Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T1.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Jak szmer fontanny duszę mi zachwyca;
A gdy ustami dotknie lekko lica,
       160 Zda się że spadły kwieciste jaśminy.

„Potém się zbliża i krwi krople pije,
Ciężkie rospaczy wydając westchnienie;
A kiedy od niéj błyśnie i odżyje,
Gdy w nim już krążą mojéj krwi strumienie,
       165 Widzę z roskoszą jak źródło wysycha.
On z piersi moich chwyta wątłe tchnienie,
I sam z roskoszą tém tchnieniem oddycha;
Na chwilę moje zatrzymuje serce,
I jego serce zaczyna bić z cicha;
       170 Z oczu mi bierze po światła iskierce,
I jego oko tym się ogniem pali;
Z lic mych pożycza jasnego szkarłatu,
I jego lice bierze blask korali,
Cały roskwita podobny do kwiatu.

       175 „A gdy on smutny wini los i siebie;
Serca Solima zachwycona biciem,
Słucham uderzeń, szczęśliwa jak w niebie!
Że Solim jeszcze żyje mojém życiem.
Wśród nocy w całéj piękności i sile,
       180 Błyszczy jak niegdyś błyszczał w szczęścia chwile:
Lecz skoro piérwsze promienie poranka,
Oświécą niebo w mgły różane strojne,
Próżno go tuli do łona kochanka,
On drzy i zwraca oczy niespokojne,
       185 I coraz gaśnie i coraz blednieje;
I tak jak xiężyc kiedy słońce zoczy,
Blednie i we mgłach topi się i mroczy,
Tak Solim w mgły się błękitu rozwieje.”

Więc jeszcze szczęścia usnułaś budowę?
       190 Zniszczę ją! Solim do ciebie nie wróci.
Znalazłem trupa i odciąłem głowę,
Upiór mogiły stepów nie porzuci,
Teraz dziewica cienia nie zobaczy,