Autobiografia Murzyna/Rozdział XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Booker T. Washington
Tytuł Autobiografia Murzyna
Data wydania 1905
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Drukarz J. Sikorski
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz M. G.
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XV.
PODRÓŻ DO EUROPY.


Zapytywano mnie nieraz, jakim sposobem przy tych zajęciach, mogę znaleźć czas na wypoczynek i rozrywkę. Wyznaję, że odpowiedź na to jest niełatwa. Uważam za obowiązek każdego człowieka staranie się o dobre zdrowie i silne nerwy, żeby mógł stawić czoło trudnościom i zawodom. Co zaś tyczy się pracy, urządzam swój czas tak, ażeby w pierwszych godzinach dnia załatwić codzienne obowiązki i mieć wolny czas na to co może zdarzyć się w ciągu dnia. Każdego wieczora mam zwyczaj załatwiać korespondencye i rachunki, ażeby mieć swobodny dzień następny. W ten sposób jestem panem mego czasu i rządzę godzinami pracy, zamiast być ich niewolnikiem. Poczucie, że się jest panem swego czasu, sprawia zadowolenie fizyczne, umysłowe i moralne, a doświadczenie nauczyło mnie, że ten sposób życia wpływa rozweselająco na umysł i wzmacniająco na ciało, co dopomaga do utrzymania dobrego zdrowia. A kto lubi swoje zajęcie, ten znajduje niewyczerpane siły do jego spełnienia.
Zasiadam rano do pracy w wesołem usposobieniu, pełen otuchy, że dzień będzie dobry; ale nie zapominam ani na chwilę, że może on przynieść i zdarzenia niemiłe.
Przed dwoma laty, po dziewiętnastu latach pracy, poraz pierwszy zrobiłem sobie wypoczynek, do którego zmusili mnie przyjaciele, wręczając mi sumę potrzebną na podróż do Europy dla mnie i dla żony. Jak już wspomniałem, uważam za obowiązek pielęgnowanie zdrowia i niezaniedbywanie drobnych cierpień, które mogą następnie przechodzić w chorobę. Gdy zaczynam cierpieć na bezsilność lub na złe funkcyonowanie której części organizmu, radzę się zaraz lekarza.
Nie odkładam nigdy na nazajutrz dzisiejszej roboty. Czynię ten wyjątek tylko w sprawach ważnych, gdzie wchodzą w grę nasze uczucia; w tych razach uważam, że przezorniej jest przespać noc i poradzić się żony i przyjaciół.
Na czytanie mam mało czasu; najwięcej czytuję w podróży. Dzienniki są dla mnie źródłem nieustannej przyjemności i rozrywki; to tylko jest źle, że czytuję ich zadużo. Nie mam żadnego zamiłowania do utworów czysto fantazyjnych i zmuszony jestem zadać sobie pewien przymus ażeby przeczytać powieść, o której wszyscy mówią. Najwięcej zajmują mnie życiorysy znakomitych ludzi; podoba mi się, że bohater, o którym czytam, jest rzeczywistą postacią i zdarzenia prawdziwe. Nie przesadzę, gdy powiem, że przeczytałem wszystko, co się odnosi Abrahama Lincolna. W literaturze jest to mój ulubiony święty.
Na dwanaście miesięcy w roku przepędzam sześć zdala od Tuskegee. Jeżeli jest pewną niedogodnością przebywanie zdala od szkoły, ma to jednak i pewne korzyści. Zmiana zajęcia jest swojego rodzaju wypoczynkiem. Cieszę się nawet dłuższą podróżą w wagonie, jeżeli mogę jechać wygodnie i bez natrętów, którzy zbliżają się mówiąc:
— Zapewne mam zaszczyt mówić z panem Bookerem Washingtonem? Ośmielam się przedstawić panu... i t. d.
Oddalenie sprawia to, że po powrocie ogarniam lepiej całość, niż gdybym był ciągle na miejscu. Podróżując, badam rozmaite systemy edukacyjne i poznaję najznakomitszych wychowańców w kraju.
