Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Gdzież więc go pan znalazł?... — powtórzył mąż, patrząc mi ostro w oczy.
Milczałem strwożony; język mi kołem stanął.
— Naturalnie, że w omnibusie, na Krakowskiem Przedmieściu... — odezwała się szybko dama i wyszła z salonu.
— Tak jest — rzekłem z uśmiechem — na Krakowskiem Przedmieściu, w omnibusie.
Mąż przystąpił do mnie i uderzywszy po ramieniu, mówił dalej tonem poufałym i drwiącym:
— No, mój młodzieńcze! bądźże już zupełnie uczciwym i kiedyś zwrócił pierścień, wyjmij z niego swój czeski kamyk i oddaj brylant.
— Co pan sobie myślisz?! — krzyknąłem wściekły z gniewu.
— To, że jesteś kieszonkowym złodziejem i że cię oddam na policją — odparł z flegmą.
Rozpacz mnie ogarnęła.
— Ha! kiedy tak — zawołałem — to dowiedzże się pan całej prawdy. Ten pierścień otrzymałem z rąk pańskiej żony, na trzeciej maskaradzie!...
Jegomość' oblał się krwią, lecz, pomyślawszy kilka minut, odparł z dawnym chłodem:
— Żona moja, w czasie trzeciej maskarady, była razem ze mną u swoich rodziców — jesteś więc nietylko złodziejem, ale i bezwstydnym potwarcą. Ponieważ jednak żal mi twojego młodego wieku i twej matki, jeżeli ją masz, puszczam cię więc wolno. A teraz... Janie!
Wszedł lokaj.
— Wyrzuć mi tego łotra za drzwi! — dodał podniesionym głosem.
Czy dasz wiarę, że wyszedłem stamtąd zapłakany?... Później pobiegłem do buchaltera i opowiedziawszy mu sprawę, prosiłem, aby wyzwał na pojedynek tego nędznika. Buchalter podjął się wyzwania, poszedł, lecz w kilka godzin przy-