Bem (Gąsiorowski, 1927)/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Gąsiorowski
Tytuł Bem
Podtytuł Powieść historyczna z XIX w.
Wydawca Dom Książki Polskiej
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XVI.

Nazajutrz, ledwie brzask rozproszył cienie nocy, w obozie Turny zagrały przytłumione pobudki. Żołnierze porwali się na nogi. Ruch zawrzał gorączkowy. Koniom dodatkowe założono obroki. Szeregowcom podwójne rozdano racje, napełniono im manierki. Starszyzna oficerska ostatnie odebrała rozkazy.
Plan Turny ściśle trzymał się rozporządzeń dowódzcy korpusu. Więc Turno ze strzelcami pieszymi i konnymi, trzema szwadronami krakusów i ośmiu działami Bema, miał iść wprost na Przytoczno i zaatakować Rüdigera z frontu. Pułkownik Zielonka z resztą strzelców konnych, ułanami i batalionem piechoty, powinien był stać pod bronią w Budziskach, czuwać na rozstaju a stanowić rerezerwę Tumy.
O wschodzie słońca dywizja Turny dźwignęła się i jęła zanurzać się w poszycie budziskiego lasu.
Turno był pełen dobrej myśli. Złowróżebna relacja Bema, która generała o noc bezsenną przyprawiła, znikła. Sztafeta z kwatery Jankowskiego przywiózł Turnie na dzień dobry nietylko uspokojenie, lecz i wiadomość, że Bukowski jest już w Poizdowie, że Ramorino nadchodzi z przeciwnej strony.
I Turno aż żal miał w duchu do Bema. Dobry żołnierz, bystry, zdolny, ale i dziwak i rygorzysta. Sztab Jankowskiego wzorowym nie jest. Jankowski, gdy zdrów, to i do zbytku przez szpary na nieład pogląda woli sam raport wykaligrafować, niż skrybę sztabowego za niedbalstwo zekpać. Dopieroż teraz, gdy poczciwemu panu Antoniemu reumatyzm doskwiera, gdy sławetny pan Franciszek rządzi się, jak szara gęś! — Nie tak być powinno. — Do badów mu było raczej, niż na dowództwo po Umińskim. Ale tym razem niema szkody. Rüdigera, choć i ze swoich puchów, Jankowski dosięgnie bodaj tem lepiej, że mu brak zapalczywości Umińskiego, że każdy mu rad, że nikt na zacnego pana Antoniego skrzywićby się nie umiał.
Gdy tak pogodnemi myślami hołubił się dowódzca przodowniczej dywizji polskiej — Rüdiger podczas przez ognie przechodził niepokoju i gorączki i to w zgoła odmiennych warunkach niż Turno.
Rüdiger bowiem, do wieczora poprzedniego dnia, był przekonany, że ma przed sobą Ramorina i że nazajutrz, bez wysiłku, zmusi go do odwrotu. Pochwyceni przez rekonesanse jeńcy prawili coś o wojsku, które od Adamowa ciągnie, lecz Rüdiger się tem nie przejmował. Aliści, pod noc, patrole generała Płachowa, przyprowadziły bryczkę z tak niezwykłym ładunkiem, że Rüdiger kazał obóz alarmować...
Wiadomości były dokładne. Rüdiger był otoczony! Nawet o umknięciu za Wieprz roić nie mógł, bo rozkład wojsk polskich mówił, że Chrzanowski z Zamościa już do Lubartowa nadchodzi.
Pogrom, pogrom niechybny zawisł nad zwycięzcą z pod Boremla. On, który zdołał Dwernickiego usidlić, wyprzeć za austrjacką granicę i na rozbrojenie skazać, on, który za najsprawniejszego z taktyków uchodził, dał oto pojmać się w kleszcze, niby generalik salonowy, nowicjusz.
I Rüdiger zębami zgrzytnął i chwycił się desperackiego, rozpaczliwego planu, którego jedynym celem jedyną myślą przewodnią było nie uledz bez walki, bez zapasów, ocalić choćby dywizję, choćby sławy odrobinę uratować.