Ale najszczęśliwsze chwile są te, które przepędzam na łonie rodziny wieczorem po wieczerzy z żoną i trojgiem mych dzieci: Porcyą, Bakerem i Davidsonem. Czytamy wtedy i opowiadamy sobie kolejno różne rzeczy. Jedna tylko przechadzka po lesie ma jeszcze więcej uroku od tych słodkich godzin. Wybieramy się na nią niekiedy w niedzielne popołudnie, zdala od natrętnych ludzi, sami z przyrodą, oddychamy świeżem powietrzem wśród drzew, krzaków i kwiatów, słuchając ćwierkania polnych koników i śpiewu ptaków. Oto jest wypoczynek, prawdziwy wypoczynek!
Ogród jest też dla mnie źródłem przyjemności, pomimo, że mało czasu mogę mu poświęcać. Jeżeli mogę wyjść wcześniej z kancelaryi i zająć się pracą w ogrodzie przez jakieś pół godziny, czuję się pokrzepiony na siłach i łatwiej znoszę troski i przykrości, których nie brak w mojem ruchliwem życiu.
Oprócz drobiu i zwierząt domowych, należących do szkoły, posiadam na własność kilka świń i trochę drobiu rzadkich gatunków, które hoduję z zamiłowaniem. Świnia jest mojem ulubionem zwierzęciem i cenię nadewszystko odmiany Berkshire i Poland-China.
Gier żadnych nie znam i w kartach nie umiem nawet odróżnić jednej od drugiej. Być może, że byłbym polubił gry i zabawy, gdybym był nauczył się ich w dzieciństwie, ale o tem wtedy nie mogło być mowy.
W roku 1893 zaślubiłem miss Małgorzatę Janies Murray, rodem z Mississipi i posiadającą dyplom z uniwersytetu w Fisk (Nashville Tennessee) która przyjechała do Tuskegee na posadę dyrektorki internatu dziewcząt. Żona moja pomaga mi całą duszą w mojem trudnem zadaniu i nie ogranicza się wyłącznie do zajęcia w szkole. Prezyduje na zebraniach Stowarzyszenia Matek, zajmuje się szkółką dla murzynów na plantacyi oddalonej od Tuskegee o ośm do dziesięciu mil. Szkółki te mają cel dwojaki: przyjście z pomocą biedakom i przyuczanie praktyczne naszych wychowańców do pełnienia obowiązków nauczycielskich, gdy z kolei będą powołani do ich objęcia.
Żona moja również założyła klub kobiecy w Tuskegee, gdzie dwa razy na miesiąc zbierają się wszystkie kobiety ze szkoły i z okolicy dla roztrząsania kwestyi bieżących.
Najstarsza z moich dzieci, Porcya, nauczyła się szycia, prócz tego ma wielką zdolność do muzyki. Skończyła szkołę w Tuskegee i zaczęła już uczyć sama.
Baker Taliaferro, mój starszy syn, wyuczył się strycharstwa, uczył się go od dziecka i nie porzucał rzemiosła przez cały czas nauki szkolnej, ma do tego duże zdolności i zamiłowanie. Marzy, żeby zostać budowniczym i prowadzić cegielnię. Wielką przyjemność sprawił mi jego list pisany zeszłego roku. Wyjeżdżając na wakacye, powiedziałem mu, że pragnę aby poświęcał całe pół dnia strycharstwu, a drugą połowę jak mu się podoba. Po dwóch tygodniach otrzymałem od niego list:

Mój drogi Ojcze!

Wyjeżdżając zaleciłeś mi pracę w cegielni przez pół dnia, ale ja tak lubię tę robotę, że będę pracował przez cały dzień. A przytem chciałbym zarobić dużo pieniędzy, kiedy pójdę do innego kolegium, będę miał dosyć uzbieranych na opłacenie kosztów.

Twój syn
Baker.

Młodszy mój syn, Ernest Davidson Washington, chce zostać lekarzem. Chodzi do szkoły razem z innymi i oprócz rzemiosł, których się uczy razem z kolegami, przepędza wszystkie wolne chwile w laboratoryum medycznem szkoły i umie już spełniać niektóre drobniejsze zabiegi lekarskie.
Co mi jest najprzykrzejsze w tem życiu wędrownem zdala od szkoły, to konieczność rozłączania się na czas dłuższy z rodziną, przy której czuję się najszczęśliwszy.
