Bajka o Żelaznym Wilku/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Bajka o Żelaznym Wilku
Podtytuł z 14 rycinami i winietą okładkowa Jana Rembowskiego
Data wydania 1911
Wydawnictwo Spółka Nakładowa „Książka“
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Ilustrator Jan Rembowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XVIII.

— Ty pilne daj na wszystko baczenie! Córce rozkaż, żeby donosiła ci o każdym kroku, każdym słówku królewny! Pamiętaj, że od tego zależy... życie nasze! — pouczał brata starszy Tatura.
— Życie nasze? — powtórzył ten z trwożliwą ciekawością. Nie śmiał się wszakże pytać więcej, gdyż brat samowładnie rządził wszystkiemi sprawami rodziny i nikogo do swych planów nie dopuszczał.
Wszyscy na dworze czuli, że się coś niezwykłego dzieje, zauważyli posępne zamyślenie starego Króla, częste i obfite łzy Królowej, bladość królewny i narady jej z ojcem, wreszcie srogą chmurność Koronnego Strażnika. Nikt jednak nic napewno nie wiedział i nie śmiał nawet głośno wypowiadać swych domysłów. Tatura ze wścibskiemi nie żartował.
Kiedy jednak pewnego ranka gruchnęła po zamku wieść, że więziony oddawna w lochu ogrodniczek przepiłował kraty i uciekł, kiedy z tego powodu Tatura kazał wziąć na tortury klucznika i powiesić żołnierza, koło którego wartowni znaleziono przewieszony przez ścianę sznur, — nic już nie mogło wstrzymać pokątnych szeptów, gawęd i domysłów... Niewytłumaczony popłoch i trwoga ogarnęły mieszkańców zamku. Na domiar wyjaśniło się, że i Bączuś znikł gdzieś bez śladu.
Żółty z gniewu Tatura sam z tą nowiną udał się do Króla.
— Najjaśniejszy Panie, błazen Waszej Królewskiej Mości, niegodny Bączuś... uciekł wbrew moim wyraźnym rozkazom, zabraniającym komukolwiek opuszczać mury twierdzy!
Król kiwnął głową.
— Ach, tak! Uciekł, powiadasz? Jabym sam uciekł, gdybym miał gdzie...
— Rozkaz był zatwierdzony przez Waszą Królewską Mość i przypieczętowany przez Wielkiego Kanclerza.
— Cóż, widocznie, że on więcej się bał twego gniewu, Mości Wielki Strażniku, niż naszych podpisów!
Tatura świdrował Króla płonącym wzrokiem, lecz Monarcha, półleżąc w fotelu z przymkniętemi oczami, zdawał się tego nie spostrzegać.
— On mógł uciec do Rondla, on mógł nieprzyjacielowi udzielić wskazówek co do liczebności załogi, naszych zapasów, słabych miejsc obronnych... Żadną miarą nie mogę pozwolić, aby ujawniano podobne rzeczy w chwili tak ważnej! Naród mnie polecił obronę Waszej Królewskiej Mości i za całość Jego osoby ja odpowiadam przed państwem!
— Oho, pierwszy raz słyszę! Przecież to ja, zdaje się, powołałem Cię na służbę i mianowałem Wielkim Strażnikiem!
— Wola Waszej Królewskiej Mości jest zawsze wolą narodu! — wstawił chytrze Tatura.
Król uśmiechnął się.
— Dobrze, dobrze! Nie obawiaj się więc, dzielny wojewodo, ani mego starego wesołka, ani nikogo! Nie może ci tu nikt bardzo zaszkodzić... Upił się pewnie Bączuś i stoczył gdzie do rowu lub śpi w krzaku jak zwykle! Za dni parę przekonasz się, że wróci niebawem!
Rzecz prosta, że spokój Króla, który bardzo lubił i troszczył się o swego Bączusia, podniecił bardziej jeszcze podejrzliwość Tatury. — Kryjąc wściekłość pod fałszywym uśmiechem, wyszedł z nizkim ukłonem i niezwłocznie skierował się ku drzwiom, wiodącym na wieżę astrologa. Król w swym pokoju słyszał ciężkie stąpanie rycerza na schodkach i po twarzy monarchy przebiegł bolesny uśmiech.
— Czego Wasza Mość jeszcze chce ode mnie!? Jużem powiedział Królowi! chwili niema spokoju z waszemi sprawami! — biadał płaczliwie uczony, skoro znowu ujrzał przed sobą posępną figurę Tatury.
Ten przyglądał się leżącym na stole rysunkom i namyślał się.
— Chodzi o to, astrologu! — rzekł wreszcie twardo — abyś przepowiednię swą powtórzył bardziej stanowczo i nietylko Królowi, lecz... i żołnierzom, którzy do ciebie z zapytaniem przyjdą! Słyszysz!?
