Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Musi wystarczyć sałata — zaopinjowała Ania, ochłonąwszy — sądzę, że reszta potraw lepiej się udała. Podajmy prędzej obiad i skończmy z tem.
Nie można twierdzić, że obiad udał się pod względem towarzyskim. Allanowie i panna Stacy starali się sami ratować sytuację, zwykły zaś spokój Maryli nie był zamącony. Lecz Ania i Diana, podniecone oczekiwaniem i doznanym zawodem, nie mogły jeść ani rozmawiać. Ze względu na swych gości Ania prawdziwie bohaterskim wysiłkiem zmuszała się do podtrzymywania rozmowy, lecz cała jej błyskotliwość zniknęła. Pomimo prawdziwego przywiązania dla Allanów i panny Stacy z upragnieniem myślała o chwili, gdy ich pożegna i będzie mogła na swej facjatce wtulić głowę w poduszki, aby wypłakać żale i rozczarowania.
Stare to, ale dobre przysłowie, „gdzie cienko, tam się rwie“. Nie nastał jeszcze koniec dla trosk tego dnia. W chwili, gdy pastor skończył modlitwę poobiednią, na schodach rozległ się dziwny, złowrogi hałas, jakgdyby jakiś ciężki przedmiot staczał się ze stopnia na stopień. Poczem nastąpił trzask i szczęk, już na samym dole. Wszyscy zerwali się z miejsc, Ania wydała okrzyk przerażenia. W przedsionku, u podnóża schodów, pomiędzy szczątkami granatowego półmiska leżała wielka różowa muszla, zdobiąca zwykle półeczkę na piętrze; u szczytu zaś schodów klęczał struchlały Tadzio, patrząc szeroko otwartemi oczami na dokonane zniszczenie.
— Tadziu — krzyknęła Maryla groźnie — czyś ty umyślnie zrzucił muszlę?
— Broń Boże — szlochał Tadzio — ja tu klęczałem, cicho jak myszka, i przypatrywałem się wam przez poręcz. Nieumyślnie trąciłem nogą tę starą skorupę i ona spadła... Jestem taki strasznie głodny. Wolałbym już, żebyście mnie zbili jak psa, a nie posyłali na górę wtedy, kiedy dorośli się bawią i jedzą.