Po północy Rüdiger wydał rozkazy. Na żer dla Turny miał iść Dawydow, w trzy tysiące, drogą do Budzisk. Stary Ricord z pieciuset ludźmi skazany był na obronę mostów, taboru i zgubę niechybną. Płachowo z dragonami i półbaterją wysłany był między Milberga i Bukowskiego na straconą pozycję ku Rudzie. A sam Rüdiger z pięcioma tysiącami zawrócił na Charlejów, aby sposobności patrzeć i bądź ku Budziskom się rzucić, bądź na Rudę się salwować.
Z tych gwałtownych zarządzeń wynikło, że ledwie Turno dosięgnął krańca lasu budziskiego, już szpica kolumny jego starła się z przednią strażą Dawydowa.
Bitwa się rozpoczęła, zajadła, gorąca.
Dawydow gwałtownie następował, lecz jeszcze gwałtowniej nacierał Turno. Łańcuchy tyraljerów polskich, w godzinę niespełna, wyparły z zagajników strzelców rosyjskich. Armaty Bema zdemontowały dwa działa nieprzyjacielowi, i przewagą ośmiu paszcz nad czterema, coraz śmiertelniejsze zadawały ciosy. Dwudziesty pułk Smirnowa chwiał się, szlusował z wysiłkiem rzednące szeregi, topniał.
Turno już czyhał, aby kawalerji zażyć, gdy, naraz, na salwę armat Bema odpowiedziało hen, w oddali, trzykroć pomnożone echo...
Turno dopadł Bema, lecz, nim zagadnąć zdołał, za lasami, już bez zewu baterji polskiej, huknęły armaty.
— Pułkowniku — słyszysz?
— Bitwa za nami, generale! Zielonkę atakują! Najmniej trzy pełne baterje...
Turno zakrzyknął na adjutantów. Tarabany zadudniły. Chrapliwe dźwięki trąbek zwinęły linję kawalerji.
Dywizja jęła się cofał a cofając się szczerzyć lufy karabinów ku następującemu coraz śmielej Dawydowowi.
Las budziski utrudniał temu ostatniemu atak. Dwie armaty Bema, które pułkownik na tyłach kolumny wiódł a co kilka stajań odprzodkowywał, omiatały raz za razem drogę z nieprzyjaciela. Tyraljerzy zaś, bokami, krok za krokiem o każde drzewo się spierali. Kule karabinowe łomotały po pniach, sypały igłami sosen, jodeł i świerków, pruszyły murszem, wypryskiwały korę, utrącały gałęzie, nie czyniąc znaczniejszej szkody ani ściganym, ani nacierającym.
Turno podczas łudził się, że to Bukowski naparł jakowyś znaczniejszy oddział Rüdigera i prze go na Budziska. Złudzenie Turny krótko trwało. Wysłany rekonesans wrócił z wiadomością, że ćma nieprzyjaciół debuszuje od Charlejowa na otoczenie Zielonki.
Turno wysłał do Bema adjutanta, by wziął dowództwo odwrotu, a sam przed trzy szwadrony strzelców konnych gwardji się wysunął, pałaszem łysnął i porwał ich za sobą.
Strzelcy ruszyli wyciągniętym kłusem.
Turno cwałował na czele ze wzrokiem utkwionym w dal rzedniejącego lasu. Aż raptem ze skraju, ponad krzami poszycia, wychynął doń grzebień bagnetów. Generał zebrał cugle i ku trębaczom huknął. Zachrypiał sygnał na dobycie pałaszy. Szwadrony zalśniły stalą.
— Naprzód — arsz — arsz!
— Aarsz — w koń — wrzasnęły komendy oficerów.
Szwadrony zaszamotały się i runęły, jak huragan. Czatująca na gołoborzu podleśnem, piechota Rüdigera plunęła salwą, utrąciła kilku z pierwszego plutonu, lecz nim zdążyła odgryźć nowe ładunki, a naboje zastemplować, już Turno wpadł w jej środek, już sztychem majora zwalił, już strzelcy konni, za przykładem generała spiętrzyli się nad piechotą, niby rzeka na grobli, i wpadli na kanonierów rosyjskich, którzy na Zielonkę bluzgali kartaczami.
