Ania z Zielonego Wzgórza/Część II/Rozdział XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Zielonego Wzgórza
Część II-ga
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1921
Druk Drukarnia »Dziennika Polskiego«
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsztajnowa
Tytuł orygin. Anne of Green Gables
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II-ga
Pobierz jako: Pobierz Cała część II-ga jako ePub Pobierz Cała część II-ga jako PDF Pobierz Cała część II-ga jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIX.

Zmiana planów.

Nazajutrz Maryla pojechała do miasta, gdzie spędziła cały dzień. Ania odprowadziła Djanę do domu, a wróciwszy, zastała Marylę w kuchni, siedzącą przy stole, z głową wspartą na rękach. Przygnębienie, malujące się na jej twarzy, przeszyło lodem serce Ani. Nigdy dotąd nie widywała Maryli tak złamanej.
— Czy Maryla jest bardzo zmęczona? — spytała.
— Tak... nie... nie wiem doprawdy — odpowiedziała bezdźwięcznie zapytana, spoglądając ku dziewczęciu. — Zapewne, że jestem trochę zmęczona, lecz nie o tem myślałam.
— Czy Maryla radziła się okulisty? I cóż on powiedział? — Spytała Ania niespokojnie.
— Owszem, byłam u niego. Zbadał mój wzrok i powiedział, że jeśli wyrzeknę się najzupełniej szycia i czytania, oraz wszelkiej pracy, nadwyrężającej oczy, jeśli postaram się nie płakać i używać będę poleconych mi przez niego szkieł, wtedy ma nadzieję, że nie zajdzie pogorszenie i wyleczę się z bólów głowy. Jeśli zaś nie posłucham go, za pół roku bezwarunkowo stracę wzrok. Będę niewidoma! Aniu, pomyśl, jakie to straszne!
Ania po pierwszym rozpaczliwym okrzyku zamilkła na chwilę. Wydało jej się, że nie może mówić. Ale zaraz śmiało, choć niepewnym trochę głosem, rzekła:
— Marylo, nie należy dręczyć się taką myślą. Wszakże lekarz nie odebrał nadziei. Jeśli Maryla będzie się szanowała, nigdy wzroku nie utraci. A jeżeli odpowiednie szkła potrafią w dodatku usunąć dotychczasowe bóle głowy, co za wielkie szczęście!
— Nie nazywaj tego szczęściem — odpowiedziała z goryczą Maryla. — Pocóż mam żyć, jeśli nie wolno mi czytać, szyć, ani też zajmować się czemkolwiek? W takim razie co za różnica umrzeć czy oślepnąć? Co się zaś tyczy płaczu, nie potrafię się odeń powstrzymać, gdy zostaję samotna. Ale niema tu o czem mówić... Będę ci, Aniu, bardzo wdzięczna, jeśli mi przygotujesz filiżankę herbaty. Jestem taka osłabiona! Tylko, proszę cię, nie wspominaj o tem wszystkiem nikomu. Nie chcę, by przychodzili mnie odwiedzać, żeby mnie wypytywali i żałowali...
Kiedy Maryla zjadła wieczerzę, Ania namówiła ją, by się położyła do łóżka. Poczem sama udała się na facjatkę i w ciemnościach usiadła przy oknie, samotna ze swemi łzami i ciężkim smutkiem na duszy. Jakże strasznie zmieniło się wszystko od owej chwili, kiedy tu siedziała wieczorem po powrocie z seminarjum! Pełną była wówczas nadziei i radości, a przyszłość wydawała jej się różową, bogatą w cudne obietnice. Zdawało się jej, że całe lata minęły od owej promiennej chwili. Lecz zanim ułożyła się do spoczynku, uśmiech zakwitł na jej ustach, a spokój zawitał do duszy. Odważnie i śmiało spojrzała w oczy obowiązkowi i znalazła w nim przyjaciela, bo obowiązek bywa nim zawsze, ilekroć śmiało idziemy na jego spotkanie.
W kilka dni potem Maryla powoli wracała z podwórza, gdzie rozmawiała z jakimś obcym przybyszem. Ania znała go tylko z widzenia: był to Jan Sodler z Carmody. Ania nie domyślała się treści rozmowy, lecz zdziwiła się zmianie, jaka odmalowała się na twarzy Maryli.
— Czegóż chciał ten pan Sodler, Marylo?
Maryla usiadła u okna i spojrzała na Anię.
