Anielka (Prus)/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Anielka
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom VII
Szkice i obrazki
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział X

DOMYSŁY MATKI. ZNOWU WRÓBLE.

Od wyjazdu ojca i guwernantki, dwór jeszcze bardziej sposępniał. Ekonom, człowiek nieżonaty, zabrał w nocy swój tłomoczek i umknął, nawet nie pożegnawszy się z nikim. Lokaj, który już dawniej podziękował za służbę, zaczął przesiadywać w szynku i pił za zastawione rzeczy. Parobcy po całych dniach nie robili nic, tylko utyskiwali nad tem, że pan nie zaspokoił ich za ostatni kwartał. Ledwie który, litościwszy, rzucił niemym bydlętom garstkę sieczki i do studni je wygnał; inaczej pozdychałyby z głodu i pragnienia.
Parę razy na dzień wchodziła do pokojów dziewucha kredensowa, zamiotła komnatę pani, przyniosła obiad, samowar, wody do mycia i tyle ją widziano. Ani Anielka, ani matka nie śmiały upominać się o lepszą usługę, czując, że ludzie niepłaceni i źle karmieni pracować nie mogą.
Anielka prawie po całych dniach pilnowała matki i Józia, nawet sypiała w ich pokoju.
Matka leżąc w łóżku, albo siedząc w fotelu, czytała najczęściej książkę, a małomówny i nieruchawy Józio bawił się tem, co znalazł na stoliku. Wówczas Anielka przypominała sobie radę guwernantki: „Ucz się!... ucz się!...“ — i pilnując się dawnego rozkładu, sama zadawała sobie lekcje: „Stąd — dotąd,“ wyuczała się ich napamięć i wydawała przed — krzesełkiem guwernantki. To historją powszechną, to jeografją, to znowu jaką gramatykę przechodziła w ten sposób. Ale nauki bez upomnień, pochwał i stopni w dzienniczku straciły dla niej znaczenie.
W czasie podobnych zajęć Anielki, nieraz w drugim pokoju rozlegał się głos dzwonka. Dziewczynka wybiegała, mówiąc:
— Jestem! słucham mamy!...
— Ja na lokaja dzwoniłam, ma chère, żeby mleka przyniósł...
— Lokaja, proszę mamy, niema...
— Ach, prawda. Podobno siedzi w karczmie!
— I mleka niema, bo krowy dziś nie dały.
Pani zalewała się łzami.
— Boże! Boże! co ten Jasieczek zrobił ze mną... Jak on miał serce wyjechać w takiej chwili... Służba rozpuszczona, w domu głód, i gdyby gospodyni z litości nie ugotowała nam obiadu, pomarlibyśmy wszyscy...
I znowu zatopiła się w czytaniu, a Anielka wracała do nauki. Ale w kwadrans później dzwonek dźwięczał, dziewczynka wbiegała do pokoju matki i musiała wysłuchać takiej samej jak poprzednio sceny z małemi odmianami.
Najmilszą jej rozrywką było karmić wróble, albo bawić się z Karaskiem.
Do okna, na facjatce, ptaki przylatywały trzy razy na dzień całą gromadą. Już daszek był im za mały, więc śmielszy ptak wpadał do izdebki, złośliwszy kąsał sąsiada, mocniejszy spychał słabszego. A co tam było pisku, świergotu!... jak prędko wydziobywały jedzenie, jak kręciły główkami, skakały, trzepotały się... Trudno było nawet zauważyć wszystkie ich ruchy, jeden od drugiego prędszy i wdzięczniejszy.
Karasia znowu uczyła Anielka służyć. Stawiała go pod ścianą z kijem pod pachą. Pies z początku wyprężał się, ale później podwijał zad pod siebie i zwolna zsuwał się po ścianie na ziemię. Co go Anielka nie naprosiła, ażeby wstał!... Gdzie tam! Podnosił do góry wszystkie cztery łapy i leżał, jak kłoda. Nieraz gniewała się, ale spojrzawszy w jego poczciwy pysk i figlarne oczy, nie mogła powstrzymać się od śmiechu.
