Strona:Booker T. Washington - Autobiografia Murzyna.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Po skończonym obrzędzie wszyscy zostali zaproszeni przez niego na śniadanie, po którem poszliśmy w takim samym porządku, prowadzeni przez biskupa Williama Laurence i witani po drodze okrzykami. Pochód zakończył się w Memorial Hall, gdzie podano śniadanie dla „alumnów“ (byłych studentów). Widok był niezwykły tysiąca ludzi stanowiących sam wybór najznakomitszych przedstawicieli rządu, duchowieństwa, przemysłu i stanu nauczycielskiego, pełnych zapału i dumy, co jest zwykłem u wychowańców uniwersytetów, zwłaszcza w Harwardzie.
Wkrótce po rozpoczęciu pracy w Tuskegee zrobiłem w głębi duszy postanowienie, że szkoła moja odda takie usługi krajowi, iż prezydent Stanów Zjednoczonych przybędzie do niej w odwiedziny. Wyznaje, że było to trochę lekkomyślne — dlatego długi czas taiłem się z mojem pragnieniem, nie mówiąc o niem nikomu.
W listopadzie 1898 r. uczyniłem pierwszy krok do urzeczywistnienia moich życzeń, przyjmując u siebie sekretarza prezydenta, Jakóba Wilsona. Przybył on wypowiedzieć mowę przy poświęceniu pawilonu rolniczego, noszącego miano Slater-Armstrong.
W jesieni 1898 r. dowiedziałem się, że prezydent Mac-Kinley ma przybyć do Atlanty (Georgia) dla wzięcia udziału w uroczystościach pokojowych, z powodu ukończenia wojny hiszpańsko-amerykańskiej, Postanowiłem wtedy uczynić energiczne starania o odwiedziny prezydenta w naszej szkole. Pojechałem do Waszyngtonu, a zastawszy w Białym Domu tłumy czekających, zwróciłem się do sekretarza M. J. Addisona Portera, który posłał mój list prezydentowi. Po kilku minutach zawiadomiono mnie, że mogę wejść.
Jakim cudem człowiek, przyjmujący taką masę ludzi z rozlicznemi żądaniami i mający tyle pracy, może być równie spokojnym, cierpliwym i wypoczętym — jak był prezydent Mac-Kinley? — tego nie po-