Zazdrościłem zawsze ludziom, których czas jest tak rozłożony, że mogą spędzać wieczory na łonie rodziny i myślę nieraz o tych, którzy mają ten nieoszacowany przywilej, a nie oceniają jego wartości. Nie potrafię wyrazić jaką ulgę sprawia usunięcie się od tłumu ludzkiego, od ciągłego podawania ręki, od ciągłych podróży i możność przebywania wśród swoich, choćby niedługo.
Przyjemną chwilą w Tuskegee jest zebranie półgodzinne w kaplicy o pół do dziewiątej wieczorem, na które przybywają uczniowie, nauczyciele i rodziny uczniów na nabożeństwo wieczorne przed udaniem się na spoczynek. Jest to widok zdolny rozradować serce takie zgromadzenie tysiąca dwustu młodzieży obojej płci, modlącej się z przejęciem i skupieniem ducha i trzeba przyznać, że jest wielkiem szczęściem możność pomagania tej młodzieży do prowadzenia życia pożytecznego i szlachetnego.
Na wiosnę 1899 roku spotkała mnie największa niespodzianka w życiu. Panie w Bostonie urządziły na korzyść szkoły w Tuskegee zebranie w teatrze na Hollis-street. Zebrało się liczne doborowe towarzystwo Bostonu, biali i murzyni. Prezydował biskup Laurence, a ja miałem mowę. Paweł Wawrzyniec Daubar[1] przeczytał kilka poetycznych utworów, a dr. W. E. B. du Bois[2] odczytał również swoją pracę.
Wszyscy zauważyli, że jestem zmęczony i po skończonem zebraniu jedna z pań, które je urządzały, zapytała mnie mimochodem, czy byłem w Europie? Na moją przeczącą odpowiedź zapytała jeszcze, czy nie mam zamiaru odbyć tej wycieczki? Odrzekłem na to, że moje środki nie pozwalają nawet marzyć o czemś podobnem. Tylko tyle. Zapomniałem już o tej rozmowie, kiedy w kilka dni później otrzymałem wiadomość, że moi przyjaciele w Bostonie, a między innymi Francis J. Garrison, zebrali sumę potrzebną na trzy lub czteromiesięczną wycieczkę do Europy. Myśl do tej wycieczki nasuwał mi już w poprzednim roku p. Garrison, ale w takiej chwili, gdy nie mogło być o tem mowy. Lecz teraz p. Garrison połączył swe zabiegi z zabiegami pań z Bostonu i kiedy powiedział mi o tem, wszystko było już obmyślane, plan podróży zrobiony i zamówione miejsca na statku odpływającym do Europy.
Było to tak niespodziewane i nagłe, że byłem zupełnie oszołomiony. Od lat ośmnastu pracowałem w Tuskegee i nie myślałem o niczem innem na przyszłość. Przytem, utrzymanie szkoły i jej codzienne wydatki coraz więcej zależały odemnie, więc dziękując moim życzliwym za ich wspaniałomyślność, zmuszonym byłem powiedzieć, że podróż do Europy, jest dla mnie niepodobieństwem, gdyż w czasie mojej nieobecności szkoła nie miałaby czem opędzić swych wydatków. Dowiedziałem się wtedy, że Henryk L. Higginson, z kilku przyjaciołmi, których nazwisk nie wymieniam, wiedząc, że wzięliby mi to za złe, krząta się gorliwie około zebrania sumy potrzebnej na zabezpieczenie bytu szkoły przez czas mojej nieobecności. Wobec tego musiałem ustąpić, nie miałem już żadnej wymówki. Przygotowałem się zatem do wyjazdu.
Zdawało mi się, że to wszystko sen, nie mogłem uwierzyć w rzeczywistość tego projektu, nie mogłem uwierzyć, że naprawdę jadę do Europy. Urodziłem się niewolnikiem, wychowałem się w ciemnocie i ubóstwie. W dzieciństwie cierpiałem głód i zimno, nie miałem dachu nad głową. Byłem już dość duży, gdy po raz pierwszy usiadłem do nakrytego stołu. Dobrobyt i zbytek wydawały mi się zawsze jako wyłączny przywilej rasy białej. Co się zaś tyczy Europy, Londyn i Paryż przedstawiały mi się jako raj ziemski; i to ja — ja sam, miałem dostąpić niezrównanego szczęścia ujrzenia Europy! Ta myśl nie opuszczała mnie ani na chwilę.
