Arab

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
>>> Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Słowacki
Tytuł Arab
Data wydania 1894
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Drukarz Piller i spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron



ARAB.




Klęka mój wielbłąd jak Iman ubogi,
Co się w modlitwie odwraca do wschodu.
Jukami garby ładuję do drogi,
Kilka daktylów w zapasie od głodu;
       5 U boku szabla dobrze wyostrzona,
W kołczanie śmierci ukryte nasiona.

I łzy i rospacz są skarbnicą moją,
I z téj skarbnicy lud podły obdarzam.
Śmierć niosę nędznym co się śmierci boją,
       10 Wesołych cierpień widokiem przerażam;
Gdy na méj twarzy ujrzą boleść srogą,
Szczęśliwi, bladną i śmiać się nie mogą...

Puścił się wielbłąd na stepów zacisze,
Z pod racic ogień wypryska mu gęsty,
       15 I siodło lekko jak do snu kołysze,
A w zębach żutéj trawy słyszę chrzęsty.
Nim xiężyc srébrem pomaluje lica,
Więcéj ubiegnę drogi od xiężyca.


I.

Możnym być muszę, gdy za moją sprawą
       20 Tylu na świecie płakało i płacze.
Raz kiedy na świat niósłem zemstę krwawą,
Gdym biegł na stepy wróg ludzkiéj uciechy,

Z łez cudzych winne wybiérać haracze;
Patrzę: nad morzem uklecona z trzciny
       25 Chata uboga, z ziemi bite strzechy,
Kwieciste morza okryły rośliny;
Światło błyszczało przez łatane szyby,
Po strzechach dym się błękitny rościągał.
Ha! czyż mieszkaniec téj nędznéj siedziby
       30 Będzie mi jeszcze weselem urągał?

Niskiéj zagrody przestąpiłem progi,
Nędza tam była, lecz mieszkaniec chaty
Człowiek na pozór nędzny i ubogi,
Choć ciężką pracą utrzymywał życie,
       35 Ten drzący starzec, pochylony laty,
Trzymał garść piasku i śmiał się jak dziécie.
Był to ubogi nurek, a w tym piasku
Odgrzebał perły... O nędzo żebraka!
Perły — to perły! tak małe? bez blasku?...
       40 Spójrzałem gorzko na szczęście rybaka,
I wiodłem starca po nad brzegi morza.
Patrz! rzekłem, oto z łupów karawany,
Perła ogromna błyszcząca jak zorza;
Oto ją rzucam w te wiry, w te piany,
       45 Dostań ją z głębi a który z mocarzy
Perłę zakupi, da ci skarby złota.

Nadzieja w starca zabłysnęła twarzy,
I wnet się rzucił w wiru fale ciemne.
Zginęła perła, starania daremne!
       50 Wypłynął — była na twarzy zgryzota.

Zatrułem szczęście i pokój człowieka,
Dałem truciznę, dałem mu nadzieję.
O! jakże gorzko nad brzegiem narzeka,
O jak obfite do morza łzy leje!
       55 Widziałem potém jak poszedł do chaty,
Z rospaczą upadł na liściane łoże;
I wołał z jękiem i z płaczem: O Boże!
Byłbym szczęśliwy! mogłem być bogaty.


Śmiałem się gorzko, był to śmiéch szatana.
       60 Daléj wielbłądzie! daléj na pustynie!
Może gdzie radość błyśnie niespodziana,
Niedam ja urość téj bujnéj krzewinie;
Może gdzie zemsta to serce obudzi,
Już skamieniałe wśród kamiennych ludzi.

       65 Tak koral niegdyś żył pod morską wodą,
Nieraz się smucił przewidując burze;
Gdy słońce w niebios błysnęło lazurze,
Koral jak majtek cieszył się pogodą;
Ale zerwany wichrami jesieni,
       70 Skamieniał błądząc wśród zimnych kamieni.

II.
Pamiętam kiedyś, było to w południe,
Płynęła zwolna wielka karawana:
Gdy przypłynęła nad pustyni studnię,
Powstała wrzawa ze śmiéchem zmieszana;
       75 Tłum cały bieży prędkiémi zawody,
Potém jak stadem spłoszone żurawie,
Gwarzy wesoło i zaczerpa wody...
Ale śmierć była w téj wody przyprawie.
Była trucizna... Ha! poco się śmiéli?...
       80 Już piją! piją! jedna twarz pobladła,
Tam upadł drugi — tam bracia skościeli,
I drząca czara z martwych rąk wypadała.
Rzekłbyś! że Diwy, że ciemni Anieli
Na świat zarazy wyrzucili tchnienie.
       85 Ani tak liczne na brzegu kamienie
Jak były trupy!... Z całéj karawany
Pozostał starzec, młodsi go ubiegli,
Pięciu miał synów — wszyscy trupem legli...
Przybiegł nareszcie, gdzie rozbite dzbany,
       90 Gdzie ciała synów leżały na brzegu.
O! rospacz! martwe było całe plemie!
Chciwie jak sorbet ochłodzony w śniegu.
Chwycił truciznę, z synami się złączy...

