Autobiografia Murzyna/Rozdział XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Booker T. Washington
Tytuł Autobiografia Murzyna
Data wydania 1905
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Drukarz J. Sikorski
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz M. G.
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVI.
ZAKOŃCZENIE.


Przed wyjazdem do Europy w życiu mojem zaszło kilka zdarzeń zupełnie niespodziewanych. Co prawda, całe moje życie złożone było z niespodzianek. Wierzę silnie, że tego rodzaju zachęty spotykają zawsze tych, którzy postanowili każdy dzień swego życia poświęcić pracy bezinteresownej i pożytecznej dla drugich. Żałuję każdego człowieka — czy będzie on biały, czy murzyn — który nigdy nie zaznał zadowolenia i radości jakie sprawia nam trud podjęty dla dobra uszczęśliwienia innych ludzi.
Na pół roku przed śmiercią, a w rok po ataku paraliżu, jenerał Armstrong objawił życzenie odwiedzenia Tuskegee jeszcze raz przed śmiercią. Pomimo, że był pozbawiony zupełnie władzy w członkach i trzeba go było nosić w fotelu, uczyniliśmy zadość jego życzeniu i został przewieziony do Tuskegee. Właściciele kolejki podjazdowej do Tuskegee, obywatele okoliczni białej rasy zaofiarowali się wyprawić dla niego umyślny pociąg do głównej stacyi Chekaw, o pięć mil położonej. Jenerał przybył na terytoryum szkoły około dziewiątej wieczorem. Ktoś podsunął myśl urządzenia pochodu z pochodniami. Gdy powóz jenerała wjechał w granice posiadłości szkolnej, znalazł się między dwoma rzędami płonących smolnych pochodni. Widok był uroczy i piękny, a jenerał nie posiadał się z radości.
Przepędził u mnie dwa miesiące, a choć trudno mu było mówić i poruszać się, cały ten czas spędził na układaniu planów pomocy dla Południa. Powtarzał mi wielokrotnie, że obowiązkiem kraju jest nietylko poprawa położenia murzynów na Południu, ale i poprawa bytu ubogich ludzi białej rasy. Pod koniec jego odwiedzin, ślubowałem sobie poświęcić się jeszcze gorliwiej sprawie, która obchodziła go tak żywo. Zrozumiałem, że jeżeli człowiek tak chory mógł myśleć, pracować i działać — powinienem i ja być równie energicznym i spełnić wszystkie jego pragnienia.
Śmierć jenerała Armstronga w kilka tygodni później dała mi sposobność zaznajomienia się z człowiekiem jednym z najszlachetniejszych, najbezinteresowniejszych i najsympatyczniejszych, jakich mi się zdarzyło spotkać w życiu. Mam tu na myśli Wielebnego d-ra Holtisa B. Frissella, obecnego dyrektora zakładu w Hamptonie, następcę jenerała Armstronga. Pod jego kierunkiem energicznym i doskonałym szkoła w Hamptonie rozwija się pomyślnie i pożytecznie, według życzeń jenerała Armstronga. Dr. Frissell usiłuje zawsze usuwać na dalszy plan swoją osobę i pozostawać w cieniu wielkiej postaci jenerała — a żyje tylko dla dobra zakładu.
Wielokrotnie zadawano mi pytanie, jaka była największa niespodzianka w moim życiu? Mogę na to odpowiedzieć bez wahania. Oto następujący list, otrzymany pewnego niedzielnego poranku, gdym siedział na werandzie z żoną i dziećmi:

„Uniwersytet w Harwardzie-Cambride

28 maja 1890 r.
„Dyrektor Booker T. Washington.
„Drogi Panie.
„Uniwersytet w Harwardzie pragnie przy uroczystości tegorocznego rozdania nagród udzielić panu dyplom honorowy, ale zwyczajem u nas przyjętym, udzielamy go tylko obecnym. Uroczystość rozdania nagród odbędzie się w d. 24 czerwca r. b. i obecność pańska potrzebna jest od południa do godziny piątej tegoż dnia. Czy jest dla pana możliwem przybycie w dniu oznaczonym?“

„Proszę przyjąć zapewnienie i t. d.
