Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


BĄDŹMY OSTROŻNI!
Ostrzega Bolesław Prus.

— Tylko cicho!... na Boga cicho!... To, co panu opowiem, jest tajemnicą, którą pragnąłbym do grobu zanieść. Kompromitacja, stracona posada, zwichnięte życie i kalectwo — oto skutki jednej chwili uniesienia... Pan nie ma dzieci?
— Bóg mnie strzegł!...
— Więc może jest żona?
— Nawet tak źle nie jest...
— W każdym jednak razie — zamknij pan drzwi, a będę trochę śmielszym... Otóż, zwichnięte życie i kalectwo są skutkami trzeciej maskarady... Czy nie robi to na panu wrażenia?
— Owszem, robi — i dlatego też właśnie pójdę dziś na trzecią maskaradę.
Usłyszawszy to, przyjaciel mój zakręcił się na krześle, jak postrzelony zając, a następnie, ochłonąwszy i odkaszlnąwszy, począł mówić dalej głosem grobowym:
— Panie Bolesławie! Był czas, że nie miałem ani tej oto głowy łysej, ani tej nogi kulawej...
— Czy podobna?
— Honorem panu ręczę!... Ale — zobacz, czy kto nas nie podsłuchuje... A teraz idę dalej...
Onego czasu, miałem lat dwadzieścia cztery, pięć tysięcy pensji u bankiera X. i narzeczoną... śliczną, powiadam ci, blondynkę Klimcię, córkę pewnego szanownego przemysłowca, którego dwie tylko wady szpeciły: pasjami lubił siadać na