Bądźmy ostrożni!

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Bądźmy ostrożni!
Podtytuł Ostrzega Bolesław Prus
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXII
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom I
Data wydania 1936
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
BĄDŹMY OSTROŻNI!
Ostrzega Bolesław Prus.

— Tylko cicho!... na Boga cicho!... To, co panu opowiem, jest tajemnicą, którą pragnąłbym do grobu zanieść. Kompromitacja, stracona posada, zwichnięte życie i kalectwo — oto skutki jednej chwili uniesienia... Pan nie ma dzieci?
— Bóg mnie strzegł!...
— Więc może jest żona?
— Nawet tak źle nie jest...
— W każdym jednak razie — zamknij pan drzwi, a będę trochę śmielszym... Otóż, zwichnięte życie i kalectwo są skutkami trzeciej maskarady... Czy nie robi to na panu wrażenia?
— Owszem, robi — i dlatego też właśnie pójdę dziś na trzecią maskaradę.
Usłyszawszy to, przyjaciel mój zakręcił się na krześle, jak postrzelony zając, a następnie, ochłonąwszy i odkaszlnąwszy, począł mówić dalej głosem grobowym:
— Panie Bolesławie! Był czas, że nie miałem ani tej oto głowy łysej, ani tej nogi kulawej...
— Czy podobna?
— Honorem panu ręczę!... Ale — zobacz, czy kto nas nie podsłuchuje... A teraz idę dalej...
Onego czasu, miałem lat dwadzieścia cztery, pięć tysięcy pensji u bankiera X. i narzeczoną... śliczną, powiadam ci, blondynkę Klimcię, córkę pewnego szanownego przemysłowca, którego dwie tylko wady szpeciły: pasjami lubił siadać na niskich wklęśniętych taburetach i każdemu buty oglądał. Zresztą, był to człowiek uczciwy i miał okrutną kamienicę.
Z panną Klementyną byliśmy już od kwartału zaręczeni podług wszelkich formalności, wobec księdza i kilkudziesięciu przemysłowców, którzy także lubili zwracać uwagę na obuwie, lecz zresztą byli bardzo przyzwoitymi ludźmi, chociaż — po ceremonji zaręczyn większą część tych zacnych obywateli miasta trzeba było na rękach wynosić do dorożek.
Odtąd nic mi już nie brakowało do szczęścia. Około szóstej przychodziłem do mojej Klimci, obok której zapominałem o świecie do ósmej. Potem dawano herbatę z czemś gorącem, a potem — znowu westchnienia, szepty, spojrzenia, leciuteczkie pocałunki (naturalnie w powietrzu) i mały kieliszek starki z przyszłym teściem, na zakończenie dnia.
Słowem — wszystko składało się na to, aby mnie zrobić ojcem licznej rodziny i właścicielem dużej kamienicy. Na nieszczęście, djabli nadali trzecią maskaradę! Ale zobacz-no, czy nas kto nie podsłuchuje?...
Gdy spełniłem to polecenie, przyjaciel mój znowu zabrał głos:
— Ponieważ jak żyję nie byłem na maskaradzie, a wiele czytałem o tego rodzaju zabawach, postanowiłem więc, choć raz przed ożenieniem się, zakosztować tego smaku. A nuż — myślałem — a nuż zaintryguje mnie jaka maseczka?... Narzeczona moja była blondynką, Pan Bóg zaś, jak ci wiadomo, stworzył jeszcze: szatynki, brunetki, a nawet rude, i tak jakoś dziwnie uorganizował serce ludzkie, że ono biedactwo do wszystkich kobiet czuje pociąg. Niestety! jabym to zrobił inaczej, gdyby mię o radę spytano, a życie moje wówczas nie byłoby tak szkaradnie zwichnięte!