Przybiegłem — starca chwyciłem na strzemię,
       95 I szybko w biegu uniósł nas koń rączy,
Z pod kopyt iskry rozniecał w granicie.
Uniosłem starca i puściłem cało.
Ha! on chciał umrzéć, ja mu dałem życie,
Gdy w życiu iskry szczęścia nie zostało...

       100 Daléj wielbłądzie! poco zwalniasz kroku,
Gdy mię roskoszne zajmują wspomnienia.
Tu cicho, pusto — i tylko z obłoku
Xiężyc posępne czoło rospromienia.
Gdy człowiek w stepy od ludzi ucieka,
       105 Myśl własna wtenczas jest wrogiem człowieka.

Serce jak muszla wyrzucona z fali,
Pełna ślimakiem życie zamknie w sobie;
Cicha — lecz kiedy słońce ją wypali,
Słuchaj! usłyszysz gwar w kamiennym grobie,
       110 Rzekłbyś że wspomnień napełniona tłumem,
Wszystkie zmieszanym rospowiada szumem.

III.
Dawnemi laty... Jeszcze byłem młody;
Kiedy za strusiem na piaski zagnany,
Bystrego konia puściłem w zawody;
       115 Leciał i parskał i białémi piany

Srebrzył skrwawiony munsztuk i wędzidła.
Struś nie mógł skrzydeł rozwinąć ścigany,
A koń mój leciał jak gdyby miał skrzydła.

Wtém patrzę... między dzikie pustyń głazy,
       120 Jakby czarowne raju malowidła,
Kwieciem błysnęły zielone obrazy.

Pod palmą między źródła kryształowe,
Stała dziewica, królowa oazy,
Omglona w lekkie szaty muślinowe.


       125 Twarz z pod zasłony jak xiężyc z obłoku,
W półowie widna, skryta przez półowę;
A promień szczęścia jaśniał w czarném oku.

Szczęśliwa! ona kochała Solima!
Uciekać trzeba od szczęścia widoku,
       130 Oto koń nawet spina się i zżyma,

Daléj mój koniu!... Sroższy nad tygrysy,
Leciałem gnany rospaczą Kaima.
Koń mnie zrozumiał — zaniósł pod cyprysy,

Tam Solim w cieniu cyprysowym drzymie.
       135 Dzięki ci koniu! Patrzę, jego rysy
Błyszczały szczęściem... zginąłeś Solimie!...

Dziewico! wkrótce wróciłem w te strony,
Chciałem się łzami nacieszyć twojémi:
„Ha gdzież twój Solim? gdzież twój ulubiony?
       140 Czy jeszcze jesteś szczęśliwą na ziemi?”

— „Mój luby” rzekła „na piaskach spoczywa,
A wiatr pustyni jego ciałem miota;
Lecz skoro piérwsza błyśnie gwiazda złota,
Dusza się jego od ciała odrywa,
       145 Ty nie wiész! nie wiész! jakem ja szczęśliwa!
Jego duch w niebios niesiony błękicie,
Przybywa do mnie, odzywa się w duszy,
A dusza jego zgaduje przybycie.

„Gdy nic milczenia nocy nie poruszy;
       150 Gdy nawet serca, co wzruszone bije,
Zanadto głośném wydaje się bicie;
On znowu przy mnie, znowu dla mnie żyje.
Nie są to zmysłów znikome utwory,
Ja go tu czuję — widzę — on ponury!
       155 Lekki, jak z mglistéj utworzony chmury,
Ubrany w tęczy złociste kolory.
Jego głos, długie i długie godziny,

Jak szmer fontanny duszę mi zachwyca;
A gdy ustami dotknie lekko lica,
       160 Zda się że spadły kwieciste jaśminy.

„Potém się zbliża i krwi krople pije,
Ciężkie rospaczy wydając westchnienie;
A kiedy od niéj błyśnie i odżyje,
Gdy w nim już krążą mojéj krwi strumienie,
       165 Widzę z roskoszą jak źródło wysycha.
On z piersi moich chwyta wątłe tchnienie,
I sam z roskoszą tém tchnieniem oddycha;
Na chwilę moje zatrzymuje serce,
I jego serce zaczyna bić z cicha;
       170 Z oczu mi bierze po światła iskierce,
I jego oko tym się ogniem pali;
Z lic mych pożycza jasnego szkarłatu,
I jego lice bierze blask korali,
Cały roskwita podobny do kwiatu.

