Beniowski (Sieroszewski, 1935)/XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXIII.

Gdy wepchnięto Beniowskiego do celi więziennej, chwilę stał przy drzwiach, aby oswoić oczy z panującym tam zmrokiem. Więźniowie poznali go natychmiast.
— Beniowski!... Pan Beniowski?... Co się stało!?
— Chodź, chodź!... Dawno czekamy na ciebie... Ale przedtem coś niecoś ofiaruj na majdan... na sierocy nasz majdan więzienny... Bogacz jesteś przecie!...
— Daj czerwońca!... Albo tę kurtkę lisią, w którą odzian jesteś...
Ogromny kozak z twarzą opoja, z wyrwanemi, jak u ostatniego szelmy, nozdrzami zbliżył się do Beniowskiego i ujął poufale za róg jego kaftana. Beniowski dłoń jego z niechęcią odsunął.
— Cóż to, nie znasz prawideł więziennych? Dawnoś to nas porzucił? Co!? — spytał ochrypłym głosem kozak.
— Dajcie mu spokój! Zapłacę za niego, jeżeli nie ma pieniędzy!... — ozwał się cichy głos z pod okna. — Auguście Samuelowiczu, chodźcie tutaj... tu jest miejsce!
Był to Kazarinow. Beniowski ledwie go poznał, tak był się kupiec zmienił, zmarniał i podstarzał. Wahał się chwilkę, lecz na powtórne zaproszenie zbliżył się i przyjął wyciągniętą dłoń.
— Właśnie przed paru godzinami widziałem się z żoną pana — zaczął cicho — cóż, kiedy fortuna kołem się toczy!
— Chciałem to samo powiedzieć: żebraczej torby i więziennej doli nie zarzekaj się!... Cóż, jak tam u mnie w domu? Dzieci czy zdrowe?... Co robią?... Majątek opisali, wiem, wiem... Kątem mieszkają u starego przyjaciela... Może herbaty napijesz się, Auguście Samuelowiczu?... Jeszcze ciepła...
Beniowski zlekka wzdrygnął się.
— No, no!... Nie ta, inna... przyjacielska... Co stare grzechy wspominać!? — I wy byliście przed chwilą u szczytu powodzenia, a teraz tu jesteście... — dodał Kazarinow łagodnie.
— A za co?... Nie wiecie?... — spytał inny z kupki więźniów, siedzących na pryczy bliżej drzwi.
— Nie wiem, potwarz jakaś...
— Wszyscyśmy tu przez potwarz! — uśmiechnął się kozak z wyrwanemi nozdrzami.
— Wiadomo niewinni... przez potwarz! — cieniutko zaśpiewał łysawy, ale młody jaszcze aresztant. — Dziewicza niewinność... oprócz... — słomka tam nie bywała!
— Cicho, Ciotka!... Co ty się tam znasz!
Zaczęły się swary, cyniczne drwiny i śmiechy, które całkowicie pochłonęły uwagę czcigodnego towarzystwa.
Beniowski siedział nieruchomo i pilnie słuchał; bystre oczy jego, utkwione w mur, zdawały się przebijać przeszkody i lecieć daleko, zmarszczone brwi zdradzały natężenie myśli.
— Nasłuchujesz, Auguście Samuelowiczu, nasłuchujesz! To samo było z początku ze mną... Nie wierzyłem, że może się wszystko tak nagle zmienić... A przecie... Pij herbatę, Auguście Samuelowiczu, bo zupełnie wystygnie... Myślałem wciąż, że, oto, za chwilę otworzą się drzwi, przyjdą, powiedzą: wychodź, Timofieju Archipyczu, wracaj do domu, do rodziny, do sklepu i dobytku, gdyż to był tylko brzydki sen-mara... A przecie!... Teraz już wiem, że jestem nędzarzem, teraz już marzę jedynie, jakby się stąd wydostać choć nago, byle cało! Ale to trudno, to bardzo trudno! Jak kogo te kleszcze ułapiły, musi skórę na nich zostawić... Myślałem, że uda mi się przez ciebie, Auguście Samuelowiczu, a, oto, sam tu jesteś!... Czy można spytać zaco?... Jak myślisz?... Skąd to przyszło? Co!? Powiedz!... Może razem coś ułożymy: ręka rękę myje, noga nogę wspiera... — szeptał Kazarinow.