Zawadjacka, szalona szarża Turny zmięszała Rüdigera, zdziesiątkowała mu jeden batalion lecz krótką święciła przewagę. Na ratunek kanonierom pospieszyło sześć szwadronów wyborowej dragonji i nowy batalion piechoty.
Strzelcy Turny jęli cofać się, uchodzić ku lasowi, dokąd wzywały ich trąbki, a skąd już armaty Bema się ozwały.
Bitwa teraz zawrzała potrójna.
Od strony Serokomli walczyła rezerwa pod Zielonką z jedną dywizją Rüdigera. Turno zaś, na dwa fronty stawiąc czoło, trzymał i Dawydowa i główny korpus Rüdigera i czynił daremne wysiłki ku połączeniu się z Zielonką.
Dwie godziny Turno opierał się Rüdigerowi, przez dwie godziny trzytysięczny korpusik z półbaterją artylerji mocował się z dziesięcioma tysiącami, przez dwie godziny Turno z minuty na minutę spodziewał się, iż, lada sekunda, na trakcie do Kocka, na tyłach Dawydowa, z poza garbów pól serokomelskich za furkoczą ułańskie chorągiewki i nadchodzącym kolumnom piechoty polskiej drogę do zwycięstwa utorują, że Rüdiger, opasany zewsząd, na krzyżowy ogień wzięty, kurhanem zalegnie na tych samych łąkach.
I Turno, dla przyspieszenia tego momentu, słał ordynansa za ordynansem, sztafetę za sztafetą do Bukowskiego, do Ramorina, do Jankowskiego, do Milberga. A sam, otuchy pełen, przykładem świecił, docierał do zagrożonych stanowisk, szarżami się oganiał, sam je wiódł.
Zadufanie generała i żołnierzów przejęło. Okrzyki zapału sekundowały dudnieniu tarabanów i graniu trąbek. Wycie armat zdało im się godzinę chwały wybijać. Szli, trwali, pędzili plutonami na pułki, dywizje batalionami straszyli — ich bo wygrana była, ich odwet za Ostrołękę, bo już... już idą posiłki, idą całe brygady polskie! Niechże nygusy, guzdrały poznają, ile druga dywizja namłócić umiała, niechże wiedzą, iż gdzie gwardjackie orzą pułki, tam pospolitakom, liniowcom, partyzantom, rekrutom w mundury zaszytym, aby do gotowego przyjść, aby się krzynę w sobie zebrać i zawiwatować.
Mijały godziny. Szeregi Turny rzedły. — Zielonka coraz słabiej się odzywał... Dawydow wyciągał ramię lewe, lewe podawał mu Rüdiger.
Turnie, stojącemu przy armatach Bema, luneta zadrżała w ręku, Dwa pułki piechoty szły bokiem ku lasowi...
— Pułkowniku! — Otoczą nas! Patrz!
Bem chwycił lunetę.
— Ani chybi!
— Bukowski powinien być!...
— Generale! — zakrzyknął adjutant. — Ordynans od Ramorina... nadjeżdża!
Turno szarpnął koniem ku pędzącemu podoficerowi ułanów.
— Dotarłeś!? — Wracasz z Podlodowa!?
Ułan osadził pianą okrytego konia, musnął rękawem po sznurku krwi, co mu się z pod czapy do oczu sączył i, chwyciwszy powietrza zaraportował chrapliwie:
— Generał Ramorino wyciągnął do Okrzei!
Turno zatrząsł się ze zgrozy.
— To nie może być! Ramorino! Łżesz, nie dotarłeś...
— Dotarłem, generale — żywego ducha w Podlodowie!
Turno zwrócił się do Bema:
— Słyszysz, pułkowniku! Ramorino uszedł!
— Proszę o szwadron strzelców konnych. Z dwiema armatami pójdę. — Inaczej otoczą.
— Nie przedrzesz się.
— Wytrzymam.
— Jeżeli zdołasz, do Bukowskiego szlij!