Około dwunastej w nocy, poszedłem do mego przyjaciela buchaltera, który mieszkał o parę domów dalej. Stuk! puk!... „Kto tam?“ — pyta. „Naturalnie, że ja!“ — odpowiadam. Otwiera drzwi, a ja przekonywam się, że mój buchalter już się spać położył. „Jakto? — pytam — więc nie idziesz na maskaradę?...“ A on na to: „Chybabym zwarjował!...“ „Bój się Boga! — mówię — przecież to trzecia?...“ „A niech kark skręci, choć trzecia!...“ — odpowiada i włazi pod kołdrę.
Przeszedłem się po pokoju i widząc, że buchalter nie żartem myśli o spaniu, pytam znowu: „Więc możebyś mi twego kapelusza pożyczył, bo mój trochę przystary?...“ A on na to: „Dobrze!... niech choć mój kapelusz zrobi głupstwo...“ A ja znowu: „W takim razie, dajże mi i twój zegarek...“ Buchalter się zawahał, miał bowiem złoty, bardzo kosztowny chronometr; znając mnie jednak, powierzył mi wreszcie swój zegarek, zwinął się w kłębek jak jeż i zasnął na dobre.
Ach! jaki on miał rozum, choć buchalter!...
Zostawiwszy mu swój srebrny godzinnik, z bijącem sercem znalazłem się wkrótce na redutowej sali. Gorąco, ścisk, wrzask... jak na odpuście w Radecznicy; ani żywej duszy znajomej, ale zato tłum masek — takich, powiadam ci, ponętnych i wabiących, że dla każdej z nich gotówbyś się narazić na wieczne potępienie, rozumie się tylko — do końca maskarady.
Choć nikt mnie nie zaczepiał, nie wiem dlaczego, miałem w głębi serca jakąś nadzieję. Któż wie, ile jest w tej sali kobiet, którym mogę wpaść w oko? Jestem brunet, tęgo zbudowany i, jak mi wszystkie zwierciadła powiadają, wcale przystojny. Kobiety w kostjumie są wogóle ryzykowne i nie wyrzekają się maskaradowych przygód... Moja narzeczona nie dowie się i... wszystko pójdzie dobrze!
Dotychczas jednak wszystko szło źle, za wyjątkiem bowiem jakiegoś błazna, który mi impertynencją powiedział, żadne domino nie uwiesiło się jeszcze na mojem ręku i nie szeptało mi tych tajemniczych słówek, dla których naraziłem się na bezsenność i koszta. Spojrzałem na mój piękny chronometr raz — było wpół do pierwszej, drugi raz — była pierwsza, trzeci raz — wpół do drugiej...
W tej chwili dotknął ktoś zlekka mego ramienia. Wstrząsnąłem się, jakby we mnie piorun uderzył, a jednocześnie jakieś popielate domino oparło się na mojej ręce...
Boże!... Więc ziściły się moje marzenia, więc będę intrygowany, będę ściskał tę piękną rączkę, będę patrzył na marmurową szyjkę, będę się upajał zapachem i połyskiem tych kruczych splotów!...
— Nareszcie znalazłam cię... niewdzięczniku! — szepnęło pieszczotliwie domino.
Boże!... Więc ona mnie szukała, ona mnie szukała, ona przyszła tu poto tylko, aby zakrywszy twarz maską, wyznać mi uczucia, którychby jej świat, a może nawet — mąż nigdy nie przebaczył!
— Siądźmy gdzie! — rzekła znowu maska, widząc, że jej nie odpowiadam. A jakżem ja miał odpowiadać, kiedy mnie ognie przechodziły...
Gdy odprowadziłem moją piękną ofiarę, mówiła dalej, chwilami dotykając swym cudnym biustem mego rozgorączkowanego ramienia:
— Chwile są zbyt krótkie, ażebym nie miała zdobyć się na wysiłek odwagi. Powiem więc wprost, że cię kocham!...
W głowie mi się zakręciło, a ona mówiła dalej:
— Nie wierzysz mi?... Lękam się nawet, czy nie uważasz mnie za... jakąś awanturnicę...
— Pani! — przerwałem jej z uczuciem — tak znowu nie jest... Wiem, że maskarada nadaje pewną swobodę kobiecie, pozwala jej nawet... zapomnieć o codziennych więzach...
