Oda do wolności (1894)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Słowacki
Tytuł Oda do wolności
Pochodzenie Dzieła Juliusza Słowackiego tom I
Redaktor Henryk Biegeleisen
Data wydania 1894
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Drukarz Drukarnia i litografia Pillera
i Spółki
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Indeks stron



ODA DO WOLNOŚCI.




I.
Witaj wolności Aniele!
Nad martwym wzniesiony światem.
Oto w Ojczyzny kościele,
Ołtarze wieńczone kwiatem,
I wonne płoną kadzidła!
Patrz! tu świat nowy — nowe w ludziach życie.
Spójrzał — i w niebios błękicie,
Malowne pióry złotémi
Roztacza nad Polską skrzydła;
I słucha hymnów tej ziemi.

II.
A tam, już w cieniu wieków za nami się chowa
Duch niewoli, i dumną stopą depcze trony.
Zgina się pod ciężarem skrwawionéj korony,
Mówi — ale niezrozumiałe z ust wychodzą słowa.
Tak obelisk, co niegdyś pisanym wyrazem
Dziwił ludy, obwiany mgłą kadzideł dymu,
Dziś przeniesiony do Rzymu,
Niezrozumiały ludom — umarły — jest głazem.

III.
Niegdyś, Europa cała
Była gotyckim kościołem.
Wiara kolumny związała,
Gmach niebo roztrącał czołem...

Drżącym od starości głosem
Starzec, pochylony laty,
Trząsł dumnym mocarzy losem.
Zaglądał w królów siedziby,
Zaledwo promyk oświaty,
Przez ubarwione gmachu przedzierał się szyby.

Jakiś mnich stanął u proga,
Kornéj nie uchylił głowy,
Walczył słowami Boga.
I wzgardził świętemi kary.
Upadł gmach zachwiany słowy,
Błysnęły światła promienie...
Piérwsze wolności westchnienie
Było i westchnieniem wiary.

IV.
Jak sosny niebotyczne, urośli królowie,
Deptane prawa Ludów, gdzież znajdą mściciela?...
Na Albionu ostrowie,
Kromwel — Któż nie zna Kromwela?...
On dawną krwią Stuartów zalał stopnie tronu,
I nie chciał na nie wstąpić — on pogardził tronem.

I czémże dzisiaj jest król Albionu?
Błyszcząca mara — widziadło,
Xiężyc na niebie zamgloném,
A słońce praw oświéca tę postać wybladłą.

Ale wielcy mężowie zasiedli do steru,
Świątynią praw dźwigają tysiączne kolumny,
Patrzcie! jak długim rzędem za trumnami trumny
Wchodzą w posępne gmachy Westminsteru.

V.
O świat nowy Hiszpańskie uderzyło wiosło,
Tam brat zaprzedawał brata...
Na lądzie nowego świata,
Żałobne drzewo wyrosło,

Pod którém schyleni w trudzie,
Marząc o szczęściu boleśnie,
Usypiali tłumem ludzie,
Tłumami konali we śnie

I śmiercią sen płacili — bo o lepszéj doli,
Pod tém się drzewem ludziom o wolności śniło.
Było to drzewo niewoli,
Rosło nad grobem — świat już był jedną mogiłą.
Ostatni więc człowiek skona,
Śmiercią z należnych władcom wypłaci się danin?
O nie! na głos Waszingtona
Zmartwychwstał Amerykanin.
I zaprzysiężoną święcie
Wolność okrył wieńcem sławy.

A drzewo śmierci było masztem na okręcie
I zgon niosło na ludy Saxońskie — i nawy.

VI.

Więc słońce już w wolności krajach nie zachodzi?
Wolności skrzydła całą osłoniły ziemię.
Godném jest oczu Boga wolnych ludzi plemię,
On Bohatérów nagrodzi.

VII.

Jakiż to dzwon grobowy?
Z wiejskiego zabrzmiał kościoła?
Idzie tłum pogrzebowy,
Schylone do ziemi czoła.
Trumna, — za trumną dzieci,
Smutna przyjaciół drużyna
Bladą gromnica świéci,
Ciche modły powtarza.
Weszli we wrota cmentarza
Pod trumną ramię syna.
Czarną dręczeni rospaczą

Czarna okryci żałobą...
Czemuż płaczą nad sobą?
Bogatą wezmą spuściznę.
Dla czegóż nad nim płaczą?...
W grobie zapomni troski.
Bracia! — on umarł — on był ostatnim z téj wioski,
Co widział wolną ojczyznę.

Synowie jeszcze po nim nie zdjęli żałoby,
Już na wolnéj żyją ziemi.
Idźmy więc nad ojców groby,
Wołajmy Bracia nad niemi,
Może usłyszą w mogile?...

VII.

Widziałem jak młodzieniec w saméj wieku sile,
Strawiony własnym ogniem — przeklął ogień duszy,
Wołał - czemuż Bóg więzów moich nie roskruszy?...
Lecz wszędy cichość grobowa:
A więc sam odpowiadał — „jestem panem życia”
Okropny rospaczy słowa.
Z umysłowych władz rozbicia,
Została ta myśl straszliwa.
I bladość śmierci lice wyniosłe okrywa.
Ta jedna myśl, tysiączne urodziła myśli,
Straszna ciérpienia potęga,
Umysł je rozwija — kryśli.
Z niedowiarstwa marą sprzęga.
O niedowiarstwo! Ty piekieł pochodnią
Niszczysz mgłę marzeń i blask urojenia złoty.
Gdzież cnota?... nie ma cnoty!...
I zbrodnia nie jest zbrodnią.
Na niepewnéj ważysz szali,
Wzniosłe uczucia w człowieku...
Już wszyscy tak myśleli — i wszyscy wołali,
Jet to chorobą czasu! — jest to duchem wieku!
Ta ciemność była tylko przepowiednią słońca.
Wolności widzim Anioła.
Wolności powstał obrońca.

Podnieście wybladłe czoła!
Daléj! do steru okrętu,
Daléj! na morskie głębinie.
Rzućmy się w odmęt — z odmętu
Może nie jeden wypłynie.
Podobni do Nurków tłumu,
Co do morskiéj toną fali;
Wśród wirów kręceni szumu,
Już ich fala w głąb porywa;
Ale nie jeden wypływa,
Bliski brzegu, lub daleki,
Ten niesie gałąź korali,
Ów w Amfitryt trąbę dzwoni.
Lecz nie jeden zniknie w toni.
W morzu zostanie na wieki.



Objaśnienia autora.




Do str. 235 w.29.„Jakiś mnich stanął u proga” Luter.
Do str. 236 w.58. W Ameryce znajduje się drzewo nazwane drzewem śmierci, pod którém zasypiający człowiek umiéra.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Słowacki.