Wbrew zakazowi okulisty, oczy jej były pełne łez, a głos załamywał się, gdy rzekła:
— Słyszał, że mam zamiar sprzedać Zielone Wzgórze, więc chciałby je nabyć.
— Sprzedać? Kupić Zielone Wzgórze?
Ania nie była pewna, czy dobrze słyszała.
— Czyż Maryla sprzeda kiedy Zielone Wzgórze?
— Nie wiem, Aniu, jakby tego uniknąć. Rozmyślałam już nad tem. Gdybym miała dobry wzrok, mogłabym tu pozostać, zajmować się wszystkiem, gospodarować z pomocą dzielnego parobka. Ale tak, jak obecnie rzeczy się mają, jest to niemożliwe. Mogę zupełnie utracić wzrok, a wtedy jakże będę sobie radziła? Nigdy nie wyobrażałam sobie, że dożyję dnia, w którym przyjdzie mi sprzedać stary nasz dom... Ale gospodarstwo będzie coraz bardziej upadało, aż wreszcie nikt nie zechce kupić Zielonego Wzgórza. Wszystkie nasze oszczędności przepadły w owym banku, a dużo jest zobowiązań, które Mateusz miał właśnie uregulować. Pani Linde radzi mi, bym sprzedała wszystko i zamieszkała gdzieś na stałe... może u niej. Niewiele uzyskam z tej sprzedaży... gruntu jest mało, a budynki są stare. Sądzę jednak, że dla mnie wystarczy. Szczęśliwa jestem, żeś ty zabezpieczona twoim stypendjum, Aniu. Przykro mi, że nie będziesz miała swego domu, gdziebyś spędzała wakacje, lecz sądzę, że potrafisz zaoszczędzić cokolwiek.
Maryla przerwała, gorżko płacząc.
— Niech Maryla nie sprzedaje Zielonego Wzgórza — rzekła Ania stanowczo.
— Ach, Aniu, jakżebym tego pragnęła. Ale wszak sama widzisz! Nie mogę tu pozostać samotna. Oszaleję ze smutku i zgryzoty. I stracę wzrok... wiem, że zaniewidzę.
— Maryla nie pozostanie tu sama. Ja tu będę. Nie pojadę do Redmond.
— Nie pojedziesz do Redmond?
Maryla odjęła dłonie od zapłakanej twarzy i spojrzała na Anię.
— Cóż ty zamierzasz?
— To co mówię. Nie przyjmę stypendjum. Postanowienie to powzięłam owego wieczoru, kiedy Maryla powróciła z miasta. Rozmyślałam i ułożyłam plan, który zaraz oto wyłożę. Pan Barry zamierza w roku przyszłym wydzierżawić nasze grunty, więc Maryla nie będzie miała kłopotu z rolą. Ja zaś obejmę posadę nauczycielki. Pragnęłam pozostać w Avonlei, ale słyszałam, że Rada szkolna przyrzekła to miejsce Gilbertowi Blythe. Mogę jednak otrzymać posadę w Carmody... mówił mi o tem wczoraj wieczorem pan Blair. Zapewne, że to nie będzie ani tak przyjemne, ani tak wygodne, jak gdybym została w Avonlei. Mogłabym jednak mieszkać dalej tutaj, a codziennie jeździć do Carmody. Przynajmniej tak długo, dopóki pogoda służyć będzie. W zimie zaś przyjeżdżałabym do domu co piątek. Zatrzymałabym jednego konia dla siebie. O, obmyśliłam już dokładnie wszystko. Będę Maryli czytywała głośno i będę ją rozweselała. Już nie będzie biedactwo moje smutne i samotne! Będziemy żyły we dwie spokojnie i szczęśliwie!
Maryla słuchała, niepewna, czy nie śni.
— O, Aniu, wiem, że byłoby mi o wiele lżej, gdybyś ty ze mną tu została. Lecz nie mogę pozwolić na takie poświęcenie się dla mnie. To byłoby zbyt wiele.
— Ależ drobnostka! — Ania roześmiała się wesoło. — Niema w tem najmniejszego poświęcenia! Niema nic gorszego nad sprzedaż Zielonego Wzgórza... nic nie mogłoby boleśniej mnie dotknąć. Musimy zatrzymać nasz stary kochany kąt. Postanowienie moje jest stanowcze, Marylo. Nie pojadę do Redmond; pozostanę tutaj i będę nauczycielką. Niechże się Maryla o mnie nie martwi!
