Ania z Avonlea/Rozdział XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Avonlea
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsteinowa
Tytuł orygin. Anne of Avonlea
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XVII
Serja wypadków

Tej nocy Ania zrywała się trzykrotnie i biegła do okna dla sprawdzenia, czy aby przepowiednia wuja Andrewsa nie spełnia się. Wreszcie zaświtał cudowny poranek. Na perłowem niebie, poprzerzynanem złotemi i srebrzystemi smugami, ukazała się ognista kula słoneczna.
Natychmiast po śniadaniu zjawiła się Diana. W jednej ręce niosła koszyk kwiatów, w drugiej — białą sukienkę; nie mogła przecież się wystroić, zanim przygotowania do obiadu zostaną ukończone. Tymczasem miała na sobie różowy kitelek i batystowy fartuszek z mnóstwem karbowanych falbanek, w czem jej było bardzo do twarzy.
— Wyglądasz uroczo — rzekła Ania z podziwem.
Diana westchnęła.
— Ale znowu musiałam poszerzyć wszystkie suknie. Od lipca przybyło mi jeszcze cztery funty. Aniu, kiedy się to skończy? Bohaterki pani Morgan są zawsze wysokie i smukłe.
— Zapomnij dziś o wszystkich troskach! — zawołała Ania wesoło. — Pani Allan powiada, że ilekroć doznajemy przykrości, powinniśmy wspomnieć jakąś radość, która dałaby się tamtej przeciwstawić. Jeśli nawet jesteś cokolwiek za pulchna, masz zato najrozkoszniejsze dołeczki, a jeśli ja mam piegowaty nos, to kształt jego jest bez zarzutu. Czy nie uważasz, że sok cytrynowy poskutkował?
— O, bezwarunkowo — odparła Diana i dziewczęta wybiegły do ogrodu, pełnego powiewnych cieni i drżących blasków.
— Przede wszystkiem udekorujmy bawialnię. Czasu mamy dużo, bo Priscilla zapowiedziała, że przyjadą po dwunastej. Obiad będzie o pierwszej!
Wątpię czy w tej chwili w Kanadzie lub nawet całych Stanach udałoby się znaleźć dwoje szczęśliwszych dziewcząt. Każdy zgrzyt nożyc ścinających róże, peonje lub hiacynty wydawał im się świegotem: „Dziś przyjeżdża pani Morgan“. Ania nie pojmowała, jak pan Harrison mógł z takim spokojem kosić trawę, jakgdyby nie miało zajść nic niezwykłego.
Bawialnia na Zielonem Wzgórzu czyniła zazwyczaj dość ponure wrażenie. Powodem tego były poważne staroświeckie meble, sztywne tiulowe firanki i białe perkalowe pokrowce, przylegające szczelnie do mebli, o ile jakiś zbyt żywy gość nie ściągał ich gwałtownemi ruchami. Nawet Ani nie udawało się ożywić tego pokoju, bo Maryla sprzeciwiała się wszelkim zmianom. Ale jakaż jest potęga kwiatów! Skoro dziewczęta ukończyły swą pracę, pokój był nie do poznania. Wielka szafirowa waza pełna białych peonij zdobiła stół; czarny lśniący gzyms kominka uginał się pod ciężarem róż i paproci; z obu stron drzwiczek stały wazony szkarłatnych peonij a same drzwiczki tonęły w powodzi żółtych maków. Cały ten przepych barw w promieniach słońca, wpadających poprzez liście powojów, pnących się u okien, przeistoczył ponurą zwykle bawialnię w czarującą altanę, wyśnioną przez Anię. To też Maryla, która przyszła z zamiarem krytykowania, zdumiała i znalazła tylko słowa pochwały.
— Teraz nakryjemy do stołu — rzekła Ania tonem kapłanki, przygotowującej się do wypełnienia uroczystego obrządku na cześć swojej bogini. — Pośrodku stołu ustawimy wazon polnych róż, po jednej różyczce przy każdem nakryciu, a całą wiązankę dla pani Morgan, jako aluzję do jej cudownej powieści: „Ogród róż“.
Do nakrycia stołu użyto najcieńszej bielizny, najlepszej porcelany i srebra Maryli. Wszystko lśniło i błyszczało jak nowe.