— Wszystko z powodu tej nieszczęsnej zapiski, którą im oddałeś!... — powiedział po krótkiem zastanowieniu się Beniowski.
— Źle. Rzecz sama przez się błaha, gdyby nie to, że sekretarz ma ochotę na tę dziewkę, raczej na jej posag i miejsce po ojcu... On całą rzecz rozdmucha i zrobi zeń, co będzie chciał... Chyba, że mu pan da pieniędzy... Za gotówkę on wszystko odda: i najładniejszą pannę i najlepszą karjerę. On mówi, że jak się ma w ręku grosze, to się ma wszystkie kobiety na wybór, ale jak się ma wszystkie kobiety, to się jeszcze nie ma pieniędzy. Gdyby tak można moją sprawę z pana sprawą połączyć?... Co? Jabym im cały majątek oddał, gdyby mię wypuścili i gdyby mię wysłali choć na jaki rok na Aleuty na poborcę podatków... Właśnie umarł dawny na wyspach Kurylskich... Ale cóż, kiedy z nimi niepodobna się porozumieć... Łatwo wpaść... Nietylko majątek zabiorą ale i życie! Kto ich wie?... Trzeba mieć głowę na karku, aby z nimi gadać... Liczyłem na pana, bo pan mądry, a tymczasem... masz, babo, jarmark! — użalał się kupiec.
Beniowski słuchał go z pewnem roztargnieniem; prawe jego ucho wciąż zwracało się ku oknu. Nagle stamtąd dobiegł dziwny dźwięk, jakby zwady i uderzeń w bramę ostrokołu. Beniowski zerwał się.
— Idą!
Więźniowie również zerwali się ze swych miejsc.
— Kto idzie?... Twoi?... — spytał się kozak z wyrwanemi nozdrzami. — Właź, Beniowski, właź na okno!
Stanął blisko muru, oparł się oń ramieniem i podstawił swe kolano i szerokie plecy Beniowskiemu, jak schody. Beniowski wdrapał się zręcznie i zawisł na kracie u maluchnego, zaciągniętego rybim pęcherzem okienka. Tumult nazewnątrz przycichał, ustały kołatania. Do grubych męskich głosów dołączył się płacz niewieści, poczem wszystko ucichło i odeszło z głuchym łoskotem licznych chrzęszczących na śniegu kroków.
— He, to jakaś podwika!... Dużo ich masz rozsianych po świecie, Beniowski, co? Och, rozkosznik jesteś, czuć to odrazu!... Baby za takim latają jak suki!... — roześmiał się kozak i ruszył ramionami.
Beniowski ześliznął się na ziemię blady i zmieszany. Twarz mu sposępniała, jak chmura; nikt go już nie śmiał zaczepiać; nawet Kazarinow nie odważał się nawiązać przerwanej rozmowy.
Zapadła noc, posnęli więźniowie. Beniowski również wyciągnął się na twardej pryczy, podłożywszy pod głowę litościwie użyczony mu przez Kazarinowa worek; spać wszakże nie mógł. Przed oczyma przesuwały mu się w ciemnościach obrazy tego, co się stać w tym czasie mogło poza murami więzienia. Co znaczył ten krzyk i kołatanie?... Czyżby ta nieszczęsna, śliczna dziewczyna odważyła się aż tutaj pójść za nim?... Boże mój, Boże!... Z cichym jękiem przewrócił się na bok i zakrył twarz dłonią. Dlaczego nie przyszli towarzysze, jak przysięgali?... Wszak przeczytał wyraźną obietnicę w oczach Chruszczowa? Co znaczyło dla pięćdziesięciu nieomal ludzi, uzbrojonych w muszkiety, zdobycie więzienia przy tak lichej załodze?... A jednak nie przyszli!... I nie przyjdą!... Widział zdradę i tchórzostwo, lęgnące się już w wielu sercach...
