Anielka (Prus)/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Anielka
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom VII
Szkice i obrazki
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział IX

TRWOGA WE WSI, SKUTKIEM CZEGO GAJDA PŁOSZY WRÓBLE.

Na drugi dzień po wyjeździe pana Jana, gospodarz Józef Grzyb wstąpił do karczmy po wódkę. Zastał Szmulowę, bardziej niż kiedy zamyśloną, i Szmula, który ze złości krzyczał na dziewkę za to, że kieliszek w zeszłym tygodniu stłukli goście.
Ledwie Grzyb stanął w izbie, odezwał się do niego Szmul z ironicznym uśmiechem:
— No, cieszta się, gospodarze! będzie nowy dziedzic...
— Może i tak? — odparł Grzyb i zadumał się.
— Będziecie mieli we wsi gorzelnią, młyn...
— Nam z tego nic, ale wy, Szmulu, wygracie, bo ten młyn, któregoście tak pożądali, weźmiecie w arendę...
Żyd wybuchnął.
— Taki to będzie mój młyn, jaki wasz las ! — zawołał. — Aj! głupie ludzie, co wyśta sobie narobili...
— Abo co? — spytał zaniepokojony Grzyb.
— Jakto co? Pan dobra sprzedaje Niemcowi, a on zapowiedział, że mnie wygna zaraz z pachtu, a za rok z karczmy...
— No to was, a nom co do tego?...
— To do tego, że Niemiec już się dowiedział, jako wy i połowy tego nie mata prawa użytkować, z czego użytkujecie...
— Ale!
— Jakie ale?... Tu niema żadnego ale, tu są tabele... Dziedzic was rozpuścił, bo mu brakło pieniędzy na gajowych i polowych. Robiliście, co wam się ino podobało i chcieliście jeszcze po pięć mórg. A teraz — niech ja djabła zjem, jeżeli wy choć po dwa dostaniecie.
— To się zobaczy! — mruknął Grzyb. — Jak nas Szwab zacznie krzywdzić, to się nie damy.
— Kiej on was nie skrzywdzi, ino wy krzywdziliście starego dziedzica. Nowy weźmie tylko swoje, sprowadzi komisarza, naczelnika, a jak który z was złamie mu jedną gałązkę nadto — wpakuje go do kryminału.
Aleśta sami tego chcieli — kończył Żyd.
— Bo to prawda?
— Co ma być nieprawda? Przecie w tę niedzielę wyśta najwięcej gadali, żeby się nie godzić, albo godzić się na pięć morgów, choć was mitygował Olejarz. Aj! to chłop mądry, ale wy nic a nic rozumu nie mata...
Grzybowi zrobiło się niedobrze. Miał kupić cztery flasze wódki, ale po tych wiadomościach wziął tylko trzy, a wróciwszy do domu, począł chodzić od chaty do chaty i powtarzać, oo słyszał.
Inni gospodarze martwili się, klęli lub odgrażali. Byli jednak i tacy, którzy w wieści tej widzieli intrygę Szmula, wymyśloną w celu skłonienia ich do łatwiejszej zgody z dziedzicem.
Ale już nazajutrz najwytrwalsi optymiści stracili nadzieję. Od samego bowiem rana przyjechało z miasta gubernjalnego aż trzech Niemców i ci zaczęli wieś oglądać. Do dworu nie wstępowali, natomiast obeszli las, rzeczkę i pola chłopskie.
Gdy ich we wsi ujrzano, cały tłum gospodarzy, kobiet i dzieci począł za nimi chodzić. Oni nawet nie zważali na to.
Takie postępowanie zatrwożyło gospodarzy.
— Oj, coś idzie na złe — mówił jeden. — Nasz dziedzic, jakeśwa mu drogę zachodzili, to się czasem złościł, a te pludrzyska chichoczą ino między sobą. Widać kpią se z nas...
— A możeby którego kłonicą przeżegnać?...
— Ale!... Nie widzisz to, głupi, jakie rury przy sobie noszą? Jeszczeby cię zabił, nimbyś się zamierzył!
Gdy Niemcy odjechali, nie wstępując nawet do karczmy, gromada po krótkiej naradzie postanowiła wysłać deputacją do dworu. Wybrano trzech najzacniejszych: Grzyba, który w niedzielę odradzał układy, a dziś się nawrócił, Szymona Olejarza, który od początku radził zgodę ze dworem, i Jana Samca, owego kołtuniastego, co nad nim żona przewodziła, ale który miał we wsi najwięcej gruntu.
Grzyb i Olejarz byli na miejscu, ale Samiec siedział w chałupie i kołysał dziecko, wedle rozkazu żony. Poszli więc do niego dwaj deputaci i jeszcze kilku, a za nimi sporo bab.
Olejarz opowiedział kołtuniastemu, że idą do dworu godzić się, że gromada i jego, niby Samca, także wybrała na ten cel, jako człeka statecznego. Skończywszy mowę swoją, Olejarz spytał:
— Cóż, pójdzieta, kumie?