— Żołnierzom!? Taką rzecz!? Poco!? A cóż do tego żołnierzom!? Nie, bez pozwolenia Króla tego nie mogę uczynić! To będzie zdrada... zdrada stanu, jak sam powiedziałeś! Za to głową nałożyć wypadnie!
— Aby tego uniknąć... zobaczysz wcześniej rycerzy niż Króla, zobaczysz ich za chwilę... Co zaś do swej głowy, to uspokój się i spojrzyj tam na mury!
Dydko zerknął lękliwie we wskazanym kierunku i struchlał. Na murach wisiał nieszczęśliwy, skazany z powodu Bączusia wojownik ze związanemi na plecach rękami. Patrząc zawsze na gwiazdy, nie dostrzegł go Dydko dotychczas.
— Dobrze, zrobię, co Wasza Mość każe, ale... ale... za nic nie... nie ręczę!
— Nikt tego od ciebie nie żąda! Proszę zaczekać i zrobić, co mówiłem!
Tatura zszedł do przedsionka i kazał zawołać natychmiast oddanego sobie ciałem i duszą naczelnika straży zamkowej Golenia. Gdy ten zjawił się, kazał mu dobrać dwuch sprytniejszych żołnierzy jako świadków i udać się niezwłocznie do astrologa. Jednocześnie miał znowu długą naradę z bratem w ustronnej komnacie, gdzie mu w krótkich słowach cały swój plan wyłuszczył:
— Należy rozpowszechnić wśród żołnierzy i nawet w całym państwie przepowiednię, jaką mi tylko co uczynił słynny astrolog Dydko Na Słomianych Nóżkach. Gwiazdy nakazują poślubić mi królewnę, a Władcy Północy i Południa przyznać połowę zagrabionego królestwa! Tego chcą gwiazdy... czy słyszysz!? Opieranie się ich wyrokom pociągnie za sobą nieobliczone nieszczęścia na cały naród: mory, głody, nieustanne pożogi i wojny... Uciszyć je może jedynie rychłe zamążpójście królewny, która jest tych nieszczęść powodem... Słyszałeś!? Zapamiętaj sobie dobrze!
— ...która jest tych nieszczęść powodem! A więc niby... Królewna?... Ma oddać swą rękę tobie, bracie?... — powtórzył ze zdumieniem, opuszczając ręce, młodszy Tatura.
— No, tak! Dziwi cię to tak bardzo?
— Nie! Wiem, że godzien jesteś największych w państwie zaszczytów, że śmiało sięgać możesz po najwyższe dostojeństwa, ale... ręka królewny!?
— Cóż takiego? Więc uważasz mię za gorszego od byle pachołka, który wypadkiem mógł zwalić w boju rudobrodego Władcę Wschodu i Zachodu! Przecie Król obiecał ją takiemu zuchowi!? Przecież o mało nie oddał jej... Rondlowi? Gdyby nie wszędobylski wesołek, mogło się łatwo stać podobne nieszczęście... Bądź pewien, że gorsze rządy nie będą niż teraz! Bo czyż nie wiesz, kto właściwie rządzi obecnie?
— Tak, to prawda! — uśmiechnął się młodszy Tatura. — O co... O co ci więc chodzi, bracie!? Wytłumacz wyraźnie, a w lot spełnię!
— Chodzi przedewszystkim o to, aby wszyscy uwierzyli, że grozi im niechybna zguba, jeżeli wyrocznia nie zostanie spełniona — powtórzył stary Tatura.
— O to nietrudno!
— Następnie przygotujesz mi doborowy hufiec ludzi, gdyż w nocy dziś wyjeżdżam...
Tatura pochylił się ku bratu i zaczął szeptać mu do ucha cichutko. Wylatały tylko głośniej niektóre wyrazy: Władca Północy i Południa... pół państwa... chętnie podzieli rządy... powinien zaraz cofnąć wojska... Rondel dostanie włości i przebaczenie...
— Rozumiesz? — pytał brata co chwila Strażnik Koronny.
— Rozumiem! — odpowiadał ten z rozgorzałemi oczyma.
Bił okutą rękawicą po miedzianych nagolennikach i wąsy ręką od czasu do czasu pokręcał.
— Och, mądry! Okrutnie mądry jesteś, bracie! Aby się tylko udało!
— Musi się udać! Każdy krok przewidziany! Co zrobią? Czy nie są zupełnie w naszej mocy?
— Ależ są, o ile nie drapną!
— Bądź spokojny — nie drapną!
— Szczęśliwyś! Królewna bardzo piękna... Prawdziwy kwiat!