Następnie dziewczęta podreptały do kuchni, pełnej smakowitych zapachów, wydostających się z piecyka, gdzie kurczęta rumieniły się już z głośnem skwierczeniem. Ania przygotowała kartofle a Diana groszek. Później Diana zabrała się do przyrządzania sałaty, Ania zaś, której policzki pałały zarówno od wewnętrznego podniecenia, jak od gorąca blachy kuchennej, przyprawiła sos do kurcząt, zupę, a wreszcie ubiła śmietankę do deseru.
A co robił Tadzio przez cały ten czas? Czy dotrzymywał przyrzeczenia, danego Ani? Owszem, najzupełniej. Coprawda, nalegał, by mu pozwolono zostać w kuchni, gdyż „umierał z ciekawości“. Ponieważ jednak siedział spokojnie w kącie, rozplątując kawałek sieci rybackiej, którą sobie poprzedniego dnia przyniósł z nad morza, nie przeszkadzał nikomu.
Już o wpół do jedenastej sałaty były gotowe, tort cytrynowy przybrany kremem, a wszystko co powinno było bulgotać i skwierczeć, bulgotało i skwierczało.
— Teraz biegnijmy się ubrać — rzekła Ania — bo a nuż przyjadą o samej dwunastej? Obiad musi być podany punktualnie o pierwszej, zupa nie może czekać.
Dnia tego na facjatce Ani nader gorliwie przestrzegano najdrobniejszych szczegółów, dotyczących toalety. Ania bardzo badawczo przyglądała się swemu nosowi i z radością stwierdziła, że czy to na skutek użytej cytryny, czy z powodu niezwykłych rumieńców, piegi stały się prawie niewidoczne. W swych białych sukienkach obie przyjaciółki wyglądały równie czarująco i wdzięcznie jak wszystkie „bohaterki pani Morgan“.
— Mam nadzieję, że od czasu do czasu uda mi się coś powiedzieć i nie będę siedziała, jak niema — rzekła Diana z obawą. — Wszystkie bohaterki pani Morgan umieją prowadzić rozmowy, ale ja często zapominam języka w ustach i mam wtedy głupią minę. Lękam się też, że powiem jezdem zamiast jestem. Od czasu lekcyj z panną Stacy nigdy tego błędu nie robię, ale w chwili podniecenia wyrwę się z tem, na pewno. Jeślibym powiedziała jezdem w obecności pani Morgan, umarłabym chyba ze wstydu!
— Ja też drżę na myśl o wielu rzeczach — rzekła Ania. — Lecz jestem spokojna, że mówić potrafię.
Co do tego można było rzeczywiście być spokojnym.
Ania zarzuciła wielki fartuch na swój galowy strój i poszła zajrzeć do kuchni. Maryla, także odświętnie ubrana, zdawała się bardziej zdenerwowaną niż kiedykolwiek. O wpół do dwunastej przybyli Allanowie i panna Stacy. Wszystko szło gładko, ale Ania zaczynała się niepokoić: pani Morgan i Priscilla powinny były już nadjechać. Co chwila biegła do furtki i wyglądała na drogę.
— A jeśli wcale nie przyjadą? — mówiła tonem, wzbudzającym litość.
— Nie myśl o tem, byłoby to zbyt okropne — przekładała Diana, która już sama w cichości dzieliła niepokój Ani.
— Aniu! — zawołała Maryla, wychodząc z bawialni — panna Stacy chciałaby zobaczyć granatowy chiński półmisek panny Barry.
Ania pośpieszyła do szafy. W swoim czasie, zgodnie z obietnicą, daną pani Linde, udała się do panny Barry z prośbą o pożyczenie tego cennego przedmiotu. Panna Barry nie odmówiła swej ulubienicy i przysłała żądany półmisek, jednocześnie w liście upominając ją, żeby go strzegła, jak oka w głowie, gdyż kosztował dwadzieścia dolarów. Po podwieczorku w Kole Pomocy półmisek został zwrócony na Zielone Wzgórze, bo Ania osobiście chciała go odwieźć do miasta.
Ostrożnie wyniosła półmisek przed dom, gdzie goście napawali się chłodnym powiewem, dochodzącym z nad strumienia. Oglądano i podziwiano ten piękny antyk, gdy wtem, w chwili kiedy Ania brała go zpowrotem w swoje ręce, w śpiżarce rozległ się jakiś trzask i brzęk. Maryla, Diana i Ania zerwały się, ta ostatnia przystanęła tylko na chwilę, by postawić drogocenny półmisek na stopniach schodów.