Bem w okamgnieniu sprzągł dwie armaty, szwadronem strzelców je osłonił i ruszył z kopyta skrajem leśnej rubieży.
Rüdiger gotował się do zadania śmiertelnego ciosu Turnie. Drobny korpusik Zielonki wyparł tyralierami za wieś, i, czterema działami odeń się odgrodziwszy — pchnął brygadę świeżej piechoty ku lasowi, aby Dawydowa wzmocnić i bitwę rozstrzygnąć.
Skutek tego poruszenia był piorunującym. Brygada piechoty, pomimo rozpaczliwych wysiłków Turny, rozczepiła strzelców trzeciego pułku i z nich cały bataljon ogarnęła stalowym pierścieniem...
Rüdiger ku dragonom swoim skoczył. Jeszcze szarża kawalerji i zwycięstwo niechybne, jeden z czterech napastników rozbity. Gdy, naraz, generałowi rosyjskiemu dano znać, iż na drodze od Serokomli ukazała się kolumna kawalerji... Rüdiger stropił się. Tumie nadchodziły posiłki! — Dla upewnienia się, dywizjom dragonów, gotowych do szarży, wrócił i na spotkanie kolumny wyprawił.
Dragoni pokłusowali, a zobaczywszy raptem oddział konnych strzelców, bez mitręgi rzucili się do ataku.
Rüdiger z zadowoleniem poglądał w lunetę, jak dragoni szli wyciągniętego galopa, jak staczali się z pochyłego traktu ku strzelcom...
Wtem, gdy dwa kłęby idącej, ku sobie kurzawy miały się zewrzeć i dragońskiego, jako potężniejszego władanie ustanowić — czwórki strzelców otwarły się, pomknęły na boki a równocześnie smuga kartaczy rzygnęła w dragonów...
Dywizjon zbałwanił się, stracił szyk, poplątał, lecz nim konie zedrzeć, opanować zdołał, po dwakroć jeszcze krwią i miazgą żywą bluznął.
Rüdigerowi zaćmiła się w oczach cała dywizja kawalerji z armatami...
Tymczasem był to tylko Bem. On to, śród gradu krzyżujących się kul, dobył się na serokomelski trakt, on to, symulując odsiecz, dwoma działkami rozpoczął zajadłą kanonadę na lewem skrzydle Rüdigera.
Zielonka, na odzew Bema, mocniej natarł. Turno ostatek sił dobył.
Aż Rüdiger uląkł się walki na trzy fronty i kazał trąbić na odwrót, ani wiedząc, ani przypuszczając, że tam, w odmęcie, piechota jego zagarnęła już pół bataljonu polskich strzelców, że Dawydow kawalerję Turny dziesiątkuje, że wygrana na jego, Rüdigera, przechyliła się stronę, że jeno pozostało mu krwawego żniwa dokonać.
I pułki rosyjskie zwierały się, opuszczały stanowiska i cofały w stronę Charlejowa.
Turno mało nie płakał z alteracji, pasji, bezsilności. Nieprzyjaciel uchodził, uprowadzał mu kilkuset niewolnika — a tu nie było ani sił, ani amunicjów, aby ścigać go, aby odbić bodaj zagarniętych. Znikąd odsieczy, znikąd pomocy a przecież on miał być jeno przednią strażą, a przecież jego dywizja miała tylko wciągnąć do bitwy przeciwnika, podać go na cepy Milberga, Bukowskiego i Ramorina.
Ból, żal i rozpacz zagrały w Turnie. Dopadł szczątków szwadronu ułanów, formujących się ociężale pod lasem, zaklął ich i powiódł do szarży...
Konie, spięte ostrogami, rozwarły chrapy, wyciągnęły szyje, zadudniły kopytami... i ustały w połowie drogi.
Równie szalona a może głębsza rozpacz targała Bemem, bo oto w chwili, gdy zastępy Rüdigera odpływały zwartemi wstęgami, gdy dwie armatki pułkownika ostatkiem nabojów goniły — nadjechał porucznik Sierawski z wiadomością, że generał Bukowski z trzema tysiącami był tuż, był o pół mili nie całe, że wysłuchał Sierawskiego i polecił mu oświadczyć, iż trzyma się pilnie odebranych rozkazów.