Tatura uśmiechnął się dumnie i również wąsa pogładził. Poczym zacni braciszkowie uściskali się i rozstali niezwłocznie.
Młodszy udał się do strażnicy oraz koszar wojskowych, starszy poszedł pisać rozkazy i powiadomienia do swojej komnaty. Przez otwarte okno widział rój panien, przechadzających się z młodzieńcami po alejach ogrodu, a wśród nich śliczną, jak kwiat, wyniosłą, jak palma, królewnę.
Nazajutrz zrana obudził Króla hałas, szczęk oręża, krzyki. Siadł na łożu, wysoko zasłanym, odsunął ręką złotem dzierzganą zasłonę i nasłuchiwał. Zgiełk wzrastał, więc już chciał wezwać pokojowego, żeby się zapytać, gdy ten sam wpadł do komnaty blady, zmieszany, a widząc, że Król już nie śpi, padł na kolana na stopnie łożnicy.
— Miłościwy Panie! Bunt!...
— Jaki bunt? Ubieraj mię! — rozkazał Król, czując, że zbliża się ważna chwila i zbierając resztkę sił i zimnej krwi.
O nic już nie pytał sługi i nie zdradzał zbytniego pośpiechu, ale spoglądał od czasu do czasu w okno, skąd dobiegały go wśród wrzawy oderwane okrzyki.
— Niech żyje nasz Pan! Niech żyje Wielki Strażnik Królewski Tatura!... Nie chcemy ginąć!... Królewna... Królewna!... Wołać Króla... Chcemy widzieć Króla!
W przyległej sali zatupotały wreszcie nogi, zaszemrały głosy i przez otwarte drzwi wtoczyła się przedewszystkim nawpół ubrana, owinięta w jakiś płaszcz jedwabny Królowa, za nią również nieubrane i wystraszone niewiasty. Widząc męża, spokojnie rozczesującego brodę, Królowa podniosła ze zgrozą pulchne ramiona:
— Ty zajmujesz się swoją urodą, a tam żołdactwo już wdziera się na schody!
— Ach, ach!... — wołały damy. — Oni już... tutaj idą!...
— Czegóż chcą?
— Mówiłam ci: dawno już należało ustąpić! Chcą, żebyś oddał Taturze królewnę i w ten sposób ocalił państwo i siebie!
— Zapominasz, żeśmy uradzili inaczej... Sama mówiłaś, że nigdy...
— Ale zmieniłam zdanie, gdyż inaczej nie można!
— Ach, ach, już są! — wołały damy i, zakrywając oczy rękami, otoczyły Królową.
Mnogie ciężkie kroki zadudniły na schodach, zachrzęściały u podwoi oręże. Król zmarszczył brwi.
— Idź, powiedz im, żeby zeszli do przedsionka, że przyjdę tam zaraz! Jednocześnie znaleź i przyprowadź mi Taturę!
— Strażnik Koronny wyjechał dziś w nocy z hufcem rycerzy! Niema go! — odpowiedział dworzanin.
— Dokąd wyjechał?
— Niewiadomo!
— W takim razie... niech zaczekają! — odrzekł z namysłem Król.
Niezadługo potym, stojąc na stopniach przedsionka, przyjmował starszyznę wojskową. Cały dziedziniec aż po bramę wjazdową zalegał ciemny tłum wojowników, jeżyły się nad nim dzidy, błyskały miecze i halabardy, chwiały się na szyszakach białe, czarne i purpurowe kity z piór oraz końskiej grzywy. Wszyscy w skupieniu czekali końca królewskiej rozmowy. Poza Królem w pewnej odległości stała Królowa, królewicz i dwór; z góry ze swego balkonu, spowitego różami, przyglądała się im królewna. Wiedziała, że o nią chodzi, i smutne oczy od czasu do czasu wznosiła i zapuszczała za mury w dalekie mgliste widnokręgi.
— Więc życzycie sobie, żeby wódz wasz, Wielki Strażnik Koronny Tatura, za żonę pojął moją córkę, królewnę Zofję? czy tak? — spytał Król ostrym głosem.
— Tak! tak!... Chcemy! — potoczyło się głuchym grzmotem po tłumach.
— Ale Tatury niema! Pojmujecie, że tej sprawy nie można zaocznie załatwiać.
— Mój brat napewno się zgodzi! — odpowiedział młodszy Tatura, kryjący się w ostatnich szeregach wojskowej starszyzny.
— Tak, tak! Tatura! Niech żyje Tatura!... Niech żyje Królewna-zbawczyni!... Musi się zgodzić Tatura! Władca Północy i Południa idzie wprost na zamek! Wojska niema... nas mała garść! Co poczniemy wobec takiej potęgi? Zginiemy bez śladu my i żony i dzieci nasze!... Gdzie przejdą barbarzyńcy, nie zostaje nic prócz dymu i popiołu! Używają czarów, przeciw którym nic nie pomoże prócz czarów... Gwiaździarz gadał, że gwiazdy... Innej rady niema! — zawrzało znowu wśród wojska.