Samiec wstał od kołyski, poszedł do komory i wyciągnął stamtąd nowiusieńką sukmanę. Ledwie ją wciągnął na jeden rękaw, a żona w krzyk:
— Co ty kaprawcze jakiś (Samca oczy wciąż bolały), będziesz się tu wybierał?... Ja ci dam podpisy! Ja ci dam zgody!... Siadaj zara i kołysz Zośkę...
Gromada milczała, a baby ciekawie zaglądały przez okna i drzwi. I Samiec jakoś stał, nie mogąc zdecydować się ani na wciągnięcie drugiego rękawa, ani zdjęcie sukmany.
Żona, widząc to, chwyciła kijankę i dalej prać nią Samca:
— A ty kaprawcze!... a ty kołtuniarzu!... Ty stary dziadzie!... To ty myślisz, żeś se wziął młodą żonę ino na zabawę!... A siadaj do kołyski, kiej ci się dzieci chciało!...
I znowu go, to zprzodu, to ztyłu, aż mu kołtuny zasłoniły twarz i czerwone oczy.
Chłop w milczeniu sukmanę na drugą rękę wciągnął, kołtuny odgarnął i — jak plunie w garść, jak złapie babę za łeb, jak zacznie obracać!... Chryste ratuj!... Chustka z niej poszła w kąt, kijanka na półkę, aż dwa garnki spadły na ziemię.
— Dajcież spokój, Janie! — wołały baby.
— Walcie, kumie, póki nie zacznie prosić — radzili chłopi.
Ale Samiec niczyjej rady nie słuchał, tylko wedle własnego rozumienia rzeczy, wyturbowawszy kobiecinę, kopnął ją w udo i cisnął pod żarna. Potem zapiął się, pasem opasał, włożył nowy kapelusz na głowę i rzekł bez śladu gniewu:
— Idźwa do dworu, kumowie, jeżeli taka wola wasza.
Chłopi kręcili głowami i szeptali między sobą:
— Chwat stary!...
— Jaki to u niego obrót w garści!...
— Onby jeszcze korzec pszenicy pod pachę wziął.
Delegaci poszli, baby zostały, a Samcowa zawodziła pod żarnami śpiewającym głosem:
— O, Matko Przenajświętsza Częstochowska, co się to dzieje?... Widzieliśta, moje kumy? A dyć w tego dziada złe wstąpiło!... Bez cztery roki bijałam go i ani pisnął, ino słuchał mię, a dziś mi takiego wstydu narobił!... O, pocóżem ja na ten świat przyszła, nieboga!...
— Jużci ma racją — rzekła jedna z bab. — Mnie samej, żeby mnie mój dopiero w piątym roku bić zaczął, byłoby markotno.
— Oj! biednaście wy, Janowo! — pocieszała inna baba penitentkę. — Chłop pokorny to jak wilk, póty grzeczny, póki człowieczego mięsa nie spróbuje. Ale jak się już raz porwał, to będzie was bijał codnia.
Ponieważ było po drodze, trzej więc deputaci wstąpili do Gajdy, który niedawno z furmanką wrócił, i znowu opowiedzieli mu rzecz całą, od początku do końca.
Gajda przeraził się, aż w ręce uderzył.
— O, psia wiara!... O, heretyk!... — zawołał. — Dwa dni temu zdarł ze mnie trzy ruble, tak, żem nie miał za co dziecku chleba kupić, i siedziało o zimnych kartoflach. A dziś na całą wieś takie nieszczęście sprowadza.
— Komu, jak komu — wtrącił Olejarz — ale wam, kumie, to się urwie.
Gajda sposępniał.
— Ja tam z moich koni żyję, a nie z jego szkody! — mruknął.
— Może się to na dobre obróci — rzekł Grzyb. — Poprosimy dziedziczki, żeby po swego posłała i podpiszemy układ. Jużci lepiej choćby i trzy morgi, aniżeli nic — i jeszcze prześladowanie.
— Co prawda, to prawda! — dorzucił Gajda. — Mam pięć morgów, jakby mi trzy dołożył, miałbym osiem, i jużby człowieka nie tak w szkodę ciągnęło.
— A co, nie gadałem woma w niedzielę, żeby podpisać?... Potrzebny to nam dziś strach i bałamuctwo?... Aleśta wszyscy woleli ciągnąć, aż się urwało — mówił Olejarz.
Gajda wpadł w gniew.
— Urwało się nam, urwie się i jemu, bo jak sprzeda, to nie będzie miał nic! — zawołał. — Wy, Szymonie, gadacie ino, że myśmy ciągnęli. A on to nie ciągnął?... Rozmówił on się kiedy z człowiekiem po bożemu?... Wytłomaczył nam kiedy, zapytał o co?... Nie!... Ino się rozpierał, kpinkował, a teraz, ni z tego ni z owego, poleciał do miasta i biedę nam na kark zwozi. Przeklętnik!...