— Domyślasz się, kim jestem!... — zawołała przerażona.
— Domyślam się, że jesteś pani aniołem, ja zaś... twoim niewolnikiem...
Znowu oparła się na mojem ramieniu, a ja prawie zmysły straciłem. Każda kobieta, między dwudziestym i czterdziestym rokiem życia, posiada przynajmniej po siedem szczegółów, dla których można zwarjować, moja więc piękność, dlatego, że była pod maską, posiadała dla mnie... siedem razy dwadzieścia — sto czterdzieści... tak jest, co najmniej sto czterdzieści powabów.
Cośmy mówili dalej, nie pamiętam. To tylko pewna, żem ukochaną kobietę zaprosił na kolacją. Jadła jak ptaszek, nie piła nic; zato ja, za jej zdrowie, wypiłem całą butelkę szampana — na klęczkach. Gdym ją błagał, aby uchyliła maskę, zerwała się i krzyknęła:
— Wolę umrzeć!
Upadłem jej do nóg i począłem błagać najsłodszym głosem:
— Czy pamiętasz pani „Bal maskowy“ Dumasa?... Chciałażbyś więc, abym był tak nieszczęśliwy jak tamten?... Chciałażbyś, abym za krótką chwilę upojenia widywał cię w gorączkowych snach z tą fatalną maską na twarzy i więdnął jak kwiat, napróżno oczekując rosy?... Ulituj się! Wszakże miłość dla nieznajomej i niewidzianej to najstraszliwsza męka na ziemi... Zostaw mi więc przynajmniej nadzieję, albo pozwól umrzeć u nóg twoich!...
Zamyśliła się, zwiesiła piękną głowę i zdejmując brylantowy pierścień z palca, rzekła:
— Weź to!... Zapomocą niego wkrótce poznamy się...
— To ty mnie poznasz — zawołałem nieprzytomny — ale jakże poznam ja ciebie?...
Nie odpowiedziała nic, tylko delikatnemi jak atłas rączkami zdjęła mi z palca pierścionek, który miałem od narzeczonej.
— Oddam ci go wkrótce — szepnęła — gdy się znowu spotkamy... bez maski!
Nie broniłem jej. Pierścionek mój wart był ze sześćdziesiąt rubli, lecz jej ze dwieście... Mój pochodził wprawdzie od narzeczonej, lecz czyż było podobna nie oddać go na kilka dni w zastaw kobiecie, do której przywiązała mnie ciekawość i namiętność, kobiecie — która miała dla mnie potargać swoje obowiązki!
Gdy ją odprowadziłem do dorożki, najczulszemi wyrazami zaklinała mnie, abym jej nie ścigał, i obiecała, że spotkamy się — najwyżej w ciągu paru tygodni. Potem, uniósłszy czarną koronkę swej aksamitnej maski, złożyła na mojem czole pocałunek, który mi prawie w popiół zamienił serce...
Jakieś sanki stały obok. Skoczyłem w nie, pijany szczęściem, i kazałem się odwieźć do domu. Jakże blado, obok tej nadzwyczajnej kobiety, wyglądała moja pulchna Klimcia, córka przemysłowca, który lubił siadać na niskich taburetach i przypatrywać się ludzkim butom!
Gdym wszedł do swego mieszkania i zapalił świecę, struchlałem... Jeden z guzików mojej kamizelki był rozpięty, a kosztowny chronometr buchaltera gdzieś przepadł! Zbiegłem nadół, po kilku ulicach szukałem dorożkarza, który mię odwiózł, lecz napróżno. Chronometr zginął i trzeba było pomyśleć o odkupieniu go. Ponieważ nie miałem pieniędzy, poszedłem więc do mego przyszłego teścia z prośbą o pożyczenie stu rubli. Stary poczciwiec dał mi je bez wahania, ostrzegając tylko, abym na drugi raz był uważniejszy.