Prócz tego miałem jeszcze inne powody do niepokoju. Obawiałem się, że gdy rozejdzie się wieść o naszej podróży, ludzie, nie wiedząc, w jaki sposób zostaliśmy do tego skłonieni, posądzą nas o dumę i chęć imponowania. Zbyt często, za młodzieńczych moich czasów, słyszałem także zdania o ludziach mojej rasy, którym się w życiu powiodło: zarzucano im, że pną się w górę, że przewróciło się im w głowie i że chcą małpować bogaczów. Obawiałem się, żeby tego samego nie powiedziano i o mnie. Miałem też pewien wyrzut sumienia, porzucając moją pracę. Było tam tyle do zrobienia na każdym kroku, że wydawało mi się nędznem samolubstwem używać wywczasu, gdy inni będą pracowali bez przerwy. Przywykłem pracować bez wytchnienia, jak daleko sięgam pamięcią, pracowałem zawsze, nie mogłem sobie wyobrazić dwóch lub trzech miesięcy spędzonych w bezczynności, poprostu mówiąc, nie umiałem używać wakacyi.
Żona moja doświadczała tego samego uczucia, ale zdecydowała się łatwiej, pragnąc dla mnie wypoczynku. Było nam tem trudniej zdecydować się na wyjazd, że w tym właśnie czasie poruszono dużo spraw żywotnych, odnoszących się do rasy murzyńskiej. Ale wreszcie zawiadomiliśmy przyjaciół z Bostonu, że zgadzamy się na wyjazd, a oni nastawali na nas o oznaczenie dnia bez dalszej zwłoki. Naznaczyliśmy 10 maja. Pan Garrison zajął się wszystkiemi przygotowaniami do podróży, zaopatrzono nas w listy polecające do różnych osób we Francyi i w Anglii, a wszystkie szczegóły naszego pobytu w Europie zostały tak obmyślone, żeby nam zapewnić wygodę wszędzie, gdzie będziemy. Pożegnawszy się z Tuskegee, wyjechaliśmy do Nowego-Jorku 9 maja, gotowi wsiąść na statek. Nasza córka, Porcya, będąca wtedy na studyach w South Franningham (Massachusets), przybyła do Nowego-Jorku, żeby się z nami pożegnać. Pan Scott, mój sekretarz, odprowadził nas także i tym sposobem mogłem do ostatniej chwili zarządzać najdrobniejszemi szczegółami spraw, pozostawionych w zawieszeniu. Na kilka chwil przed udaniem się na pokład statku spotkała mnie miła niespodzianka w postaci listu od dwóch wspaniałomyślnych pań, które ofiarowały nam fundusze potrzebne na budowę domu dla pomieszczenia warsztatów dla dziewcząt w Tuskegee.
Mieliśmy wypłynąć na statku „Triessland“, z Red-Star-Line, statku istotnie wspaniałym. Udaliśmy się na pokład przed dwunastą. Nie byłem nigdy przedtem na statku należącym do linii transatlantyckiej i doznawałem uczucia nie dającego się opisać — trwogi połączonej z przyjemnością. Miłą dla mnie niespodzianką było i to, że kapitan i oficerowie statku nietylko byli uprzedzeni o naszem przybyciu, ale czekali na nas i powitali bardzo uprzejmie. Na pokładzie zastaliśmy kilka osób znajomych — między innymi senatora Sewelba z New-Jersey i Edwarda Marshalla, dziennikarza. Lękałem się niegrzeczności ze strony podróżnych. Obawa moja pochodziła z opowiadań murzynów, którzy uskarżali się na złe obejście podczas podróży na statkach amerykańskich. Ale zacząwszy od kapitana do ostatniego posługacza, wszyscy byli dla nas uprzedzająco grzeczni. Również i podróżni bez żadnego wyjątku, nawet Południowcy, jadący tym statkiem, nie różnili się w tem od reszty podróżnych.
W chwili, gdy statek ruszył, doznałem uczucia niewymownej ulgi, zdawało mi się, że spada ze mnie z każdą chwilą ciężar trosk, niepokojów i poczucia odpowiedzialności, dźwiganej od lat ośmnastu. Poraz pierwszy od tylu lat odetchnąłem swobodnie i nie potrafię opisać miłego uczucia, jakiego doznawałem, rozradowany przytem myślą, że jadę do Europy. Żyłem jakby w śnie rozkosznym.