— A twoje dążenia, twoje plany, Aniu?
— Pozostają. Zmieniłam jedynie cel moich dążeń. Chcę być dobrą nauczycielką i chcę uratować wzrok mojej ukochanej opiekunki. Pozatem, zamierzam kształcić się samodzielnie w domu, przejść odpowiedni kurs kolegjum. Ach, mam dziesiątki planów, Marylo! Myślałam nad niemi cały ten tydzień. Ofiaruję innym to, co posiadam najcenniejszego i mam nadzieję, że z życia otrzymam wzamian również to, co jest w niem najlepszego. Kiedy opuszczałam seminarjum, wydawało mi się, że przyszłość roztacza się przede mną jak równy, szeroki gościniec. Sądziłam, że potrafię sięgnąć wzrokiem daleko, wiele mil w dal. Teraz oto niespodzianie zaskoczył mnie jakiś skręt. Nie wiem, co się poza nim znajduje, ale chcę wierzyć, że tylko dobre. Skręt ten posiada w sobie coś pociągającego, Marylo. Wyobrażam sobie, że poza nim ciągnie się wspaniała zieloność i roztacza cudna woń, barwne światła i cienie, wiele nowych krajobrazów, wiele nowego piękna, jakieś wyżyny, wzgórza, jakieś szczyty...
— Sądzę jednak, że nie powinnam ci pozwolić na zrzeczenie się stypendjum — wtrąciła Maryla.
— Nie możecie temu zapobiec, łaskawa pani! Mam lat szesnaście i pół, „uparta jak osioł“ wedle wyrzeczonych kiedyś słów pani Linde — zaśmiała się Ania. — Ach, Marylo, nie litujcie się nade mną. Nie lubię litości, a w tym wypadku stanowczo nie zasługuję na nią. Cieszę się bardzo myślą pozostania na naszem ukochanem Zielonem Wzgórzu. Nikt nie potrafi go tak kochać, jak Maryla i ja, więc musimy je zatrzymać.
— Ty, drogie, błogosławione dziecię! — rzekła Maryla, nie protestując więcej. — Czuję, żeś wlała we mnie nowe życie. Wiem, że powinnabym bronić się i wysłać cię do Redmond, ale wiem też, że nie potrafię tego uczynić, więc nie próbuję. Postąpisz, jak sama zechcesz, Aniu.
Kiedy po Avonlei rozeszła się wieść, że Ania porzuciła zamiar wstąpienia do Collège, a zostaje w domu i zajmie się nauczycielstwem, rozmaicie o tem mówiono. Większość sąsiadów, nie wiedząc nic o zagrożonym wzroku Maryli, uważała, że Ania postępuje niemądrze. Pani Allan twierdziła inaczej. Powiedziała to Ani w tak wzruszających wyrazach, że dziewczęciu łzy napłynęły do oczu. Poczciwa pani Linde była tegoż zdania. Przyszedłszy któregoś popołudnia na Zielone Wzgórze, zastała Anię i Marylę siedzące na progu w cieple zachodzącego słońca. Lubiły tu przesiadywać, gdy zmrok zapadał, białe nocne motyle uwijały się po ogrodzie, a zapach mięty przenikał wilgotne powietrze.
Pani Linde usadowiła swą pulchną postać na kamiennej ławeczce obok drzwi, przy których rosły piękne, wysokie, różowe i żółtawe malwy. Następnie wydała głębokie westchnienie ulgi i rzekła:
— Przyznaję, że rada jestem, iż mogę wypocząć. Cały dzień byłam na nogach, a dwieście funtów wagi to nielada ciężar dla dwóch nóg. Wielkie to błogosławieństwo nie być tęgą, Marylo. Przypuszczam, że umiesz je ocenić. Słyszałam, że Ania porzuciła myśl wyjazdu do Collège. Ucieszyłam się serdecznie tą wiadomością. Naprawdę, Aniu, zdobyłaś już tyle wykształcenia, ile wystarcza kobiecie. Nie mam zaufania do tych dziewcząt, co się udają do Collège dla wspólnej nauki z młodymi ludźmi i co nabijają sobie głowy greckim, łaciną i temi wszystkiemi niedorzecznościami!