Bemowi krew zakipiała w żyłach. Bez wahania mlasnął korbaczem po koniu i ruszył sam z ordynansem do Bukowskiego.
Rekonesansem dowodził stary major Wierzchlejski.
Bem doskoczył majora.
— Gdzie generał? Gdzie Bukowski!?
— Za tym folwarkiem, od strony Rudy, ciągnie do Serokomli...
— Bitwa przed wami, klęska, nieprzyjaciel uchodzi...
— Bukowski także!
— Jakto, do czarta?
— Od czterach godzin pan generał przysłuchuje się kanonadzie. I nie jej tylko. Płachowo rozbił mu pod bokiem konwój i tabor, co szedł z Kocka, zagarnął! Nic! Rekonesansami się obstawił, aby wiedzieć, czyli rychło ma nogi zbierać!...
— A major tu co?
— A ja, resztą zębów zgrzytam! Hunctwot, nie generał! Dosyć mam psiapary!... Obwiesia!... Jechał sęk cały rekonesans! — Za mną! Naprzód!
Wierzchlejski dobył pałasza i swój półszwadronik powiódł ku włóczącym się w oddali szczątkom dymów bitewnych.
Bem pogalopował ku Rudzie, jeszcze ufając, że dość mu będzie do Bukowskiego dotrzeć, aby go skłonić do pościgu, do marszu na Rüdigera.
Pułkownik bowiem widział w tem ociąganiu się generała jedno z tych fatalnych nieporozumień, które najlepsze intencje marnuje, które umie być klątwą najczujniejszych planów. Domyślał się winy sztabu Jankowskiego, niedołęstwa dowódzcy wyprawy, ale nie wątpił o uczciwości Bukowskiego, o jego dobrej woli. Zgrzeszył niewątpliwie, lecz chyba zbytnią skrupulatnością, zbyt ślepem trzymaniem się rozkazów. Nie umiano mu przedstawić położenia. Stało się źle, źle bardzo. Atoli jeszcze nie stracono wszystkiego! Byle teraz Bukowski poszedł w tropy, byle napadł utrudzone bitwą wojsko, byle teraz Różycki, Milberg, dźwignęli się, cha, to jeszcze Rüdiger cało nie ujdzie.
Za folwarkiem, na drodze, śród płoniących się zbóż, zaniebieszczyły się pasma ułańskich chorągiewek.
Pułkownik mocniej nacisnął konia i dosięgnął niebawem ociężale wlokących się szeregowców. Jakiś oficer, zagadnięty przez Bema o generała, wskazał mu błyszczącą gromadkę jedźców, stojących pod karczmą przydrożną.
Bem zawrócił konia i w kilka chwil osadził go przed Bukowskim.
Pułkownik jednym tchem wyrzucił zwięzły raport o tem, co się stało pod Budziskami, i imieniem Turny zażądał odsieczy.
Nalana, apatyczna twarz generała drgnęła. Bukowski wydął policzki.
— Generał Turno niema prawa wydawać mi rozkazów!
— Ależ, generale, tu nie o starszeństwo idzie, lecz o naprawienie, powetowanie klęski! — Rüdiger cofa się. Nasza dywizja zdziesiątkowana!
— Mam pod bokiem generała Płachowo...
— Dwa tysiące ludzi! — mruknął stojący obok adjutant — lecz bezsilnych, bo Różycki...
— Nie pytam kapitana o zdanie! — oburknął się generał.
— Wzięto nam kilkuset niewolnika, bataljon strzelców zniesiony...
Bukowski zaparł swe matowe oczy na grzywie wierzchowca.
— Hm! To... należy do generała Turno! On odpowiada...
Bemowi wargi pobielały.
— I odpowiedział już, bo przez sześć godzin walczył z cztery kroć silniejszym nieprzyjacielem.
— Winszuję mu chwały!
— Więc generał odmawia pościgu? Odmawia pomocy?!...
Przez chwilę słychać było jeno ponury, monotonny chrzęst i tupot maszerującej leniwie kawalerji.