Dzięki panu Garrisonowi, mieliśmy najwygodniejsze na całym statku kajuty. Drugiego dnia po wyjeździe ogarnęła mnie gwałtowna senność, sypiałem po piętnaście godzin na dobę przez czas podróży i wtedy dopiero poznałem, do jakiego stopnia wyczerpania doszedłem; taki sam tryb życia prowadziłem w Europie. Było to zupełną nowością dla mnie budzić się rano bez żadnych obowiązkowych zajęć i nie jechać na pociąg o oznaczonej godzinie — nie mieć żadnego umówionego spotkania, ani żadnej mowy do wygłoszenia. Było to gwałtowną zmianą w życiu człowieka, który czasami, w ciągu jednej nocy, spał kolejno na trzech łóżkach.
W niedzielę kapitan poprosił mnie o odprawienie nabożeństwa — ale odmówiłem, ponieważ nie jestem duchownym. Lecz podróżni nalegali, żebym miał przemowę w sali jadalnej. Senator Sewell odprawił nabożeństwo. Po dziesięciu dniach podróży i wspaniałej pogody, podczas której nie cierpiałem ani razu na morską chorobę, wylądowaliśmy w ciekawem mieście Antwerpii, w Belgii.
Nazajutrz było jedno z licznych świąt, obchodzonych w tym kraju. Dzień był prześliczny, słoneczny. Okna naszego pokoju wychodziły na wielki plac i widok ten miał dla mnie niewymowny urok nowości. Wieśniacy, obładowani kwiatami na sprzedaż, kobiety z małemi wózkami zaprzężonemi w wielkie psy, ciągnące na wózkach naczynia z mlekiem, tłum tłoczący się do katedry — wszystko to było widokiem nowym dla mnie.
Po kilku dniach pobytu w Antwerpii wybraliśmy się do Holandyi w towarzystwie kilku Amerykanów, między innymi Edwarda Marshalla, i paru artystów, którzy jechali z nami. Krótka ta wycieczka była prześliczna. Dodawało jej uroku to, że, staroświeckim obyczajem, płyniemy kanałem i na starym statku, mogliśmy w ten sposób łatwiej studyować zwyczaje miejscowej ludności. Zwiedziliśmy w ten sposób Rotterdam i Hagę, gdzie odbywał się wtedy kongres pokoju i gdzie zostaliśmy uprzejmie przyjęci przez przedstawicieli Ameryki.
Holandya zrobiła na mnie wrażenie swoją znakomitą uprawą roli i wspaniałemi stadami bydła. Zachwyciło mnie zużytkowanie najmniejszego skrawka ziemi — o czem my w Ameryce nie mamy pojęcia, zdawało mi się, że tu nie zmarnują nawet centymetra gruntu. Warto było odbyć tę podróż choćby dla zobaczenia tych stad, trzystu lub czterystu sztuk bydła, paszącego się na ciemno-zielonych pastwiskach.
Wróciliśmy przez Belgię, zatrzymując się tylko w Brukselli dla zwiedzenia pola bitwy pod Waterloo. Ztamtąd pośpieszny pociąg dowiózł nas do Paryża, gdzie, bez naszej wiedzy, pan Teodor Stanton[3], syn Elżbiety Cody Stanton, zajął się przygotowaniem dla nas wygodnego mieszkania. Otrzymaliśmy, zaraz po przybyciu zaproszenie do klubu Uniwersyteckiego, gdzie zastaliśmy Beniamina Harrisona i biskupa Irelanda, bawiących chwilowo w Paryżu. Poseł amerykański, jenerał Horacy Porter, prezydował przy obiedzie. Moja przemowa zrobiła dobre wrażenie. Jenerał Harrison poświęcił swe przemówienie mojej osobie, rozwodząc się nad wpływem, jaki może mieć szkoła w Tuskegee na stosunki rasy murzyńskiej z białą. Moja pierwsza mowa wywołała zaprzeczenia, które zmuszony byłem odpierać, nie chcąc, ażeby podróż moja chybiła celu. Uczyniłem tylko wyjątek dla kaplicy amerykańskiej, w której przemawiałem następnej niedzieli przed gronem doborowych słuchaczów.