Gdy buchalterowi wręczyłem pieniądze i, prawie ze łzami w oczach, opowiedziałem mu o naszej wspólnej stracie, dobry ten człowiek wstrząsnął głową i rzekł:
— Ha! trudno... Od ciebie wezmę sto rubli, choć każdy zegarmistrz za ów chronometr z zamkniętemi oczyma dałby mi sto pięćdziesiąt.
Ułatwiwszy się w taki sposób ze zgubą, po całych dniach teraz począłem rozmyślać o mojej nieznajomej. Ile ma lat? czy jest piękna? a nadewszystko, kim jest?... Pierścień, dany mi przez nią, schowałem jak świętość, każdy zaś numer „Kurjera“ odczytywałem jak Ewangelją.
Nareszcie, we dwa tygodnie po trzeciej maskaradzie, trafiłem na ogłoszenie: „Łaskawy znalazca złotego pierścienia z dużym brylantem i literami A. K. raczy go odnieść... (tu następował adres), za nagrodą, jeżeli takowej zażąda.“
Pojmujesz, że pobiegłem tam jak szalony, podziwiając genjalny dowcip tajemniczej kobiety. Gdym powiedział lokajowi, z czem przyszedłem, puścił mię bez wahania do salonu, do którego po chwili weszła Ona.
Boże! to, com ujrzał, przewyższyło najśmielsze marzenia. Kobieta lat trzydziestu, śniada brunetka, kształty posągowe, czarne oko zamglone, a na twarzy — jakiś wyraz smutku i zadumy, przed którą chciałem czołem uderzyć.
— Pani! — rzekłem drżącym głosem — odnoszę zgubę...
— Spodziewałam się tego! — odparła z łagodnym uśmiechem.
Znowu zakręciło mi się w głowie; nie wiedziałem przez chwilę co mówić, a wreszcie odezwałem się, oddając pierścień i topiąc w niej namiętne spojrzenie:
— Pani! są wypadki... są konieczności... którym człowiek oprzeć się nie może...
— Rozumiem!... — odpowiedziała, uważnie oglądając pierścień. — Głos sumienia odzywa się zazwyczaj potężnie...
— Czy tylko sumienia? — spytałem.
— Niekiedy i honoru...
— Czy tylko honoru?... — ciągnąłem dalej, czując, że lada chwilę będę musiał przed nią upaść na kolana.
— Tak!... Czasami nad wszystkiem przemaga obawa...
Widocznie musiałem być rażąco nieśmiałym w jej oczach. Pragnąc poprawić sobie opinją, podniosłem się z fotelu... Nagle uchyliły się drzwi i wszedł mąż damy, która podała mu pierścień.
— Ach, więc znalazł się?... — zawołał mąż, oglądając brylant. — Gdzież go pan znalazł?...
Ani mi przez myśl nie przeszło podobne pytanie! Zmieszałem się więc jak student, tem bardziej, że dama zerwała się z kanapy z oznakami niepokoju.
— Gdzież więc go pan znalazł?... — powtórzył mąż, patrząc mi ostro w oczy.
Milczałem strwożony; język mi kołem stanął.
— Naturalnie, że w omnibusie, na Krakowskiem Przedmieściu... — odezwała się szybko dama i wyszła z salonu.
— Tak jest — rzekłem z uśmiechem — na Krakowskiem Przedmieściu, w omnibusie.
Mąż przystąpił do mnie i uderzywszy po ramieniu, mówił dalej tonem poufałym i drwiącym:
— No, mój młodzieńcze! bądźże już zupełnie uczciwym i kiedyś zwrócił pierścień, wyjmij z niego swój czeski kamyk i oddaj brylant.
— Co pan sobie myślisz?! — krzyknąłem wściekły z gniewu.
— To, że jesteś kieszonkowym złodziejem i że cię oddam na policją — odparł z flegmą.
Rozpacz mnie ogarnęła.
— Ha! kiedy tak — zawołałem — to dowiedzże się pan całej prawdy. Ten pierścień otrzymałem z rąk pańskiej żony, na trzeciej maskaradzie!...