„Karol W. Eliot.“

Było to wyróżnienie, o którem nie myślałem nigdy — i trudno mi było uwierzyć, że zostanę zaszczycony dyplomem jednego z najstarszych i najsłynniejszych uniwersytetów Ameryki. Siedząc z listem w ręku, poczułem, że łzy napełniają mi oczy. Całe moje minione życie niewolnika na plantacyi — moja praca w kopalniach — czasy głodu i nędzy, kiedy nie mając grosza w kieszeni, sypiałem w jamie pod chodnikiem, dni utrapień w Tuskegee, kiedy nie wiedziałem, dokąd się zwrócić po pieniądze, umożliwiające podtrzymanie szkoły; ostracyzm i ucisk cierpiany przez moją żonę — wszystko to przesunęło się przed memi oczyma, potęgując wzruszenie.
D. 24 czerwca, o dziewiątej rano, przybyłem do Harvardu — i zastałem prezydującego Eliota, komitet inspektorów uniwersytetu i gości zebranych w naznaczonem miejscu, zkąd pochód wyruszył do teatru Saundersa, gdzie się miała odbyć ceremonia rozdania dyplomów.
Ustawiono nas sznurem i wkrótce nadjechał gubernator stanu Massachusets, otoczony ułanami, i zajął swoje miejsce w pochodzie obok prezesa Eliota. Ruszyliśmy tak do teatru Saundersa, gdzie po rozdaniu patentów odbyło się przyznanie dyplomów honorowych. Jest to chwila najciekawsza. Nikt nie wie — dopóki nie ukażą się kandydaci, komu mają być przyznane dyplomy honorowe i wybrańców oklaskują studenci i publiczność, stosownie do stopnia ich popularności. Zapał i ożywienie są podczas tego niezmierne.
Kiedy wywołano moje nazwisko, powstałem, a prezydujący miał do mnie piękną i silną przemowę, poczem wręczył mi dyplom master of arts. Po skończonym obrzędzie wszyscy zostali zaproszeni przez niego na śniadanie, po którem poszliśmy w takim samym porządku, prowadzeni przez biskupa Williama Laurence i witani po drodze okrzykami. Pochód zakończył się w Memorial Hall, gdzie podano śniadanie dla „alumnów“ (byłych studentów). Widok był niezwykły tysiąca ludzi stanowiących sam wybór najznakomitszych przedstawicieli rządu, duchowieństwa, przemysłu i stanu nauczycielskiego, pełnych zapału i dumy, co jest zwykłem u wychowańców uniwersytetów, zwłaszcza w Harwardzie.
Wkrótce po rozpoczęciu pracy w Tuskegee zrobiłem w głębi duszy postanowienie, że szkoła moja odda takie usługi krajowi, iż prezydent Stanów Zjednoczonych przybędzie do niej w odwiedziny. Wyznaje, że było to trochę lekkomyślne — dlatego długi czas taiłem się z mojem pragnieniem, nie mówiąc o niem nikomu.
W listopadzie 1898 r. uczyniłem pierwszy krok do urzeczywistnienia moich życzeń, przyjmując u siebie sekretarza prezydenta, Jakóba Wilsona. Przybył on wypowiedzieć mowę przy poświęceniu pawilonu rolniczego, noszącego miano Slater-Armstrong.
W jesieni 1898 r. dowiedziałem się, że prezydent Mac-Kinley ma przybyć do Atlanty (Georgia) dla wzięcia udziału w uroczystościach pokojowych, z powodu ukończenia wojny hiszpańsko-amerykańskiej. Postanowiłem wtedy uczynić energiczne starania o odwiedziny prezydenta w naszej szkole. Pojechałem do Waszyngtonu, a zastawszy w Białym Domu tłumy czekających, zwróciłem się do sekretarza M. J. Addisona Portera, który posłał mój list prezydentowi. Po kilku minutach zawiadomiono mnie, że mogę wejść.
Jakim cudem człowiek, przyjmujący taką masę ludzi z rozlicznemi żądaniami i mający tyle pracy, może być równie spokojnym, cierpliwym i wypoczętym — jak był prezydent Mac-Kinley? — tego nie potrafię pojąć. Ujrzawszy mnie, podziękował za wszystko, co czynimy dla kraju w samym zakładzie w Tuskegee. Wyłuszczyłem mu w krótkich słowach powód mego przybycia i dałem do zrozumienia, że odwiedziny naczelnika rządu nietylko dodadzą zachęty uczniom i nauczycielom — ale przyniosą korzyść całej rasie murzyńskiej. Zdawało się, że moja propozycya zajęła go, ale nie dał stanowczego przyrzeczenia, ponieważ plan podróży do Atlanty nie był jeszcze stanowczo ułożony — lecz prosił o przypomnienie się za kilka tygodni.