— Ludzie są słabi... Potrzebna dla zwycięstwa twardość w postanowieniu i szybkość w czynie... Męstwa, widać, nie stać im na długo... Chruszczów jest powolny i ostrożny... Panow... Panow nie wierzy mi! Ach, ten Stiepanow, ten Stiepanow!... Czego on ode mnie chce?... Wciąż czegoś chce?... Co będzie teraz?... Historja z kartką, rozumie się, że głupstwo... Ale za parę dni... wypłyną a może już wypłynęły sprawy, za które będę wisiał! Niema tam głowy... Jedynie strach przede mną, wiara w me powodzenie trzymały ich na wodzy... Dawnoby się między sobą pożarli, wydali jeden drugiego... Niewielu mam przyjaciół! Mogę liczyć na Chruszczowa, na Baturina, na Sybajewa, na Bielskiego... lecz wszyscy oni mało mają determinacji! Winblath zakopał się w chałupie ze swoją Kamczadalką, nosa nigdzie nie pokazuje, z trudem ściągnąć się daje na zebrania... Innych utrzymuje przy mnie nadzieja zysku, łupu, swywoli... Ach, prawda: Kuzniecow, ten wierny, ale co go wiąże ze mną, sam nie wiem!... Zresztą wszystko jedno: teraz wszystko to pęknie i znajdą się oni wszyscy wcześniej czy później tutaj!... Ha, wtedy, stąd spróbujemy...
Usiadł i dotknął ręką oślizgłych zrębów ściany więziennej. Przez malutkie okienko wpadał popielaty świt.
— Dnieje! — pomyślał. — Muszę się wyspać, bo niewiadomo co jutro przyniesie! Wezwą mię pewnie na dopros!...
Przytulił głowę do worka i zamknął oczy. Śniło mu się, że jedzie w Krakowie ulicą Florjańską na czele swych pułków zwycięskich, że pędzi przed sobą stada bydła i wiedzie wozy z żywnością dla oblężonych, że tysiące ludzi wita go radosnemi okrzykami, że z balkonów, z okien i z dachów wieją chorągwie barwne i kobierce, a woddali u wylotu, na skrawku błękitnego nieba czernieje strzelista korona wieży Marjackiej...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— „Miłuję cię ponad wszystko, Maurycy... nie odchodź, nie odchodź!...“ — szepczą usta świeże i purpurowe, jak wiśnie, oczy modre patrzą błagalnie z pod ciemnych rzęs. — „Uniwersał przyszedł... przysięgałem Generalności i Ojczyźnie...“ — „Jeszcze miesiąc, tydzień, dni kilka... Wszak dla mnie ty jeden jesteś na całym świecie, a tam oni mają cały świat... Oni nawet nie poczują twej nieobecności, gdy z twem odejściem zgaśnie tu dla mnie dzień słoneczny!...“ — „Jeżeli zostanę, inny zostanę i ty mnie przestaniesz miłować!...“ — „Nie mówię: nie idź!... mówię: dzień, jeszcze jeden dzień tylko pozostań!...“ — „Jutro trudniej się będzie oderwać, niż dziś... słodkie są pocałunki twoje, Hanno, tak są słodkie!...“ — „Słodkie są, bo niewiadomo, czy się powtórzą!...“ — „Ludzkich rzeczy los! Kto trwałości ich dobija się, oddaje się im w niewolę...“ — „Słodka niewola, po stokroć razy słodsza od samotnej wolności...“

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Wstawaj, Beniowski, wstawaj!... Przynieśli ci chleb i wody gorącej na herbatę, a że jej nie masz, więc zaparzyłem podwójną porcję w swoim imbryczku!... — budził Beniowskiego Kazarinow.
Podniósł się Beniowski, poprawił starganą we śnie odzież, rozczesał włosy palcami i spojrzał badawczo na szare postacie towarzyszy więziennych.
Wzrok jego zatrzymał się dłużej na pełnej zwierzęcej mocy postaci kozaka z wyrwanemi nozdrzami. Ten poczuł jego spojrzenie i zwrócił nań oczy siwe, śmiałe i zimne jak połysk topora.
— Co? Nie idą?... Ha!... Ech, panie Beniowski, poszedłbym ja do pana na służbę, służyłbym, wysługiwał się wiernie, ale...
Wstrząs! kudłatą głową i zanucił z początku cicho ochrypłym głosem:

Chyże stopy w pętach łańcuchów,
U wrót wszędzie stoją żołnierze,
Niema wyjścia dla śmiałych zuchów,
Niema przejścia przez te rubieże...
