Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Dziewczęta, trzeba podać obiad. Wszyscy są głodni i niema poco czekać dłużej. Pani Morgan nie przyjedzie, to pewna. Czekanie nie pomoże.
Ania i Diana spełniły polecenie Maryli, ale zapał ich i dobry humor przygasły.
— Nie przypuszczam, żebym mogła przełknąć bodaj kęs — skarżyła się Diana żałośnie.
— Ani ja, lecz myślę, że państwu Allan i pannie Stacy będzie smakowało — rzekła Ania obojętnym tonem.
Wykładając groszek na salaterkę, Diana skosztowała go; krzywiła się niemiłosiernie.
— Aniu, czyś ty cukrzyła groszek?
— Rozumie się — odpowiedziała Ania, z miną osoby, która spełniła swój obowiązek. — Włożyłam pełną łyżkę cukru, my zawsze tak przyprawiamy groszek. Czy dla ciebie za słodki?
— Ale bo i ja wsypałam łyżkę cukru, wstawiając go do pieca!
Ania przerwała tłuczenie kartofli i także spróbowała groszku. I ona skrzywiła się z obrzydzeniem.
— Ach, jakiż wstrętny. Nie przypuszczałam, żebyś wsypała cukier, bo wiem, że u was się tego nie używa. Jak na złość pamiętałam o tem, zazwyczaj przecież zapominam!
— Gdzie kucharek sześć, tam niema co jeść — rzekła Maryla, przysłuchująca się tej rozmowie z miną winowajczyni. — Lękając się, że nie będziesz pamiętała o cukrze, o którym stale zapominasz, Aniu, sama przyprawiłam groszek na słodko.
Goście w bawialni usłyszeli salwę wybuchów śmiechu, lecz nie dowiedzieli się, co było tego przyczyną. Jednakże groszku na obiad nie dostali.