Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T1.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Klęka mój wielbłąd jak Iman ubogi,
Co się w modlitwie odwraca do wschodu.
Jukami garby ładuję do drogi,
Kilka daktylów w zapasie od głodu;
       5 U boku szabla dobrze wyostrzona,
W kołczanie śmierci ukryte nasiona.

I łzy i rospacz są skarbnicą moją,
I z téj skarbnicy lud podły obdarzam.
Śmierć niosę nędznym co się śmierci boją,
       10 Wesołych cierpień widokiem przerażam;
Gdy na méj twarzy ujrzą boleść srogą,
Szczęśliwi, bladną i śmiać się nie mogą...

Puścił się wielbłąd na stepów zacisze,
Z pod racic ogień wypryska mu gęsty,
       15 I siodło lekko jak do snu kołysze,
A w zębach żutéj trawy słyszę chrzęsty.
Nim xiężyc srébrem pomaluje lica,
Więcéj ubiegnę drogi od xiężyca.


I.

Możnym być muszę, gdy za moją sprawą
       20 Tylu na świecie płakało i płacze.
Raz kiedy na świat niósłem zemstę krwawą,
Gdym biegł na stepy wróg ludzkiéj uciechy,