— Mam obowiązek trzymać się rozkazów... Ponieważ generał Milberg nie wystąpił na linję bojową...
— Więc generał wolisz rejterować! Wolisz zaprzepaścić zwycięstwo! Wolisz...
Bukowski posiniał.
— Jak pan śmiesz do mnie w podobny sposób przemawiać! Jak śmiesz!...
— A jak generał śmiesz dla prywaty...
— Milczeć do stu kul! — zapienił się Bukowski. — Subordynacja do miljon! Ja tu rozkazuję! Aresztować każę!... Sądem polowym rozstrzelam!
Bem głowę wtulił w ramiona, zdało się, iż cuglami szarpnie i na generała się rzuci.
— Rozstrzelasz mnie, mości generale! — syknął groźnie. — Lecz pilnuj się, abyś przedtem nie wisiał!!...
Bukowski ryknął z wciekłości i do adjutantów się zwrócił, aby wzięli pułkownika — lecz adjutanci niby pod ziemię się zapadli...
Bem powrócił do Turny drżący, wzburzony. Lecz tu czekała go cięższa, gorsza nowina od tej, którą wiózł, bo rozkaz cofania się do Okrzei! Więc rozkaz już nieodwołalnego pozostawienia Rüdigera w spokoju, co gorsze rozkaz, będący rzuceniem na łaskę losu Chrzanowskiego.
Turno ręce załamywał. Zielonka klął na czem świat stoi. Starszyzna oficerska pomstowała w głos.
Tego samego dnia, wieczorem, zaledwie generał Jankowski zdołał dobyć się z pojazdu przed karczmą w Okrzei — otoczył go tłum zwarty oficerów rozmaitych stopni, żądając, by poprowadził wojsko na nieprzyjaciela, by zaniechał odwrotu.
Generał stęknął płaczliwie:
— Panowie! Z serca bym rad... Wymawiałem się zaszczytu dowodzenia... Rozkazy przyszły... Co robić — co robić!...
Bitwy chcemy! — Na Rüdigera chcemy! — warknął ponuro tłum.
Jankowskiego febra naszła.
— Rada wojenna, panowie — bełkotał generał trzęsącemi się wargami. — Rada postanowiła! Toll przez Narew — więc musimy Warszawy... musimy... panowie!... Ja sam... pierwszy, krzyż oficerski legji nie za ten... nie za ten...
Tu głos Jankowskiego uwiązi w gardle. Żółta, zeschnięta twarz generała przybrała barwę ziemi.
Ręce jego zaparły się kurczowo o paliki opłotków przed karczemnych.
Przez chwilę słychać były ciężkie sapanie dowódzcy. Tłum milczał, jakby onieśmielony, rozbrojony niemocą, przygnębieniem generała.
Naraz śród oficerów zerwał się chropowaty głos.
— Precz z Bukowskim, precz ze zdrajcami!!
— Pod sąd połowy! — huknęli oficerowie. — Na szablach roznieść Bukowskiego!
Generał zachwiał się.
— Bukowski pod moimi jest rozkazami... Ja odpowiadam — ja... tylko...
— Więc i jego pod sąd!
— Za dywizję Turny! — Za wycięty w pień konwój taboru! — Śmierć sprzedawczykom!
I tłum oficerów zwarł się, zachrzęściał pałaszami i dźwignął się pierścieniem ku generałowi.
Gdy nagle, na tyłach tłumu, rozległo się groźne zawołanie:
— Ani kroku dalej! — Stać!!!
Tłum zawahał się i obejrzał.
— Co to — Kto!? — zaszemrał przeciągle.
— Bem — Bem!
Bem podczas wyrwał się z tłumu i Jankowskiego odeń odgrodził.
— Ani kroku dalej! — zakrzyknął z mocą.
— Sprawiedliwość musi być!!
— Więc nie gwałt! Dość na dziś było jednej hańby! Na miejsca, panowie! Do oddziałów!
Tłum zakołysał się niepewnie. Jeden ze sztabowców ujął generała pod ramię i powiódł w głąb karczmy.