W śpiżarni oczom ich przedstawił się straszny widok. Mały smyk, z miną winowajcy, w świeżutkiej bluzie, suto zasmarowanej kremem cytrynowym, gramolił się ze stołu, na którym widniały resztki czegoś, co jeszcze niedawno było pięknym kremowym tortem.
Cóż się okazało? Tadzio skończył prucie sieci i zwinął sznurek na kłębek, później wszedł do śpiżarni, ażeby umieścić go na półce nad stołem. Złożył już tam kilka podobnych kłębków, które nie miały innego użytku, jak właścicielowi tych skarbów sprawiać radość myślą o ich posiadaniu. Ażeby dosięgnąć półki, Tadzio wspiął się po stole, czego Maryla zabraniała mu surowo, uważając to ćwiczenie akrobatyczne za niebezpieczne. Tym razem rezultat był rzeczywiście fatalny. Tadzio poślizgnął się i upadł wprost na tort. Jego czysta bluza została zniszczona na ten raz, a tort raz na zawsze.
— Tadziu — zwróciła się Maryla do malca. — Czy nie zabroniłam ci wdrapywać się na stół?
— Zapomniałem — zajęczał Tadzio. — Zabraniacie mi takiej masy rzeczy, że nie mogę wszystkiego pamiętać.
— Więc marsz na górę i zostań tam do wieczora. Może przez ten czas przypomnisz sobie tę masę rzeczy, o których zapominasz. Nie, Aniu, nie powinnaś go bronić. Wymierzam mu karę za nieposłuszeństwo, nie za marnowanie tortu, bo to było przypadkowe. Powtarzam raz jeszcze: idź na górę, Tadziu.
— A co będzie z moim obiadem? — zawodził Tadzio.
— Po naszym obiedzie zejdziesz do kuchni, gdzie dostaniesz swoją porcję.
— To doskonale — pocieszył się prędko Tadzio. — Jestem pewny, że Ania zostawi mi pyszne udeczko. Prawda, Aniu? Ty przecież wiesz, że ja nie chciałem upaść na tort. Ale proszę cię, Aniu, jeśli jest już pokruszony, czy nie mógłbym zabrać kilka kawałków na górę?
— O, nie, mościpanie, niema dla ciebie tortu! — rzekła Maryla, odsuwając go ku drzwiom.
— Co będzie z deserem? — pytała Ania, patrząc na resztki ciasta.
— Wyjmij słój konfitury poziomkowej — doradziła Maryla. — Szczęściem zostało do niej jeszcze dość kremu.
Pierwsza godzina wybiła — ale pani Morgan z Priscillą nie zjawiły się. Ania była zrozpaczona: cały obiad się zmarnuje... będzie przestały.
— Wogóle nie wierzę w ich przyjazd — rzekła Maryla niechętnie.
Ania i Diana z niepokojem patrzyły na siebie.
O wpół do drugiej Maryla ponownie ukazała się w drzwiach kuchni.
— Dziewczęta, trzeba podać obiad. Wszyscy są głodni i niema poco czekać dłużej. Pani Morgan nie przyjedzie, to pewna. Czekanie nie pomoże.
Ania i Diana spełniły polecenie Maryli, ale zapał ich i dobry humor przygasły.
— Nie przypuszczam, żebym mogła przełknąć bodaj kęs — skarżyła się Diana żałośnie.
— Ani ja, lecz myślę, że państwu Allan i pannie Stacy będzie smakowało — rzekła Ania obojętnym tonem.
Wykładając groszek na salaterkę, Diana skosztowała go; krzywiła się niemiłosiernie.
— Aniu, czyś ty cukrzyła groszek?
— Rozumie się — odpowiedziała Ania, z miną osoby, która spełniła swój obowiązek. — Włożyłam pełną łyżkę cukru, my zawsze tak przyprawiamy groszek. Czy dla ciebie za słodki?
— Ale bo i ja wsypałam łyżkę cukru, wstawiając go do pieca!
Ania przerwała tłuczenie kartofli i także spróbowała groszku. I ona skrzywiła się z obrzydzeniem.
— Ach, jakiż wstrętny. Nie przypuszczałam, żebyś wsypała cukier, bo wiem, że u was się tego nie używa. Jak na złość pamiętałam o tem, zazwyczaj przecież zapominam!
— Gdzie kucharek sześć, tam niema co jeść — rzekła Maryla, przysłuchująca się tej rozmowie z miną winowajczyni. — Lękając się, że nie będziesz pamiętała o cukrze, o którym stale zapominasz, Aniu, sama przyprawiłam groszek na słodko.