Wkońcu Karusek począł zaniedbywać się w nauce i wybiegać na długie wędrówki. Jednego dnia wrócił ze skaleczonem uchem, z najeżoną szerścią, kulawy i bardzo piszczał. Anielka wykąpała go w sadzawce, owinęła w płachtę i położyła w szklanej altance. Pies spał całą noc jak martwy. Rano zjadł misę barszczu z zimnemi kartoflami, zakąsił herbatą ze śmietanką, potem dostał sucharek, dwie suszone śliwki i znowu na cały dzień poleciał.
Anielka ze smutkiem myślała, że już i pies nie dba o nich, kiedy są w kłopocie!
Po wizycie owych wiejskich delegatów stał się fakt dziwny. Matka, zamiast zmartwić się tak stanowczą wiadomością o sprzedaży majątku, nabrała przeciwnie doskonałego humoru.
— Wiesz co? ojciec na wyborny wziął się sposób — mówiła do Anielki. — Ja już byłam pewna, że on nigdy nie skończy z serwitutami i nie wyjdzie z długów. Ale dziś widzę, że to człowiek dzielny i praktyczny. Cóżto za pomysły w tej głowie!...
— Co się stało, proszę mamy? — zapytała Anielka, której na myśl o sprzedaży dworu w głowie się kręciło.
— Więc ty się niczego nie domyślasz?... Prawda, jesteś zbyt młoda i nie rozumiesz interesów. Cóżto za polityk!... Jaki genjalny plan ułożył!... Wyobraź sobie, że ojciec, aby chłopów zachęcić do układów, ogłosił, widać przez Szmula, że sprzedaje majątek Niemcom. Chłopi zlękli się i dziś już godzą się na wszystko.
— Czy mamie tatko mówił o tem?
— Wcale nie. Ani on, ani Szmul, ale ja się domyślam wszystkiego. Jacy oni paradni obaj!... O, powinszuję Jasiowi szczęśliwego pomysłu.
Anielce, niewiadomo dlaczego, było przykro. Gdyby teraz przyszli chłopi, zapewniłaby ich najuroczyściej, że tatko nie sprzedaje majątku i tylko zażartował sobie z nich. W każdym razie nie śmiałaby spojrzeć im w oczy. Zwyczajnie jak dziecko, które nie zna się na robieniu interesów.
Matka tymczasem marzyła głośno:
— Już wiem, jaką nam ojciec zrobi niespodziankę. Odbierze dziesięć tysięcy rubli za ten las, a może i drugi sprzeda?... Przywiezie mnie pokojówkę, a tobie guwernantkę. Tamta, panna Walentyna, była może mądra, ale nieznośna. Dlaczego ona, naprzykład, wyjechała od nas?... doprawdy, że nie rozumiem!...
Gdy się ojca zapytam: czy przywiózł ekstrakt słodowy? powie: — „Zapomniałem na śmierć!... Tyle miałem interesów!...“ Dopiero, gdy się wygniewam na niego, odezwie się, triumfując: „Jutro jedziemy do Chałubińskiego, który, czuję to, że i ciebie i Józia wyleczy.“
Matka mówiła to z uśmiechem, patrząc gdzieś daleko, zapewne w stronę Warszawy. Potem opuściła głowę na piersi i, szepcząc:
— Mon cher Jean!... Ja wszystko odgadłam, mnie nigdy przeczucie nie myli!... — usnęła jak dziecko.
O ile matka była zachwycona i szczęśliwa ze swych marzeń, o tyle Anielka cierpiała.
— Co będzie — myślała sobie — jeżeli ojciec, który tak zażartował z chłopów, zażartuje z mamy? Chłopi są pewni, że tatko sprzedaje majątek, a mama śmieje się z nich... Mama jest pewna, że tatko pojedzie z nią do Chałubińskiego, a tatko?...
Nieograniczona wiara w ojca była już w niej bardzo zachwiana.
— Anielciu! — rzekła, ocknąwszy się, matka — czy nie jedzie ojciec?... Zdaje mi się, że słyszałam turkot?...
— Nie.
— Gdybym wiedziała, że jest w domu krochmal i mydło, kazałabym bieliznę poprać... Nie należy ani jednego dnia zwłóczyć z wyjazdem do Warszawy, bo ja czuję się coraz słabszą...