       175 „A gdy on smutny wini los i siebie;
Serca Solima zachwycona biciem,
Słucham uderzeń, szczęśliwa jak w niebie!
Że Solim jeszcze żyje mojém życiem.
Wśród nocy w całéj piękności i sile,
       180 Błyszczy jak niegdyś błyszczał w szczęścia chwile:
Lecz skoro piérwsze promienie poranka,
Oświécą niebo w mgły różane strojne,
Próżno go tuli do łona kochanka,
On drzy i zwraca oczy niespokojne,
       185 I coraz gaśnie i coraz blednieje;
I tak jak xiężyc kiedy słońce zoczy,
Blednie i we mgłach topi się i mroczy,
Tak Solim w mgły się błękitu rozwieje.”

Więc jeszcze szczęścia usnułaś budowę?
       190 Zniszczę ją! Solim do ciebie nie wróci.
Znalazłem trupa i odciąłem głowę,
Upiór mogiły stepów nie porzuci,
Teraz dziewica cienia nie zobaczy,

Napróżno czeka każdego wieczora
       195 I miała umrzéć w objęciach upiora,
Przezemnie — tylko umarła — z rospaczy...

Daléj wielbłądzie! tak pusto dokoła,
Czy już na ziemi szczęśliwych nie stało?
Żaden jęk do mnie w pustyni nie woła,
       200 Tylko sęp krąży nad samotną skałą,
I głośno bije skrzydłami czarnémi.
Szczęśliwszych niéma ode mnie na ziemi.


IV.
O nie! ta palma musi być szczęśliwa.
Źródło się kryje pod stopami drzewa,
       205 Patrz jako liściem miłośnie powiewa;
Kocha się w źródle, przed słońcem zakrywa,
Bo słońce wzrokiem wykradłoby wody.
Lęka się oczu srebrnego xiężyca,
Na liściach spuszcza rosę i ochłody;
       210 Wodom niebieskie odebrała szaty,
I dała swoją barwę — swoje lica;
Kocha się w źródle i stroi się w kwiaty.

Stój! stój wielbłądzie! tę palmę podpalę,
O nie, zasypię źródlane kryształy.
       215 I skona palma w piekielnym upale,
Wkrótce z jéj czoła kwiat opadnie biały.
Zostanie sama wśród pustéj krainy,
Jak ja sam jeden zostałem wśród świata.
Niech cień uwiędłéj wskazuje godziny
       220 Jak cień cierpienia wskazuje mi lata.

Stój! stój wielbłądzie, zakończyłem drogę.
Trudno już szkodzić ludziom — śmierć się zbliża.
Czuję do biegu mniéj polotną nogę,
I strzała z mojéj cięciwy mniéj chyża.
       225 Widzę zdaleka śmierć posępną, ciemną,
Już się czarnémi skrzydłami nasuwa;

Zasnę... Już widzę jak wkrótce nade mną,
Ten wielbłąd, który śmierci nie przeczuwa;
Gdy wicher w stepach posępnie zawyje,
       230 I zwłoki moje toczy przez tumany,
W piaskach się czai, myśli, że pan żyje,
Że się pod spiące skrada karawany;
Wielbłądzie! pan twój w innym błądzi kraju,
zasnął na stepach i marzy o raju.

       235 Nie! niechcę raju — lecz proszę proroka,
Niech mojéj duszy da stepy bez końca,
Dzikie i puste, bezbrzeżne dla oka,
I wiecznie wrące promieniami słońca.
A gdy zapragnę, wśród dzikiego błonia,
       240 Na me skinienie niech źródło wypływa;
Niech mi tam prorok wróci mego konia,
Który gdzieś w piaskach pustyni spoczywa;
Niech dla rajskiego duszy zachwycenia
Step ten mych wrogów okryją mogiły;
       245 Niech mi się wrócą znów młodości siły,
Lecz niewracają młodości cierpienia.
O takiém szczęściu serce moje marzy.
Ach! wtenczas będę spokojny! szczęśliwy!
Niech tylko żaden, żaden człowiek żywy,
       250 Téj samotności przerwać się nie waży.




Objaśnienia autora.



Do str. 225 w. 65. Zdaniem naturalistów koral jest istotą żyjącą, a każda z jego gałązek składa się z mnóstwa ożywionych stworzeń.
Do str. 227 w. 153. Obraz, który tu następuje, jest oparty na podaniu wschodniém że upiory wracając na świat, piją krew i dręczą osoby, które niegdyś kochali za życia. Arabowie zaradzają powrótowi na świat upiora ucinając zmarłemu głowę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Słowacki.