Około połowy następnego miesiąca podróż prezydenta do Atlanty została postanowiona, a ja pojechałem powtórnie do Waszyngtonu z prośbą o przybycie do Tuskegee. W tej wycieczce towarzyszył mi pan Karol W. Hare, obywatel białej rasy, który z własnego popędu pragnął poprzeć moją prośbę zaproszeniem ze strony białych mieszkańców Tuskegee.
Na kilka dni przed drugą moją bytnością w Waszyngtonie zdarzyły się rozruchy i bójki między białymi a murzynami w niższych miejscowościach Południa. Ujrzawszy prezydenta, zauważyłem że jest tem mocno przejęty. Pomimo, że było wielu czekających, zatrzymał mnie nieco dłużej, rozpytując o warunki bytu murzynów i widoki ich na przyszłość i zapewniał kilkakrotnie, że pragnie nam okazać swoje zajęcie i wiarę w nas nietylko słowami ale i czynem. Gdy mu przedstawiłem, że w tej właśnie chwili najlepsze wrażenie na murzynach może wywrzeć, że prezydent zboczył z drogi sto czterdzieści mil poto tylko, ażeby przepędzić z nimi jeden dzień, widoczne było, że moje słowa zrobiły na nim silne wrażenie.
W tej właśnie chwili wszedł biały obywatel z Atlanty, demokrata i były właściciel niewolników; na zapytanie prezydenta, czy uważa za rzecz odpowiednią wycieczkę do Tuskegee, poparł bez wahania moją prośbę, uważając, że chwila jest właśnie odpowiednia.
Prezydent zapowiedział swe odwiedziny na d. 16 grudnia.
Gdy się rozeszła ta wiadomość, biali mieszkańcy miasta Tuskegee, leżącego o milę od szkoły — okazali radość nie mniejszą od naszych uczniów i nauczycieli. Zabrali się wszyscy — mężczyzni i kobiety — przyozdabiali miasta i utworzyli komitety dla wspólnego działania z naszą szkołą, w celu godnego przyjęcia dostojnego gościa. Wtedy dopiero przekonałem się, jak wielką wagę biali z miasta i okolicy przywiązywali do naszej szkoły. W czasie tych przygotowań zgłaszało się do mnie mnóstwo osób, które nie życząc sobie wysuwać się na pierwszy plan, objawiały gotowość uczynienia wszystkiego, coby mogło ułatwić mi zadanie. Wzruszyła mnie niemniej od wizyty prezydenta duma, jaką nasz zakład przejmował wszystkich mieszkańców Alabamy.
Ranek 16 grudnia sprowadził do Tuskegee takie tłumy, jakich nigdy jeszcze nie widziało to miasto. Z prezydentem przybyła jego małżonka i członkowie gabinetu, których większość z żonami. Było i wielu jenerałów, a między innymi jenerałowie Shafter i Józef Wheeler, powracający z wojny hiszpańsko-amerykańskiej.
Było mnóstwo korespondentów rozmaitych dzienników. Izba deputowanych Alabamy odbywała właśnie posiedzenia w Montgomery i przerwawszy je na dzień jeden, przybyła również do Tuskegee razem z gubernatorem i innymi urzędnikami Stanu.
Mieszkańcy Tuskegee przyozdobili miasto od stacyi kolei do szkoły. Dla oszczędzenia czasu postanowiliśmy, że szkoła przedefiluje przed prezydentem. Każdy uczeń niósł w ręku łodygę trzciny cukrowej, a na jej wierzchołku uczepione były kulki bawełny napół otwarte. Za uczniami przeciągnęły wszystkie oddziały, na wozach zaprzężonych w konie, muły i woły. Na tych wozach były przedstawione nietylko obecne prace szkoły, ale i różnica między dawnemi a nowemi metodami pracy. Naprzykład przedstawiony był dawny system mleczarstwa, w zestawieniu z nowym — dawne sposoby uprawiania roli z nowemi — dawne metody gotowania i gospodarstwa domowego, porównane z dzisiejszemi. Defilada znowu trwała półtorej godziny.
Potem prezydent przemawiał w nowej kaplicy, zbudowanej przez uczniów, a po powrocie do Waszyngtonu sekretarz jego nadesłał list z uprzejmem podziękowaniem i pochwałę za tak udane przyjęcie, oraz z życzeniami dalszego rozwoju i powodzenia szkoły.