— Ale kiedy ja pomimo to będę w domu pracowała nad łaciną i greckim — zaśmiała się Ania. — Postanowiłam przejść kurs Collège na Zielonem Wzgórzu i pracować tak pilnie, jakbym to czyniła na kursach.
Pani Linde podniosła ręce w górę.
— Aniu, zamordujesz się!
— Cóż znowu! To mi tylko posłużyć może. Nie przepracuję się bynajmniej. Będę wszakże miała tyle wolnego czasu w długie zimowe wieczory, a nie mam zamiłowania do robót ręcznych. Przyjmę posadę nauczycielki w Carmody, pani wie o tem, prawda?
— Nie, nie słyszałam o tem. Mówiono mi, że zostajesz w Avonlei. Rada szkolna postanowiła powierzyć ci naszą szkołę.
— Co też pani Linde mówi! — zawołała Ania, zrywając się z miejsca. — Wszakże posadę tę przyrzeczono Gilbertowi Blythe!
— Tak było wistocie. Lecz kiedy Gilbert dowiedział się, że ty przyjęłabyś chętnie tę posadę, zwrócił się do Rady szkolnej — wczoraj wieczorem, jak wiesz, odbywało się posiedzenie w szkole — i oświadczył, że zrzeka się swej nominacji na twoją korzyść. On sam zaś przechodzi na stanowisko nauczyciela w Białych Piaskach. Prawdopodobnie zrzekł się tej posady tylko ze względu na twoje dobro, gdyż niewątpliwie domyśla się, jak bardzo pragnęłabyś pozostać z Marylą. Uważam, iż postąpił bardzo szlachetnie. Powiem, że nawet do pewnego stopnia z poświęceniem, gdyż w Białych Piaskach musi opłacać pensjonat, a każdemu wiadomo, iż obecnie sam będzie pracował na swe utrzymanie. Rada szkolna przychyliła się ku jego prośbie i tobie ofiarowuje tę posadę. Ucieszyłam się niezmiernie, gdy Tomasz, powróciwszy do domu, opowiedział mi o tem.
— Nie sądzę, bym powinna ją przyjąć — szepnęła Ania. — To jest... nie wiem, czy wolno mi przyjąć takie poświęcenie Gilberta... takie poświęcenie dla mnie.
— Nie możesz obecnie zapobiec temu. Podpisał już umowę z Radą szkolną z Białych Piasków. Nie uczynisz mu więc żadnej przysługi, jeśli odmówisz. Rozumie się, że powinnaś przyjąć tę posadę. Dasz sobie doskonale radę w szkole, teraz gdy nie będzie w niej żadnego dziecka z rodziny Pay. Józia była ostatnią z nich, ale też i najlepszą! W ostatnich dwudziestu latach stale mieliśmy jedno lub kilkoro dzieci Pay’ów w szkole Avonlei i przypuszczam, że ich misją życiową było ćwiczenie nauczycieli w cierpliwości. Prawda, Marylo? A to co takiego? Cóż tam tak powiewa w pokoiku na facjatce u Barrych?
— Djana sygnalizuje, abym przyszła czemprędzej — roześmiała się Ania. — Pani wie, że zachowałyśmy dawne nasze zwyczaje. Wybaczcie, że pobiegnę zapytać, co się stało?
Anią pomknęła przez łąkę koniczyny i znikła w ciemnej głębi Lasu Duchów. Pani Linde życzliwie patrzała za nią.
— Ma jeszcze w sobie wiele z dziecka — rzekła.
— Ale też wiele z kobiety dojrzałej — odpowiedziała Maryla, powracając zlekka do swego dawnego surowego tonu.
Jednakże surowość przestała już cechować Marylę. Pani Linde tegoż wieczoru zwierzyła się swemu mężowi:
— Maryla Cutbert złagodniała. Możesz mi wierzyć.
Nazajutrz wieczorem Ania udała się na mały cmentarzyk Avonlei, aby złożyć wiązankę świeżych kwiatów na mogile. Mateusza i podlać ów szkocki krzak róży. Pozostała tam trochę; kochała spokój i ciszę tego miejsca, szum topoli, wydający jej się miłą, przyjacielską rozmową i szept traw, rosnących pomiędzy grobami. Kiedy wreszcie wyszła z cmentarza i schodziła po wzgórzu, w dole którego płynęło Jezioro lśniących wód, słońce już się zupełnie skryło i Avonlea roztoczyła się przed nią w sennym półzmroku. Lekki powiew, przybywający tu ze słodkich, jak miód, pól koniczyny, napełnił powietrze cudną świeżością. Z pomiędzy drzew zaczęły połyskiwać światła zapalone po domach. W dole rozciągało się morze, zamglone i purpurowe, szumiąc i hucząc bezustannie. Na zachodzie niebo żarzyło się jeszcze w przepysznej symfonji barw, a staw odbijał się w spokojniejszych odcieniach. Piękno natury wzruszyło Anię i wdzięcznem sercem wchłonęła je w siebie.
