Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T1.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


       125 Twarz z pod zasłony jak xiężyc z obłoku,
W półowie widna, skryta przez półowę;
A promień szczęścia jaśniał w czarném oku.

Szczęśliwa! ona kochała Solima!
Uciekać trzeba od szczęścia widoku,
       130 Oto koń nawet spina się i zżyma,

Daléj mój koniu!... Sroższy nad tygrysy,
Leciałem gnany rospaczą Kaima.
Koń mnie zrozumiał — zaniósł pod cyprysy,

Tam Solim w cieniu cyprysowym drzymie.
       135 Dzięki ci koniu! Patrzę, jego rysy
Błyszczały szczęściem... zginąłeś Solimie!...

Dziewico! wkrótce wróciłem w te strony,
Chciałem się łzami nacieszyć twojémi:
„Ha gdzież twój Solim? gdzież twój ulubiony?
       140 Czy jeszcze jesteś szczęśliwą na ziemi?”

— „Mój luby” rzekła „na piaskach spoczywa,
A wiatr pustyni jego ciałem miota;
Lecz skoro piérwsza błyśnie gwiazda złota,
Dusza się jego od ciała odrywa,
       145 Ty nie wiész! nie wiész! jakem ja szczęśliwa!
Jego duch w niebios niesiony błękicie,
Przybywa do mnie, odzywa się w duszy,
A dusza jego zgaduje przybycie.

„Gdy nic milczenia nocy nie poruszy;
       150 Gdy nawet serca, co wzruszone bije,
Zanadto głośném wydaje się bicie;
On znowu przy mnie, znowu dla mnie żyje.
Nie są to zmysłów znikome utwory,
Ja go tu czuję — widzę — on ponury!
       155 Lekki, jak z mglistéj utworzony chmury,
Ubrany w tęczy złociste kolory.
Jego głos, długie i długie godziny,