Król czekał, aż się uciszy, poczym skinął głową.
— Dobrze!... Stanie się, jak tego wymaga bezpieczeństwo państwa i wasze! Wracajcie do koszar i na strażnice!
— Niech żyje Król! Niech żyje Królewna, wybawicielka nasza! Niech żyje pan nasz, Wielki Tatura!... — wrzasnęła część tłumów, ale reszta rozchodziła się w milczeniu, widocznie oszołomiona zbyt łatwym zwycięstwem.
— Należało żądać jeszcze zdwojenia żołdu — gadali, zbierając się w małe gromadki. Ale Goleń i młodszy Tatura kazali dziesiętnikom rozpędzać skupionych i prowadzić zaraz do koszar.
Wieczorem przemknęła się cichutko królewna do sypialni ojca.
— Cóż będzie, ojcze? — spytała.
— A nic, będziemy zwlekać. Zobaczymy, co nam Bączuś przyniesie. Na porozumienie się z Władcą Północy i Południa zawsze dość mamy czasu. Tatury na szczęście niema, wyjechał!
— Wróci, ojczulku, wróci! To wybieg! — wyszeptała królewna.
— Myślę, że nie. Myślę, że on na swoją rękę pojechał umawiać się z najezdcami...
— Jak udzielny monarcha! — uśmiechnęła się królewna.
Król w milczeniu głowę opuścił.
— Czyby nie można dowiedzieć się od Dydki, jak to się stało? Przecież on dotychczas nie był naszym wrogiem i łask tyle od ciebie, ojcze, doświadczył...
— Stary dudek zupełnie widać zmysły postradał! Bredzi ni w pięć ni w dziewięć, bełkoce nazwy gwiazd i płacze!
— Niechby odwołał swoją nieszczęśliwą przepowiednię! Gdyby się w dodatku udało dowieść, że to wszystko wybieg, fałszerstwo... Niepodobna, aby wśród wojska i dworzan nie było ludzi uczciwych, którychby to nie oburzyło!? Poszukamy ich, ojcze! Dobrze?
— Rób, córko, jak uważasz! O ciebie chodzi... Ja i matka starzy jesteśmy... niewiele nam się należy... A zresztą mam już tego dość! Wątpię wszakże, żeby ci się udało... Tatura takim strachem wszystkich przejmuje, że nawet uczciwi nie odważą się na nic!... I nic, nic z tego nie będzie, jeżeli Bączuś nie przywiedzie w porę odsieczy... Ale i tam na kresach ma Tatura napewno swych popleczników, a na przeciwników rozstawił dawno sieci... On swe zamysły pewnie już lata knuje!
— Ojcze, niech ojciec jutro każe sprawić ucztę na dworze!
— Co?... Ucztę? Matka chora, ja ledwie żyję... Jaka uczta? Wszyscy powarzeni i smutni!
— Właśnie dla tego, ojcze! Żeby dodać ducha, żeby było znowu wesoło! Wszak to moje ostatnie dnie dziewczęce! A może... ja też knuję zamysł!... Proszę cię, ojcze, zgódź się! Proszę cię bardzo!
Pochyliła się i objęła Króla w pół ciała, śliczne czoło mu na piersiach oparła.
Król spoglądał na ciemną, przetowłosą jej główkę i uśmiechał się dobrotliwie oraz żałośnie.
— A no, niech będzie, jak chcesz! Ale obiecaj mi, że bez mego przyzwolenia nic nie przedsięweźmiesz!
— Rozumie się, ojcze, przecież tu o nas wszystkich chodzi. Zresztą ja nic sama jeszcze nie wiem. Zobaczę, pomyślę... Może się uda...
a może nie... a wtedy... — śliczne usta jej drgnęły i stuliły się jak u płaczącego dziecka.
— Nic nie stracone, nic! Jeszcze Bączuś... Powinien niedługo choć znak jaki przysłać... A może Tatura dowiedział się, że ciągnie do zamku rycerstwo, i wyruszył na ich spotkanie, żeby ich przekupić, zmącić, pokłócić, a potym napaść na nich znienacka... Wszystko z tym szatanem możliwe!
— Dowiemy się o wszystkim na uczcie... na uczcie, kochany Królu i Panie nasz! — odszepnęła królewna, całując rękę ojcowską.
Narzuciła ciemny płaszczyk z kapturkiem na głowę i wymknęła się tajnemi schodami astrologa na górę do siebie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.