— Drogi, ukochany świat! — szepnęła — jakże ja cię podziwiam i jakże się cieszę, że żyję wśród ciebie.
W dole wzgórza rozległo się nagle wesołe pogwizdywanie i ukazał się jakiś młodzieniec, wychodzący z furtki ogrodu Blythe’ów. Był to Gilbert. Kiedy spostrzegł Anię, gwizdanie zamarło na jego wargach. Uprzejmie uchylił czapki, lecz poszedłby dalej, gdyby Ania nie zatrzymała się i nie wyciągnęła doń ręki.
— Gilbercie — rzekła, zalewając się szkarłatnym rumieńcem — chciałam ci podziękować za zrzeczenie się szkoły w Avonlei na moją korzyść. Było to bardzo wspaniałomyślnie... i pragnęłam ci powiedzieć, jak cenię twoją dobroć.
Gilbert szybko ujął podaną sobie dłoń.
— Nie było w tem nic niezwykłego, Aniu. Przyjemnie mi jest, że mogę ci oddać małą przysługę. Czy teraz będziemy wreszcie przyjaciółmi? Czy naprawdę darujesz mi mój dawny błąd?
Ania roześmiała się i napróżno starała cofnąć swą rękę.
— Przebaczyłam ci już owego dnia na przystani, chociaż sama nie byłam świadoma tego. Jakąż upartą gąską byłam wówczas! Od owej chwili... muszę się ostatecznie przyznać... żałowałam ciągle mego uporu.
— Teraz więc będziemy przyjaciółmi — zawołał Gilbert wesoło. — Stworzeni byliśmy na przyjaciół, Aniu. Tyś dość długo opierała się przeznaczeniu. Wiem, że będziemy mogli niejednokrotnie pomagać sobie wzajemnie. Masz wszakże zamiar samodzielnie dalej pracować, czy nie? Ja zamierzam to samo. Chodźmy, odprowadzę cię do domu.
Maryla ciekawie spojrzała na Anię wchodzącą do kuchni.
— Któż to szedł z tobą wzdłuż alei, Aniu? — spytała.
— Gilbert Blythe — odpowiedziała Ania, czując, ku swemu niezadowoleniu, że się rumieni. — Spotkałam go na wzgórzu obok domu.
— Nie przypuszczałam, że Gilbert i ty przyjaźnicie się w tym stopniu, aby spędzać pół godziny na rozmowie za furtką — rzekła Maryla z lekkim uśmiechem.
— Nie przyjaźniliśmy się... a nawet byliśmy wrogo dla siebie usposobieni. Lecz oto zapadło postanowienie, że w przyszłości będziemy przyjaciółmi. Czyż wistocie rozmawialiśmy całe pół godziny? Myślałam, że najwyżej pięć minut. Ale, co prawda, musimy sobie powetować cztery lata straconej rozmowy.
Długo siedziała Ania tego wieczoru u okna z cichą radością w duszy. Wiatr lekko kołysał gałęzie wiśni, a zapach mięty płynął ku niej z ogrodu. Gwiazdy zerkały poprzez szczyty jodeł na wzgórzu, a światło z pokoiku Djany mrugało swoją zwykłą szczeliną.
Widnokrąg Ani zacieśnił się nieco od owego wieczoru, kiedy powróciła z seminarjum do domu. Lecz pomimo, że ścieżka, ścieląca się obecnie przed jej stopami, była wąska, czuła, iż kwiaty spokojnego szczęścia zakwitną na niej. Radość i szczęście, jakie stwarza gorliwa praca, nadziei pełne dążenia i serdeczna przyjaźń staną się jej udziałem. Nic nie potrafi ukrócić skrzydeł jej wyobraźni, ani przytłumić idealnego świata jej marzeń. I zawsze będzie mogła spoglądać poza skręt gościńca.
— Życie jest piękne! — szeptała Ania z zachwytem.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: anonimowy.