Poseł amerykański złożył nam później wizytę i zaprosił na przyjęcie w gmachu poselstwa. Był tam tłum Amerykanów, wśród których zauważyłem wysokich dostojników, np. sędziów najwyższego sądu w Stanach Zjednoczonych, Fullera i Hurlana. Przez cały miesiąc naszego pobytu w Paryżu poseł amerykański, jego żona i inni Amerykanie obsypywali nas grzecznościami.
W Paryżu widywaliśmy często słynnego malarza murzyna, znajomego nam z Ameryki, Henryka O. Tannera. Cieszyliśmy się, że zdobył sobie taki rozgłos i uznanie we wszystkich sferach społeczeństwa. Znajomi, którym zaproponowaliśmy obejrzenie w muzeum Luksemburskiem obrazu wymalowanego przez murzyna, nie chcieli wierzyć, że podobny zaszczyt mógł go spotkać. Musieli zobaczyć na własne oczy, zanim uwierzyli. Przykład Tannera umocnił mnie w przekonaniu, które wpajam bezustannie w naszych uczniów w Tuskegee i we wszystkich murzynów, dokąd głos mój dochodzi, że każdy człowiek — murzyn, czy biały — prędzej, czy później otrzyma nagrodę, na jaką zasłużył, wyróżniając się pracą, choćby w najskromniejszym zakresie. Powiedziałem to już i powtarzam, że wierzę niezachwianie w przyszłość mojej rasy o tyle, o ile nauczy się ona wykonywać lepiej to, co wszyscy robią — i oddawać usługi, bez których inni nie będą mogli się obchodzić. To właśnie poczucie natchnęło mnie w chwili, gdy zabrałem się w Hamptonie do zamiatania sali, które mi utorowało drogę do szkoły.
Czułem w owej chwili dobrze, że przyszłość moja zależy od dobrego wykonania roboty, i wykonałem ją tak, że nikt nie mógł mi nic zarzucić. W muzeum Luksemburskiem nikt nie pyta, czy Tanner jest Murzynem, Francuzem, czy Niemcem. Wiedzą tylko, że zrobił rzecz znakomitą, której publiczność potrzebuje: dobry obraz. Dziewczyna murzynka, która potrafi gotować, zmywać, szyć i pisać lepiej od innych, młody murzyn, który będzie umiał obchodzić się z końmi, uprawiać pataty, robić masło, zbudować dom, leczyć ludzi lepiej od innych — zostaną ocenieni bez względu na kolor swej skóry. Ludzie będą wymagać coraz dokładniejszego wykonywania roboty i ci, co ją potrafią najlepiej wykonać, będą mieli pierwszeństwo, z jakiejkolwiek pochodzą rasy, jakąkolwiek wyznają religię i jakabądź będzie ich przeszłość. Przyszłość murzynów zależy od tego warunku, czy potrafią się oni stać niezbędni w kraju i okolicy, którą zamieszkują.
Zwróciło moją uwagę zamiłowanie w zabawie i wraźliwość, stanowiące wybitną cechę francuskiego narodu. Sądzę, że różni się on pod tym względem zupełnie od ludzi mojej rasy. Nie zdaje mi się, żeby Francuzi moralnością i pojęciami moralnemi stali wyżej od murzynów amerykańskich. Warunki życiowe i wielkie współzawodnictwo na polu przemysłu nauczyły ich robić wszystko wykwintniej i oszczędniej. Ale z czasem i my nauczymy się tego. Pod względem prawdomówności i poczucia honoru przeciętny Francuz nie góruje nad murzynem; w łagodności zaś i litości względem zwierząt ustępuje mu z pewnością. Wyjeżdżałem z Francyi z większą otuchą co do przyszłości murzynów, niż miałem ją dotąd.