Goście w bawialni usłyszeli salwę wybuchów śmiechu, lecz nie dowiedzieli się, co było tego przyczyną. Jednakże groszku na obiad nie dostali.
— Musi wystarczyć sałata — zaopinjowała Ania, ochłonąwszy — sądzę, że reszta potraw lepiej się udała. Podajmy prędzej obiad i skończmy z tem.
Nie można twierdzić, że obiad udał się pod względem towarzyskim. Allanowie i panna Stacy starali się sami ratować sytuację, zwykły zaś spokój Maryli nie był zamącony. Lecz Ania i Diana, podniecone oczekiwaniem i doznanym zawodem, nie mogły jeść ani rozmawiać. Ze względu na swych gości Ania prawdziwie bohaterskim wysiłkiem zmuszała się do podtrzymywania rozmowy, lecz cała jej błyskotliwość zniknęła. Pomimo prawdziwego przywiązania dla Allanów i panny Stacy z upragnieniem myślała o chwili, gdy ich pożegna i będzie mogła na swej facjatce wtulić głowę w poduszki, aby wypłakać żale i rozczarowania.
Stare to, ale dobre przysłowie, „gdzie cienko, tam się rwie“. Nie nastał jeszcze koniec dla trosk tego dnia. W chwili, gdy pastor skończył modlitwę poobiednią, na schodach rozległ się dziwny, złowrogi hałas, jakgdyby jakiś ciężki przedmiot staczał się ze stopnia na stopień. Poczem nastąpił trzask i szczęk, już na samym dole. Wszyscy zerwali się z miejsc, Ania wydała okrzyk przerażenia. W przedsionku, u podnóża schodów, pomiędzy szczątkami granatowego półmiska leżała wielka różowa muszla, zdobiąca zwykle półeczkę na piętrze; u szczytu zaś schodów klęczał struchlały Tadzio, patrząc szeroko otwartemi oczami na dokonane zniszczenie.
— Tadziu — krzyknęła Maryla groźnie — czyś ty umyślnie zrzucił muszlę?
— Broń Boże — szlochał Tadzio — ja tu klęczałem, cicho jak myszka, i przypatrywałem się wam przez poręcz. Nieumyślnie trąciłem nogą tę starą skorupę i ona spadła... Jestem taki strasznie głodny. Wolałbym już, żebyście mnie zbili jak psa, a nie posyłali na górę wtedy, kiedy dorośli się bawią i jedzą.
— Nie łaj Tadzia, Marylo — rzekła Ania, zbierając szczątki drżącemi rękami. — To była moja wina. Postawiłam tu półmisek i zapomniałam o nim zupełnie. Jestem słusznie ukarana za niedbalstwo. Ale, ach! co powie panna Barry?
— Trudno, wiesz przecież, że go kupiła. Co innego, gdyby to była jakaś pamiątka rodzinna — starała się pocieszać ją Diana.
Goście, czując, że obecność ich była krępująca, odeszli, a Diana i Ania, zmywając naczynia, rozmawiały ze sobą tak mało, jak jeszcze nigdy w życiu. Wkrótce Diana poszła do domu ze strasznym bólem głowy, Ania zaś z niemniejszym powędrowała na swą facjatkę.
Powróciwszy o zachodzie słońca z poczty, Maryla wręczyła Ani list, pisany przez Priscillę poprzedniego dnia. Okazało się, że pani Morgan skręciła nogę, tak że nie mogła opuszczać pokoju.
— Ale co najgorsza, droga Aniu — pisała Priscilla — obawiam się, że nasze odwiedziny nie dojdą wcale do skutku. Z chwilą, gdy ciotka wyzdrowieje, będzie musiała wrócić do Toronto, bo przyrzekła stawić się tam na oznaczony termin.
— Trudno — westchnęła Ania, odkładając list na kamienny stopień schodów, na których siedziała. — Zgóry wiedziałam, że marzenia o przyjeździe pani Morgan były zbyt piękne, ażeby mogły się spełnić. Ale co znowu! Wstydzę się tego zdania — pesymizm jego godny jest Elizy Andrews. To wcale nie było zbyt piękne, ażeby się mogło urzeczywistnić. Miałam już niejedno piękniejsze przeżycie. Wypadki dnia dzisiejszego mają też swoją śmieszną stronę. Kto wie, czy z Dianą, jako siwowłose staruszki, nie będziemy się śmiały z tych zmartwień. Dziś jednak doznałam gorzkiego rozczarowania.