∗             ∗

Dwadzieścia lat skończyło się od chwili, gdy rozpocząłem pracę w Tuskegee, w napół zrujnowanem domostwie i kurniku, nie mając ani jednego dolara w kieszeni, z jednym nauczycielem, a trzydziestu uczniami. Dziś zakład nasz posiada dwa tysiące trzysta akrów ziemi, z których siedmset uprawiają sami uczniowie. Na gruntach szkoły jest czterdzieści większych i mniejszych budynków. Gdy uczniowie pracują na polu lub przy budowie, nauczyciele wykładają im najnowsze sposoby uprawiania roli i rzemiosł, mających związek z budownictwem.
Oprócz wykładu przedmiotów naukowych, religijnych i t. p., jest przy szkole dwadzieścia ośm klas nauki rzemiosł, czynnych bez przerwy. Uczą w nich rzemiosł, które naszym uczniom obojej płci dają możność zarobku zaraz po opuszczeniu szkoły. Jedyną trudność przedstawia to, że same dyplomy są tak poszukiwane przez ludność białą i murzyńską na Południu, że nie jesteśmy w stanie zaspokoić nawet połowy napływających żądań. Z drugiej strony nie mamy zabudowań, ani dostatecznych tam domów, żeby módz przyjąć więcej niż połowę młodzieży obojej płci, zgłaszającej się o przyjęcie do szkoły.
W nauczaniu mamy na celu trzy rzeczy. Nasamprzód to — ażeby uczniów przysposobić do warunków takich, jakie obecnie są w Południowych Stanach, w których mają oni mieszkać, to jest, ażeby byli zdolni do pracy takiej, jaka będzie od nich wymagana. Powtóre — ażeby każdy uczeń opuszczający szkołę z patentem, miał dość umiejętności i rozwinięcia umysłowego i moralnego, by mógł zapracować na byt swój i rodziny. A po trzecie, wymagamy od naszych wychowańców zrozumienia i ocenienia godności i piękności pracy, którą należy pokochać, zamiast się od niej uchylać. Oprócz nauki rolnictwa, udzielanej chłopcom, i nauki gospodarstwa domowego dla dziewcząt, zaczęliśmy uczyć niektóre dziewczęta ogrodnictwa, hodowania kwiatów, wyrobu masła, pszczelnictwa i hodowli drobiu.
Mamy też oddział zwany „szkołą biblijną“ w Pelps Hall, gdzie pewna liczba wychowańców przygotowuje się do stanu duchownego i innych prac chrześciańskich, specyalnie w wiejskich okręgach. Każdy z nich umie przez pół dnia pracować w warsztatach, ażeby nabyć wprawy i zamiłowania w rzemiosłach, których po skończeniu szkoły będzie mógł uczyć tam, gdzie zamieszka.
Wartość naszej posiadłości wynosi teraz przeszło trzy kroć sto tysięcy dolarów. Doliczywszy do tego kapitały, dochodzące do dwóchkroć piętnastu tysięcy, całość majątku naszego dosięga do pół miliona dolarów. Ale odliczywszy wartość budowli i pieniądze na bieżące wydatki, kapitał zapasowy powinienby liczyć conajmniej pięćkroć sto tysięcy. Wydatki roczne wynoszą ośmdziesiąt tysięcy dolarów. Zbieram większą część tej sumy, kwestując po domach i na zgromadzeniach. Własność nasza jest zapisana, jako należąca do komitetu zarządzającego bezimiennego, który rozciąga kontrolę nad zakładem.
Od liczby trzydziestu uczniów szkoła nasza doszła do tysiąca stu, pochodzących z różnych stron Stanów Zjednoczonych, z Afryki, z Kuby, z Porto Rico, Jamaiki i innych krajów. Nauczycieli i urzędników jest ośmdziesięciu sześciu; dodawszy do tego ich rodziny, można liczyć, że na naszej posiadłości przebywa około tysiąca czterysta osób.
Zapytywano mnie często, jakim sposobem przy takiej liczbie ludzi możemy utrzymać porządek, moralność i dobre obyczaje. Są na to dwa sposoby: po pierwsze — tak kobiety, jak mężczyzni, przybywający do nas na naukę, są usposobieni poważnie, a po drugie — wszyscy są ciągle zajęci pracą.