Czego ty tak na mnie patrzysz, Angélique? Szczęście wróci mi prędko siły, i jeszcze zobaczysz, jak mama twoja będzie tańczyć w karnawale... cha! cha! cha!... Ja tańczyć!...
Anielka z trudnością hamowała łzy. Matka, płacząca, znękana, skarżąca się, była dla niej osobą zwyczajną, odpowiadającą temu, co się około nich działo. Ale matka uśmiechnięta i pełna nadziei, w tych pustkach, w nędzy, wśród takich pogłosek, zrobiła na niej wrażenie straszne. Chciała biec, wołać kogoś... Żeby choć Karusek przyszedł...
Nikt nie przyjdzie.
Zwolna i cicho zsunęła się noc na ziemię. Dziewucha posłała łóżka w pokojach, zamknęła okiennice i zostawiła troje sierot na bożej łasce.
Na drugi dzień, rano, matka była jeszcze weselsza, niż wczoraj.
— Wyobraź sobie — mówiła do Anielki — śnił mi się dziś Chałubiński, jak żywy. Proszę cię, zapamiętaj wszystko, bo ja mu dzisiejszy sen opowiem, ażeby wiedział, że mnie przeczucia nigdy nie mylą. Ach! jaki to piękny człowiek. Czarna, długa broda, czarne oczy... skoro tylko spojrzał na mnie, uczułam, że mi jest lepiej. Potem zapisał mi jeden proszek, zdaje mi się, że receptę pamiętam nawet i — tem uleczył mnie doreszty. O! ja muszę do niego pojechać...
— I ja — wtrącił Józio monotonnym głosem — bo ja jestem osłabiony...
— Naturellement, mon fils!... Anielciu, wyjrzyj, czy ojciec nie wraca. Nie uspokoję się aż do jego przyjazdu.
Anielka, wziąwszy ze sobą kilka kawałków chleba, pobiegła na facjatkę.
Spojrzała — na gościńcu nie było nikogo.
Natomiast zleciały się wróble pod okno, ze zwykłym hałasem. Było między niemi parę młodych, które dopiero próbowały skrzydeł, i jeden starszy, bez ogona. Taki gość zjawił się tu pierwszy raz, choć całe zachowanie wskazywało, że nie czuł się obcym w towarzystwie.
— Pewnie mu kot ogon urwał! — pomyślała Anielka.
Zdziwiła się jednak, zobaczywszy, że wróbel ma ogon
upalony.
— Czyby wpadł w ogień, czy może niegodziwi chłopcy męczyli go w taki sposób?
Nie miała jednak czasu zastanawiać się nad tem, lecz wróciła do matki z wiadomością, że ojciec jeszcze nie wraca.
Po obiedzie, gdy matka zdrzemnęła się na fotelu, Anielka wybiegła z Karasiem na ogród. Zdawało jej się, że drzewa urosły i przybyło więcej kwiatów. Było jej tu swobodniej, niż w pokoju. Wesoły pies skakał jej do ust i szczekał. Pobudzona przez niego, zaczęła biegać, aż jej rumieńce na twarz wystąpiły.
Wtem między krzakami, około płotu, usłyszała niespokojne świergotanie wróbli. Zajrzawszy tam, zobaczyła kilka cegieł, ułożonych w formie zamkniętego pudła. Z pod powierzchni cegły wysuwało się drżące skrzydełko ptaka. Anielka wydobyła go szybko. Uwolniony wróbel uszczypał ją w palec i skoczył na gałązkę, powłócząc skrzydłem, zwichniętem czy złamanem.
Potem dziewczynka obejrzała cegły. Było ich pięć, a między niemi przestrzeń pusta, czworoboczna, w której znajdowało się trochę kaszy i dwa patyczki.
„Widocznie ktoś łapie wróble — pomyślała Anielka. — Może parobcy jedzą z głodu?“
Na dalszym krzaku wisiała pętelka z włosienia, a jeszcze na innym znowu podobna pętla, obie puste.
„Biedne wróble!“ — pomyślała dziewczynka. — W tej chwili postanowiła codzień przeglądać krzaki i uwalniać małych więźniów, gdyby kto na nie znowu sidła zastawiał.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.