Z Paryża pojechaliśmy do Londynu; było to w lipcu, w całej pełni sezonu londyńskiego. Parlament odbywał posiedzenia i odbywało się mnóstwo zabaw. Zaopatrzeni byliśmy w listy polecające i od pierwszych dni byliśmy zmuszeni zaproszeniami i propozycyami przemawiania na rozmaitych zgromadzeniach. Większą część zaproszeń zmuszeni byliśmy odrzucić, gdyż potrzebowałem bardzo wypoczynku. Wielebny dr. Brooke Herford i jego żona, których poznaliśmy w Bostonie, uradzili razem z posłem Stanów Zjednoczonych, J. Choatem, zebranie w Esse Hall. Było na niem dużo osób, członkowie parlamentu i t. p. Przemowę posła i streszczenie mojej mowy powtórzyły wszystkie dzienniki amerykańskie i angielskie. U państwa Herford na wieczorze poznaliśmy najlepsze towarzystwo angielskie, a przez cały czas pobytu w Londynie doznawaliśmy nieustannej uprzejmości ze strony posła amerykańskiego. W jego domu poznaliśmy Marka Twaina.
W Birminghamie przyjmował nas u siebie pan Józef Sturge, którego ojciec był jednym z najznakomitszych abolicyonistów[4], przyjacielem Whittiera i Garrisona. Abolucyoniści angielscy, których poznaliśmy, nie mieli dość słów na pochwałę tych dwóch mężów amerykańskich. Do tej pory nie rozumiałem, do jakiego stopnia abolucyoniści angielscy zajmowali się sprawą wolności i jakiej pomocy nam udzielali.
Dzięki Lady Aberdeen mogliśmy uczestniczyć w kongresie międzynarodowym kobiet, który odbywał się w tej chwili w Londynie i przy tej samej sposobności pojechaliśmy do Windsoru dla przedstawienia się królowej Wiktoryi, i mieliśmy zaszczyt pić herbatę u Jej Królewskiej Mości.
W izbie gmin poznałem się z H. M. Stanleyem, z którym rozmawiałem o Afryce i o korzyściach, jakieby przedstawiało przesiedlenie się tam murzynów z Ameryki. Ale rozmowy te przekonały mnie, że nie mieliby oni żadnych widoków polepszenia swej doli, przenosząc się do Afryki.
Mieliśmy wielokrotnie przyjemność być zapraszani przez Anglików do rezydencyi wiejskich, gdzie ich charakter przedstawia się w najlepszem świetle, Anglicy mają tę wyższość nad Amerykanami, że umieją wyciągnąć więcej dobrych stron z życia. Życie rodzinne jest wzorowe. Wszystko odbywa się systematycznie i regularnie. Uszanowanie służby dla swych „panów“ zadziwiło mnie tem więcej, że w Ameryce niktby nie zniósł samej tej nazwy „panów“. Służący angielski nie myśli o zmianie zajęcia i dlatego może się wydoskonalić w pełnieniu obowiązków służbowych, co się nigdy nie zdarza ze służącym amerykańskim, którzy dążą do tego, żeby z kolei stać się „panami“. Co z dwojga jest lepsze? Nie podejmuję się na to odpowiedzieć.
Bytność moja w Anglii zaznajomiła mnie lepiej ze szlachtą angielską, którą nauczyłem się oceniać. Nie przypuszczałem, żeby była równie kochana i szanowana przez masy ludowe; nie wiedziałem, ile poświęca ona czasu, pieniędzy i zapału dla prac filantropijnych. Przedtem sądziłem, że szlachta angielska wyrzuca tylko pieniądze przez okna i prowadzi życie na wielką skalę.
Publiczność angielska nie jest zachęcająca dla amerykańskiego mówcy: trudno mi było przyzwyczaić się do niej. Anglicy są rozpaczliwie poważni i biorą wszystko naseryo. Kiedy im opowiadałem historyę, która w Ameryce wzbudziłaby śmiech szalony, publiczność angielska przysłuchiwała się bez cienia uśmiechu.
Jeżeli Anglik poweźmie przyjaźń dla ciebie i otworzy ci swe serce, przywiąże cię do siebie nierozerwalnym węzłem i pewien jestem, że niema nigdzie na świecie przyjaźni szczerszych i trwalszych. Przytoczę tu, co nam się zdarzyło. Zostaliśmy oboje z żoną zaproszeni na wieczór, dany przez księcia i księżnę Sutherland w Stafford House, uchodzącym za najwspanialszy z pałaców londyńskich, tak jak księżna jest uważana za najpiękniejszą z kobiet w Anglii. Na wieczorze było około trzystu osób. Księżna parę razy przychodziła rozmawiać z nami i prosiła, ażebym po powrocie do Ameryki przysłał jej szczegółowy opis zakładu w Tuskegee to też uczyniłem. Tego samego roku na Boże Narodzenie przysłała nam swą fotografię z własnoręcznym podpisem. Korespondujemy z nią od tej pory i jest ona naszą najżyczliwszą przyjaciółką.