Dowód najlepszy stanowi rozkład zajęć:
5 rano — dzwonek budzący ze snu; 5 m. 50 — pierwszy dzwonek na śniadanie; 6 — drugi dzwonek na śniadanie; 6 m. 20 — koniec śniadania; od 6 m. 20 do 6 m. 50 — sprzątanie pokojów; 6 m. 50 dzwonek na rozpoczęcie pracy; 7 m. 30 — nauka poranna; 8 m. 20 dzwonek na rozpoczęcie lekcyi; 8 m. 25 — przegląd odzieży uczniów; 8 m. 40 — nabożeństwo w kaplicy; 8 m. 55 — pauza pięciominutowa na rozmowę; 9 — początek lekcyi; 12 — koniec lekcyi; 12 m. 15 — obiad; 1 — dzwonek na rozpoczęcie pracy; 1 m. 30 — rozpoczęcie lekcyi; 3 m. 30 — koniec lekcyi; 5 m. 30 — dzwonek rozpoczynający koniec pracy; 6 — wieczerza; 7 m. 10 — modlitwa wieczorna; 7 m. 30 — nauka wieczorna; 8 m. 45 — koniec nauki; 9 m. 20 pierwszy dzwonek na spoczynek; 9 m. 30 — drugi dzwonek.
Nie zapominamy ani na chwilę, że wartość szkoły będzie sądzona według wartości uczniów, którzy otrzymali w niej dyplomy. Policzywszy tych, którzy ukończyli całkowity kurs nauk i tych, którzy nauczyli się tyle, że są zdolni wykonać dobrze każdą robotę, możemy śmiało twierdzić, że w tej chwili co najmniej trzy tysiące obojej płci wychowańców szkoły w Tuskegee pracuje w rozmaitych stronach Południa i własnym przykładem naucza masy murzyńskie, jakim sposobem można poprawić swój byt pod względem materyalnym, moralnym i religijnym.
Uczniowie nasi mają dużo zdrowego rozsądku i panowania nad sobą, co skłania białych do uznania korzystnego wpływu wychowania murzynów w Tuskegee. Prócz tego, szkoła wpływa na nich za pomocą mityngów, matek rodziny i zakładów na plantacyach, któremi kieruje moja żona.
Gdziekolwiek osiedlą się nasi wychowańcy, dają się wkrótce zauważyć zmiany; zakupywanie gruntów, ulepszanie domostw, oszczędność i wyższy poziom moralności. Całe gminy zmieniają się pod wpływem tych ludzi, przez nas wychowanych.
Dziesięć lat temu urządziłem w Tuskegee pierwszą „konferencyę dla murzynów“. Jest to doroczne zgromadzenie, które sprowadza do szkoły ośmiuset do dziewięciuset mężczyzn i kobiet najwyborowszych, którzy przepędzają cały dzień nad badaniem stanu przemysłu, moralności, umysłowości ludu i obmyślają środki ku jego poprawie. Z takich „konferencyi“ w Tuskegee powstały konferencye w innych miejscowościach, dążące do tego samego celu. Jako rezultat przedstawił nam na ostatniem zebraniu jeden z delegatów fakt, że w jego gminie dziesięć rodzin nabyło domy i spłaciło całą należność. Po konferencyi dla murzynów następuje narada pracowników. Należą do niej nauczyciele, zajmujący się nauczaniem w wielkich zakładach naukowych na Południu.
Zebranie to dostarcza doskonałego materyału do zbadania rzeczywistego położenia naszego ludu.
W lecie 1900 r. z pomocą wybitnych obywateli murzynów, zorganizowałem „Związek Narodowy Kupców“, który zebrał się po raz pierwszy w Bostonie, gromadząc wielu ludzi rasy murzyńskiej, zajmujących się przemysłem i handlem w różnych stronach Stanów Zjednoczonych. Trzydzieści stanów miało tam swych przedstawicieli, następstwem tego zebrania było założenie „Związków miejscowych“ w różnych stanach.
Piszę te ostatnie słowa historyi mego życia w Richmondzie, w Wirginii — w tem samem mieście, w którem przed trzydziestu pięciu laty nocowałem w jamie pod chodnikiem.
Teraz jestem w Richmondzie jako gość murzyńskiej ludności; przybyłem tu na jej wezwanie, dla wygłoszenia mowy wobec obywateli obu ras, w Akademii muzycznej, w najpiękniejszej i największej sali w mieście. Po raz pierwszy murzyni otrzymali pozwolenie korzystania z tej sali. W przeddzień mego przyjazdu Rada miejska postanowiła przybyć gremialnie na moją mowę. Izba deputowanych jednomyślnie powzięła takie samo postanowienie przybycia w pełnym komplecie.
W obecności paruset obywateli murzynów i dostojników rasy białej; w obecności Rady Stanu i urzędników wygłosiłem mowę, wyrażając radość i najlepsze nadzieje na przyszłość. Z głębi serca dziękowałem białym i murzynom za przyjęcie, zgotowane mi w tym samym stanie, w którym ujrzałem światło dzienne.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Booker T. Washington i tłumacza: Maria Gąsiorowska.