— Prawdopodobnie doznasz w życiu wielu i większych rozczarowań — rzekła Maryla, pragnąc pocieszyć strapione dziewczę. — Kiedyż wreszcie, Aniu, nauczysz się nie brać tak gorąco do serca pewnych spraw i nie wpadać w czarną rozpacz w razie niepowodzenia?
— Wiem, że posiadam tę wadę — przyznała Ania z żalem. — Wydaje mi się, że płynę na skrzydłach oczekiwania, gdy coś miłego ma mnie spotkać — później dopiero następuje upadek na ziemię i wstrząśnienie. Ale ten lot nad obłokami jest tak upajający, że wynagradza nawet smutne przebudzenie.
— Być może — przyznała Maryla, — ja coprawda wolałabym żyć spokojnie, bez lotów i bez upadków. Lecz każdy ma swój własny sposób myślenia. Dawniej wierzyłam, że jedna tylko droga prowadzi do celu, ale zmieniłam zdanie od czasu, gdy zabrałam się do wychowywania ciebie i bliźniąt... Co masz zamiar uczynić z półmiskiem panny Barry?
— Myślę zwrócić jej owe dwadzieścia dolarów, które zań zapłaciła. Szczęśliwa jestem, że to nie była umiłowana pamiątka rodzinna, której za żadną cenę nie mogłabym odkupić.
— A może znalazłabyś gdzie podobny półmisek?
— Lękam się, że nie. Granatowe chińskie półmiski to rzadkie okazy. Pani Linde szukała na wszystkie strony i daremnie. Oby mnie się lepiej udało. Panna Barry zgodzi się chyba na inny, jeżeli tylko będzie miał tę samą wartość... Marylo, spójrz na tę wielką gwiazdę ponad klonami pana Harrisona, i te srebrzyste obłoki, płynące wokoło! Doznaję uczucia jak przy modlitwie. Ostatecznie, wobec takich gwiazd i obłoków małe niepowodzenia życia codziennego nic nie znaczą.
— Gdzie jest Tadzio? — spytała Maryla, rzucając obojętne spojrzenie na gwiazdę.
— Śpi już. Obiecałam zabrać ich oboje jutro na majówkę. Coprawda, pod warunkiem, że będzie grzeczny. No, ale on starał się być grzecznym, i nie mam sumienia mu odmówić.
— Utopicie się i ty, i bliźnięta — burknęła Maryla. — Mieszkam tu od sześćdziesięciu lat i dotąd nie jeździłam łódką po stawie.
— Nigdy nie jest za późno na poprawę — rzekła Ania podstępnie. — Pojedź z nami jutro. Zamkniemy dom i spędzimy cały dzień na wybrzeżu zdala od trosk życia codziennego.
— Nie, dziękuję bardzo — rzekła Maryla z oburzeniem. — Maryla w łodzi na stawie! Wyobrażam sobie drwiącą minę Małgorzaty!... Oto pan Harrison gdzieś się wybiera. Czy wierzysz krążącej plotce, że stara się o Izabelę Andrews?
— Och, to nieprawda! Pewnego wieczora był u starego Andrewsa w sprawie czysto gospodarskiej. A pani Linde, zauważywszy jego biały kołnierzyk, orzekła, że pojechał w konkury. Nie wierzę, aby pan Harrison miał się kiedy ożenić; zdaje się, iż jest przeciwnikiem małżeństwa.
— E, kto odgadnie zamysły starego kawalera! A jeśli włożył biały kołnierzyk, zgadzam się z Małgorzatą, że to jest podejrzane, bo nigdy przedtem nie ubierał się tak starannie.
— Ja myślę, że pragnął ubić interes z Andrewsem. Mówił mi kiedyś, że tylko w takich okolicznościach mężczyzna powinien dbać o swą powierzchowność — liczą się z nim, jeżeli wygląda dostatnio. Doprawdy, żal mi go bardzo; nie jest chyba zadowolony z życia. Jeśli jedyną, bliską człowiekowi istotą jest papuga! Ale pan Harrison nie lubi, gdy się nad nim litują. Tego zresztą nikt nie lubi.
— Widzę, że Gilbert nadchodzi — rzekła Maryla. — Jeśli macie zamiar urządzić sobie przejażdżkę po jeziorze, nie zapomnij wziąć okrycia i kaloszy, bo rosa na dworze.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Rozalia Bernsteinowa.