Po trzech miesiącach pobytu w Europie wsiedliśmy w Southampton na statek „Saint-Louis“. Była na statku zasobna biblioteka, ofiarowana przez mieszkańców miasta Saint-Louis (Missouri). Znalazłem między książkami biografię Fryderyka Douglassa i zacząłem czytać. Zajął mnie nadewszystko sposób, w jaki obchodzono się z nim na statku podczas podróży do Anglii. Nie wolno mu było wejść do salonu i cały dzień zmuszony był przepędzać na pokładzie. Zaledwie skończyłem to czytanie, przybyła deputacya podróżnych z prośbą, abym zechciał przemawiać na koncercie, który miał się odbyć nazajutrz. Pomimo tak uderzających przykładów, są jeszcze ludzie, którzy nie przestają twierdzić, że niechęć rasowa nie zmniejsza się w Ameryce.
Podczas koncertu urządzona została kwesta na rzecz zakładu w Tuskegee, a rezultatem jej były stypendya dla kilku uczniów.
W Paryżu dostałem list, który mnie zadziwił i wzruszył. Obywatele Wirginii Zachodniej i miasta, w którem spędziłem dziecinne lata, pisali do mnie.

Charleston (Wirginia Zachodnia).

16-go maja 1899-go roku.

Drogi Panie!

Obywatele Wirginii Zachodniej wyrazili jednomyślnie uwielbienie dla pana i pańskiego dzieła, oraz życzenie, ażebyś zechciał po powrocie z Europy zaszczycić ich swemi odwiedzinami i swemi wymownemi słowy. Z radością donosimy panu o tem i w imieniu obywateli miasta Charlestonu prosimy o przybycie, ażebyśmy mogli złożyć hołd za to, czego dokonałeś w swojem życiu i za twoją działalność w Tuskegee.
Oddani całem sercem.
Za radą Miejską miasta Charlestonu

Burmistrz W. Herman Smith.

Oprócz tego zaproszenia, nadeszło i drugie z wielu podpisami. Naturalnie wezwanie to ze strony Rady Miejskiej, urzędników i ważniejszych obywateli obu ras z miasta, w którem przepędziłem dziecinne lata, z którego wyruszyłem tak niedawno ubogi, nieoświecony i nieznany — poszukując nauki, wezwanie to, powtarzam, przejęło mnie radością i wzruszeniem.
Naznaczyłem dzień przyjazdu i zastałem na dworcu kolei deputacyę z gubernatorem V. A. Mac Corkle na czele, złożoną z białych i murzynów w równej liczbie. Sala opery oddana została na tę uroczystość, w której urządzeniu rasa murzyńska wzięła czynny udział. W sali, pośród białych, było wielu takich, u których pracowałem, będąc dzieckiem. Następnego dnia gubernator urządził na moją cześć wielkie przyjęcie wieczorne, na którem zebrali się ludzie z różnych sfer społecznych.
Wkrótce potem murzyni z Atlanty (Georgia) urządzili dla mnie przyjęcie — prezydował gubernator tego stanu. Toż samo odbyło się w Nowym Orleanie, gdzie mnie przyjmował burmistrz. Była to istna nawałnica zaproszeń, ale nie byłem w stanie przyjmować wszystkich bez wyjątku.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Booker T. Washington i tłumacza: Maria Gąsiorowska.
  1. Młody murzyn, urodzony w 1872, zdobył już sobie rozgłos poezyami i powieściami (p. tł.).
  2. Pan du Bois, także murzyn, wykłada historyę i ekonomię polityczną w uniwersytecie w Atlancie. (p. tł.).
  3. Teodor Stanton jeden z najwybitniejszych i najsympatyczniejszych przedstawicieli prasy amerykańskiej w Paryżu, jest synem Elżbiety C. Stanton, stojącej na czele ruchu feministycznego w Ameryce (P. tł.).
  4. Przeciwników niewolnictwa.