Korpus Jankowskiego ruszył nazajutrz ku Wiśle i ruszył w takim nieładzie, w takiem rozprzężeniu, iż gdyby był Rüdiger nie cofnął się do Łęczny, gdyby, miast troszczyć się o Chrzanowskiego, poszedł w tropy za Jankowskim, niezawodny zgotowałby mu pogrom.
Jeden Turno bowiem wiódł w siakim takim ładzie niedobitki swej dywizji i sznury wozów, wypełnione rannymi. Jeden Turno umiał skłonić oficerów do trzymania marszowego ordynku... Inni nawet nie próbowali kusić się o to...
Na drogach, idących do przeprawy pod Potyczą, wlokły się, śród skwaru i obłoków pyłu, kupy bezładne zmordowanego żołdactwa a hen, w dali, przed nimi pędziły na wyścigi pojazdy dowódzców, bryki sztabowców, kawalkaty adjutantów i oficerów.
A w ślady za ciżbą maruderstwa skradała się żółta, wykrzywiona szyderczo postać zarazy. I za każdą kroplę wody, za sok ożywczego owocu, za głód uciszony, za utulone pragnienie zbierała śmiertelną daninę. Żołnierze padali dziesiątkami. Padali, wili się w konwulsjach i stygli tam, gdzie ich powaliło tchnienie cholery... A który jeno zatoczył się, ten idącym był już obcym, ten już z kompanji, szwadronu był wykreślonym na wieki. Podwajano kroku, byle dalej od tego, co pozostał, byle do Warszawy prędzej...
Do Warszawy pędził Skrzynecki, do Warszawy spieszył i Sierawski i Rybiński, do Warszawy dążyli i Milberg i Bukowski. Imienem Warszawy całe uchodzące krzepiło się wojsko. Jakby Warszawa mogła im była dać odsiecz, jakby Warszawa była niezdobytą warownią, jakby nie oni byli jej obrońcami, lecz ona niezawodną ich tarczą.
Warszawa tymczasem drżała w posadach na wieść o bitwie pod, Budziskami, na wieść o odwrocie Skrzyneckiego, o znów zmarnowanym planie wyprawy.
Pierwszym zwiastunem klęski, był Prądzyński. On to z Siennicy wprost do sejmu trafił z przedłożeniem dokumentu niedołęstwa naczelnego wodza. Sejm nachmurzył się, choć jeszcze nie spodziewał się, by wróżby Prądzyńskiego tak okrutne miały znaleść potwierdzenie.
Aliści, tuż za Skrzyneckim, przybył do Warszawy pierwszy goniec z pod Budziska za nim już w tropy jedna za drugą wieści coraz pełniejsze, coraz gorsze.
Towarzystwo patrjotyczne uderzyło na alarm. Sejm piorunami łysnął. Rząd szukał winowajców. Cała stolica trzęsła się z oburzenia.
Skrzynecki atoli nie dał się zmóc. W odpowiedzi na oskarżenie Prądzyńskiego, oskarżył Jankowskiego i Bukowskiego.
Tak, bo wódz naczelny zgrzeszył tylko zbytkiem ostrożności. Prawda, dał się zwieść Tollowi demonstracją, fortel, symulujący przeprawę, wziął za ruch ku Warszawie! Prawda! stokroć prawda! Jeno w tej prawdzie i dowód, że Toll zaniechał przeprawy dopiero po cofnięciu się Skrzyneckiego z Siennicy! A gdyby był został, gdyby był nie zważał na raport Skarżyńskiego — cha, tego Prądzyński nie dowiedzie, że Toll nie byłby Pragi zaatakował.
Winni!? Są winni! Jankowski nie wykonał planów. Bukowski pospieszył z pomocą Turnie. Milberg winien, sztab korpusu winien. Ramorino winien... I on, Skrzynecki, żąda kary na przestępców, śledztwa, sądu...
Deliberacje były krótkie. Postanowienie zapadło niebawem. I nietylko co do sprawców budziskiej klęski, lecz i co do winnych knowań z nieprzyjacielem...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Gąsiorowski.