Hej, nadpłyńcie, chmury gradowe,
I rozbijcie turmy darniowe!...

Pod koniec głos jego grzmiał, jak burza; wszyscy słuchali z przejęciem i ciekawością. Wtem zachrobotały zawory u głównych drzwi, wionęło zimnem powietrzem, zastukały kolby muszkietów o podłogę. Chwilę potem nadzorca otworzył celę i zawołał gromkim głosem:
— Beniowski, wychodź!...
— Pewnie do lochu, do katowni!... Niech cię Bóg ma w swej pieczy!... — szepnął Kazarinow.
Beniowski wyprostował się dumnie i wyszedł; zdumiał się wszakże do tego stopnia, że wpół drogi przystanął, gdy na schodach więziennej przyciesi spostrzegł stojącą w słońcu i błękicie Nastazję, a za nią samą panią Niłowową.
— Chodź, chodź, Auguście Samuelowiczu!... Czekamy!... Śpiesz się, bo zimno!...
Beniowski nie ruszał się, przejęty wyrazem twarzy dziewczyny i widokiem łez, płynących z jej wpatrzonych w niego oczu gwiaździstych.
Nawet zrobił ruch, jak gdyby chciał się cofnąć, ale klucznik i żołnierze popychali go ztyłu.
— Już się wszystko ułożyło... Iwan Piotrowicz wie, że madrygał pisał Stiepanow... — gadała Niłowowa, patrząc ze wzruszeniem na więźnia i córkę.
— Jakto?... Więc Stiepanow aresztowany?... — spytał z przerażeniem Beniowski.
— Ależ nie!... Całkiem inaczej... Wszystko dobrze, pocałuj-że ją, narzeczoną swoją!
Beniowski wahał się, lecz dziewczyna, popchnięta przez matkę, już była koło niego i podniosła ku niemu zapłonioną twarz. Pobladł, pochylił się ku niej, objął i musnął po świeżej twarzy ustami.
Całą drogę do fortecy i mieszkania Niłowowych opowiadała zacna Marta Karłowna przebieg wypadków; jak Nastka, dowiedziawszy się o jego aresztowaniu, postradała zmysły i, jak stała, w jednym sarafanie, pobiegła do więzienia, jak łomotała we wrota, żądając, żeby ją również zamknięto; jak z trudem i wielkiem zgorszeniem udało się nareszcie ją stamtąd uprowadzić; jak przyszedł Chruszczów i poradził, żeby wskazać na Stiepanowa, że chłopak gotów jest odpokutować za swe przewinienie; jak bardzo gniewał się i wytrząsał pięściami na Chruszczowa, na nią i na córkę Iwan Piotrowicz, aż wreszcie zmiłował się, więcej nawet, bo pogodził się z koniecznością marjażu... Cała trudność teraz, jak skłonić sekretarza, żeby odnalazł co prędzej paragraf prawa pozwalający na ułaskawienie jego, Beniowskiego, i przywrócenie mu wolności, nie czekając na odpowiedź z Petersburga, bo jako skazaniec bezprawny nie może przecie jej poślubić! Trzeba go zjednać sobie i skłonić, aby napisał niezwłocznie od siebie odpowiednie urzędowe podanie...
Beniowski słuchał wszystkiego uważnie, prowadząc za rękę Nastazję. Na ganeczku spotkała ich Mironowna, Adelajda, Marta, Grześ i Chruszczow.
Beniowski zamienił z ostatnim znaczące spojrzenie i poszedł do naczelnika dziękować mu za uwolnienie. Stary siedział na swym stolcu przed stołem z nadpitym sporo już gąsiorkiem wódki i pełną jej czarką. Przywitał Beniowskiego dość kwaśno, a gdy ten z Nastazją padli mu do nóg, odepchnął ich zlekka, mrucząc:
— Och, och! Zgubicie wy mnie, wcześniej czy później zgubicie!...
Poczem Beniowski poprosił o pozwolenie udania się natychmiast do domu, aby mógł się przebrać i oczyścić z więziennego niechlujstwa; lecz pani Niłowowa nie zgodziła się na to.
— Musisz przedtem zjeść obiad, a umyć się to i tutaj możesz, bo już przecież jesteś tak jakby nasz syn!...
Pojechał więc Chruszczow sam do wioski z radosną nowiną.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.