzekł Tadzio, podając mu butelkę.
Pił chciwie, długo. Wreszcie podał ją bratu.
— A ty nie pijesz?
— Nie jestem spragniony.
— Cóż poczniemy?
— Która godzina?...
— Wpół do drugiej.
— Przeszło sześć godzin idziemy.
— Aby gdzie zajść przed nocą. Zimno będzie.
Wstrząsnął się, przejęty dreszczem.
— Jesteśmy na ścieżce, więc musi nas gdzieś doprowadzić.
— Masz słuszność — zawołał Janek — póki jesteśmy na ścieżce, niema powodu rozpaczać, wyjdziemy choć na jaką halę czy schronisko.
— Byle przed nocą — dodał Tadzio.
— Do nocy daleko. Posilimy się i odpoczniemy, to nam i siły wrócą.
Na nieszczęście niewiele było tego posiłku: trochę szynki i chleba głód zaspokoiło, ale niezbyt gruntownie, a zapasu już nie zostało żadnego. Popili po łyku wina, żeby mieć trochę na rozgrzanie, bo przez wilgotną odzież chłód czuli coraz dotkliwszy.
— W którymkolwiek idziemy kierunku — odezwał się Janek — zrobiliśmy porządny kawał drogi i musimy być blizko jakiejś ludzkiej osady. Chodźmy tylko, bo zimno.
I szli wytrwale, nie zważając na kamienie, brnąc przez kałuże, zsuwając się po pochyłościach lub wdzierając na strome skały. Aby prędzej. To tylko bieda, że droga dość często dzieliła się na ścieżki, i wybieraj, którą wolisz! To znowu zdawało się, że już noc zapada, tak ciężkie chmury przesuwały się nad ich głowami. Ani widać słońca.
— Która godzina? — dopytywał Tadzio.
— Piąta dochodzi.
Milczeli obydwaj. Myśl, że mogą przepędzić noc pod gołem niebem, bez ognia, bez okrycia ciepłego, na deszczu, zaczęła ich poważnie niepokoić. Droga niby zaklęta ciągnie się i ciągnie, przez lasy, z góry na dół i z dołu do góry, i końca niema. Idą tyle godzin i nie wiedzą, gdzie zaszli. Czują ogromne zmęczenie, a co najgorsza — wzajemną obawę o siebie: Tadzio taki delikatny, zaziębi się napewno, skoro tylko iść przestanie. A nogi zaczynają odmawiać już posłuszeństwa, — i jak iść zresztą wśród ciemności? Chyba prosto w przepaść.
Tadzio znów drży o Janka. Chorował niedawno na zapalenie oskrzeli, co to będzie? co to będzie? Nie osobliwość w nocy spotkać i niedźwiedzia, a zapałek nawet z sobą nie wzięli. Po prostu rozpacz!
— Która godzina, Janku?
— Trzy na siódmą.
— Słońce około 9 zachodzi.
— Nie w górach i nie w dzień pochmurny.
Istotnie, w pół godziny później zrobiło się prawie ciemno. Z każdą chwilą wolniej mogli posuwać się naprzód, widoczne było, że wkrótce stanie się to niepodobieństwem.
— Masz wino? — spytał Janek. — Napij się troszeczkę.
— Nie mogę, mam wstręt do wina.
— Rozgrzejesz się.
— Nie czuję zimna.
— To daj mnie, ja się napiję, wiatr taki chłodny, że ubranie pod nim sztywnieje. Nie mam pojęcia, jak przepędzimy noc bez ognia.
— Żeby choć deszcz nie padał.
Mżyło jednak ciągle, a mgła lekka przybierała fantastyczne kształty. Chłopcy nie śmieli stanąć, czuli, że ruch to ich jedyny ratunek, ale drogę zgubili dawno. Szli, aby nie stać.
Nagle Janek ryknął jak zwierzę ranione i rzuciwszy się na ziemię, krzyczał z całej piersi.
Tadzio przerażony pochylił się nad nim.
— Co ci jest, Janku? Janku! Ja się boję!
Lecz Janek ryczał, aż mu tchu zabrakło.
— Czy cię co boli?
— Wściekam się, szaleję, ja nie chcę tu nocować!
— To nic nie pomoże.
Janek spojrzał na brata.
— Może kto usłyszeć.
— Niedźwiedź chyba.
Janek podniósł się uspokojony.
— Więc gińmy, bracie — rzekł zmienionym głosem. — Przebacz mi, to przeze mnie.
Tadzio wybuchnął płaczem i rzucił się bratu na szyję.
— Nie, nie! — zawołał — nie możemy zginąć! Bóg jest dobry, jest miłosierny. Nie chodzi mi o siebie, ale mama, Zosia, ojciec nasz drogi! Nie, Bóg nie pozwoli. Napij się wina, to cię rozgrzeje, skaczmy, ruszajmy się; a potem noc krótka, zaświta może słońce. Nie zginiemy, Janku, nie, nie zginiemy, Pan Bóg nie pozwoli! Co to?
Krzyknął nagle i chwycił mocno rękę brata. — Co to? — powtórzył, ukazując w dali blask jakiś niewyraźny, czerwony i mglisty, niby ogień czy światło. Janek ujrzał je także.
— Bóg miłosierny — szepnął drżącemi ustami.
Światło jednak szczególne przybierało kształty: znikało, gasło, wybuchało znowu, strzelało, słało się po ziemi i niby uciekało. Szli teraz wytrwale, a ono wciąż daleko.
Nakoniec wyraźnie widać postacie ludzkie: ogień się pali na ziemi, a ludzie wkoło dziwne wyprawiają skoki. Jeden przystanął, ujął się pod boki i huknął góralskim śpiewem, w którym trudno rozróżnić słowa:

Uczyła mnie matka śpiewać i tańcować,
A ojciec mnie uczył wziąć i dobrze schować, hu, ha!

— Rozbójnicy! — szepnął Tadzio.
Ale Janek potrząsnął głową. Górali dwóch tylko było i dwóch »gości« w serdakach i zakopiańskich beretach. Widocznie odpoczywające towarzystwo.
— Niech będzie pochwalony!
Zwrócono się ku nim.
— Gdzie jesteśmy? — spytał Janek drżącym głosem, podtrzymując zupełnie wyczerpanego z sił Tadzia.
— A za Mnichem, przy Miedzianem. Toć koleba! — dodał góral, wskazując pierwotny jakiś budynek bez okien, przytulony do skały. A z daleka?
— Z Morskiego.
Gromadka skupiła się bliżej.
— Długo szliście? — spytał góral.
— Od rana.
Wybuch śmiechu górali całą był odpowiedzią, lecz nieznajomi zbliżyli się teraz do chłopców.
— Niech panowie wypoczną — rzekł jeden życzliwie. — Może i przenocujemy w tem schronisku mimo niewygód i zimna, bo nie mamy odwagi kończyć drogi po ciemku, choć przewodnicy z nas żartują. Ale panowie zziębli i przemokli, oto pled suchy, serdak. Wacek, dajno nam koniaku!...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.