Jegomość' oblał się krwią, lecz, pomyślawszy kilka minut, odparł z dawnym chłodem:
— Żona moja, w czasie trzeciej maskarady, była razem ze mną u swoich rodziców — jesteś więc nietylko złodziejem, ale i bezwstydnym potwarcą. Ponieważ jednak żal mi twojego młodego wieku i twej matki, jeżeli ją masz, puszczam cię więc wolno. A teraz... Janie!
Wszedł lokaj.
— Wyrzuć mi tego łotra za drzwi! — dodał podniesionym głosem.
Czy dasz wiarę, że wyszedłem stamtąd zapłakany?... Później pobiegłem do buchaltera i opowiedziawszy mu sprawę, prosiłem, aby wyzwał na pojedynek tego nędznika. Buchalter podjął się wyzwania, poszedł, lecz w kilka godzin przysłał mi list. W liście tym powiedział, że walczą przeciwko mnie ważne poszlaki, ponieważ pierścień zginął już przed dwoma miesiącami owej damie, kiedy jechała w omnibusie z jakąś kobietą i brodatym mężczyzną. Że zaś ja w owej epoce brodę nosiłem, a później ją zgoliłem i że o pierścieniu, otrzymanym jakoby na maskaradzie, przez dwa tygodnie nikomu nie wspomniałem, on więc, buchalter, zrywa ze mną stosunki i prosi o zwrot chronometru lub dopłatę pięćdziesięciu rubli.
Po tym liście pobiegłem do znajomego mi adwokata, z zamiarem wytoczenia procesu: buchalterowi, damie i jej mężowi. Adwokat, wysłuchawszy mnie, rzekł:
— Im procesu wytaczać pan nie możesz. Lecz jeżeli oni go panu wytoczą, to będziesz zapewne uwolniony dla braku dowodów.
— Więc pan sądzisz — krzyknąłem — że ja ukradłem pierścień i zegarek?...
— Nie sądzę — odparł, wzruszając ramionami — ale jestem pewny.
Wieść o moich mniemanych kradzieżach obiegła całe miasto. Straciłem miejsce u bankiera, Klimcia zaś odesłała mi pierścionek i sama wkrótce wyszła zamąż. Odtąd żyłem jakiś czas w wielkim niedostatku, opuszczony przez wszystkich znajomych, a nawet krewnych.

W półtora roku potem wpadł do mego mieszkania buchalter z okrzykiem:
— Przebacz mi, mój kochany! wszystko się już wydało... Złapano oszustkę, która ci ukradła na maskaradzie pierścionek narzeczonej i mój chronometr, a wcześniej nieco pierścień owej damy, w którym zamieniła brylant na czeski kamień. Rzeczy te już są w policji!...
W parę dni potem otrzymałem znowu posadę u bankiera i, co lepsze, zaproszony zostałem na obiad przez ojca mojej niegdyś Klimci. Po obiedzie, stary zawiózł mnie do swych dzieci. Tam przywiódł mnie do jakiegoś pokoju, w którym stała kołyska i rozsunąwszy szafirowe firanki, ukazał dwóch tęgich chłopców, jak dwie krople wody podobnych do mojej Klimci.
— Bliźnięta, panie!... a co?... — zawołał stary ze śmiechem i przymrużył oko.
Na ten widok, zdjął mnie taki żal, że bez zobaczenia się z Klimcią uciekłem z jej domu, a następnie wyzwałem na pojedynek męża owej śniadej właścicielki brylantowego pierścienia. W pojedynku tym ja nawet nie strzeliłem, a on mi lewą nogę zgruchotał.
— A teraz — rzekł mój ołysiały i okulawiony przyjaciel — idź na trzecią maskaradę, jeżeli chcesz. Ale... bądź ostrożny!...
A teraz — ja mówię do was, czytelnicy: Idźmy na trzecią maskaradę, ale...

Bądźmy ostrożni!...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.