Gospodarze pożegnali Gajdę i pociągnęli zwolna ku dworowi. Chłop stał w sieni, zwyczajem swoim trzymając ręce za pazuchą, i patrzył to na ogród, to na długi szereg budowli dworskich, ciągnących się z prawej strony.
— No! — mruknął — będzie nam, będzie i tobie, kiedyś taki pogan.
Niedługo potem Anielka dała znać matce, że trzej chłopi chcą się z nią rozmówić. Matka z trudnością podniosła się z fotelu i wyszła na ganek.
Przybysze ukłonili się do ziemi, ucałowali pani ręce, a Olejarz przemówił:
— Nie róbcież nam państwo takiej suplikacji, wielmożna dziedziczko, i nie sprzedawajcie Niemcowi waszego i naszego mienia. Przecie my od zgody nie dalecy i za cztery morgi na osadę podpiszemy układ...
— Co wy mówicie? — spytała zdziwiona pani.
— Jużci to, co cała wieś gada i własnemi oczami widziała. Były tu dzisiaj jakieś trzy pludry, objeżdżały pola...
— Chyba wam się śniło?...
— Ale!... — mówił dalej Olejarz. — Widzieliśmy ich wszyscy, jak szwargotały...
— To może jacy przejezdni?
— Bogać tam przejezdni! Oglądały wszystko, las i rzekę, i miały ze sobą jeszcze takie patrzydła do patrzenia, co aż nas mrowie przechodziło...
Ochłonąwszy nieco ze zdziwienia, pani zamyśliła się.
— Ja nic o sprzedaży nie wiem — rzekła. — Wróci tu jednak za parę dni mąż, to z nim rozmówicie się. Szkoda jednak, żeście się tak ociągali z podpisaniem układów...
— My sami mówimy, że szkoda — odezwał się Grzyb — ale cóż, kiej z nami dziedzic nic nie gadał, nawet pary nie puścił. My, dla świętej zgody, jużbyśmy i półczwartej morgi wzięli...
— I... i... nawet trzy! — wtrącił milczący dotąd Samiec, który wstydził się swoich kołtunów i krył je za słupem.
— Zatem, wielmożna dziedziczko, wstawicie się za nami do dziedzica? — spytał Olejarz.
— Ale owszem! Jak tylko wróci, rozmówię się z nim i powiem, że już chcecie podpisać układy...
— Chcemy! chcemy! — zawołali chórem, a Samiec dodał:
— Na grób to im damy ziemi, pludrzyskom, nawet darmo... Ale poco ony mają tu, między nas, włazić... ze swojem szwabskiem gospodarstwem!...
Delegaci znowu ukłonili się i ucałowali ręce pani. Po drodze powtórnie wstąpili do Gajdy, i tym razem Samiec pierwszy zabrał głos, mówiąc:
— Widzi mi się, moi ludzie, że dziedzic coś kręci, kiej nawet żonie nie powiedział nic o tem, że grunta sprzedaje. A to przecie jej wiano i, jak najstarsi ludzie mogą zapamiętać, nie jego ale onej ojcowie tu siedzieli...
— Na złe idzie! — mruknął Olejarz.
— Jużci, że tak — ciągnął Samiec. — Jeżeli on rodzonej żonie nic nie gada, tyło ze Szwabami rajcuje, to już źle. Szwabska go okpią, i choćby chciał się zrzucić ze sprzedaży, to mu nie dadzą.
— Cholera!... — zaklął Gajda.
— Ażebyśwa tak sami do niego pojechali? — spytał Grzyb.
— Nanic! — przerwał popędliwie Gajda. — Już on jak se postanowił sprzedać, to sprzeda, a nie sprzedałby ino wtedy, żeby same Niemce kupić nie chciały. Ja go znam! On mnie przecie dwanaście lat do roboty nie wołał, choć nieraz i jak było pilno!...
Odeszli zafrasowani gospodarze, a Gajda wystawał przed chatą. Potem, gdy już znikli we wsi, powlókł się ku budynkom dworskim.
Za płotem ogrodowym, naprzeciw tych budynków, na krzakach, aż szaro było od wróbli. Gajda obejrzał się, a widząc, że nikt nie patrzy, rzucił w krzaki kawał drewna.
Chmura wróbli zerwała się z wielkim szelestem, przeleciała mu nad głową i usiadła na dachach stodoły, stajni lub obory.
Chłop roześmiał się głucho. Podszedł kilkanaście kroków naprzód i znowu spłoszył ptaki. Te równie, jak pierwsze, całym rojem poleciały na budynki.
— Nie sprzedasz ty! — mruknął Gajda, wygrażając pięścią ku dworowi.
Przeszedł wzdłuż całego ogrodu, wszędzie rzucając na wróble; a ile razy widział, że lecą ku budynkom, śmiał się, wyszczerzał zęby i mruczał:
— Oj, nie sprzedasz ty, nie!...
Wróciwszy do chaty, wyszukał w komorze spory kawał hubki i położył ją na ciepłym piecu, aby przeschła.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.