Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nauki bez upomnień, pochwał i stopni w dzienniczku straciły dla niej znaczenie.
W czasie podobnych zajęć Anielki, nieraz w drugim pokoju rozlegał się głos dzwonka. Dziewczynka wybiegała, mówiąc:
— Jestem! słucham mamy!...
— Ja na lokaja dzwoniłam, ma chère, żeby mleka przyniósł...
— Lokaja, proszę mamy, niema...
— Ach, prawda. Podobno siedzi w karczmie!
— I mleka niema, bo krowy dziś nie dały.
Pani zalewała się łzami.
— Boże! Boże! co ten Jasieczek zrobił ze mną... Jak on miał serce wyjechać w takiej chwili... Służba rozpuszczona, w domu głód, i gdyby gospodyni z litości nie ugotowała nam obiadu, pomarlibyśmy wszyscy...
I znowu zatopiła się w czytaniu, a Anielka wracała do nauki. Ale w kwadrans później dzwonek dźwięczał, dziewczynka wbiegała do pokoju matki i musiała wysłuchać takiej samej jak poprzednio sceny z małemi odmianami.
Najmilszą jej rozrywką było karmić wróble, albo bawić się z Karaskiem.
Do okna, na facjatce, ptaki przylatywały trzy razy na dzień całą gromadą. Już daszek był im za mały, więc śmielszy ptak wpadał do izdebki, złośliwszy kąsał sąsiada, mocniejszy spychał słabszego. A co tam było pisku, świergotu!... jak prędko wydziobywały jedzenie, jak kręciły główkami, skakały, trzepotały się... Trudno było nawet zauważyć wszystkie ich ruchy, jeden od drugiego prędszy i wdzięczniejszy.
Karasia znowu uczyła Anielka służyć. Stawiała go pod ścianą z kijem pod pachą. Pies z początku wyprężał się, ale później podwijał zad pod siebie i zwolna zsuwał się po ścianie na ziemię. Co go Anielka nie naprosiła, ażeby wstał!... Gdzie tam! Podnosił do góry wszystkie cztery łapy i leżał, jak